Mama2c

Mama2c

niedziela, 20 października 2013

Co (mi) przyniesie los...?

Moja mama właśnie jest z koleżanką w Zakopanym. Dokładnie na Kasprowym Wierchu... Dumna jestem z Nich baaaaardzo! Nie, nie weszły na własnych nogach :) Dumna jestem, że tam są, że nie pierwszy raz wybrały się razem w góry. Co w tym dziwnego i nadzwyczajnego? Teoretycznie nic. Wiele kobiet po 50-tce wyjeżdża, podróżuje, realizuje się nie tylko w opiece nad wnukami. Jednak gdyby ktoś jeszcze 15lat temu powiedziałby mi, że moja mama będzie wyjeżdżała z koleżanką gdziekolwiek-nie uwierzyłabym. Ona pewnie też.

15lat temu moja mama żyła pod dyktando mojego ojca, i myślę, że sama nie sądziła, że poza wnukami w przyszłości, coś dobrego Ją jeszcze spotka.
O ojcu wspominałam tu już parę razy- tyran, despota, prostak i cham, co jakiś czas popadający w ciągi alkoholowe, chociaż oczywiście sam o sobie nigdy nie pomyślał jak o alkoholiku... Moja mama miała z nim bardzo ciężkie życie. Wykańczał nas wszystkich głównie psychicznie. Myślę, że nie ma sensu zagłębiać się w to, dlaczego moja mama sobie na to wszystko pozwalała, dlaczego nie odeszła... W życiu nie wszystko jest czarno-białe i takie oczywiste. Mój stosunek do tej całej sytuacji był różny na różnych etapach mojego życia-po namawianie Ją, żeby od niego odeszła, po złość, że nigdy tego nie zrobiła, współczucie, że dokonała takiego, a nie innego wyboru, po częściowe zrozumienie Jej decyzji-to akurat zajęło mi najwięcej czasu... Przede wszystkim musiałam dorosnąć, wyjść za mąż, urodzić własne dzieci, nie pracować zawodowo, żeby przynajmniej spróbować wczuć się w Jej sytuację.
W każdym razie wracając do teraźniejszych wojaży mojej mamy, pamiętam doskonale lata, kiedy ja i Brat byliśmy mali i każde wakacje, to był dla mojej mamy ogromny stres, żeby w ogóle powiedzieć ojcu, że jedzie z nami na urlop do... swojej rodziny w innym mieście. Bo nigdy nie było wiadomo, czy szanowny mąż i tatuś nie wpadnie w szał. Dlaczego? No bo przecież kto będzie sprzątał/robił zakupy/gotował i podawał parujący obiad na stół wielmożnemu panu... Tak, wiem. Nam się to teraz wydaje absurdalne i nierzeczywiste, ale myślę, że w tamtych czasach nie tylko moja mama była nikim innym niż żoną-służącą.
Od tamtej pory minęło parę lat. Parę dobrych lat...  Niektóre rzeczy się zmieniły, inne nie... Moi rodzice się nie rozstali, ta szopka trwa nadal, ale... na innych zasadach. Zmieniła się za to moja mama. Teraz zdanie ojca ma w głębokim poważaniu, wyjeżdża wtedy kiedy chce i gdzie chce. Nie poznała innego mężczyzny, który odmieniłby Jej życie, to nie ten typ. Trochę szkoda, bo poza wyjazdami, wypadami na kawę i do kina, są jeszcze te dni w ciągu roku, kiedy chciałoby się wieczorem posiedzieć z kimś bliskim, pogadać, podzielić się wrażeniami z pracy, z ostatniej wycieczki, z ostatnio obejrzanego filmu. Ale jak na moją mamę, to i tak mogę śmiało powiedzieć, że w Jej życiu nastąpiła prawdziwa rewolucja. Dlatego jestem właśnie z Niej taka dumna... Duża, o ile nie jedyna w tym zasługa tego, że mama poszła do pracy, a to zmieniło niemal wszystko w Jej życiu.

