Mama2c

Mama2c

środa, 12 kwietnia 2017

Rzeżucha...

Równie dobrze mogłabym zatytułować ten post: "Jak szybko i skutecznie zapomnieć o urlopie".
Tak, tak- byliśmy na małym urlopie. Takim tyci- tyci. Trzydniowym, konkretnie. Jednak co to był za urlop! Po pierwsze- we dwoje (WE DWOJE!!!), po drugie- w Trójmieście, do którego od jakiegoś czasu mam słabość, po trzecie- wstrzeliliśmy się chyba jakimś cudem w okno pogodowe.

To były naprawdę wyjątkowe trzy dni... Korzystaliśmy, oj korzystaliśmy... :) Zdjęcia poniżej...






Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy, a w moim przypadku skończyło się nie tylko szybko, ale i dobitnie- jeszcze w Gdańsku dostałam krótkiego smsa ze zmianą grafiku, ponieważ zachorowała koleżanka. W poniedziałek okazało się, że "odpadła" kolejna i zostajemy we dwie... plus stażystka. Z jednej strony Jej obecność ratuje nam teraz życie, z drugiej dziewczyna jest kompletnie zielona, z trzeciej- żal mi Jej okropnie, bo trafiła tu chyba w najgorszym możliwym okresie... Mam tylko nadzieję, że się nie zrazi, nie zniechęci, przeżyje ten chrzest bojowy i będzie z nami na dłużej...

Dzieci chorują... Dziś wykonałyśmy trzy telefony do rodziców... Nie chcę nawet myśleć o tej zarazie w kontekście Świąt. Może i padnę w piątek wieczorem na twarz, ale chcę być chociaż zdrowa...
Zmiany mamy takie, że w domu ostatkiem sił zmuszam się do ugotowania obiadu dla dziewczyn, przygotowania się do zajęć na kolejny dzień, a dziś- kiedy umyłam podłogi, miałam ochotę przyznać sobie Nobla w nowej kategorii, jaką byłaby akrobatyka na mopie w stanie agonalnym, czy coś w ten deseń...

Święta najchętniej odłożyłabym w czasie... Musiałam schować dumę do kieszeni, i zadzwoniłam do Mamy z informacją, że niestety nie dam rady zorganizować śniadania wielkanocnego u nas. Jest mi tym bardziej przykro, że Marcin bardzo się na nie cieszył... Ostatni raz u nas w domu była Wigilia po narodzinach Lilki... ponad 4lata temu. Niestety, nie mam nawet posianej rzeżuchy, mimo, że kupiłam ją chyba pod koniec lutego... I ta rzeżucha, to był chyba dzisiaj taki emocjonalny gwóźdź do trumny...

Mimo to, życzę Wam wszystkim przede wszystkim spokojnych, rodzinnych i pogodnych Świąt. Cieszcie się sobą, bo to najważniejsze.

sobota, 1 kwietnia 2017

Lubimy, lubimy...

Takie weekendy, jak ten ostatni- lubimy...
Kiedy naprawdę czuć, że jest wiosna. Kiedy można to poczuć, a nie tylko wnioskować, patrząc na datę w kalendarzu.
Było ciepło, ale nie upalnie.
Słonecznie...
No i byliśmy w czwórkę!  
Chętnie odkrywamy nowe miejsca, ale zdecydowanie częściej wolimy powracać do tych, które nas czymś ujęły.
Tym razem postanowiliśmy wrócić do Nowego Warpna i Trzebieży. Ja, Marcin i Eliza znamy te miejsca dobrze, za to Lila była tam dopiero po raz drugi. Na zdjęciach najlepiej widać, czy Jej się podobało :D

Nowe Warpno...

Serniczek do kawy...

Cóż mogę napisać... Nasze Dzieci mają to zdecydowanie po mnie- dla mnie każda wycieczka byłaby niepełna, gdybym nie spróbowała miejscowego jedzenia :) 
Trudno się zatem dziwić Dziewczynom, że po zaledwie kilkunastominutowym spacerze, twierdziły, że są już głodne i jeśli zaraz czegoś nie zjemy, to będziemy wracać z dwoma ciałami w bagażniku :) 
Ja tam jestem bardzo podatna na takie groźby... 


