Mama2c

Mama2c

sobota, 11 maja 2013

Diagnozujemy alergię, zagadkowe badanie THS i nie chcę już rozpamiętywać...


Wczoraj mieliśmy zgłosić się z Lilką do kontroli. Muszę przyznać, że trochę sfoszona byłam na panią doktor, ale już mi przeszło-zrehabilitowała się kobieta!

Sprawa wygląda tak: świsty na oskrzelach nie ustały, ale żadna infekcja się nie rozwija, Lila jest na 50centylu, krostki z buźki znikają i ogólnie skóra już dużo lepsza.

W końcu udało się porozmawiać z lekarką o rozszerzaniu diety Małej, bo ostatnim razem jakoś słabo kontaktowała co do Niej mówimy. Możemy więc podać Jej Sinlac jako posiłek zbożowy, a mleko HA w razie potrzeby, jednak nie przez najbliższy tydzień. W najbliższych dniach mamy zrobić prowokację z kurczakiem, nie ma więc sensu ryzykować z mlekiem, bo wtedy nie będziemy wiedzieli po czym Ją ewentualnie wysypie. Zresztą mleko modyfikowane biorę pod uwagę tylko w takim przypadku, kiedy to szalone dziecko już zupełnie nie będzie chciało cycka. Oby ten czas jeszcze długo nie nastał.

Pani doktor dłużej skoncentrowała się na tych świstak i oddechu małej, ponieważ niepokoiło mnie już od dłuższego czasu, że bardzo często ma sapkę. A jest już na nią zwyczajnie za stara :) Konsultowałam to z innym pediatrą, który u nas był kiedy zaczęła się ostatnia infekcja, ale On powiedział, że to prawdopodobnie od suchego powietrza i żeby w razie potrzeby wpuszczać do noska sól fizjologiczną, żeby go nawilżyć. W pierwszej chwili przyjęłam tą diagnozę z ulgą, ale potem pomyślałam, że przecież powietrze w naszym domu się nie zmieniło, a jeśli już to na jeszcze lepsze, bo Lilkę chowamy w jeszcze większym chłodzie niż Jej Starszą Siostrę, a Eliza sapki nie miała.Zatem nasza pani doktor stwierdziła, że pomimo poprawy wyglądu skóry zalecałaby nam jednak diagnostykę w kierunku alergii.

Co ja na to? No cóż, sceptyczna jestem w tej kwestii. Nie żebym miała pewność, że Lilka alergii nie ma, zwłaszcza, że u Niej to podejrzenie pojawiło się bardzo szybko i z ust różnych lekarzy (ale żaden nie potwierdził, że na pewno jest alergiczką), po prostu pamiętam jak to było przy Elizie. Kiedy zaczęły się Jej problemy zdrowotne, lekarze, też różni, od razu stwierdzili alergię (tylko nie wiem do cholery na jakiej podstawie, bo chyba najprościej, a że alergia występuje często, więc a nuż widelec i to dziecko ją ma). W końcu ci pożal się Boże lekarze, na których wtedy trafiliśmy doprowadzili do tego, że przestałam Ją karmić piersią i wcisnęli nam ohydne mleko typowo dla alergików.W końcu jak już trafiła do szpitala z właściwą diagnozą, to po miesiącu nieustających kroplówek, wymyślili sobie, że przed naszym wyjściem zrobią Jej testy alergiczne (miała niecałe pięć miesięcy) i próbę prowokacji zwykłym mlekiem!!! Do dziś nie mogę sobie darować, że się na to zgodziłam. Po pierwsze- teraz wiem, że na testy była za mała, po drugie- po takim ciężkim leczeniu, gdy dziecko prawie nic nie jadło, oni na siłę wciskali Jej to cholerne zwykłe mleko, jakby nie można było Jej pozwolić dojść do siebie!!! Jestem taka wku... jak o tym myślę, nawet po sześciu latach. Żałuję, że wtedy byłam w takiej rozsypce, że nie zabroniłam im Jej tak męczyć.

Po doświadczeniach z Elizą wolę więc nie wyciągać pochopnych wniosków w kwestii alergii. Trzeba do problemu podejść z głową jednym słowem. A że pani doktor dzisiaj naprawdę fachowo i spokojnie podeszła do tematu, tak więc przekonała nas, że warto wykluczyć, ewentualnie potwierdzić alergię u Lilki. Od razu powiedziała nam, że Lila jest za mała na testy. Mała ma obecnie ponad sześć miesięcy, więc jest starsza niż Elizka wtedy- nerw i ciśnienie na maksa,  na tych konowałów z tamtego szpitala! Lekarka dała nam skierowanie do alergologa i na morfologię, którą mieliśmy zrobić zaraz po szczepieniu, czyli jeszcze tego samego dnia.
Łudziłam się wtedy jeszcze, że krew na morfologię pobiorą Jej z paluszka... Pamiętam to pobieranie krwi u młodszej, niż Lila teraz, Elizy... rzeź jednym słowem. Jej płacz, strach, przerażenie w oczach i moja totalna niemoc, bo przecież wiem, że to dla Jej dobra... Szłam po schodach z nadzieją, że nas to z Lilką ominie. Niestety pani doktor dopisała na skierowaniu jeszcze CRP I TSH, więc już wiedziałam, że z paluszka się nie uda :(

Nie będę wdawała się w szczegóły, bo było ciężko. Lilce, bo nie wiedziała co się dzieje i buntowała się płaczem i wierzganiem, a mi, bo widziałam Jej strach, łezki spływające po policzkach, a wiedziałam, że tak musi być. I znowu miałam to uczucie rozdwojenia jaźni- z jednej strony wiem, że to ma Jej pomóc, a z drugiej strony miałam ochotę zabrać Ją stamtąd bez żadnego pobierania krwi, byle już się nie bała...