I może właśnie dlatego, mam jeszcze nadzieję, że i mnie przytrafi się jeszcze coś, czego teraz nawet sobie nie śmiem wyobrażać. I nawet nie wiem, co to mogłoby być. Może właśnie coś, czego się absolutnie nie spodziewam... Czasami, kiedy mam gorszy dzień ( a tych ostatnio nie brakuje) mam wrażenie, że już zawsze będę tkwić w tym miejscu, w którym jestem teraz-z małymi dziećmi, bez pracy i bez perspektyw na nią, na utrzymaniu męża... Do tego różne moje "potwory z przeszłości" i stan bliski depresji gotowy.
To nie tak, że jestem nieszczęśliwa. Moje małżeństwo prawie w niczym nie przypomina związku (Boże! jakiego związku, przecież tej relacji tak nazwać nie można!!!) moich rodziców, mam dwoje zdrowych dzieci, które chciałam mieć. Jedyne czego żałuję to tego, że wraz z powiększaniem rodziny, nie myślałam o życiu zawodowym. Nie jestem typem karierowiczki, to mogę powiedzieć na pewno. Wiem jednak jedno- kobieta powinna być niezależna finansowo. Niestety, smutna to prawda, ale w większości związków zmienia to Jej pozycję na lepszą. A przynajmniej poprawia Jej samopoczucie i samoocenę. A to już bardzo, bardzo dużo. Myślę, że sytuacja kobiety niepracującej, zależy do wielu czynników, głównie od podejścia Jej męża. Na pewno są związki, w których kobieta ani razu nie odczuje tego, że jest gorszej kategorii, że nie ma nic do powiedzenia, że Jej zdanie się nie liczy. Dużo chyba też zależy od tego, jak kształtuje się sytuacja materialna partnerów. Wiadomo-dopóki nie najgorzej, wtedy wszystko się jakoś kręci, im pieniędzy jest mniej, tym większe prawdopodobieństwo, że usłyszymy, to czego usłyszeć od męża byśmy nie chciały...
Praca zawodowa to nie tylko niezależność finansowa. Pisała już o tym Meggi, napiszę i ja. To także świadomość, że ma się kawałek tylko swojego świata, powód, żeby co rano wstać z łóżka (no dobra-dzieci też nam nie pozwolą przeleżeć całego dnia), wyszykować się, mieć inne tematy do rozmowy niż tylko kupki, zupki, itp. I oczywiście wiem, że jest cała masa inteligentnych, oczytanych kobiet, które nie muszą iść do pracy, żeby mieć więcej tematów do rozmów, niż tylko wyżej wspomniane okołodzieciowe problemy. Mam nadzieję, że wiecie o co, w każdym razie mi chodziło...

Kiedy zaszłam w ciążę z Elizą byłam aktywna zawodowo.Mimo to, już w ciąży podjęliśmy razem decyzję, że po macierzyńskim nie wrócę do pracy. Jak się później miało okazać, i tak bym nie wróciła, ze względu na liczne problemy zdrowotne Elizy... Pobyt z Nią w domu trochę mi się przeciągnął... Teraz wiem, że to niedobrze, że nie poszłam wcześniej do pracy, ale to temat na osobny post. Kiedy Eliza poszła do zerówki, stanęłam przed wyborem-iść do pracy, czy urodzić drugie Dziecko. W końcu byłam na Nie gotowa... RAZEM podjęliśmy decyzję, że jednak decydujemy się na Dziecko, że damy sobie radę przez te 3lata po porodzie, bo tyle właśnie założyliśmy, że będę z drugim Maluszkiem w domu. I pewnie wszystko byłoby nadal dobrze, gdyby nie to, że finansowo zaczyna być ciężko... A ja nie wiedzieć dlaczego, czuję się jakby to była moja wina!!! Tak jakbym decyzję o drugim Dziecku podjęła sama, i również sama zadecydowała, że nie oddajemy Małej do żłobka, ani pod opiekę niani.

