Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 13 maja 2013

Dzielna Kobieta

O nie, nie o mnie dziś będzie. Ja i dzielna? Hmm, nie pomyślałabym tak sama o sobie. Chociaż...

Dziś będzie o mojej koleżance. Koleżance z dawnych lat. Przeżyłyśmy razem dziewięć cudownych lat. Jednym słowem-całą szkołę podstawową byłyśmy w jednej klasie, od samiusieńkiej zerówki... Nie przyjaźniłyśmy się. Może ciężko w to uwierzyć, ale miałam tak kapitalną, tak zgraną i tak zżytą klasę, że to, że się z kimś bezpośrednio nie przyjaźniłam, nie znaczyło, że nie byłam z tą osobą blisko... Bo my w zasadzie wszyscy, bez wyjątków, baaardzo się lubiliśmy. Pamiętam dokładnie- czerwiec 1996, stare mury mojej szkoły, nasza sala, moja klasa, wychowawczyni... I płaczą wszyscy, bez wyjątków, bo oto kończy się coś pięknego, trzeba się pożegnać. Jeśli trudno Wam wyobrazić sobie płaczących piętnastoletnich chłopaków, to może teraz uwierzycie, że my naprawdę byliśmy mega zgraną klasą :)

Jak to wygląda dzisiaj, po siedemnastu latach od tego wzruszającego pożegnania? Tak, jak można było przypuszczać :) Kontakt mamy głównie na fejsie... Normalna kolej rzeczy. I właśnie wczorajsza, mocno wieczorna rozmowa na FB zainspirowała mnie do tego wpisu.

Zastanawiałyście się kiedyś jak to jest, że jednych życie doświadcza bardziej niż innych?
O mojej koleżance K.właśnie tak bym napisała- doświadczona przez życie.
W podstawówce była szaloną, radosną Dziewczyną. Zawsze pełna energii, zawsze uśmiechnięta, wręcz zwariowana. Nic więc dziwnego, że wszyscy lubiliśmy Jej towarzystwo. Troska, zmartwienia, smutek... Wspominając K. z tamtych szkolnych lat, tak mi te słowa do Niej nie pasują, tak bardzo, że aż uwierają, kiedy mam przed oczami Jej twarz.

Żegnaliśmy się w czerwcu, a już późną wiosną następnego roku żegnaliśmy mamę K. Rak. Odeszła tak szybko... Niedługo po pogrzebie dowiedziałam się, że K. nie wychowywał Jej biologiczny ojciec, tylko ojczym, z którym Jej mama miała jeszcze dwoje dzieci. Jakoś w szkole nigdy się o tym nie rozmawiało, zresztą nie dziwi mnie to... W każdym razie K.szybko musiała wyprowadzić się z domu, który jeszcze do niedawna dzieliła z mamą i z młodszym rodzeństwem. Powód? Nie, ojczym Jej nie wyrzucił. Gorzej. On zaczął się do Niej dobierać... Po prostu brak słów.

Kiedy zaczynaliśmy naukę w liceach, choć większość z nas w różnych, udawało nam się od czasu skrzyknąć i spotkać. Potem coraz rzadziej i rzadziej. W końcu zaczął się czas kiedy kończyliśmy studia i zaczęło się dorosłe życie. Dla mnie bardzo szybko oznaczało ono męża, córkę i wyprowadzkę daleko od rodzinnego domu, więc kontakt praktycznie zanikł zupełnie.