Faktem jest, że trafiliśmy naprawdę dobrze- domowe pierogi, domowe naleśniki. A to wszystko podane ze szczerym, niewymuszonym uśmiechem. Do tego tak serdecznie, że człowiek prawie wierzy, że ta młoda dziewczyna cieszy się, że mogła przyjść do pracy w niedzielę, aby obsłużyć właśnie nas :) 



Brzuchy pełne, ale to żadna przeszkoda, aby pobiegać. Właściwie to po takim posiłku, ruch był nawet wskazany- ale żeby od razu taki intensywny?! No tak, to przecież dzieci...



Nowe Warpno cd...


Trzebież i... księżniczka zmierzająca do zamku :) 


Dziewczynom póki co nadwaga nie grozi...
Nic nie zdąży się odłożyć :)
Ps. Też kiedyś taka byłam. Dawno, daaaaaaaawno temu...




Te zdjęcia zatytułowałam na fb "Każdy ma taki Zanzibar, na jaki go stać" :D 
Nasz Zanzibar był całkiem w porządku, choć jednak wiosenne kurteczki wskazane :)



Co jeszcze? Coraz ładniejsza pogoda, to coraz częstsze wizyty na działce. Z racji tego, że my nic poza kwiatami, poziomkami i paroma owocowymi krzaczkami nie uprawiamy, na razie bez spiny, na luzie- po prostu tam przychodzi. Bardziej spojrzeć, jak wszystko po zimie "ruszyło", niż coś robić...

A roślinki, co zachwyca mnie z roku na rok coraz bardziej, jakby się ścigały, która szybciej osiągnie odpowiednie rozmiary po zimie... Czasem 2-3dni i przeżywam szok, że któraś jest już taka duża. I to jest ta właśnie magia posiadania działki, która naprawdę kiedyś była mi zupełnie obca. Także jakby ktoś miał za dużo czasu i pieniędzy- polecam brać działkę bez zastanowienia :D
I daję słowo, że bez kasy i z krótką dobą, też jednak warto brać :)

Wspomnę jeszcze tylko, że odetchnęłam z ulgą, gdyż po zimie, okazało się, że grusza posadzona przez Marcina... przeżyła i ma się świetnie :) Nie spodziewamy się co prawda jeszcze w tym roku owoców, ale ale... Czy wiecie co to oznacza?  Teraz już nic Go nie zatrzyma przed budową domu i spłodzeniem syna :D
Hmm, czy aby na pewno nic? Sam zainteresowany twierdzi, że dom tak, ale jako tata czuje się już spełniony. Mamy zatem konflikt interesów :) To w zasadzie nic nowego, bo my przez większość z tych dwunastu wspólnych lat mamy konflikt :) Jakoś z tego wybrniemy... Pewnie weźmiemy kolejnego psa, samca (syn), szczeniaka (dzidziuś dla mnie) :)

W pracy wiosna również do nas przyszła... Wychodzimy już z maluszkami na ogród, jest z tym co prawda trochę roboty, ale dzieci i rodzice szczęśliwi. No i przyznam, że nam też od razu inaczej czas mija. A, że mamy ostatnio znowu ciąg adaptacji (to niewiarygodne, jaka w tym roku jest rotacja!), a co za tym idzie- płacz, płacz i jeszcze raz płacz (aż dziw, że na razie tylko dzieci, bo przy tym natężeniu decybeli też powinnam już dawno płakać), dobrze jest potem wyjść na powietrze, posłuchać śpiewy ptaków, popatrzeć na kojąco-uspokajającą zieleń...

Początek wiosny dla dzieci niemal zawsze kończy się falą katarów i innych dziadostw. U nas poszło po całości, bo nie tylko przeziębienia, ale i jelitówki oraz zapalenia spojówek. Skończyło się to tak, że nawet ja- bardzo odporny egzemplarz, w końcu poległam i wylądowałam w piątek rano u lekarza. Także siedzę sobie na "wolnym" do wtorku włącznie...