No nic, czas mimo wszystko szybko leci, Dzieci też wiecznie małe nie będą, w końcu pójdę do pracy, a my... Może nie rozminiemy się do tego czasu, i los przygotuje dla nas dwojga coś ciekawego, zaskakującego...

Oczywiście wpis ten robiłam cały dzień, w związku z czym mama i Jej koleżanka już dawno zjechały z Kasprowego, i z ostatnich doniesień, wiem, że oddają się rozkoszom podniebienia na Krupówkach... A ja tak strasznie Im dziś zazdroszczę. Te ostatnie dni są paskudnie dobijające.

Na osłodę... z nadzieją, że kiedyś znowu będzie lepiej...

Balonik "Mam już roczek" czy jakoś tak, od firmy Nestle, czyli nigdy więcej nie podam na siebie namiarów w szpitalu za jakiekolwiek gadżety w stylu mini pudełeczko sudocremu! Tylu idiotycznych telefonów, z idiotycznymi propozycjami jeszcze nigdy nie odebrałam jak przez ten rok. Mam nadzieję, że teraz kiedy mam już takie stare Dziecko w końcu o mnie zapomną... Co by jednak nie mówić, balon baaaaardzo wytrzymały-na gryzienie, szczypanie i inne akty wandalizmu szczękowo-rękowego, Młodszej i Starszej...


Lila uwielbia książeczki, to ma po mamie, a mama po swoim "tatusiu". Jeden z niewielu pozytywów z nim związanych...

Balonik długo był number one...

Energia Ją roznosi od dłuższego czasu, również na naszych 60m2...

Leśne ścieżki są za nudne-oczywista oczywistość...

Pozowanko, a co :)



Mieć znów 7lat... może to nie byłoby takie złe wcale...

24 komentarze:

  1. Najpierw o Mamie - choć nie znam Jej osobiście , to razem z Tobą jestem z Niej dumna . I ciesze się , że "odzyskała" swoje życie i może sobie pozwolić na odrobinę niezależności .
    I jak się okazuje dzisiaj obie śmigałyśmy po górach . Ale ja tylko po Turbaczu - krótki jesienny wypad .

    A w kwestii zawodowej - kurcze nie mogę się wypowiedzieć . Pracowałam od zawsze i zawsze też myślałam, że jak zajdę w ciąże to do końca będę pracować a potem po porodzie szybko wrócę do pracy . Tak myślałam kiedyś . Dzisiaj jednak zdanie zmieniłam definitywnie . Chciałabym jak najdłużej zostać z Dzieckiem ( Dziećmi) w domu . I być może wtedy również spotkałabym się z takimi myślami jak Ty obecnie . Bo kwestia finansowa niestety nigdy nie jest bez znaczenia . Zwłaszcza jak się ma dzieci i chciałoby im się zapewnić wszystko co jest im niezbędne .


    Trudne to wszystko . Takim oddanym Mamom jak Ty na pewno byłoby łatwiej gdyby nasze państwo było bardziej prorodzinne . I nie chodzi o to, żeby otrzymywać pieniądze " bo nam się należy" - ale żeby było PRAWDZIWE WSPARCIE RODZINNE . Bo to co jest dzisiaj to jest jakiś śmiech na sali .
    W dzisiejszych czasach z jednej pensji - nawet niezłej ciężko jest wyżyć . A jeszcze jak się ma np. kredyt hipoteczny ( jak go nie mieć ) to tym bardziej . A Mamie wychowującej nic się nie należy ... Inne kraje są bardziej cywilizowane ...

    Martuś ściskam Cię mocno . Mocno, mocno !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Anetka! No tak, w innych krajach jest inaczej, to fakt, ale my jesteśmy tu, i każda z nas wie, jakie mamy wsparcie państwa, czyli, że go nie mamy...
      Dopadają mnie różne dołki i zastanawiam się czasami, czy aby na pewno dobrze zrobiłam, ale mimo wszystko nie żałuję, ani dnia spędzonego z Elizą w domu, potrzebowałyśmy tego Obie, a że teraz będzie mi trudniej znaleźć pracę... No coś za coś.
      Ach, jak ja Wam tych gór zazdroszczę!
      No mama długą i wyboistą drogę przeszła, ale należy to się Jej o tych latach z ojcem, wiesz sama, długo by pisać...

