Mama2c

Mama2c

środa, 24 maja 2017

Majówka...

Czas coś napisać, zanim odwyknę zupełnie...
Majówka.
To pewnie przez śmierć i pogrzeb wujka, zawirowania w pracy, kłopoty zdrowotne dziewczyn ale mam wrażenie, że majówka była sto lat temu...

To ciekawe jak czas i splot wydarzeń zmieniają naszą perspektywę, pogląd, odczucia...
Z majówkami to było u nas tak, że na ostatniej, takiej z prawdziwego zdarzenia, byliśmy kiedy Eliza nie miała jeszcze 3lat. A potem- albo  Marcin 2maja szedł do pracy, albo nie mieliśmy kasy, a najczęściej jedno i drugie...
Lubię, nawet bardzo, wszelkie wyjazdy. Nie muszą być to wielkie wojaże. Zadowala mnie każdy wyjazd. Nie muszę więc pisać, że cierpiałam sobie, niekoniecznie po cichu, czekając na rok, kiedy znowu będzie nam dane wyjechać wraz z początkiem maja. W tym roku okoliczności były szczególne, ponieważ wiązały się z tym, że 3maja moja Mama kończyła 60lat. Oboje załatwiliśmy wolne na 2maja dużo wcześniej. Z pieniędzmi też w końcu jako tako... I kiedy wydawało się, że jedynym naszym problemem jest to, dokąd mamy pojechać, okazało się, że wszystko zaczyna iść jak po grudzie. Nie chce mi się już po kolei wymieniać przeszkód, które stanęły nam na drodze, w każdym razie- były na tyle skuteczne, że wyjazd nie doszedł do skutku. Szczęśliwa z tego powodu nie byłam, nie będę ukrywała... Dziś wiem, że dobrze się stało. Zostaliśmy w Szczecinie, w związku z czym, w dniu urodzin Mama zaprosiła nas wszystkich i wujka na obiad i tort. To było nasze ostatnie spotkanie z wujkiem, bardzo miłe zresztą...Jak każde z wujkiem, bo to właśnie taki człowiek był... Wiem, że ten obiad, te urodziny, mimo, że jeszcze po nich mama zdążyła się z wujkiem spotkać, były dla Niej bardzo ważne. Dla nas wszystkich były ważne... Gdybyśmy wyjechali, pewnie nie spotkalibyśmy się z wujkiem...

Kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nie ma tego złego, postanowiłam, że tak czy siak, ta majówka nie będzie stracona i spędzimy ją najfajniej jak się da... Udało się nam to, zdecydowanie!


Gwiazdeczka :* Cieszyła się bardzo na tyle dni, kiedy mama nie idzie do pracy!
 

Przed majówką zaliczyliśmy jeszcze opady gradu...


...i to dokładnie wtedy, kiedy na działce kwitła Marcina grusza...


W końcu sobie dogodziliśmy kulinarnie, śniadanka jedliśmy bez pośpiechu i pełne witamin.



Pospacerowaliśmy...



Pobawiliśmy się... Chyba nieźle się trzymam, jak na babcię tego bobasa? :) 
 

Poszliśmy na pizzę, do knajpki, gdzie byliśmy na pierwszej randce :) 


 ...i na deser, gdzie świętowaliśmy ostatnią rocznicę ślubu.


Zobaczcie tę minkę :) 
Pssss- tak wygląda RADOŚĆ :) 



Jeśli ktoś jest z naszych okolic, to polecamy Sowę na Wojska Polskiego.
 

Lila wyprodukowała samodzielnie biżuterię: 
 





Udało nam się również zaliczyć wypad nad morze- niech Was nie zmyli to słońce... Wiało okropnie, wszyscy mieliśmy zimowe kurtki i bynajmniej wcale nie było nam w nich za gorąco!







Postanowiliśmy również wybrać się do poznańskiego zoo...
 