Cóż mogę powiedzieć- to nie tak, że odkąd zaczęłam pracować w żłobku, odkryłam w jakim stanie rodzice potrafią przyprowadzić dzieci do placówki. Widziałam już takie numery głównie za czasów przedszkola Elizy... Teraz widzę to po prostu dużo częściej. I o ile zazwyczaj mnie to już kompletnie nie dziwi, to czasem zdarzają się takie "akcje", że nadal mam ochotę powiedzieć: "NIE WIERZĘ!"

Poruszałam już tu kiedyś ten temat i wiem, że dzieli on głównie mamy niemal tak samo jak karmienie piersią a butelką, poród naturalny kontra cesarka i tak dalej, i tak dalej... Nie trzeba mnie przekonywać, że różne są w życiu sytuacje. Naprawdę to rozumiem. Są jednak też takie sytuacje, których nigdy nie zrozumiem, przy całej mojej wyobraźni i dobrych chęciach. A wiecie co jest najbardziej zatrważające? Szczerość rodziców. Tylko nie zrozumcie mnie źle- bo oczywiście, kiedy rodzic mówi mi, że ma nóż na gardle, to ja mogę spojrzeć na daną, konkretną sytuację inaczej... Ale kiedy jednak rodzic ma na tyle fantazji? odwagi? bezczelności?! powiedzieć mi, że ma co prawda dzień wolny, ale tyle wziął do domu roboty, że On nie wie, czy przypadkiem jutro nie przyprowadzi dziecka, które ja Mu dziś przekazuję z gorączką, no to przepraszam- nie, nie rozumiem! I zawsze w takich sytuacjach myślę to samo, co od lat- oczywiście nie dziwi mnie nie liczenie się z innymi dziećmi i ich rodzicami, którzy też potem będą w podobnej sytuacji, bo trzeba będzie coś z tym chorym dzieckiem zrobić, jeśli się zarazi (a uwierzcie- no większość się niestety zaraża), nie dziwi mnie, że panie przedszkolanki to ostatnie osoby, o których się w tej sytuacji myśli- w końcu rodzic płaci, i jeśli nawet wszystkie panie się w końcu rozchorują na raz, to On przecież wymaga, aby braki kadrowe uzupełnić w trybie natychmiastowym ( pamiętaj, Drogi Rodzicu, że choćby jedna z nas na zwolnieniu, to dwie ręce mniej do opieki nad Twoim dzieckiem, bo w większości placówek realia są, takie jakie są- ot, życie!), to jednak zawsze dziwi mnie, a może bardziej nawet boli, że nie myśli się kompletnie o swoim dziecku! Dziecku, które nierzadko w tej placówce jest po blisko dziesięć godzin! Długich godzin, podczas których nie ma szans, aby poświęcić Mu więcej czasu niż zazwyczaj, bo placówki mają swój rytm i nikt nie będzie go przestawiał, bo jedno dziecko ledwo chodzi, czy słania się na nogach. Posiłki o określonych porach, drzemka- czyli odpoczynek, tak samo, wyjście na dwór, zabawa...

I tak, ja wiem, że katar to nie choroba. I tak, biję się pierś- puszczam dzieci z katarem do przedszkola, szkoły... Ale na Boga- jest katar i katar. Wybacz Drogi Rodzicu, ale czasami wystarczy mi miesiąc z Twoim dzieckiem, żebym doskonale wiedziała, kiedy ma tylko katar, a kiedy ma taki katar, że nie funkcjonuje tak, jak zawsze. Czy Ty, która/który wychowujesz, pielęgnujesz, troszczysz (???) się o Nie od roku/dwóch jeszcze nie potrafisz tego rozróżnić? NIE WIERZĘ!

I zastanawia mnie też jedna kwestia- no przecież chyba nikt, kto posyła dziecko do żłobka/przedszkola nie wierzy w to, że Ono nie przechoruje ani jednego dnia. Trzeba się z tym liczyć, że dziecko będzie chorowało! Jedne mniej, inne więcej, ale będą.

