Mama2c

Mama2c

piątek, 10 lutego 2017

Co (pi)jemy podczas choroby...

Sezon chorobowy w pełni. Teoretycznie- trochę mnie to dziwi. U nas od dłuższego czasu temperatura utrzymuje się na minusie, nie ma żadnych wahań... Na mój mały rozumek właśnie powinny ginąć wszelkie wirusy i bakterie, a tymczasem...

Tymczasem wygląda to tak, że po poniedziałku, kiedy miałam w żłobku komplet, od wczoraj nie ma już dwójki dzieci, kolejna trójka ma solidny katar i kaszel. A dziś? Dziś Ich ukochana ciocia i jej mąż dołączyli do zacnego grona zainfekowanych... Póki co- nie mamy tylko gorączki, ale wszelkie pozostałe objawy niestety już tak.

Dziewczyny z pracy twierdzą, że i tak długo się uchowałam. Racja. Jednak umówmy się- swoje przy własnych dzieciach już odchorowałam :)

Ech, pominę fakt, że dziś właśnie dzieciaki ostatni raz przed feriami szły do szkoły. Przemilczę również, że na jutro planowaliśmy wyjazd nad morze... I chociaż morze przejdzie nam w ten weekend na pewno koło nosa (wybacz Basiu, nie pozdrowię go od Ciebie :)), to i tak trzeba się przed tym paskudztwem bronić rękami i nogami.

I dziś właśnie, póki czuję się jeszcze nawet- nawet, chciałabym się z Wami podzielić moimi sposobami na walkę z przeziębieniem.

Póki nasz stan nie wymaga brania antybiotyku, a tę opcję dopuszczamy dopiero wtedy, gdy dopadnie nas coś bakteryjnego, stawiamy głównie na naturalne sposoby.

Jeszcze kiedy Eliza była mała (1-2 rok życia) zdarzało nam się podać Jej coś na odporność z apteki... Teraz takie mikstury robię sama :)

Przede wszystkim- stary, poczciwy i jakże skuteczny syrop z cebuli. Ewoluował przez lata i dziś nie dodajemy do niego cukru (u nas miód), za to wzbogacamy go o czosnek i imbir.  Nie powiem, żeby dziewczyny rzucały się na niego, jak na frytki :) ale piją bez większych sprzeciwów. Serwuję Im go trzy razy dziennie, Eliza łyżkę stołową, Lila łyżeczkę do herbaty. Codziennie, bez względu na to, czy ktoś u nas pociąga nosem, czy nie, pijemy po szklance czystka. W czasie choroby tym bardziej o nim pamiętamy. Na noc daję dziewczynom po stołowej łyżce soku malinowego z ksylitolem.

W czasie przeziębienia ograniczamy cukier do absolutnego minimum. Nikt się nie sprzeciwia... poza Lilą. Wiadomo. Jemy za to bardzo dużo kaszy jaglanej, która ma działanie antywirusowe, zmniejsza stany zapalne błon śluzowych (idealne lekarstwo na katar!). U nas w tym "przekichanym" okresie obowiązkowo na śniadania i kolację (ze świeżymi i ewentualnie suszonymi owocami, ze sporym dodatkiem siemienia lnianego), a jak się uda, to również jako dodatek do zupy (jutro pomidorowa) i drugiego dania. O ile ja i Marcin nie robilibyśmy problemu, o tyle wiadomo- nie chcę, żeby dziewczyny się zniechęciły, w związku z tym zamiennie gotujemy niepaloną kaszę gryczaną. Ma ona dużo rutyny, która uszczelnia naczynia krwionośne.