 ...ale tu już mamy mieszane uczucia. 
Zoo ma sporą powierzchnię, ale trochę dziwnie jest dla mnie zagospodarowane, z perspektywy mamy. Są odcinki, gdzie nie ma żadnych zwierząt, droga jest nudna i monotonna i niestety to osłabiało morale naszych dzieci... Nie za bardzo chciało im się już pod koniec maszerować :(


Lila wypatruje mrówkojada. Fascynują ją mrówki, musiała więc zobaczyć zwierzę, które je zjada :)


Baloo uwolniony z rodzimego zoo, gdzie był przetrzymywany w nieludzkich warunkach, okaleczony... Powoli odzyskuje formę.





Słonie :)



A po zoo, rynek. 


 Na urodzinach Mamy...



Majówkę zakończyliśmy porządnym spacerkiem. Na kolejną nie robimy już planów, nie będziemy się spinać. I tak będzie, co będzie. Może spontanicznie, lepiej nam to wszystko wyjdzie... Oby.



Co u nas? Dzieje się... Lepiej, gorzej... Życie :) Eliza z anginą (niestety znowu) w domu, u Lilki czekamy na wynik wymazu z nosa, ale już wiemy, że nie jest on dobry... Sporo nerwów ostatnio. Czekam na weselsze dni...
Za to na działce wszystko się zieleni, rośnie, kwitnie, jednym słowem- cieszy!








To tylko mikroskopijny wycinek tego, co chciałabym Wam pokazać, ale spokojnie- jak już mnie znacie- nadchodzi czas, kiedy częściej będę tu wrzucać zdjęcia roślin, niż dzieci :D



wtorek, 16 maja 2017

Trochę inne urodziny...

W zasadzie zaczęłam już pisać inny post- o majówce, ale... są priorytety. I choć majówka poniekąd wiąże się z tym, o czym napiszę za chwilę, to jednak musi zaczekać.

Do grupy moich maluszków chodzi mały T. Kiedy pojawił się u nas po raz pierwszy, Jego mama była już w widocznej ciąży. Nic dziwnego, że oczekiwałyśmy na maluszka razem z Nią. Wiedziałyśmy, że termin ma na majówkę, ale jak sama mówiła- T. też się nie spieszył i z drugim synkiem było dokładnie tak samo.

10maja, w okolicach godziny, kiedy T. zazwyczaj szedł do domu, odebrałam telefon od Jego taty. Podekscytowany poinformował mnie, że po T. przyjedzie dziadek ponieważ Oni "walczą" na porodówce. Pewnie gdyby to był wesoły post, napisałabym co myślę o liczbie mnogiej w kontekście walki na porodówce, ale... temu wpisowi daleko będzie do humoru, choćby czarnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kiedy gdzieś tam, w jednym z naszych szczecińskich szpitali, rodzi się "znajomy" mały człowiek, mój wujek, w innym szpitalu, w tym samym mieście będzie odchodził... I odszedł, zgodnie z tym, co powiedziała lekarka, nie zostawiając nam żadnych złudzeń.

Wczoraj skończyłam 36lat... Tego samego dnia, po południu, odbyła się kremacja, a dziś pożegnaliśmy wujka na cmentarzu. 3maja moja Mama skończyła 60lat. I nie wiem, czy to przeplatanie się życia i śmierci, tych dat, mniej lub bardziej okrągłych, świadomość, że czas mija nieubłaganie szybko, rozłożyła mnie dziś na łopatki. Nie pomaga mi fakt, że wujek odszedł nagle, że najprawdopodobniej w wyniku komplikacji po zabiegu, który miał nie dopuścić do tego, co się właśnie stało... Przykrość i smutek potęguje fakt, że Mama była z bratem bardzo zżyta i widzę jak bardzo Jej ciężko. Ciężko mi także dlatego, że chciałabym, żeby Mama była tu z nami jak najdłużej... I choć oczywiście na co dzień nie myślę o tym, że czas leci... To on naprawdę mija...

Nie wiem, czy ksiądz mówił dziś ładnie, czy nie... Wiem, że ludzie zwracają uwagę na takie rzeczy na pogrzebach. Chyba jeszcze nie jestem w tym wieku, żebym robiła podobnie, a może to kwestia tego, że nie mogłam zebrać myśli... W każdym razie, słyszałam jak mówił, żeby kochać... Żyć i kochać... 




niedziela, 7 maja 2017

Trójmiasto w kwietniu...