      Usuń
  2. Niuńka! Ty i ja to ten sam typ kobiety. Wszystko o czym piszesz dotyka mnie. Ciężko. Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Szlag z nimi.

    Mój luby też mi nie raz wypominał, bolała bardziej lub mniej. Zawsze będąc w ciąży i po ciąży miałam parę groszy to z l-4, to z pipu, albo jeszcze ze stażu. Pieniędzy jest zawsze mało, chcemy dać naszym dzieciom jak najwięcej, uszczęśliwić je. Rachunki to jest zgroza, gdyby nie trzeba było zarabiać na chleb i czynsz, można by nie ranić się niepotrzebnie. Ja też nie jestem bez winy. Nieraz krzyczałam, fukałam mało, mało, mało zarabiasz :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, bo właściwie większość problemów to przez ten brak pieniędzy... Mój może nie wypomina, ale czasami jak coś powie, to nie wiem, czy On to robi świadomie czy nie, ale najchętniej już ani złotówki bym nie wzięła...

      Usuń
  3. Wspaniale czuć dumę z własnej Matki. Ściskamy Mamusię :* i Ciebie. Kubiczkowo jak przetrwa do mieszkania całością w Norwegii zabierze Was. Będą piniąchy i będziemy zupkę z dyni robić wspólnie i pić paskudne piwko czasem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kubiczkowo przetrwa, bo macie silne fundamenty, odległość ich nie zburzy, a do Norwegii weźmiemy winko :) Kilka skrzynek najlepiej :)

      Usuń
  4. wiem jak się pisze nieraz, ale to zaś po moim tatusiu mam. Poprawiam, bo Twoja Babcia polonistka ma baczenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, oj tam, oj tam, każdemu się zdarza!

      Usuń
  5. U mnie w małżeństwie (pewnie jak w każdym) bywało różnie finansowo. Raz lepiej raz gorzej i właśnie w tych momentach "gorzej" czułam, że jak przyjdą prawdziwe problemy finansowe to nasz związek będzie wystawiony na bardzo ciężką próbę i niestety nie wiem jak z niej wyjdzie. Zazdrościłam i zazdroszczę mojemu znajomemu, który mi opowiedział, że ich z żoną problemy finansowe zbliżyły do siebie. Nas niestety oddalają, a raczej oddalają mojego męża od nas.
    Mnie irytuje bardzo jak małżonek mój snuje wizje w stylu "jak już pójdziesz do pracy". Wydaje mu się chyba, że od razu chyba dostanę Bóg wie jakie pieniądze.
    To co zawsze spędzało mój sen z powiek to wizja co będzie jak zabraknie mojego męża? Ja nie pracuję, dwoje dzieci. No i od kilku dni wymyśliłam plan B na siebie i od tego momentu uspokoiłam się psychicznie, że sobie spokojnie poradzę. A pieniądze raz są raz ich nie ma, ale zdecydowanie łatwiej jak są.
    Moja mama też tkwiła w toskycznym związku, jak odeszła od taty (nie rozwiedli się do dzisiaj) to odżyła i super, że Twoja mama łapie te chwile tylko dla siebie bo nie musimy żyć aby tylko komuś służyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, my też do pewnego momentu nie kłóciliśmy się o kasę, powiem więcej-nawet jak były gorsze miesiące jakoś się wspieraliśmy, teraz wiem, że po prostu wcześniej, nie było jednak tej kasy tak mało jak teraz... Problemy finansowe to chyba jeden z tych czynników, które wystawiają małżeństwo na poważną próbę. Znam wiele takich, które nie przeszły tego testu...
      Mnie też to czasami nie daje spokoju, kredyt, dwoje dzieci i ja bez pracy... Nawet nie chce myśleć, bo ja planu B na siebie niestety nie mam.