Owoce. U nas dziewczyny nie muszą być chore, żeby pochłaniać je w ilościach znacznych, czasem kłócąc się na śmierć i życie o ostatniego pomarańcza... Czasem zjadają również pomarańczę, która czekała na wieczór, żeby wylądować w grzańcu :)

I to by było na tyle, jeśli chodzi o dziewczyny. Ja i Marcin mamy jeszcze jedną tajną broń- czosnek. Czosnek do wszystkiego :D Na kolację jedliśmy guacamole. Podejrzewam, że jeszcze jeden czosnek więcej i byłby to czosnek z awokado, a nie guacamole ;)

Dziś zamiast zdjęć syropów, czosnku i kasz, coś o wiele bardziej pozytywnego... Bo przecież to już za chwilę, za momencik...
Prawda?!













A jakie są Wasze sprawdzone metody na katar, kaszel i ogólne rozbicie? Piszcie, dobrych rad nigdy dość :)

niedziela, 5 lutego 2017

SS

Kto rozszyfruje? :)

Przez te kilka lat blogowania spotkałam się parę razy z dość ciekawym (jak dla mnie, ale o tym dlaczego- za chwilę) cyklem (?), przedstawiania na blogu tego, co jadło się danego dnia.

Nie byłabym sobą (to chyba ta socjologia, choć okazała się totalną pomyłką, gdzieś tam we mnie tkwi), gdybym nie zastanowiła się, co to za przewrotne czasy- wchodzę do świata osoby, której na oczy nie widziałam, tylko po to, żeby zajrzeć do Jej lodówki, czy na stół... Z drugiej strony- dla mnie jako smakosza, osoby, która je także oczami- to raj na ziemi, że tak można :D

Jak wiecie, a wiecie to przecież doskonale, bo wręcz się z tym afiszuję- kocham jeść.
K-O-C-H-A-M!
Czy ja jestem jakoś specjalnie wybredna? Absolutnie nie. Potrafię tak samo zachwycić się rano drożdżówką za 2,50, jak całkiem wykwintnym daniem jedzonym podczas specjalnych okazji. Faktem jest, że zaczęłam jeść bardziej świadomie, choć... z drożdżówek jeszcze całkowicie nie zrezygnowałam :D

Mam to szczęście, że tak samo jak kocham jeść, kocham gotować. Można oczywiście zastanawiać się czy to również szczęście dla mojej figury, ale po co znowu to tak roztrząsać :) W końcu gdzie to jest napisane, że każda z nas ma nosić rozmiar "S" i mieć figurę modelki... Ktoś to "L" też musi kupować, inaczej nie byłoby gdzie wieszać "esek" w sklepach :)

Kiedy nie pracowałam, sporo wolnego czasu spędzałam w kuchni. Poza tym, że do Włoszech nie ciągnie mnie jakoś specjalnie, mam chyba mentalność włoskiej mamy, która uwielbia gotować dla swojej rodziny. Nie będę jednak ukrywała, że dla siebie również uwielbiam to robić... Spójrzcie na przykład na te kanapki:





Czy one nie są wyrazem miłości do samej siebie? :)

Wtedy miałam na to czas... Moje śniadania od wakacji, za wyjątkiem paru dni, wyglądają identycznie- na ciepło jem albo owsiankę, albo jaglankę, albo gryczankę. Najkrócej z nich wszystkich gotuje się owsianka, dlatego ją jem najrzadziej. Dlaczego? Bo te +/- 15minut podczas których na ogniu dochodzi jaglanka czy gryczanka jest rano na wagę złota. Mam czasem takie nieodparte wrażenie, że to najbardziej efektywne 15minut w ciągu całego mojego długiego dnia... Czasami wydaje mi się, że dokonuję przez te 15minut rzeczy niemożliwych. I kiedy pomyślę, że jeszcze jakiś czas temu, potrafiłam przez niemal tyle samo czasu układać na kanapce awokado do fotki... I tylko nie wiem, czy to bardziej na "ach", czy na wielkie "OCH"...
Tak było. Ale się skończyło i... I bardzo dobrze :)

