Mama2c

Mama2c

środa, 7 sierpnia 2013

Dzień jak co dzień, czyli o tym, jak spędziliśmy naszą rocznicę.

Jak tak dalej pójdzie, to powstanie cały cykl postów o tej sławetnej ósmej rocznicy :)
Tytuł bardzo wymowny-szału nie było. Czy jesteśmy zawiedzeni? Nie, bo podejrzewaliśmy, że tak będzie :) Ale od początku.

Już na jakiś czas przed rocznicą wiedzieliśmy, że jedyna osoba, która mogłaby zostać z Dziewczynkami-czyli Babcia B. będzie pracowała na drugą zmianę (z pomocy teściowej nie korzystamy, ciocie-też liczyć na nie możemy), wiadomo okres urlopowy, zamienić się nie ma jak..
.
Mężuś na szczęście wziął wolny dzień, żeby posiedzieć z nami. Każda jedna pogodynka rozwiewała po kolei nasze nadzieje, że chociaż z Dziewczynami gdziekolwiek moglibyśmy się udać, zapowiadając niesamowitą duchotę, no i oczywiście burze. Pozostało nam siedzenie w domu i mieć nadzieję, że jednak będzie miło.
I było, przez jakieś 5minut po wstaniu :) Lilcia w prezencie rocznicowym dała pospać rodzicom do 7:08. Poszliśmy z Nią do jadalni, zrobić kawę. I od razu było wiadomo, że jeśli chodzi o Lilkę, to będzie to "dzień na mamę" jak my to nazywamy. Na czym polega taki "dzień na mamę"? Na wiszeniu na maminej nodze cały boży dzień, kiedy natomiast mama się uwolni, bo na przykład nie poświęci się i nie zasika w wyższym celu podłogi, Lila zaczyna wyć, buczeć, skomleć... Kiedy jest "dzień na mamę" nie ma mowy, żeby Tatuś wziął Lilę na ręce, bo reakcja identyczna, jak przy tym kiedy mama zwolni uścisk nogi... Dodam tylko, że "dzień na mamę" jest w najlepszym wypadku sześć razy w tygodniu, w najgorszym-codziennie. Ale to temat na inny post.

No i właśnie kiedy udało mi się wyzwolić w kuchni z tego uścisku, poszłam do jadalni, sama nawet już nie wiem po co. Kuchnię mamy otwartą na jadalnię, więc Lilcia została w kuchni, bo wiedziałam, że będę Ją widziała. Ledwo się odwróciłam a słyszę ryk nie z tej ziemi. Ryk, który nie był rykiem-wymuszaczem, bo mama sobie poszła-to było pewne. Odwróciłam się do Niej, a tam Lila leży na kaflach i ryczy... Szybko przytuliłam i podniosłam Córcię i mało zawału nie dostałam, kiedy zobaczyłam krew na swojej piżamie! Na szczęście musiała tylko przygryźć wargę, bo niewiele jej poleciało, ale strachu się najadałam... Uroczo zaczął się dzień-nie ma co...

Potem Elizka, która dzień wcześniej naobiecywała, że na pewno nie pójdzie po N., bo chce z nami spędzić ten dzień... No cóż, w swoich obietnicach dotrwała do śniadania, kiedy to niby w eter, wyrażała ubolewanie pt."Szkoda, że nie mogę pójść po N." Po dziesiątym razie powiedziałam, że to Jej wybór i żeby zrobiła jak uważa... No to zrobiła- w biegu niemalże poleciała myć zęby i na dwór. Z drugiej strony, przecież nie będzie siedziała z rodzicami i wspominała wydarzenie, którego nawet nie była świadkiem :)
Za to wieczorem, po przyjściu od N. uraczyła mnie tekścikiem, że szkoda, że my się tak szybko pobraliśmy... Skąd to ubolewanie? Ano stąd, że rodzice N., podobnie jak rodzice Jej innej przyjaciółki J., pobierają się dobrych kilka lat po narodzinach dziecka. Mi to osobiście w ogóle nie przeszkadza, każdy robi jak uważa, ale widać nasza Córcia nie miałaby nic przeciwko temu, żeby być na ślubie rodziców :) Musielibyśmy "zmalować" wtedy wszystkie dzieci przed ślubem, bo zawsze któreś mogłoby mieć pretensje, że Jego akurat nie było...