Aż do wczoraj. K. odezwała się do mnie na FB. Widziała moje zdjęcia w ciąży, wiedziała że urodziłam córeczkę. Zapytała, czy mam może jakieś zbędne ubranka po Małej. Mam. Chętnie oddam. Zaczynamy rozmawiać. Jak doświadczona mama z mamą noszącą pod sercem swoje pierwsze maleństwo. Chociaż nie pierwsze, bo szybko dowiaduję się, że przed tą ciążą, już jedną K. straciła. Te wszystkie lata, które minęły od ukończenia podstawówki, szybko tracą na znaczeniu. Rozmowa staje się coraz bardziej szczera, zupełnie jak dawniej. K. będzie samotną mamą. Tak samotną jak tylko się chyba da. Bo przecież to maleństwo nie będzie miało nie tylko taty, ale też dziadków. Pan tata nie tylko ma w d... całą sytuację, to jeszcze pobił K. w szóstym miesiącu ciąży. Bydlak. I dodam tylko, że tatuś to nie żadna patologia, po prostu nerwowy taki...

Oczywiście poza ogromnym współczuciem dla K.,poza moimi refleksjami jak to życie Ją nieustannie doświadcza, poza radością, że w jakiś sposób mogę Jej pomóc, pojawiło się coś jeszcze. Uczucie. Uczucie wstydu. Tak, wstydzę się. Wstydzę się za siebie. Za to, że narzekam, że użalam się nad sobą, że marudzę. Bo przecież wydaje mi się, że jestem zmęczona, że nie mam czasu, że urobiona jestem po pachy. I nagle pomyślałam o K. O tym jak będzie wyglądało Jej życie kiedy urodzi się Jej córeczka. Pomijając oczywiście wszystkie aspekty emocjonalne, począwszy od tego, że będzie sama rodziła, po fakt, że nikt po Nie nie przyjedzie do szpitala, skończywszy na wszystkich chwilach słabości, kiedy będzie zwyczajnie brakowało Jej kogoś kto byłby tym oparciem, tym ramieniem do wypłakania się, pomyślałam o tym jaka K. będzie musiała być zmęczona. Szczęśliwa oczywiście też, ale zmęczona, tak fizycznie, tak urobiona po pachy dwa razy bardziej niż ja, tak nie mająca czasu dla siebie jeszcze bardziej niż ja...

Dziwna jestem z tą myślą? Nie wydaje mi się. Bycie mamą to cudowne doświadczenie. Według mnie-najpiękniejsze jakiego mogłam doświadczyć, ale... Nie oszukujmy się. Oprócz tych wszystkich chwil, kiedy rozpływamy się z miłości do dziecka, jest też druga strona. Ta o której niektórzy mówią niechętnie, bo  przecież nie wypada. Nie wypada mówić, że jest się zmęczoną, że ma się dosyć, że maluch nas wnerwia, że mamy ochotę wyjść w cholerę i wrócić jak ten rozdarty dzieciak skończy 3lata, że o trzeciej nad ranem ciężko z uśmiechem od ucha do ucha zmieniać kolejną pieluchę. Facetowi nie wypada powiedzieć w pracy, że matka jego dziecka ryczy po kątach, zamiast szczebiotać radośnie do różowego słodkiego dzidziusia, że o seksie to może pomarzyć, bo kobieta chrapie zanim jeszcze dobrze nie wejdzie do łóżka.
Kiedy urodziła się Eliza padałam na twarz ze zmęczenie, a przecież byliśmy we dwoje. Był Marcin, który po pracy wziął Elizę na dwór, zmienił pieluchę, w nocy podał do karmienia, przed pracą zakupy zrobił. Była mama, która wzięła dwa tygodnie urlopu i gotowała mi obiadki...

Mając dwoje dzieci i dość spore wyobrażenie o wszystkich balaskach i cieniach macierzyństwa, nie było mi trudno zatrzymać się dłużej nad tym co czeka K., ale nie tylko Ją. Każdą samotną mamę. Sama właściwie ze wszystkim, od rana do wieczora i tak dzień po dniu...