Akurat moje śniadania na ciepło bardzo sobie chwalę, ale o tym w poście, który dla Was na pewno (niedługo?) napiszę. Jednak czasem, ciężko powiedzieć, czy to może z jakiejś dziwnej, utajonej tęsknoty za dawnymi czasami, czy całkiem banalnie- dla przełamania rutyny, znowu mam ochotę na wielkie pichcenie i równie spektakularne robienie z siebie wariatki, kiedy wołam do Marcina: "No szybciej z tą kawą, bo chcę już zdjęcie robić"... :) Tak było dzisiaj. Stąd tytuł- SS to nic innego, jak Smaczna Sobota, którą zaraz Wam tutaj przedstawię :) Pewnie nie stanie się to cyklem- jak tylko zrobi się cieplej, jaśniej i słoneczniej, tego dnia tygodnia na pewno nie zamierzam spędzać uziemiona w kuchni, ale dziś mam ochotę podzielić się z Wami tym, co wyczarowałam.

Oczywiście, nie pokażę Wam wszystkiego... Niestety, nie jestem już ani noworodkiem, ani nawet niemowlakiem, którego apetyt cieszy całą rodzinę :D
Mój najczęściej spotyka się z karcącym spojrzeniem pt. "Czego znowu szukasz w tej lodówce?!" Albo: "Nie, nie umrzesz z głodu. Od śniadania nie minęło nawet pół godziny"
A tak serio? Pokazywać kalafiorową, choć naprawdę smaczna mi wyszła, to jednak banał :p 

Śniadanie. Wielki powrót kanapek :) 

Pasta z brokułów i jajek jest nie tylko fenomenalna, ale zdrowa i banalnie prosta. Wiedziałyście, że brokuły dopiero wtedy mają antynowotworowe działanie, kiedy je rozdrobnimy (posiekamy, zblendujemy) i damy im w tym zmienionym stanie skupienia trochę postać?



Czas na małe co nie co. Muffinki dyniowe.

Reakcja Iwony na wysłane zdjęcie, była taka: Wow, dynie w lutym.
No hej! Przecież to ja- największa fanka dyni w blogosferze :) Mam jeszcze sporo zapasów :) Nie, nie- wręcz przeciwnie. W tym roku bardzo się zagapiłam i zamroziłam chyba tylko 4pojemniki... W poprzednich latach było ich co najmniej 3razy więcej...
Mało bo mało, ale takie muffinki w lutym bardzo cieszą oko i kubki smakowe. Tym bardziej, jeśli za oknem deszcz, plucha, wiatr hula...

Dla Dziewczyn zrobiłam typowe muffinki z dodatkiem żurawiny. Natomiast dla mnie i dla Mamy dołożyłam kandyzowanego imbiru i przełożyłam masę do keksówki w rozmiarze XS :) Żeby nas nie kusiło. Przy okazji odchudziłam trochę przepis i dodałam o 1/3mniej cukru, a w jego miejsce dorzuciłam banana, którego skórka była wręcz czarna, co może oznaczać tylko jedno- był już bardzo, bardzo dojrzały. Czytaj: SŁODKI. Fajny patent, bo jak wiemy- tak przez nas kochany cukier, to nic zdrowego. A taki banan? Owszem indeks glikemiczny miał pewnie taki, że nie jeden cukrzyk by się przeżegnał, ale pomyślmy o tych wszystkich witaminach, solach mineralnych, błonniku... Odjęłam także z przepisu 3łyżki mąki, a w ich miejsce dałam tyle samo łyżek otrębów owsianych.






Obiad, czyli co jemy, kiedy Taty nie ma w domu... 