Ach, długo by pisać, ale przynajmniej na chwilę wylałam z siebie swoje chorobowe frustracje...
Kiedyś chyba o tym książkę napiszę :)
Tylko niestety, to co widuję na co dzień, naprawdę nie wywołuje uśmiechu na twarzy.

Skoro jesteśmy już w takim nastroju, to odpowiedni moment, aby poprosić Was, abyście przeczytali historię... Rzadko to robię, praktycznie w ogóle, ale wyjątkowo mocno mnie to obeszło. Odkąd jestem mamą w zasadzie każda krzywda robi na mnie wrażenie, ale opowieść o tym, co spotkało rodzinę Mai... szczególnie porusza. Dlaczego? Bo tak łatwo się z Nimi utożsamić- ot, zwykła, bardzo przeciętna polska rodzina. I obraz tego, że życie naprawdę potrafi zmienić się w jednej sekundzie. Niestety- nie zawsze na lepsze...

Choć zdarza mi się (ostatnio częściej!) psioczyć na moją, osobistą rodzinkę, widzę jej niedoskonałości, wściekam się co rusz, to zimny pot mnie oblewa na samą myśl, że miałoby to się zmienić, że nagle nic, nie byłoby tak, jak jeszcze przed chwilą. Nie dziwi mnie więc, kiedy Mama dziewczynki mówi, że dzieli swoje życie na to przed i po wypadku...

Długo nie pisałam, to nadrobiłam... Jak to pisze Agata- wyszedł tasiemiec :)

wtorek, 21 marca 2017

Czekając na wiosnę...

Mamy właśnie niedzielny wieczór- na kuchence gotuje się obiad na jutro, ubrania na jutrzejszy poranek dla żeńskiej części naszej rodziny leżą gotowe, coś na ząb na długi, pierwszy dzień pracy też przygotowane... Skoro jestem tak świetnie zorganizowana (ekhm...), to nie pozostaje nic innego, niż sobie jeszcze skrobnąć tu parę zdań :)

Jak mijały nam ostatnie dni? Chyba jak większości- na wypatrywaniu wiosny :) Przedwiośnie ma swoje prawa- nie dziwią mnie więc wiatry, deszcze, wahania temperatury... Nie dziwi mnie, że oboje z Marcinem mamy jeszcze (Boże, to naprawdę możliwe!) mniej energii niż zazwyczaj, jesteśmy jeszcze bardziej rozdrażnieni (no w to akurat jest mi nietrudno uwierzyć :)), zniecierpliwieni, ospali...
Tak, to wszystko mnie nie dziwi, co nie oznacza, że nie jestem tym już zmęczona. Chciałabym mieć mnóstwo energii i siły na realizację pomysłów i planów, które wypoczęta głowa będzie produkować znowu w nadmiarze.

Wiosna zbliża się naprawdę wielkimi krokami, i pomijając suche fakty w postaci dat- jutro początek astronomicznej wiosny, a dzień później tej kalendarzowej, to najlepiej jej bliskość dostrzec w przyrodzie... W naszym przypadku- na działce :)

Miodunka- pierwsza z kwitnących bylin dziś w końcu dała się wypatrzeć :)



Serduszka, a zaraz po niej- łubin...



No i krokusy. Zawiodły w tamtym roku, a w tym próbują się chyba zrehabilitować :)



W pracy też już typowo wiosenne klimaty...



















Wyrzuty sumienia, że po pracy nie chce mi się już działać kreatywnie z Lilą, zaowocowały mini panią wiosną :) która z wyboru córci powędrowała do Jej Pań z przedszkola. Chyba Je lubi :) Nie dziwię się- skoro dają słodycze :D



Tydzień temu, w piątek umówiliśmy się z moją kuzynką i Jej mężem do teatru na spektakl "Projekt Ojciec". Co prawda byłam przekonana, że idziemy na "Projekt Matka", ale to właśnie cała ja :)
W każdym razie, mimo wyprowadzenia mnie z mojego głębokiego przekonania, że oto właśnie zostanie obnażona cała prawda o macierzyństwie- bawiliśmy się świetnie. Chociaż przyznam, że początek jak dla mnie był słaby i już się obawiałam, że dalej będzie tylko gorzej... No ale scena z chustowaniem w wykonaniu trzech ojców- niemal sikałam ze śmiechu. Natomiast końcówka to już totalny wyciskacz łez, a że ja się w ogóle łatwo wzruszam, to łatwo nie było się pohamować...