      Usuń
  6. Odnośnie Mamy - to tylko jedno słowo - szacun! I za to, że wytrzymała i za to, że ostatecznie nabrała siły, aby postawić swoje warunki. Tak jak piszesz - nic w życiu nie jest czarne, lub białe. I ważne, że Mama w końcu zawalczyła o własne życie i spełnianie swoich potrzeb.
    Co do Ciebie, to pojęcia nie mam jak Cię pocieszyć. Zwłaszcza, że sama jestem w emocjonalnym wahadle. Ale właściwie , to cały Twój post mogę podsumować jednym stwierdzeniem: Nigdy nie jest za późno na zmiany. Pewne decyzje i sytuacje są bardzo dobre w danym momencie, ale przecież w życiu ciągle coś się zmienia, więc trzeba się do tego w jakiś sposób dostosowywać.
    Trzymam więc za Ciebie kciuki, żebyś miała siłę układać wszystko tak, aby czuć się z tym dobrze. Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! To moje życiowe motto - Zawsze jest czas żeby wszystko zmienić. I wiem co mówię, bo 3 lata temu zmieniłam wszystko...no prawie:)

      Usuń
    2. Mama to taka moja bohaterka, bo Jej życie z ojcem, to temat na osobny blog... Cieszy mnie bardzo, że dziś żyje już bardziej pod własne dyktando, a nie pod czyjeś. Chociaż niektóre rzeczy nigdy się chyba nie zmienią, choćby to, że skoro mój ojciec daje wypłatę, to obiad musi być... Moja mama zarabia więcej od niego, a Jej nikt obiadu nie robi...
      Właśnie na te zmiany po cichu liczę, że coś się ruszy do przodu, odmieni... Tylko samo pewnie nie...

      Usuń
  7. Jeśli chodzi o Twoją mamę, to znam wiele podobnych przypadków. I rzadko tak jest, że kobieta odchodzi...niestety. Ale łatwo mówi się nam jak patrzymy z boku. Będąc w takiej sytuacji już nie jest to takie proste....Odejdę i co? a dzieci? a jeśli jeszcze jesteśmy na utrzymaniu męża? tym bardziej nas to zniechęca. Twojej mamie należy się medal że to wytrzymała!
    Jeśli chodzi o Ciebie, to myślę, że wszystko przed Tobą. Musisz tylko chcieć, a naprawdę możesz odmienić swoje życie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że wiele kobiet po prostu nie wierzy, że sobie poradzi. I to jest straszne, bo marnują swoje życie. Nikt Im tych lat nie wróci, ale to fakt, kiedy jest się odpowiedzialnym za dzieci, kobieta bierze wszystko pod uwagę. A jeśli latami była zależna finansowo od męża, pewnie myśli, że sama nie podoła.

      Usuń
  8. Podziwiam zawsze kobiety, które trwały/trwają w takich związkach jak Twoja Mama,i równocześnie nigdy nie mogłam zrozumieć czemu nie umieją odejść, choć wiem że kiedyś było inaczej i odejście/rozwód było czymś nieakceptowanym przez społeczeństwo. Teraz jest inaczej, nikt się nie dziwi rozstaniom, czy się nie ma dzieci czy się ma itd, choć myślę, że nadal są kobiety które dla dobra rodziny nie zostawiłyby faceta...podziwiam bo życie jest tylko jedno... A co do pracy-doskonale Cię rozumiem, ja bardzo chciałam wrócić do pracy żeby powrócić do życia i obowiązków sprzed ciąży, ale teraz jestem bezrobotna, dziecko w żłobku a ja szukam innej i obym znalazła żeby podreperować domowy budżet i zawodowo się rozwinąć albo zwyczajnie po prostu pracować:) Na pewno kiedyś będzie lepiej, Mała pójdzie do przedszkola a Ty poszukasz sobie pracy i wyjdziesz do ludzi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co ja nawet chyba nie podziwiam, bo to chyba niewłaściwe określenie. Mnie to mimo wszystko nadal niezmiennie dziwi, choć w miarę upływu lat, i może trochę też ukończonego kierunku studiów, rozumiem mechanizmy, które blokują te kobiety... Dobro rodziny... Hm, to też osobne zagadnienie. Bo jeśli facet jest do dupy jako mąż, ale jest cudownym ojcem, to też może trochę inaczej to wygląda. Ale mój ojciec był po każdym względem nieporozumieniem, więc to nie było mowy o czymś takim jak dla dobra rodziny. W jednym komentarzu ciężko to wszystko wytłumaczyć :) To nawet temat na osobny blog chyba :)
      Czekam na to wyjście do ludzi bardzo, bo to jest chyba teraz to, czego mi najbardziej trzeba.