Nad obiadem siłą rzeczy muszę pochylić się chwilę dłużej. Muszę także, zanim przejdę do meritum, opatrzyć go należytym wstępem... Zaraz zrozumiecie dlaczego :)

Mój Mąż, kiedy słucham innych koleżanek, jest po względem jedzenia (co należy oczywiście zaznaczyć, że pod tym konkretnym względem :)) niemal chodzącym ideałem. Nie tylko je prawie wszystko, ale kocha warzywa nie mniej niż ja, ochoczo pije ze mną wszystkie koktajle, nawet te, których nazw składników nie potrafi wymówić (myślał, że jarmuż to nazwisko któregoś z prekursorów myśli socjologicznej), albo pierwszy raz o nich słyszał, uważa, że zupa to też obiad i nie obcina mi z pensji, jeśli nie podam Mu w niedzielę schabowego. O, taki mało wybredny przypadek mi się trafił :) Gdzie jest zatem haczyk...? Ano... jest. Marcin nie lubi wszystkiego, co kojarzy Mu się z krwią. Nie, spokojnie- to żadna trauma po obchodzeniu przez nas Halloween. No tak facet ma i już. I o ile czerniny w życiu bym nie tknęła, o tyle kaszanka z grilla cieszy się u mnie większym uznaniem niż karkówka. A schabowego równie chętnie zamieniam na wątróbkę, której Marcin po prostu nie znosi. Nie mam serca się nad Nim znęcać i kiedy jest w domu, zwyczajnie jej sobie nie robię. Co tu dużo mówić- On też ma swoje smaki, na widok których ja dostaję palpitacji serca. O, choćby taka pajda ze smalcem, którą zawsze wciąga na wszelkich festynach, jarmarkach i... no wszędzie tam, gdzie akurat podają. Chociaż teraz i tak już znacznie rzadziej, od kiedy wyedukowana na: "Było sobie życie", Eliza, zrobiła Mu publicznie awanturę, że zabije Go blaszka miażdżycowa, a Ona przecież chce mieć Tatę. Potem chyba rzuciła się na Niego, żeby Mu tę pajdę zabrać, ale dokładnie nie wiem, bo to był właśnie ten moment, kiedy odwróciłam się i udawałam, że ja tu jestem z inną wycieczką...

Cóż, wątróbka, ogólnie podroby, to temat dość kontrowersyjny. Pomijając fakt, że albo się je kocha (a co najmniej bardzo lubi) albo nienawidzi, pozostaje jeszcze jedna, kluczowa kwestia na temat tego, czy są zdrowe, czy nie- czyli czy powinny znajdować się w naszym menu, czy absolutnie nie. Prawdziwą fanką podrobów była moja ukochana Babcia. Ale spokojnie- tak jak Ją szczerze kochałam i uwielbiałam, tak miłością do tego wszystkiego, co Ona przyrządzała, jednak mnie nie zaraziła. I mimo wszystko... nie żałuję. Odetchnęłam dopiero po tym, kiedy od kilku osób usłyszałam, że w Ich rodzinie też jadano mó... A, nie, jednak tego nie napiszę :)

W każdym razie- wątróbka jak najbardziej ok, ale... rzadko. Wtedy, kiedy najdzie mnie ochota, a czasem jest to zaledwie 2-3razy w roku. Reasumując- nawet jeśli przytaknąć tym, że podroby są dla nas niezdrowe, chyba szczególnie mi nie zaszkodzą. A czasem dogodzą :)
I oto chodzi.





I krótkie "z życia wzięte", czyli jak nasze dzieci drążą temat.

Niedziela. Dzień mycia głów :) Najpierw do wanny poszła Eliza, potem Lila...
Nastał (o jakże upragniony!) wieczór, usypiam Małą, ale ewidentnie Ta ma inne plany, niż usnąć w 5minut :) W końcu, już lekko poirytowana, mówię: No śpij już, bo muszę jeszcze głowę umyć!
Na co Mała: Komu?
Jasne, że tacie :)

...jednak Lilę w końcu zmogło, a wszyscy ci, którzy mogą pójść spać chwilę później niż o 20, zajęli się swoimi sprawami. Eliza, fanka siatkówki, drużyny Chemik Police, dręczy Tatę pytaniami z tymże związanymi... Doszli do sympatii i antypatii, kogo lubi najbardziej, a kogo najmniej, czyli dosadniej mówiąc- kogo nie lubi. Tata, nasz domowy dyplomata, odpowiada, że no nie, on tak nie ma, że którejś ewidentnie nie lubi. Eliza nie odpuszcza i pyta: "No to która jest ostatnia na twojej liście lubienia" :)

Miłego tygodnia!