Razem z nami na widowni siedziała klasa, pewnie jedna z ostatnich, bo młodzież wyglądała raczej dorośle, jakiegoś ogólniaka/technikum... Zanim zaczął się spektakl śmiałyśmy się z moją kuzynką, że  jedyne co z tego wieczoru wyniosą, to naturalne działanie antykoncepcyjne :) Jednak już po, stwierdziłam, że może tym bardziej myślącym i wrażliwym pozwoli spojrzeć na bycie tatą z perspektywy odpowiedzialności jaka za tym idzie.

Potem poszliśmy jeszcze coś zjeść i tak spędziliśmy ponad dwie godziny zaśmiewając się do łez, dzieląc się blaskami i cieniami bycia rodzicami :) Ach, piękny wieczór! Tak rzadko jesteśmy w mieście wieczorem, że widok oświetlonych Wałów Chrobrego zrobił na mnie ogromne wrażenie. Prawie, jakbym była turystką we własnym mieście.

Z REWELACYJNEJ ORGANIZACJI WYSZŁO TYLE, ŻE W NIEDZIELĘ POKONAŁO MNIE ZMĘCZENIE I DO PISANIA WRACAM PIERWSZEGO DNIA KALENDARZOWEJ WIOSNY :)

Co poza tym? Proza życia... Przypilnować starszą z lekcjami. Zdolne to i mądre, ale leniwe jak jasna cholera! Spacyfikować młodszą- na tym polu bywa po stokroć trudniej, niż zagonić Elizę do nauki... W wielkim skrócie napiszę tylko, że trwa nasza nierówna walka z uzależnieniem Lilki od cukru. Tak, tak- wiem jak to brzmi, ale uwierzcie- niestety to prawda. I choć zabrzmi to jak marne tłumaczenie się, śmiem twierdzić, że nasze uwielbienie dla słodyczy, nie miało na taki stan rzeczy, aż takiego wpływu. Problemem jest przedszkole- niestety. Kanapki z nutellą, słodkie serki homogenizowane i typowe słodycze- ciastka, cukierki, gumy i to w większości przynoszone do przedszkole przez inne mamy, na deser... Za czasów Elizy walczyłam w przynoszeniem do przedszkola chipsów, także jestem zaprawiona w boju :) I tak łatwo się nie poddam :)

Rozmawialiśmy oczywiście o tym z paniami, ale... jak grochem o ścianę, póki co. Pani oczywiście jest przekonana, że jedna guma raz dziennie nie stanowi problemu. Dla mnie też nie stanowiła- dopóki nie zaczęło mnie niepokoić zachowanie Lilki i nie zaczęłam zgłębiać tematu. Nie mam na tym punkcie jakiejś mega obsesji, ale widzę co z się dzieje z Lilą po przyjściu do domu- jak ryczy, pokłada się, skomle wręcz o coś słodkiego... I to jest naprawdę przerażające. Dużo o tym ostatnio czytamy z Marcinem i jedno wiadomo na pewno- lepiej jak dziecko zje raz w tygodniu nawet większą ilość słodyczy, niż kiedy zjada je codziennie, dzień po dniu...

Z Elizą nigdy nie było takiego problemu. Nawet jeśli chodzi o słodycze zawsze była wybredna.

Z innej beczki- po poprzednim, pięknym weekendzie Miśkowi odnowiła się dawna kontuzja. Nie w takim stopniu jak poprzednim razem, kiedy nie mógł chodzić, ale niestety- to się będzie za nami ciągnęło do końca. Tym razem wystarczył jeden zastrzyk i tabletki do domu...

