Mama2c

Mama2c

czwartek, 21 września 2017

O moim małym zboczeniu...

Po ostatniej niedzieli moja kuzynka nazwała mnie "dyniofilem". Cóż ja z tym fantem zrobiłam? Po pierwsze- zaprzeczyć nie mogłam, po drugie- uznałam to za komplement :D
Jako, że z posiadaniem bloga nigdy się nie afiszowałam, w związku z czym, Ania nie mogła wiedzieć, że od września do listopada żywię się niemal wyłącznie dynią ;) Wy natomiast, może pamiętacie moje dyniowe kucharzenie. Sama z sentymentem wracam do tamtych zdjęć... I po cichu ubolewam, że ani nie mam już czasu gotować i piec z takim zapałem, ani tym bardziej to jedzenie fotografować. A szkoda, ponieważ ta sztuka fotografowania potraw kiedyś naprawdę mnie pociągała... Jednak jak we wszystkim- żeby coś robić dobrze, żeby robić to coraz lepiej, trzeba praktyki... A ja póki co nie mam siły praktykować niczego, poza jedzeniem- to mój niezmienny, najlepszy i niezastąpiony pocieszacz :) Gdybym mogła, to o 5 rano śpiewałaby do owsianki "jesteś lekiem na całe zło" (spokojnie- to jedyny zdrowy posiłek w ciągu dnia...), a potem ten sam tekst powtórzyłabym wieczorem do stosu kanapek... Ewentualnie pizzy- jak dzisiaj.

Wracając do dyni... Odkąd zaczęła się moja z nią przygoda, marzyłam o udziale w prawdziwym dyniowym święcie. Oczyma wyobraźni widziałam jakiś październikowy weekend, koniecznie słoneczny, jeszcze w miarę ciepły, żebym mogła założyć swój ulubiony czerwony płaszcz, i mnie buszującą wśród tych wszystkich dyń- dużych, małych, dekoracyjnych, jadalnych, kosztującą tego wszystkiego, co może ulepszyć swoim wkładem dynia (czyli właściwie wszystkiego- przypomnę Wam, że oprócz tradycyjnego gulaszu z dynią, robiłam z nią i naleśniki i kawę, a nawet pierogi ruskie), wypytującą takich pasjonatów jak ja o przepisy, receptury, o tajniki uprawy...

I choć moja dyniowa ekscytacja zaczęła się jakiś czas przed zajściem w ciążę z Lilą, to do tego roku nie udało mi się być na żadnym dyniowym święcie/jarmarku/festiwalu...
Straszne.

Jednak... w końcu się doczekałam, a o samym święcie dowiedziałam się zupełnie przez przypadek. I nie mogę przemilczeć faktu, że duży w tym udział miał mój mąż :) Marcin to taka gaduła, który zagada do niemal każdego sprzedawcy- ja mimo wszystko jestem dużo bardziej powściągliwa.

W pierwszy weekend września udaliśmy się na jarmark ze zdrową żywnością- bardziej z ciekawości i w ramach rozrywki- jednak jeśli chodzi o bardziej konkretne zakupy, to jesteśmy wierni w wydawaniu kasy na Jarmarku Jakubowym. I kiedy mi oczy wychodziły z orbit przy tym stoisku z dyniami, Marcin już w najlepsze dyskutował. I tak- słowo od słowa, dostał informacje, że w zasadzie tuż koło nas odbędzie się całkiem niedługo święto tego wdzięcznego warzywa. Miejscówka była dla nas największym zaskoczeniem- zazwyczaj znajdowaliśmy tego typy imprezy "gdzieś tam w Polsce", a tu proszę- pół godziny jazdy, w miejscu, w którym byliśmy już wiele razy...

Trzymajmy się chronologii, także najpierw obejrzyjcie, proszę, zdjęcia z początku września:

Roboczy tytuł fotki: w dyniowym raju ;)










Czy ja pisałam, że to był jarmark ze zdrową żywnością? :)
Zdrowe, czy tam trochę mniej- ulubiony przysmak moich dziewczyn. 
Spójrzcie niżej- ktoś próbował świeżej papryczki chilli w czekoladzie? A może sera camembert? 
My się jednak nie odważyliśmy :D









A potem w jednej chwili lunęło...