środa, 1 lutego 2017

Tak mi dobrze, tak mi rób. Często :)

Nie raz już wspominałam (a raczej utyskiwałam na swój podły los!), że zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w Krakowie, albo no chociaż w tym Wrocławiu. Szczęściarze! Co to za luksus móc w piątek po pracy wsiąść do auta i po "chwili" być w górach... Być tam na każdy długi weekend, święta, w przerwy między świętami itd., itd...

Kto nam zabroni- też możecie, pomyślicie. No... niby tak. Jednak wiecie jak to jest- odległość robi swoje. A może robi to głowa, w której rodzi się za dużo (czasem wyimaginowanych) ograniczeń? Tak czy siak- no zazdroszczę. Niewielu rzeczy zazdroszczę ludziom, ale miejsca zamieszkania na pewno.

Jak to w życiu jednak bywa- prostowłose zazdroszczą posiadaczkom bujnych loków, grube chudym, szatynki blondynkom (ciekawe, czy na odwrót też? :)), tak i nam też ktoś zazdrości. Bo i my możemy wsiąść do auta, żeby w krótkim czasie być w miejscu, do którego wielu musi jechać godzinami...

Marcin dostał sędziowanie w Świnoujściu. Szczęśliwym trafem o takiej godzinie, że spokojnie mogłyśmy wybrać się z Nim. Tym chętniej na to przystałam, że pogoda zapowiadała się bardzo obiecująco. Zresztą, spójrzcie sami:












Tak, tak- nadal są kurtki, czapki, szaliki... ale nie padało, nie wiało, temperatura w minimalnym plusie, nawet trochę słońca nam się trafiło. Żyć nie umierać :)

O tym, jak dogodziliśmy sobie kulinarnie (tak, my zdecydowanie z tych, co to przed wyjazdem zawsze robią rekonesans, co dobrego mogą w danym miejscu zjeść :)) nawet nie wspomnę... Dodam tylko, że od poniedziałku, do pracy noszę głównie pieczone warzywa :D

To była naprawdę udana niedziela, jedna z tych, po której zdecydowanie ma się ochotę na więcej. I mam nadzieję, że to więcej dopiero przed nami. W końcu to zaledwie początek roku... Choć z lekkim zdziwieniem odkryłam, że zaczęliśmy dziś drugi miesiąc tego roku...

I jeszcze kilka zdjęć:





Muszę, a nawet chcę!, pochwalić Elizę- prawdą jest, że sporo czasu na tym wyjeździe spędziłyśmy we trzy, i naprawdę w końcu! mogłam liczyć na Jej pomoc. Lilce oczywiście załączyło się protestowanie i uaktywniła awanturnicza natura :) Resztę w zasadzie możecie dopowiedzieć sobie same. Mimo to, właśnie dzięki postawie Elizy, pomyślałam, że nasza rodzina (przynajmniej jeśli chodzi o wyjazdy) zmierza we właściwym kierunku :)

W domu uraczyliśmy się przepysznym grzańcem, który po takiej ilości świeżego powietrza, smakował jeszcze lepiej niż zawsze.