A oto, jak wykorzystaliśmy wyżej wspomniany weekend:








Dokładnie tak, jak lubimy- aktywnie, poza domem... Upiekłam nasze kultowe zdrowe ciasteczka (tylko banan, płatki owsiane/otręby i dowolne dodatki) i mogliśmy cieszyć się urokami niedzieli.

Były też miejscowe spacerki:





Po drodze był też dzień kobiet i bardzo miły akcent od naszej koleżanki, pełniącej funkcję kierownika: 


Do tego były własnoręcznie upieczone ciasteczka z chia- bardzo dobre zresztą!

A tu już z domu- jak widać Marcin pomylił tulipany z goździkami :) Na szczęście rajstop nigdy mi nie dał :)


I na działce:


Nie mogę się doczekać, kiedy wszystko zacznie kwitnąć!

Jaki był Wasz pierwszy dzień wiosny? U nas mimo nieciekawej prognozy słońce dopisało, było też w miarę ciepło. Starszaki poszły utopić marzannę, a maluszki miały dziś inaugurację ogrodu- jak to nazwałyśmy :) Ubrać i wyprawić na dwór taką wesołą gromadkę niespełna dwulatków- wyższa szkoła jazdy. Jednak dzieci, a przede wszystkim rodzice- bardzo z wyjścia na dwór byli zadowoleni. Nie dziwię się Im. Sama jako mama bardzo doceniam to, że u Lilki w przedszkolu te spacery są niemal codziennie.

Nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć nam wszystkim pięknej, słonecznej wiosny! Chętnie rozstałabym się już z moją zimową kurtką i tymi przygnębiającymi kolorami...

środa, 8 marca 2017

Ze wszystkim...

Tak rzadko tu jestem, że dziś przychodzę do Was ze wszystkim :) O tym co było, co jest i co będzie...
Faktem jest, że im dłużej mnie tu nie ma, tym trudniej wrócić. Nadal moim głównym wrogiem jest czas i zmęczenie. I mimo, że wieczory spędzam de facto przy laptopie, to jednak jest różnica między bezmyślnym lampieniem się w niego, ewentualnie przeczytaniem paru zdań ze zrozumieniem, a skleceniem posta, który miałby ręce i nogi...

Zaczynamy więc od ferii, póki jeszcze mam (stosunkowo) jasny umysł.

Mam dowody, że jednak ten czas wykorzystałam nie tylko na pracę nad dodatkowymi kilogramami :)

Spacerowaliśmy:









 Wybraliśmy się do papugarni:









Zdjęcia ładne, prawda? I to by było w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o plusy tego typu miejsc. Nie wiem jak w innych miastach, ale u nas otworzyły się w podobnym czasie dwie papugarnie. Ktoś chyba zwęszył łatwy zarobek. Od siebie dodam tylko, że jeśli (a wierzę, że nastąpi to szybko) zainteresują się tym obrońcy praw zwierząt, to zostaną pozamykane tak szybko, jak się otwierały. I nie chodzi o to, że zwierzęta mają tam kiepskie warunki życia. Pomijając oczywiście sam fakt życia w niewoli... Po prostu ludzie, mimo, że instruowani przy kasie, zachowują się gorzej niż te ptaki o bardzo małych móżdżkach.
Długo tam w każdym razie nie zabawiliśmy i na pewno się już nie wybierzemy. Elizie co prawda bardzo się podobało, ale ta duża papuga, którą widzicie z Nią na zdjęciach, trochę Ją podziobała- łącznie z ciągnięciem za włosy...

Ferie minęły nam także pod znakiem diagnozowania Elizy kaszlu, ale to tak pokręcona i jednak zasługująca na osobny post historia, że musi zaczekać, aż znajdę chwilę.

Mimo wszystko będę wspominać ten zimowy urlop całkiem nieźle. Upłynął nam także w oczekiwaniu na rozwiązanie pewnej kwestii, także trochę siedzieliśmy "jak na szpilkach".
Nie ukrywam, że jednak za rok chciałabym gdzieś wyjechać...

