Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 2 września 2013

I cały "hurra optymizm" szlag trafił.

Wspominałam już na blogu, że marna ze mnie optymistka. Bliżej mi do ekstremalnej pesymistki, chociaż uparcie kłócę się z moim mężem, że to radykalny realizm, a nie skrajny pesymizm :)

I zawsze, ale to zawsze kiedy się zepnę i pomyślę choć trochę optymistycznie, to jebut-dostaję obuchem w głowę.
O co mi właściwie chodzi?

Ano choćby wczoraj. Prześmiewczo i prawie szyderczo kpiłam z tego ogólnoblogowego lamentu, że oto koniec wakacji, koniec lata, a ja-ja się cieszę na tą jesień złotą, i już prawie sobie wmówiłam, że na zimę także (no tak, k... jasne!) żeby dzisiaj rano zejść na ziemię i niemal błagać pod balkonem o słońce! Wystarczyła nieprzespana noc (dziękujemy Ci Młodsza Córko) i pierwsze spojrzenie za okno, żeby się załamać. Co jest? Zaspałam i obudziłam się w listopadzie? Jezu, jak ciemno, jak wieje... Nie, nie, nie, to niemożliwe-jeszcze pada. Fuck!!!!

Kolejny przykład. Wczoraj wieczorem na Fb przyznałam rację mojej kochanej Madzi, że jednak dobrze, że jednak fajnie, że już ten 2-gi września, że czas najwyższy żeby Dzieciaki do szkół/przedszkoli powracały. A już dzisiejszy poranek sprowadził mnie na ziemię i przypomniał po stokroć, dlaczego mimo obaw jak dam radę z dwójką dzieci, cieszyłam się na te wakacje! Powiedzcie mi, jak można prawie zaspać na rozpoczęcie roku?! Przepraszam, no może nie zaspać, ale "nie wyrobić się." Jest tu ktoś dobry z genetyki i dziedziczenia? Bo odkąd Dziecko Starsze dorosło do obowiązku najpierw przedszkolnego, potem szkolnego, ja-matka, niezmiennie zastanawiam się jak to możliwe, że skoro mama Dziecka i tata Dziecka NIENAWIDZĄ się spóźniać i nigdy tego nie robią, to jak to do cholery jest możliwe, że Dziecko, obudzone zawsze odpowiednio wcześnie, ZAWSZE jest na dobrej drodze, żeby się spóźnić???? Ale, ale! Kiedy na przykład jedziemy do Zakopanego, Karpacza, czy nawet nad to pobliskie morze, Eliza potrafi nie tylko wstać na czas, ale wyszykować się w 5minut. No i oczywiście kiedy trzeba iść po koleżankę. Wtedy z pośpiechu gubi trampki, a dosłownie połykając kęsy kanapki, zmusza swój przełyk do wrobienia 300procnet normy. To jest dopiero zastanawiające! A z pójściem do szkoły jak jest? Nawet jeśli wszystko wskazuje na to, że właśnie dziś, dziś jest ten wiekopomny dzień i Córka bez stresu, na luzie zdąży do szkoły, to w ostatniej chwili jest albo kupa (Boże, znowu o tym...), albo siku, albo czymś bluzkę upieprzy... No i dzisiaj, mimo, że rozpoczęcie roku było na 9-tą, moja Córka wybrała się dosłownie na ostatnią chwilę, bo... w spokoju jadła kanapkę! Nosz...
Jak bumerang powróciły w głowie wszystkie scenki rodzajowe pt. "Wstajemy do szkoły". Tak, tak- i tu również mój optymizm opadł jak cycki po karmieniu- te wszystkie "Eliza pospiesz się", "Eliza zaraz się spóźnisz", "Eliza nieładnie się spóźniać" lada moment zaczną się na nowo...A to jest już ponad moje siły! W końcu jestem o dwa miesiące starsza...