A potem był poniedziałek... Dzieci się "wychorowały" i właściwie od samego początku tygodnia miałyśmy komplet. Do tego dwójkę nowych dzieci na adaptację. Trójka maluchów opuści nasze szeregi w najbliższym czasie. Rotacja na całego. I tak cały rok, jak mówią Dziewczyny. Jednych dzieci oczywiście żal bardziej, innych nieco mniej, ale przy każdym jednym przypadku człowiek zatrzymuje się chwilę dłużej, przypomina sobie początki, patrzy na efekt po tych kilku tygodniach/miesiącach... Są to w każdym razie specyficzne chwile.

U Lili w przedszkolu dziś odbył się Dzień Babci i Dziadka. Moja Mama, której towarzyszyła Eliza, była zachwycona. Panie już wcześniej raportowały mi, że Lila w kwestii występów, znajomości tekstów, zaangażowania, poczyniła ogromne postępy i jest kluczową postacią dla najbliższej imprezy :) Miło słyszeć, a Babcia i Siostra tylko potwierdziły, że dała Dziewczynka "czadu" :)

Powoli, powoli zbliżamy się do weekendu. Mam ochotę poszaleć kulinarnie, w zdrowszym wydaniu, a także w końcu porobić trochę zdjęć. Brakuje mi i jednego i drugiego. Może, niesiona na fali zdrowego jedzenia, w końcu napiszę ten tekst o naszych zdrowszych śniadaniach... Zdjęcia w każdym razie wybrane, a to połowa sukcesu. I połowa roboty :p
Buziaki!

Ps. Basiu! Dziękuję Ci za Twoją wiadomość. Rumieniłam się co chwilę, ale o tym dlaczego- odpiszę Ci niedługo. Ściskam serdecznie!


wtorek, 24 stycznia 2017

To może być długi post...


...o ile starczy mi sił, żeby go napisać :) Godzina już niemłoda, a ja odgruzowałam dziś połowę mieszkania... Przy jego obecnym stanie, to chyba cięższe zadanie, aniżeli praca w kamieniołomach i niestety- nie ma w tym cienia kokieterii. Nie wiem czy to ta zima i brak słońca, ale moja aktywność poza pracą czasami spada do absolutnego minimum- ugotować obiad na następny dzień, wstawić pranie, nalać sobie wina, naszykować ubrania dla siebie i dla Lilki i paść na wyrko. Jeśli zdarzy się, że muszę z czegoś odpytać Elizkę, albo sprawdzić Jej zadanie domowe, to najpierw muszę sprawdzać sama siebie, czy jeszcze myślę, czy już się wyłączyłam :)


Co tam też u nas słychać. Hmmm. Niech zerknę do poprzedniego posta, na czym to ja skończyłam :)
No to tak...

Zanim udaliśmy się na poniedziałkowe zebranie u Elizy, byliśmy w weekend na urodzinach kolegi Lilki z przedszkola. Dziecko się ponownie wybawiło, o czym niech świadczy fakt, że pot lał się z Niej strumieniami :)

Ponownie mieliśmy okazję być na sali zabaw, której nie znaliśmy. Jak to człowiek, szczególnie rodzić, całe życie poszerza horyzonty...




W poniedziałek po pracy przyjechał po mnie Marcin robiąc mi niespodziankę- przywiózł mi sajgonki, o których parę dni wcześniej podobno wspominałam. Chyba przez sen :) W każdym razie- wie jak mi dogodzić, oj wie :) Pominę już fakt, że poważna pani bliżej 40-tki jadła je w aucie na lidlowskim parkingu, ale to tylko dodawało smaczku całej sytuacji. Poczułam się niemal jak podczas studiów... Tak to ja się mogę odmładzać, choćby co drugi dzień :)


Zebranie u Elizy... Rzadko mam okazję na nich być, częściej to Marcin na nie chodzi. Za Elizą pierwszy semestr. Oceny bardzo przyzwoite i szczerze mówiąc- nie spodziewałam się, że tak dobrze zakończy to półrocze, choć kiedy przyjrzałam się im bliżej- były przedmioty, z których mogła mieć jeszcze lepsze oceny, ale zwyczajnie- chyba się nie postarała. W każdym razie, średnia 5,1 napawa mnie dumą. Natomiast zachowanie naszego dziecka... Cóż, zachowanie pozostawia trochę do życzenia, że to tak enigmatycznie napiszę. I Eliza i my mamy nad czym popracować.