W drodze do domu zastanawialiśmy się w jakim celu lekarka dała to skierowanie na TSH, przecież to jest badanie pod kątem tarczycy, a o tym nic nie wspominała... Laborantki (swoją drogą super Babki) mówiły coś tylko, że teraz dużo dzieci kierowanych jest na to badanie, że maluchy też mają problemy z tarczycą, że to skutki Czarnobylu... Wszystko racja, tylko jednak trochę mnie to zdziwiło. Może lekarka wykorzystała fakt, że i tak będą tą krew Lilce pobierać, i tak, więc dopisała w celu sprawdzenia... Wyniki mają być w poniedziałek, więc coś już będzie wiadomo.

Do alergologa pewnie czeka nas wizyta prywatnie, bo państwowo terminy są na tyle odległe, że mając na uwadze fakt, że chodzi tu o dietę Lilki, którą trzeba będzie jeszcze bardziej rozszerzać z każdym miesiącem, to raczej czasu aby spokojnie czekać na wizytę nie mamy...

Muszę przyznać, że sama dziś siebie pozytywnie zaskoczyłam. To się raczej rzadko zdarza, albo nie zdarza w ogóle. W każdym razie, spodziewałam się, że pobieranie krwi u Liki przywoła u mnie falę nieciekawych wspomnień z życiorysu Elizy, że to wszystko wróci, że pewnie znów się rozkleję... I oczywiście w drodze do auta łezka mi poleciała, ale szybko się "ogarnęłam", zwłaszcza że Eliza była z nami. Pomyślałam, że już nie chcę do tego wracać, że to było, ale jest już za nami, że daliśmy radę, że Ona dała radę! I przeżyłam mały szok. Że mogę w końcu tak na to spojrzeć, że zaczynam panować nad tymi wspomnieniami. Oczywiście, że nie rozpamiętuję przecież tego wszystkiego co się zdarzyło dzień w dzień, ale gdzieś to we mnie głęboko siedzi. Mam straszną awersję do lekarzy, przychodni, szpitali. Szczerze mówiąc to nie wiem czy jestem w stanie zaufać jakiemuś lekarzowi tak na 100%. Chociaż jest taki doktor P. ale On zasługuje na osobny post.  Pewnie nigdy o tym nie zapomnę o tym co przeszliśmy, zresztą nie chcę tego robić, ale  nie będę się w tym dłużej babrać przy każdym przejeżdżaniu koło szpitala, w którym leżałyśmy z Elizą, przy wizytach w przychodni itd... Nie chcę już tego robić i nie mogę. To było. Dawno...Oby mi się udało.

Lila po szczepieniu jak zwykle ok, na szczęście. Jednak wrażenia z przychodni swoje zrobiły, bo była z Niej wczoraj wielka przylepa, tak więc było jeszcze więcej noszenia, tulenia i całowania niż zawsze!
 
 


9 komentarzy:

  1. Ciężko znaleźć lekarza, który zna się na rzeczy i do każdego małego pacjenta podchodzi indywidualnie, a nie na odwal się - może zgadnę, a jak nie zgadnę, to będę zgadywać dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety taka prawda, a czas leci. Dla nich to i tak zawsze kolejny przypadek...

      Usuń
  2. Właśnie zmieniłam pediatrę Lence i ciekawa jestem jak to nam będzie szło. Przed nami zaległe szczepienie więc za tydzień 2 jak już kartę szczepień przyślą ze starej przychodni wszystkiego się dowiem!

    Sama jestem ciekawa w jakim celu u Was to badanie TSH...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj znać jak nowa lekarka. A z tamtą co było nie tak, że zmieniliście ją?

      Usuń
  3. Sliczna :) Eh.. Masz racje. Najlatwiej powiedzuec;ze to alergia. Czekamt na wyniki. Ja wlasnie dlatego nie lubie szczepien. Jak widze kiedy Kubus placze to bym najchetniej rozstrzelala pielegniarke,ktora to robi... Wrr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamie ciężko jest znieść łzy Malucha...

      Usuń
  4. Pobieranie krwi u kilkudniowego Sebastiana zostawiło w moim sercu bliznę. I wiem, że to zrozumie tylko mama, która przy takim pobraniu krwi była. W ciągu 3 pierwszych tygodni życia miał pobieranie tyle razy, że nie zliczę, nawet nie chcę pamiętać. Z czego z paluszka tylko raz, a i tak nie chciało lecieć i tak mu ten malusi paluszek cisnęły pielęgniarki....:( Dobrze, że ja wtedy byłam chyba jeszcze oszołomiona porodem.
    Czara goryczy jednak się przelała, kiedy już nie było pobierania krwi z mojej małej, kochanej główeczki, a wbity w nią obrzydliwy wenflon.
    Przeryczałam caluteńki dzień. Nawet nie wiedziałam, że tyle łez potrafię naprodukować.
    Gdybym mogła, ponacinałabym się wtedy osobiście sama jakimkolwiek tępym nożem, i oddała nawet 2 litry krwi, żeby tylko mu tego oszczędzić.... Straszna trauma :(

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!