      Usuń
  9. Oj chciałabym aby moja mama też się czasami gdzieś wyrwała... Ona niestety na własne życzenie utknęła w domu... Nikt jej nie zmuszał, nikt na siłę nie trzymał, a teraz ciężko ją gdziekolwiek pchnąć, nawet przejście przez las do koleżanki jest dla niej wyprawą nie do odbycia :(

    A co do braku pieniędzy... Zawsze jest ich za mało, bo zawsze dla naszych dzieci chciałybyśmy mieć ich jeszcze więcej. Przydałby się pełen euraczy portfel bez dna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jeśli mama sama dokonała takiego wyboru i tak Jej dobrze, to chyba nie ma problemu :)
      Oj przydałby się bardzo!

      Usuń
    2. No właśnie nie jest jej dobrze, bo stale narzeka... tylko nic zmienić nie chce.

      Usuń
  10. Doskonale rozumiem, Twój znak zapytania odnośnie tego co jeszcze życie dla Ciebie przygotowało i czy w ogóle jest coś takiego. Też tak często mam, zastanawiam się czy znajdę pracę i w ogóle jak to będzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w związku z moim bardzo źle wybranym wykształceniem, mam w głowie ogromny znak zapytania, do tego ta długa przerwa... Coś za coś, i chociaż oczywiście nie żałuję, że są Dziewczyny, a przede wszystkim, że byłam tak długo w domu, bo mimo wszystko nadal sobie nie wyobrażam, żeby iść do pracy pół roku po porodzie, to jednak się obawiam. Tak po prostu i po ludzku. Dzieci rosną, czas szybko mija, a niestety nie gra na moją korzyść. Myślę, że rozumiesz :)

      Usuń
  11. Temat beznadziejnego ojca pominę, bo za dużo by było pisać i za dużo emocji by to we mnie wzbudziło, a dziś tak średnio się czuję, więc odpuszczam. Powiem tylko tyle, że zazdroszczę, że Twoja Mama tak się "wyzwoliła". Moja również poczyniła postępy, ale nie aż takie... :(

    Niestety tak jest, że pieniądze prowadzą do niemałych problemów w związku. I podzielam zdanie, że praca zawodowa kobiety podwyższa jej samoocenę. Ja pewnie bym jeszcze pracowała gdybym nie przyznała się uczciwie o swojej ciąży (miałam zaczynać pracę gdy byłam w 2 miesiącu, chciałam być uczciwa i lojalna ...) no i zostałam z niczym. Teraz perspektywa 3 lat bezrobocia też nie jest pocieszająca. Jedynie co dobre to to, że będzie Marysia i ja przy niej na pewno będę miała co robić. Ale jak to wszystko wpłynie na moja psychę - zobaczymy... pozdrawiam gorąco
    Ps. Wiem, że pewnie już to pisałam, ale dziewczyny masz śliczne :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak ja Cię doskonale rozumiem. U nas też bywa ciężko i mnie, jako niepracującą mamę ogarnia wtedy poczucie winy, absurdalne tym bardziej, że to mąż, a nie ja chciał drugiego dziecka. I tłumacze sobie tak jak ty - jeszcze trochę. dzieci podrosną, zacznę zarabiać, będzie lepiej...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!