A w temacie rocznicy? No coż-przeleżeliśmy prawie cały dzień plackiem z Lilcią, która ledwo dawała radę, a w sumie to nie dawała rady, i jęczeniem oraz marudzeniem wyrażała prawdopodobnie dezaprobatę dla panującej pogody... Próbując ulżyć Małej kąpaliśmy Ją w ciągu dnia, ale poza tym, że na chwile przestawała się lepić, wyraźnej  poprawy w Jej samopoczuciu nie było widać. Biedne te maluchy. W prezencie od zmieniającej się pogody dostałam dwie, jakże lubiane przez mnie, burze, które niestety zmiany pogody, jak się okazało-nie przyniosły. Tak więc dziś od nowa mordowałam się z marudną Lilcią, tyle, że już bez wsparcia (choćby tylko mentalnego, ale zawsze) taty.

A wiecie o czym wczoraj marzyłam? Nie o rocznicy z pompą, bo to zupełnie nie w naszym stylu, ale o 2-3godzinach sam na sam z mężem. Tak, wiem-może trochę egoistyczne, kiedy ma się już dzieci. Ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ubrać się coś w innego niż mój niezawodny strój do lasu i pojechać na kawę do miasta. Zamówić pyszną mrożoną rozkosz i przez chwilę poudawać, że jesteśmy tylko my dwoje. A potem z nową energią, trochę stęskniona wrócić do małej marudy i dużej pyskuli :)
A inna wymarzona opcja na rocznicę? Teleportujemy się do Zakopanego i wychodzimy z plecakami bladym świtem w góry, gdzieś gdzie jeszcze nie wchodziliśmy. Zatrzymujemy się po drodze na kawę z termosu, cieszymy oczy tym, co oboje kochamy, a co po powrocie do domu będziemy wspominać przez wiele miesięcy... Jemy sycące śniadanie w jednym z tak lubianych przez nas tatrzańskich schronisk...Może w końcu "zaliczylibyśmy" Dolinę Pięciu Stawów...
Za to mój Mężuś, zapytany o to jak najchętniej spędziłby rocznicę, powiedział, że widzi nas w basenie, z drinkami i  chwilowo bez dzieciaków :) Wspólnie stwierdziliśmy, że nasze wizje się rozmijają i najwyraźniej pora się rozstać :)

Trochę zdjęć, trochę dat :)

Międzyzdroje 06.08.2005-nasza 5-ta rocznica ślubu :) Spokojnie, nie byliśmy nad morzem sami :) W pakiecie z Elizką i Synkiem mojego Brata :)

 A tak wyglądaliśmy zaraz po ślubie :) Piękni, młodzi i na dorobku :)

Na Grzesiu, szliśmy w takiej samej duchocie, jaka była wczoraj i dzisiaj :(

A to nasz ostatni raz w Tatrach... Tak bardzo, bardzo tęsknimy...



16 komentarzy:

  1. Z tą krwią z wargi to my też mięliśmy już dwie przygody :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My u Elizy jedną konkretną, że w potoku krwi sprawdzaliśmy czy ma zęby...

      Usuń
  2. U nas krwi na razie brak, ale tylko czekać aż się coś u nas wywinie.
    AAAAAAAAAAAAAAa też chce w góry!!!!!!!
    Ale mnie poszczułaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama siebie szczuję, w ogóle nie powinnam do tych zdjęć zaglądać, bo od razu mam ochotę się spakować :)

      Usuń
  3. Teraz wyglądacie piękniej. Łaj? Bo w komplecie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! A czy już w komplecie, to jeszcze nie do końca wiadomo :)

      Usuń
  4. Piękne wspomnienia i piękna rodzinka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. :) czyli dzien git :) jak widac, z wsyztskiego po trochu :P mieszkamy sami za granica, nianki drogie jak ... wiec marzymy ciagle (jak nie codziennie) o chocby 30 min sam na sam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, znam to :) Dzieci są kochane, ale mogłyby dać trochę pożyć!

      Usuń
  6. Ehh.. jak miło powspominać, co Martuś?:) Szczerze mówiąc to nic tylko pozazdrościć :)
    No tak Biedna Eliza, że nie mogła iść na dwór hahahahahahhaha On to ma pomysły... uśmiałam się :) Jest bardzo pocieszna :)
    A Lilcia... ehh...mogłabyś się poświęcić dla dobra sprawy i raz na jakiś czas narobić na podłogę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eliza wcale sobie nie przeszkadzała daną obietnicą i oczywiście polazła :) A z Lilą to niewykluczone, ze kiedyś to się tak skończy!

      Usuń
  7. Gratuluję rocznicyPiękne zdjęcia i wspomnienia.
    Z tym spędzaniem rocznic u nas podobnie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy bardzo! No cóż chciałoby się jakiejś odmiany w tym dniu, ale dzieci szybko rosną na szczęście :)

      Usuń
  8. A ja myślę, że za kilka lat będzie mogli, rok po roku, spokojnie realizować te rocznicowe marzenia. I tego Wam życzę...z opóźnieniem co prawda, ale za to szczerze :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!