Mama2c

Mama2c

niedziela, 19 maja 2013

Siła autorytetu

Matka ma poczucie porażki.
Matczyne serce krwawi... Jest ciężko. A może być jeszcze gorzej...
Nie po to przez pięć długich lat studiowałam socjologię, nie po to przez lat co najmniej dwa wkuwałam psychologię rozwojową dzieci, żeby teraz moje własne mnie tak zdradziło. Klęska, katastrofa i w ogóle koniec mojego matczynego świata :)

A właśnie- socjologia. Z tym wiąże się pewna zabawna historyjka.
Przychodzi taki czas, kiedy każda wychowawczyni zadaje dzieciakom fundamentalne pytanie-kim chciałbyś/chciałabyś zostać w przyszłości :) Nie wiem czy ma to na celu sprawdzenie czy każdy mały chłopiec nadal chce zostać strażakiem? Z relacji Elizy wiem, że teraz zawód na topie to lekarz. Dzieciaki wiedzą jak się zabezpieczyć na przyszłość.  W każdym razie tego samego dnia Eliza zapytała mnie co studiowałam... No cóż zgodnie z prawdą wyjaśniłam, że socjologię, mając nadzieję, że taka odpowiedź Ją zadowoli i rozwijać się nad swoją edukacją nie będę musiała. Bo trzeba to sobie powiedzieć wyraźnie- w rubryce "porażki życiowe" wybór studiów uplasowałby się u mnie na pierwszym miejscu! Eliza jak to Eliza, temat postanowiła pociągnąć dalej, no więc pyta czego się na tej socjologii uczyłam. A matka jak to matka, obierając ziemniaki, a drugą nogą bujając kołyskę z Lilką i myśląc o tym, że włosy błagają o fryzjera a paznokcie nadal nie pomalowane, odpowiedziała w sposób, który wydawał się jej zgodny z tym, o czym faktycznie się uczyła, a nadający się jako odpowiedź na 6letni rozumek swojej Córki. Czyli, że o człowieku nas zawzięcie nauczali. Bo przecież powiedzieć zgodnie z definicją, że to nauka o społeczeństwie itd. rodziłoby kolejne pytania, a matka też człowiek-czasami siły na dyskusję nie ma i już. I matka dumna z siebie, że ciekawość dziecka zaspokoiła a jednocześnie dalszych wywodów uniknęła, zajęła się spokojnie obiadem. Dziecko poszło do swojego pokoju.
Tego samego dnia, pora obiadowa. Eliza pyta: "Mamo, to czego ty się tam dokładnie uczyłaś o tym człowieku, ile ma włosów na przykład?" No cóż, przychodzi taki moment, że matka dochodzi do wniosku, że kiedy się Dziecku odpowiada, lepiej czasami nie iść na łatwiznę :)

Wracając jednak do tematu.
Poniosłam sromotną porażkę. W kwestii autorytetu, jak sam tytuł posta wskazuje. Pierwszy raz przemilczałam, drugi już skomentowałam, ale trzeci? Trzeci mnie dobił. Po prostu.

Sytuacja numer jeden.
Dzieciaki omawiają z panią Kasią(wychowawczyni) piramidę żywieniową. Eliza po szkole robi mi przesłuchanie pod tytułem: "Czy wiesz, że...?" Czy ja wiem, że tylko ciemny, pełnoziarnisty chleb jest zdrowy? Córeczko, a Ty myślisz, że dlaczego jem go codziennie na śniadanie i bezskutecznie namawiałam do tego również Ciebie? No nic, Dziecko przynajmniej zaczęło jeść ciemne pieczywo dzięki pogadance o zdrowym odżywianiu.

Sytuacja numer dwa.
Dzieciaki mają przynieść do szkoły szczoteczki i pasty do zębów. Lekcja poglądowa na temat prawidłowego szczotkowania.
Wieczorne mycie zębów w naszym domu. Sytuacja się powtarza. Czy ja wiem, że zęby powinno się myć 3minuty! Dokładnie 3, ani mniej ani więcej. Córeczko, od jakiego czasu ja Ci to powtarzam? I dlaczego moje 3minuty to była wieczność dla Ciebie, a teraz ustawiam Ci minutnik i szorujesz te kły dokładnie tyle ile Ci pani Kasia kazała? Dlaczego?!

Sytuacja numer trzy.
Spacerujemy. Piękna pogoda. Lila śpi, ptaki ćwierkają, Eliza idzie obok, rozmawiamy-chwilo trwaj! Starsza Córcia pyta (no tak, jakby ta Młodsza też już umiała mówić!)-Mamo, kupisz mi miód? No Córeczko, pewnie, że Ci kupię, masz ochotę? Tak, ma. Na razie nie widzę zagrożenia. Z drugiej strony, dziwne. Kiedy poiłam Ją wodą z miodem podczas przeziębienia jakoś nie pałała entuzjazmem i nie zachwycała się jego słodkim, delikatnym smakiem... No nic, każdy miewa zachcianki, a ta jest jeszcze w dodatku zdrowa.
Wracamy do domu, zapominam o całej rozmowie, ale z tyłu głowy mam zapisane-kupić miód. I nagle pod wieczór Eliza przemawia: "Mamo, wiesz czym Pani Kasia słodzi kawę? Miodem!" Trzymajcie mnie bo nie wytrzymam!!!

Pani Kasiu!
Jestem zła.

Wściekła.
Tak, jestem wściekła.
Na siebie.
Bo przez krótką chwilę byłam o Panią zazdrosna...
To był tylko moment, bardzo krótki moment.
Bo zaraz potem przypomniałam sobie jak opowiedziała Pani Dzieciakom o Jaśku Meli i Jego wyprawie na Biegun Północny z Markiem Kamińskim, jak zabrała Pani Dzieciaki do kina (niektóre były tam niestety po raz pierwszy),jak rozmawialiście o zdobywaniu ośmiotysięczników (echo wyprawy na Broad Peak), jak kazała Pani przynieść Dzieciakom zdjęcia z wakacji, a sama przyniosła Pani zdjęcie ze Śnieżki (pewnie lubi Pani góry tak jak my!),jak na bal karnawałowy Pani też się przebrała...
Jeśli moja Córka ma mieć inny autorytet niż mama i tata, to... To cieszę się, że Pani nim jest.
A i tak Pani Kasiu, przyjdzie czas, że Eliza i inne dziewczynki z Jej klasy, powieszą na ścianie plakat Justina Biebera i ani ja, ani tata, ani Pani nie będzie miał już nic do powiedzenia :) Przynajmniej przez jakiś czas!

5 komentarzy:

  1. Dobrze, że ma jakiś autorytet w szkole. Ja nie miałam i zobacz co się ze mną stało! xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Noelka, Ty mi tu nie przesadzaj :) No co się niby z Tobą stało :)
    Ja też miałam autorytet w szkole, nie jeden nawet i fajnie to wspominam. Ale wtedy byli inni nauczyciele jednak... Teraz tych prawdziwych, z powołania to jak na lekarstwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdeprawowana jestem z deczunia :P

      Usuń
  3. Marta no widzisz tak to już z tymi Kasiami bywa:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzeba szukać pozytywów. Najważniejsze, że obie mówicie jednym głosem . I Mama i Autorytet . Przynajmniej Eliza rozdwojenia jaźni nie dostanie ;-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!