To dla mnie jak kubeł zimnej wody. Oczywiście, że pewnie za tydzień znów powiem, że jestem padnięta, że nie mam siły... Przypomnę sobie wtedy K. Bo to wyjątkowa Kobieta. Pomimo tych wszystkich doświadczeń, nie narzeka, nie ma pretensji do losu. Wie, że musi dać radę dla swojej córeczki. I ja wiem, że na pewno da. A zmęczenie? Na szczęście to taki stan, który mija. Dzieci rosną, nie wymagają już opieki non stop. Poza tym jest jeszcze coś... Czasem wystarczy spojrzeć na swoje dziecko i całe zmęczenie ulatnia się gdzieś daleko i jest już tylko to szczęście, które zalewa nas niczym fala gorąca w upalny dzień... Wiem, że i K. już niedługo się o tym przekona, a ja mocno trzymam za Nie kciuki. Jagódka, która urodzi się już niebawem, będzie miała niesamowitą mamę!


7 komentarzy:

  1. Martuś... nie ukrywam, że aż się popłakałam... Ja mogę podać rękę K. Z niektórymi malutkimi wyjątkami... to tak jakbyś pisała o mnie. Takie jest życie. Faceta niech ch** strzeli. Nie będę pisała co ogólnie teraz o facetach myślę, bo nikt inny z komentarzem by się nie zmieścił. K. na pewno da radę. Ja dałam i ciągle daję i tysiące innych samotnych mam. Nie każdy ma szczęście spotkać tego jedynego tak od razu :) Śpij dobrze

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakt czasem jest ciężko i narzekamy jednak czasem przy większym problemie nasze dotychczasowe zmagania wydają się lekkie ... Fakt faktem dziecko jest w stanie szczerym uśmiechem wynagrodzić wszystko ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też się wzruszyłam. I kurczę nawet ja się zawstydziłam, bo też narzekam i użalam się nad sobą i swoim losem, a przecież nie jestem całkiem sama, bo mam Rodzinkę, która nas kocha i wspiera. Co z tego, że 160km stąd, ale to przecież odległość do pokonania w 2,5 godziny...
    A z drugiej strony, myślę sobie, że każda mama ma swoje zmartwienia, swoje zmęczenia i święte prawo do tego, by czasem sobie ponarzekć, źle się czuć i mieć serdecznie dość.
    Każda też ma w sobie taką siłę, która , w razie pogorszenia sytuacji, pozwoli pokonywać coraz to trudniejsze przeszkody.

    Czasem jednak dobrze jest spojrzeć na kogoś, kto ma gorzej, żeby sobie przypomnieć, że mamy się czym cieszyć i co doceniać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kobieta mama to jednak jedno z najsilniejszych istot na świecie!!! Po pierwsze potrafi urodzić maleństwo a po drugie daje sobie radę ze wszystkim nawet sama. Czasami narzeka, użala się, chce uciec ale zawsze jest!
    Na pewno nie jedna z nas miała sytuacje kiedy mówiła "NIE DAM RADY! a jednak jakoś poszło!Niesamowite!
    Nie zmienia to jednak faktu, że rodzina to wielka pomoc a mamy,które nie maja takiego wsparcia są PODWÓJNIE SILNE! Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale się wzruszyłam...szczerze mówiąc teraz wszystkie moje problemy i zmartwienia stały się mniejsze. Dziękuję Ci mocno, że to napisałaś, bo czasem warto przypomnieć sobie, że są Ci, którzy są w dużo gorszej sytuacji.

    Pozdrawiam!

    http://natkak.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. widzisz jednak umiesz skierować swoje myślenie na bardziej pozytywne tory:) i nie mam tutaj na myśli tego, że widząc cierpienie innych potrafisz docenić to co masz, bo to co przechodzą dziewczyny podobne do K nigdy nie powinno spotykać nikogo. Mam na myśli to z jakim przekonaniem mówisz o tym, że K na pewno sobie poradzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę głęboko w Nią wierzę i szczerze podziwiam...
      A moje myślenie? Powiem Ci, że widzę zmiany na lepsze. Nie wiem czy to będzie w wymiarze długofalowym, ale na razie jestem mile zaskoczona :)

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!