Ferie u nas dopiero w połowie lutego i oczywiście czekamy na nie z utęsknieniem. Prawdopodobnie wezmę wtedy tydzień wolnego, żeby pobyć z dziewczynami. Ferie ma co prawda tylko Eliza, ale Lilce też oczywiście zrobilibyśmy wolne. Mieliśmy takie nieśmiałe plany wyjechać na kilka dni... Już cieszyłam się na spotkanie z Iwoną, a może też z Visenną... Jednak, niestety. Wyjechać nie wyjedziemy. Przed nami wesele mojego brata i trzeba trochę pieniędzy na nie odłożyć. Ferie musimy sobie odpuścić- bardziej zależy nam na wyjeździe na majówkę, kiedy to mamy zamiar hucznie obchodzić 60te urodziny mojej Mamy. Jednak na razie nic nie będę planować, bo jak widać- plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać.

W pracy... W zasadzie wszystko w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że jakiś paskudny wirus (chyba grypa) zdziesiątkował nam dzieci. W czwartek i piątek z mojej grupy była tylko dwójka dzieci... Tu mogłabym w zasadzie wysmarować kolejny post o tym, jakie przeprawy stoczyłyśmy z rodzicami naszych maluchów, które się pochorowały... ale, nie mam na to siły, a dwa- bez względu na to, jak ktoś jest w tej sytuacji nie w porządku wobec mnie (że o własnym dziecku nie wspomnę), uszanuję anonimowość i prywatność tych ludzi. Pozostanie oczywiście ogromny niesmak, a w głowie pytanie na ile to znak naszych czasów, a na ile totalny brak odpowiedzialności... ale jakoś muszę to wszystko przetrawić.

Od minionego weekendu przygotowywałam się już na Dzień Babci i Dziadka. Nie szykowałam z maluszkami żadnego występu/przedstawienia, bo to nie ta grupa wiekowa. Z koleżanką ustaliłyśmy, że zrobimy laurki, plakat z którym każdy maluch miał mieć zdjęcie (tego się akurat nie udało zrealizować, bo plakat został powieszony, zanim zrobiłyśmy zdjęcia, a i dzieci zaczęły się już nam wtedy wykruszać) i upieczemy ciasteczka, które potem ładnie zapakujemy i wraz z laurkami każdy maluch dostanie je do domu, w celu przekazania właściwym osobom :) Plan udało się zrealizować, poza drobnym faktem, że w piątek tylko dwoje dzieci zabrało swoje prezenty dla babć i dziadków... Reszta odbierze je, kiedy zaczną wracać do żłobka. No taki czas, cóż zrobić. Pamiętam, że o tej porze, rok temu, była w Lilki przedszkolu sytuacja, że przez kilka dni nie było ani jednego dziecka...













Dla naszej Babci też udało mi się zrobić z Lilą prezent, mimo, że po zrobieniu prawie dwudziestu laurek, miałam już lekki przesyt prac plastycznych :) Eliza na szczęście nie wymaga już pomocy i sama nie tylko zrobiła dla Babci laurkę, ale kupiła też drobny upominek.



Zanim jednak przejdziemy do obchodów babcinego święta, poubolewam jeszcze nad swym losem. Nie dość, że zima, nie dość, że słońca brak, to jeszcze... To jeszcze miałam w piątkowy wieczór randkę z moja dentystką... Na szczęście wcześniej miałam randkę z mężem, i mimo, że powód wyjścia z domu był dość bolesny (i to jak jasna cholera!), to sam fakt, że razem, we dwoje, że na spokojnie, że w miejscu, gdzie kiedyś bywaliśmy często... nastroił bardzo optymistycznie. Nastroił do częstszych wyjść z mężem, które sobie już wcześniej obiecaliśmy, a odpuściliśmy, bo do spotkań z uroczą doktor Irminą... Cóż- i tak mnie one nie miną, bo mam tam to i owo do zrobienia, i tym razem muszę nie tylko tego dopilnować, ale zrobić już to do końca i mieć święty spokój.