To niesamowite, że do takiego wpisu, z tak ważnego dla nas wydarzenia, w dodatku z takiego miasta zabieram się jak pies do jeża... Nie mam nawet cienia podejrzeń skąd to wynika, nie zmienia to jednak faktu, że robiłam już kilka podejść i za każdym razem- klops. Wolałam zajrzeć do Was (co przynajmniej zaowocowało komentarzami), spojrzeć na jakieś apetyczne przepisy (przemilczmy czym TO zaowocowało), przejrzeć po raz 14826349 zdjęcia z tego wyjazdu- to zaowocowało oczywistą chęcią powrotu do Trójmiasta... niż spiąć pośladki i spisać zdanie po zdaniu to, co było w mojej głowie, a zupełnie nie chciało się "przelać" tutaj. Ot, taka anomalia... Zupełnie jak z tegoroczną "wiosną"... Może to rzeczywiście wpływ pogody? Jestem tak bardzo spragniona słońca, że nie straszne mi już nawet upały po 40stopni... Straty na działce coraz większe... Pomarzło dużo więcej roślin, niż początkowo myślałam. Cóż, muszę to przełknąć- to będzie kiepski rok pod tym względem.

Wróćmy jednak do Trójmiasta- za chwilę tak odbiegnę od tematu, że już nie wrócę :)
Pewnie nikt już nie pamięta, że jesienią wizyta w Trójmieście przeszła mi koło nosa. Marcinowi przełożono mecz na czwartek, a to oznaczało, że ja musiałabym kombinować z wolnym i nawet jeśli by mi się to udało, to niestety nie mieliśmy opieki do dziewczyn. Musiałam to przełknąć, bo co też innego mi zostało, ale chęć wyjazdu we dwoje i tęsknota za tamtymi kątami została... Chyba właśnie w tym rzecz, że do Trójmiasta mam po prostu słabość. I gdybym mogła zamieszkać w dowolnym mieście w Polsce, to z całą pewnością byłaby to Gdynia <3

Od 1kwietnia Marcin zawodowo związał się z Gdańskiem, więc kto wie... Życie jest nieprzewidywalne :) Na razie trzyma nas tu szkoła Elizy, ale kiedyś?

Wracając jednak do wyjazdu... W marcu Marcin dostał informację, że pierwszy tydzień kwietnia spędzi na szkoleniu w Gdańsku. Zanim zdążył się rozłączyć, ja już byłam prawie spakowana na nasz wspólny weekend w Trójmieście. Wiedziałam, że już nic mnie nie powstrzyma :) I chyba tak faktycznie miało być, ponieważ wszystko nam sprzyjało. Uzgodniliśmy, że dojadę do Marcina w piątek, w ciągu dnia. Dojadę pociągiem, którym ostatni raz jechałam... jakieś 13lat temu :) Tak jest, tak się powodzi. Cóż, nie wiem czym bardziej byłam podekscytowana- wspólnym weekendem, czy tą samotną podróżą innym środkiem lokomocji... Podróż jakoś przeżyłam, choć współtowarzysze podróży trafiali mi się naprawdę różni i może dobrze, że niemal co stację się zmieniali. Pierwsze dwie godziny minęły mi nie wiadomo kiedy. Potem postanowiłam poczytać- przygotowałam się do tego dobrze. Kupiłam dwie gazety- jedną do zgrywania intelektualistki w podróży biznesowej, a drugą- do typowego odmóżdżenia się wiedzą kto z kim i za ile... Niebywałe, ale zdecydowanie bardziej wciągnęła mnie ta bardziej ambitna pozycja ;) Drogę uprzyjemniły mi domowe, zdrowe, sprawdzone na wielu wyjazdach ciasteczka. Tak, naprawdę wzięłam ze sobą tylko cztery. Resztę zostawiłam dzieciom...


A kiedy już wysiadłam... To weekend zleciał w mgnieniu oka i po raz kolejny mogę Was zapewnić, że niecałe trzy dni to stanowczo za mało, żeby na spokojnie i dokładnie zwiedzić tamtejsze okolice. Natomiast z całą pewnością to wystarczająca ilość czasu, żeby się w tym miejscu zakochać i chcieć wrócić tak szybko, jak to będzie możliwe...