...i ewakuując się do auta, zobaczyliśmy tego oto uroczego psiaka :) 


Na urodzinach Elizy, wspomniałam Ani, o naszych planach na następny weekend. Wyrazili chęć udziału, także ustaliliśmy, że jeśli pogoda dopisze- jedziemy :)
Dopisała... to pojechaliśmy. Co prawda- w miejsce docelowe jechaliśmy z dwóch końców Szczecina, także zanim się znaleźliśmy, to trochę minęło i kilka połączeń wykonaliśmy. 
A potem były już tylko degustacje i długie rodziców rozmowy.
Jak oceniam samo święto? Całkiem sympatyczne i dość smaczne. Spróbowaliśmy placków, dwóch dyniowych serników i ciasta drożdżowego z kruszonką. Nieskromnie napiszę, po tylu upieczonych dyniowych ciastach i zrobionych plackach, śmiem twierdzić, że mogę, to jednak moje specjały z udziałem dyni- o niebo lepsze.
Dyniowe święto zaliczone, dzieciaki umacniają rodzinne więzy, my towarzysko wyżyci... Czego chcieć więcej?

Aaaaa, zapomniałabym! W nocy poprzedzającej nasz wyjazd na święto dyni... sąsiedzi nas zalali. Spokojnie, bez paniki- co prawda woda lała się strumieniami, to nie jest to pierwsze zalanie, które w tym domu przeżyliśmy. Ot, takie mamy szczęście. Jak nie sąsiedzi z góry (ci, którzy mieszkali przed obecnymi, zalali nas dwa razy), to u nas poszedł wężyk w łazience...
Także jakieś dwie godziny z nocnego odpoczynku mieliśmy zabrane- głównie Marcin.
Był już rzeczoznawca, szkody mamy spore, także nie było żadnych wątpliwości, co do tego, co ma napisać.
















A teraz idę już spać- zdarzają mi się i takie rozsądne decyzje, kiedy budzik w telefonie ustawiam na... 4.40... Wiem, toć to środek nocy. Jednak, kiedy o 14 wyfrunę z pracy jak na skrzydłach, na pewno pomyślę sobie, że warto było wstać tak wcześnie :)


piątek, 15 września 2017

Miejmy to już z głowy...

Za mną pełne dwa tygodnie w pracy w (???) nowym miejscu, jeszcze więcej minionych dni od ostatniego posta... Najwyższa pora na kolejny wpis. 
Tylko, co ja właściwie mogę Wam napisać, kiedy niewiele jeszcze mogę pisać? 
Otwarcie właściwie nic, a te półsłówka, te między wierszami marne próby przemycania treści, te "domyślcie się, co mam na myśli", zaczynają już mnie męczyć, a co dopiero Was, prawda? 

Chciałabym zamknąć bloga, ale z opcją, kiedy całą brudną, żmudną i mozolną robotę pt. "Rozsyłanie zaproszeń", zrobiłby za mnie ktoś inny. Jacyś chętni? ;) Czyli jeszcze trooochę będę funkcjonować publicznie, bo w obecnym stanie ciała i ducha, nie ogarnę tego prędko. 

Jak jest w nowej/starej pracy?
Inaczej... Najogólniej mówiąc. Wiem, że pomyślicie: "No jak to? Przecież ta praca wszędzie wygląda tak samo!". Niby tak. Niby... 

Minęło już trochę czasu i dziś jestem już bardziej niż pewna, że tamto tempo zmian było na tyle szalone, że owszem- przyjęłam do wiadomości fakt, że zostaje zamknięty nasz punkt, że nie tracimy pracy, "jedynie" się przenosimy, ale czy ja miałam czas, aby to przetrawić, zaakceptować? Czy miałam czas, żeby przeżyć swego rodzaju żałobę? 
Nie. 
N-I-E. 

Nie miałam, a jeśli do tego dodać fakt, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie- że to ktoś podjął za mnie/za nas tę decyzję, to trudno się dziwić, że przez te dwa tygodnie przeżyłam już chyba całe spektrum emocji, stanów psychicznych/emocjonalnych i każdy, kto patrzył na mnie z boku, mógł odnieść wrażenie, że blisko mi już do choroby dwubiegunowej...  Jeśli nawet danego dnia wydawało mi się, że pogodziłam się ze wszystkim, to następnego dnia wpadałam w otchłań: "japierdolezajakiegrzechy?!" 