Natomiast jeśli chodzi nasz Dzień Babci... Lila wykorzystała obecność Babci w stu procentach. Nie tylko namówiła Ją na ponowne pieczenie pierników (ja miałam ochotę namówić Mamę na faworki, ale nie ma się takiej siły przebicia jak czteroletnia wnuczka :)), ale i na ukochane "kopytki" :) Co prawda i przy jednym i przy drugim (trochę) pomagała, więc wybaczam Jej to absorbowanie Babci w dniu Jej święta. Tym bardziej, że nam się dziewczynka trochę pochorowała. Wczoraj, po powrocie od dentysty, okazało się, że Mała bardzo się rozkaszlała i leci Jej z nosa. Dziś było jeszcze gorzej, na razie bez temperatury, ale bez lekarza nie da rady. I tak się dziewczyny dobrze trzymają, a wiadomo- przeziębienia i infekcje czasem się zdarzą. Oby rzadko i damy radę.




A, jeśli jeszcze tego nie wiecie, to nasza Babcia jest naprawdę niesamowita i najlepsza. I w zasadzie swoje święto powinna obchodzić cały rok! Poniżej- dowód w postaci pierogów na specjalne życzenie :)


A tu, kiedy jeszcze leżał śnieg, moje Gwiazdy, niczym podczas pobytu w Aspen :)
Za to teraz- nie ma ani śniegu, ani Aspen.





A takie oto zdjęcia sprzed dwóch lat znalazłam dzisiaj :) Jak te dzieci się zmieniają...
W kwestii rocznic i dat... dziś, 21.01.2017, mija dziesięć lat jak trafiliśmy z Elizą do szpitala, na cały długi miesiąc... I choć wszystko dobrze się skończyło, to gdzieś tam to nadal w człowieku siedzi... 




 

I to by było chyba na tyle... ale upsss, przypomniałam sobie, że nie mam jeszcze zgranych zdjęć do laptopa, a chciałabym je tu mimo wszystko zamieścić, także... czekam z publikacją do rana :)
A tymczasem... muszę się mocno kontrolować, żeby nie spróbować mojego dzisiejszego ciasta...
Ciasta, które na pewno Wam tu wkrótce pokażę. Ciasta, o którym śmiało można napisać- zdrowe. I tak, to naprawdę jest zdrowe CIASTO. Choć kiedyś, te dwa pojęcia zdecydowanie się dla mnie wykluczały :) Czekajcie cierpliwie :*

PARĘ DNI PÓŹNIEJ...

Jak widać, publikacja przesunęła się nie o noc, a o nocy kilka...
W tym czasie Lila rozłożyła się na dobre, żeby w ciągu jednego dnia odżyć zupełnie. Niestety, ma zapalenie oskrzeli i urlopuje się z tatą w domu, do końca tygodnia. Na szczęście to tylko wirus. Aczkolwiek- jedną noc mieliśmy całkowicie wyrwaną z życia i niestety- to już chyba nie te lata, bo naprawdę- odczuliśmy tę noc...

W dodatku od wczoraj w Szczecinie jest wysokie ciśnienie, a to oznacza dla mnie dni wyjęte z życia. Ból głowy, straszne otępienie, rozdrażnienie... Ech... W żłobku nadal pomór. Wczoraj była dwójka moich maluszków, dziś już czwórka... Z jednej strony- nie ukrywam, te luźniejsze dni, były teraz wskazane, z drugiej? Nudy, nudy, nudy...