Z tymi możliwościami to niestety bywa tak, że Marcin jutro rano wsiada do pociągu do Gdańska, a ja zostaję z tym całym majdanem na głowie, ale ale- mam już plan na kolejny wspólny wyjazd i tym razem też mnie nic nie zatrzyma :)



Pewnie gdyby nie fakt, że czasem coś przypadkiem wcisnę, nie mielibyśmy żadnego wspólnego zdjęcia z wyjazdu, a tak- voila :)





Park Oliwski- piękne miejsce. Żałuję, że dotarliśmy tu dopiero podczas naszego ostatniego wyjazdu. Dużo zadbanej zieleni, a nawet mała palmiarnia. Niestety, wtedy kiedy my byliśmy, jeszcze była nieczynna.


Ok, ok- a teraz o prawdziwym powodzie mojej miłości do Gdańska i odpowiedź na pytanie dlaczego tak mnie tam ciągnie :D W sumie wszystko zawiera się w jednym słowie, a brzmi ono: UMAM.
Wracaliśmy tam każdego dnia, a i tak nie spróbowałam nawet połowy tego, co chciałam. Nie trafiliśmy także ani razu na ich słynną i podobno (w to akurat absolutnie wierzę) genialną tartę mango-marakuja, więc to zdecydowanie powód na tak, aby do Gdańska wrócić jak najszybciej :)





Odwiedziliśmy też Sopot, choć właściwie... nie wiem po co ;)
Zdecydowanie najmniej go lubię z całej trójki.


 I wreszcie ukochana Gdynia <3




Wstawaliśmy skoro świt, także cieszyliśmy się widokiem pustej plaży, pustego molo... ciszą i spokojem. Zdecydowanie widoki i uczucia nie do zaznania w ciągu dnia. Mam wrażenie, że w Trójmieście sezon trwa cały rok.








Z Gdańskiem pożegnaliśmy się gorąco nam polecanymi lodami z kultowej lodziarni Eskimos, rodem z PRL-u, ale ten smak... Smak prawdziwych lodów! A przy maladze to już w ogóle odpłynęłam :)


Cóż mogę napisać w podsumowaniu... Nie będę przekonywała Was, że wyjazd we dwoje jest tym czego najbardziej potrzebujecie. Same/sami wiecie czego Wam trzeba :) Nie będę też oszukiwać samej siebie, że ten wyjazd był tym, czego potrzebowało moje ciało- po powrocie nie dopięłam się w ulubione dżinsy i czułam każdy mięsień. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz tyle chodziłam. Na pewno te trzy dni było dokładnie tym, czego w tamtym okresie potrzebowała moja głowa :)

Mam nadzieję, że tych, którzy nie mieli okazji być w Trójmieście, zdjęcia do tego zachęcą. Naprawdę warto.
Z kolei ja po cichu marzę, że mój niecny plan wypali, choć jeśli faktycznie- to znowu będą to 2-3dni. I znowu za krótko, żeby zobaczyć więcej, ale najwyraźniej pisane mi odkrywanie Trójmiasta kawałek po kawałku :) Tak czy siak- wchodzę w to :)

Babcia B. jak zwykle spisała się na medal, ale nie tylko Ona. Dziewczyny też muszę pochwalić. Zaobserwowałam, że kiedy zostają bez nas, w Elizie uruchamiają się instynkty opiekuńcze, zupełnie tak, jakby brała w tym czasie odpowiedzialność za Lilę. Ta z kolei, jakby miała świadomość, że na te kilka dni jest na "łasce" Elizy, i też spuszcza z tonu, nie ma więc naszego "szoguna", ale jest miła, kochana, słodka młodsza siostra, który wciąż powtarza: "moja Elizka"... Budujące są te obserwacje, bo chyba właśnie o to chodzi w posiadaniu rodzeństwa- żeby wiedziały, że mają siebie. Kogoś, na kogo mogą liczyć, kto będzie obok...

Od wyjazdu minął miesiąc... A ile się w tym czasie wydarzyło :) Nic tylko pisać :)