Wariowała nie tylko moja głowa, ale i ciało. Przez pierwszy tydzień mnie nie było. Wracałam z pracy, jakimś cudem udawało mi się dotrwać do godziny, kiedy Lila szła spać, a po chwili sama lądowałam w łóżku. Nie jestem może typowym nocnym Markiem, ale chodzenie spać w okolicach północy, to dla mnie norma. W tamtym pamiętnym tygodniu, lądowałam w łóżku około 21.30 i zasypiałam. Pech chciał, że Marcin musiał cały ten tydzień spędzić w Gdańsku, i jednocześnie szczęście niebywałe, że Mamie udało się wziąć na ten czas urlop. Zresztą, gdyby go nie wzięła, Marcin nie mógłby wyjechać- dojazdy do pracy sprawiają, że nie dałabym rady sama zaprowadzać i odbierać Lilę...  Sen był więc moim przyjacielem, niestety niezbyt wiernym- co rano budziłam się sporo przed budzikiem i bynajmniej nie dlatego, że byłam już wyspana... Stres, nerwy, nieproszone myśli... Ech :( 

Drugi tydzień nie przyniósł spektakularnych zmian, tym bardziej, że rozchorowała się dziewczyna, z którą jestem na grupie, ale przyniósł powrót do funkcjonowania w kwestii zasypianie-pobudki. Powoli wracam pod tym względem na stare tory... 

Liczę więc, co prawda bardzo nieśmiało, że i głowa wróci taka, jaka była jeszcze nie tak dawno: spokojna, pełne pomysłów, zapału... 

Póki co- poniedziałki zaczynają się u mnie już w niedzielę i na pewno nie są witane optymistycznym "hurrra", a piątki cieszą tak, jakbym właśnie bez tlenu weszła na Mont Everest... 

Nie myślcie tylko, że pielęgnuję w sobie te wszystkie pokręcone stany. Wręcz przeciwnie- nie ma dnia, żebym nie myślała o tym, jak mogę sobie pomóc. Mam już nawet w głowie całą listę rzeczy, którymi zamierzam się ratować, ale o tym następnym razem. 

Na chwilę obecną, z każdym dniem, nowe dzieci stają się coraz bardziej "moje", a to już jakieś światełko w tunelu i nadzieja na to, że może w końcu się "przełączę". 

Z niepokojem myślę tylko o zaległościach, które piętrzą mi się tu bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej... 

Dobrze, naprawdę dobrze, że są zdjęcia- nawet jeśli coś wyleci z głowy, to wystarczy otworzyć odpowiedni folder, żeby przypomnieć sobie, co jeszcze miałam tu wrzucić ;)

Góralka <3 
Zdjęcie zrobione dzień po urlopie w Szklarskiej... Gołym okiem widać, jaki styl Lilce jest bliski. trudno się dziwić- dziecko może nie poczęte w górach, ale zaraz po powrocie z nich- coś w niej chyba stamtąd zostało :D

Mały foszek?


Lato, którego nie było, odeszło bezpowrotnie... Tylko patrzeć, kiedy i my będziemy rozglądali się za jakimiś ciepłymi krajami na wakacje... 



Jeśli ktoś się zastanawia, co posadzić na działce- polecam poziomki. Niewiele pracy i wkładu własnego, a jeszcze we wrześniu można cieszyć się ich smakiem ;) 
 

Nasze Dziewczyny piją już codziennie syrop z aronii. Niestety, nie wiem, czy w innych częściach kraju, ale u nas ciężko było ją w tym roku dostać... Podobnie z pigwą (która ma jeszcze około 2tygodni, aby dojrzeć, ale chodzą słuchy, że może być różnie), więc co? Żegnaj najlepsza nalewko świata?!  
 

Eliza... 
11urodziny. 
Standardowe: KIEDY to się stało?! 
Nastolatka pełną gębą ze wszystkim minusami i... minusami tego wieku :D 
Sto lat, Córeczko. Mądra bądź! 
 

Urodzin cd... fajnie tak rozegrać we dwie urodzinową partyjkę. 
 

Zabawy sensoryczne w nowej placówce... 
Pobawcie się tak w domu- dzieciaki to uwielbiają.



Impreza urodzinowa Elizy... 
Z pomocą przyszła nam działka, ponieważ było to raczej kameralne spotkanie, niż wielka biba.





Agata, to zdjęcie (i te z obiema pannami poniżej, również) specjalnie dla Ciebie- przyjaźń i miłość między Lilą a Basią kwitnie. Tak się cieszę, że mają siebie. To wielki dar, mieć kogoś do... łobuzowania i jedzenia muffinek :D 






Ach, och i... przepadłam zupełnie. Zosię już znacie. Nie wiecie jednak jeszcze, że ta urocza, śliczna, słodka dziewczynka będzie... moją chrześnicą <3 
Ja też nie wiedziałam, ale cieszę się przeogromnie!  



Wszyscy dobrze się bawili! 
 

 



...Tak dobrze, że na Marcina pierwszym drzewku, pierwsza (JEDYNA) gruszka odpadła poczas zabawy tej SZARAŃCZY! 
 

Astry... Tak, to już ten czas.