Powrót do pracy był znośny, choć nie byłyśmy jeszcze w komplecie. Co prawda teraz mamy istny "szał-ciał"- wygląda na to, że wszystkim mamom w Szczecinie właśnie kończy się urlop macierzyński. Telefon dzwoni non stop, cały czas ktoś przychodzi, adaptacje w trakcie... Ma to swoje plusy- głównie jeden- są dzieci, jest praca :) Jakby jednak nie patrzeć, to takie dochodzące w trakcie całego roku maluszki jednak rozbijają nam trochę plany, ale wszystko jest do przeżycia. Czasami tylko przydałyby się stopery do uszu :)

Eliza od razu pierwszego dnia "przyniosła" piątkę z historii- idzie w moje ślady :) Historia to był mój najukochańszy przedmiot, bo reszta to były ulubione :D
No może poza matematyką...

Co u Lilki? Pokochała miłością ogromną angielski i jak tak dalej pójdzie, to będę musiała chyba pójść na jakiś kurs, albo chodzić po domu ze słownikiem, ponieważ na okrągło słyszę: "Mamo a jak jest po angielsku...". I tu padają najbardziej wyszukane (z mojego punktu widzenia :)) słówka. Dziś na przykład pytaniem dnia były "warkocze"...
Poza tym- Lila jak zawsze- jest najsłodszym, najkochańszym, najmilszym dzieckiem pod słońcem, dopóki ma humor/wszystko idzie po Jej myśli/ niczym Jej nie podpadniemy... Najprościej podpaść Lilce odmową dania Jej czegoś słodkiego, także ja podpadam już codziennie :) Wtedy oczywiście mnie nie lubi, nie kocha i "...już nigdy nie będę się z tobą bawić". Cóż za strata :)
Babcia ostatnio nie podpada... A to kupi lizaka (podobno zdrowego- haha... cóż za oksymoron, ale nie mam serca uświadamiać Mamy...), a to zrobi kopytki (ja nie robię takich dań), a to rosół ugotuje (ja też gotuję, i podobno dobry, ale wiadomo- nie tak dobry, jak ten Babci...)


W tak zwanym między czasie przyniosłam trochę wiosny do domu:




 

 

 Prawda, że od razu przyjemniej się w domu robi? Prawda! 

Za to w miniony weekend uznałam, że pora pojechać po bratki na balkon. Od trzech lat pokonujemy naprawdę sporą odległość aby kupić kwiatki od TEJ konkretnej Pani, w TYM konkretnym miejscu.
Jeśli miałabym Wam przedstawić tutaj osobę, która robi coś z pasją, to na pewno byłaby to ta, już pewnie po siedemdziesiątce, kobieta. To się czuje, to się słyszy, to się widzi... Dla mnie- magia! 





A tu już nasze zakupy, w swoich domkach :)



Na działce też "ruszyło" :) Mama nawet próbowała mnie przekonać, że widzi już wychodzące piwonię, ale... wierzyć w to?!




Chwilę spokoju w niedzielne popołudnie sponsorowało Pepco i ich kreatywny zestaw pod kątem Świąt Wielkanocnych:





Znalezione na spacerze...


A tu dowód na to, że w gąszczu wszystkich świetnych cech, jakie dzieci dziedziczą po swych cudownych mamach, zdarza się, że skapnie też coś w spadku po tacie... Jak pisałam- matematyka moim ulubionym przedmiotem nie była. Do dziś biegle potrafię przeliczać tylko procenty na wyprzedażach w Smyku. Jednak jak widać- Lila w moje ślady zdecydowanie nie poszła :D


To na czole to nie "kuku"... To... pieczątka. Wiecie- taki system motywacyjny. Ja się tylko pytam dlaczego na czole?! Do tej pory przychodziła z pieczątkami na rękach. Czy taki stempelek na głowie, ma jeszcze bardziej zmotywować akurat tę konkretną część ciała? :) 

Dziewczyny i chłopaki- nadrobię i u Was, widziałam, że sporo pisaliście, większość nawet już przeczytałam, ale skomentować godnie :) to tak jak z napisaniem u mnie posta- nie ten stan umysłu... 

To do następnego :) 
Może szybciej niż ostatnio...