Jakiś czas temu wspominałam na blogu, że z naszych planów wyprawienia przyjęcia po chrzcie Lilki w lokalu, legły w gruzach... Nie powiem- trochę mi zajęło pogodzenie się z tym stanem rzeczy, ponieważ doskonale pamiętam domowe chrzciny Elizki... I mimo, że oczywiście wydarzenie samo w sobie było piękne i podniosłe, to po przyjściu z kościoła do domu, całe piękno i podniosłość poszły w niepamięć gdzieś między kuchnią a dużym pokojem, między odgrzewaniem bigosu, a robieniem siódmej kawy sypanej i  trzeciej rozpuszczalnej...
No nic, plując sobie w brodę, że plany szlag trafił, doszukałam się w całej tej sytuacji nawet pozytywnych stron. W końcu, tak- w końcu porządnie posprzątam! Nie tak po łebkach, nie z grubsza, ale tak PORZĄDNIE!!! I okna umyję w całym domu- tak, jednak dobrze, że robimy te chrzciny w domu... Jednak dobrze...
Dziś jest poniedziałek, a ja siedzę, patrzę na deszcz za oknem i myślę sobie ile tak naprawdę zdążę posprzątać. Pewnie znowu skończy się na "z grubsza" i po "łebkach"... W duchu przeklinam moją miłość do otwartych wnętrz i przeszklonych mebli- przecież takie rozwiązania powinni wybierać tylko pedanci, a nie matki dzieciom... No i te okna... No w dużym pokoju umyć muszę- tu nie ma nawet dwóch zdań. No chyba, że padać będzie. Dziś pada, może tak do soboty nie przestanie? A reszta okien? Chyba wytrzymają do grudnia...
Menu... O,  tu też  mnie poniosła fantazja ułańska. Mnie i mój portfel! Pierwszy pomysł- tylko tort i kawa. Msza jest w końcu na 16-tą, każdy będzie już po obiedzie... Po paru nocach przespania się z wizją podania gościom tylko ciasta i kawy, dochodzę do wniosku, że nie, to przecież nie w moim stylu, żeby tak zupełnie nic nie przygotować... No i układam listę godną co najmniej wesela na pięćdziesiąt osób, grzebię, szukam oryginalnych przepisów, w końcu to ważna uroczystość... Po czym robiąc w bólach niedzielny obiad, wykładając się z siłami, chęciami i pomysłami na tym jednym posiłku, dochodzę do wniosku, że kiedy ja to wszystko ugotuję? Kto to potem poda? Ile zapłacę za produkty? Nie, no jednak ten tort i kawa to był dobry pomysł.
A w ogóle to może jednak lepiej było dać Lilce wolny wybór i zaczekać, aż sama zdecyduje co z tym chrztem...

I taka ze mnie optymistka, jak z koziej dupy trąbka. Z naturą (pesymisty) nie wygram :)


12 komentarzy:

  1. Oddychaj... Zrób tak jak pomyślałaś na początku - ciasto (tort) i kawa, a potem szybko wygoń wszystkich do domu :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana nas tez czekaja urodziny w domu, ale chyba bede zamawiac catering.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pesymistka, ale za to z poczuciem humoru :) To może jakiś catering Ci dopomoże? pozdrawiam gorąco
    Ps. Moja siostra nastolatka miała plany się dziś "wyszykować" na rozpoczęcie roku (wiadomo chłopaki i te sprawy), zrobić fryzurę itp., ale obudziła się 15 min. przed wyjściem i jedyne co zdążyła zrobić to się ubrać :) Nasi rodzice są punktualni (moim zdaniem wręcz zawsze wychodzą o wiele za wcześnie), a mi też się wpadki zdarzają. na maturę na przykład jechałam stopem, bo na autobus nie zdążyłam ;/ czasem to tak bywa, a najczęściej to właśnie w tych "najważniejszych sytuacjach"...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak to możliwe, że jesteś pesymistką? Nie wierzę...bo ja tu widzę super poczucie humoru:)

    OdpowiedzUsuń
  5. nawet jak piszesz o pesymistycznych rzeczach to ja sie usmiecham :P moze Ty taka pesymistka co ludzi rozweselasz :D bedzie dobrze!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Porzadkami się nie przejmuj . Posprzątasz po łebkach i będzie dobrze. Przeciez nikt nie przyjdzie z białą rękawiczką.
    Uwielbiam Twoje poczucie humoru i ten dystans do siebie

    OdpowiedzUsuń
  7. Policz kochana do 10 i odpręż się.. :)) Chętnie wszystkie mamuśki bloger-ki Ci pomożemy.. chociaż wsparcie damy.. Piszesz o pesymizmie ale całkiem optymistycznie.. :)) Uwielbiam Cię.

    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  8. haha czyta się fajnie, ale to tylko potwierdza moją teorię, że optymistom jest łatwiej :P

    OdpowiedzUsuń
  9. A wiesz? U Nas we wsi (cha cha cha, ale tekst :D) mamy taki zwyczaj, żeby kogoś ze znajomych (nie proszonych na chrzest i ogarniętych, pracowitych odpowiedzialnych) prosić o pomoc w obsłudze imprez typu chrzest. Może tu coś można zdziałać??

    OdpowiedzUsuń
  10. Hmm... Genetyka... Moj tata sie raczej nie spoznia, mama spoznia sie ZAWSZE. Ja i siostra spozniamy sie okazjonalnie, czyli wyposrodkowalysmy. ;)
    A co do przyjecia z okazji chrzcin Lili, uwazam, ze nie ma co sie przejmowac. Skoro goscie beda juz po obiedzie, to ciasto i kawa wystarcza w zupelnosci, moze jakas lekka zakaska. A rodzina i znajomi przyjada przeciez spedzic wieczor w milym towarzystwie a nie zagladac pod meble, wiec sprzatanie "na szybko" tez przejdzie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Przed nami wizja chrzcin Poli i nie takiej siły, która mnie zmusi do zrobenia ich w domu. Wystarczy mi, że na każdych imienino-urodzinach robię za kucharko-kelnekę.
    A pogoda jest orutna - fakt.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!