Mama2c

Mama2c

środa, 20 listopada 2013

Zmęczenie + brak czasu = matka

Mniej nas tutaj ostatnio...
Co nie znaczy, że nie ma mnie wcale...
Postów w wersji roboczej, mam chyba z 5 zaczętych...
Bo dzieje się cały czas, tylko matka kryzys twórczy przechodzi.
Może to nawet nie kryzys pisania, bo chęci są, ale...
No właśnie, to "ale"...
Kiedy już usiądę po całym dniu z Lilą, mam wrażenie, że procesy myślowe zachodzą u mnie ze ślimaczym tempem. Budowa najprostszego zdania, to wyczyn na miarę zdobycia Everestu...
Siadam zaczynam pisać, zaczynam ziewać, zdania przestają się w głowie układać, coś tam wystukuję, ale więcej czasu zajmuje mi poprawianie błędów... i odpuszczam. I tak wieczór, za wieczorem.
Tyle rzeczy mi już umknęło, których pewnie tu już nie przytoczę :(
Zmęczona. Tak ostatnio najczęściej się czuję.
Wiem, że wśród Was -czytających są mamy pracujące, które też wstają w nocy do dziecka/dzieci... Tym bardziej mi głupio, że się tak marzę, ale zwyczajnie nie mam ostatnio na nic siły. Nie wiem, czy to przesilenie się o mnie w końcu upomniało, czy coroczna około listopadowa chandra tak się daje we znaki... Bez życia jakaś jestem.
Są dni, jak choćby wczoraj, kiedy mam wrażenie, że czas zatoczył koło i cofnęłam się rok wstecz-znów mając w domu noworodka i przerabiam to typowe dla świeżo upieczonych mam zmęczenie, brak snu, brak chwili dla siebie...
Jaka to w ogóle ironia! Pamiętam doskonale kiedy urodziła się Eliza i mama mi mówiła- zobaczysz, z każdym miesiącem będzie lepiej. Nie było, ale jak wiecie z Elizą nic nie było normalnie, więc to jakby się nie liczy. A z Lilą? Tak, jest inaczej, ale czy lepiej? To znaczy łatwiej? Nie wiem, mam ostatnio wrażenie, że jest nawet gorzej. Odkąd śpi tylko raz w dzień, już jest trudniej, a kiedy ten jeden raz w ciągu dnia wynosi tylko pół godziny( i zazwyczaj tak właśnie jest) to czuję się zwyczajnie wyczerpana...
Kiedy Lila się urodziła nie prowadziłam jeszcze bloga, ale problemy ze snem to jest coś, co towarzyszy nam od Jej narodzin. Tylko, że kiedy była Maluszkiem, mogłam Ją po prostu postawić w kołysce w jadalni i przynajmniej starać się na spokojnie coś zrobić. Z różnym oczywiście to skutkiem było, ale przynajmniej nie musiałam non stop myśleć o tym czy nie przytnie palców, nie rozbije głowy, nie zbije słoika itd. Teraz, jak pewnie każda mama dziecka w tym wieku, wszystko robię z Nią i jest to czasami już po prostu męczące. Z drugiej strony, kiedy akurat nie ma Jej przy mnie, kiedy jestem w kuchni (to są naprawdę sporadyczne sytuacje, bo Lila mam wrażenie, jest uzależniona od mojego widoku) to zaczynam myśleć, co Ona może akurat robić. Jak wiecie Lila na brak pomysłów nie narzeka i różnie się już one kończyły...
Przyznaję- nie raz zazdroszczę mojemu mężowi, że wychodzi na te ponad 8godzin i ma w tym czasie do wykonania TYLKO swoją pracę.
To, co mi chyba najbardziej dziś doskwiera, to ta krótka drzemka Lilki. Bo co można zrobić przez pół godziny?! Na pewno nie da się złapać dłuższego oddechu, przed zabawianiem Jej do wieczora. Jedyne na co starcza mi czasu, to wypicie kawy i ogarnięcie Jej zabawek, chociaż za każdym razem zastanawiam się po jaką cholerę to właściwie robię! I tak jakieś 3minuty po Jej wstaniu będzie ten sam burdel, jaki był przed drzemką. Nie wiem czy jako matka mam taki odruch bezwarunkowy, że idąc przez jadalnię zbieram po kolei klocki, pluszaki, chochelkę (!) i inne pierdoły... Obiad zazwyczaj gotuję poprzedniego dnia, bo tego mnie właśnie nauczyła Lilka zaraz po urodzeniu... Kiedy bywały dni, że musiałam nosić Ją prawie cały dzień i o godzinie 15 okazywało się, że nie ma nic do jedzenia, a ja jestem nadal w piżamie... Kasia Cichopek chyba by się pochlastała, jaka była ze mnie wtedy sexi mama... Teraz też czasami wcale nie jest lepiej :)
Wracając do utyskiwania na mój los, to nie dość, że od momentu kiedy Mała budzi się z drzemki patrzę co chwilę na zegarek, odliczając godziny do powrotu męża, to na weekend czekam już od niedzieli wieczorem... Mało tego, kiedy tylko usłyszę po tych magicznych, oszałamiająco długich trzydziestu minutach Jej stękanie, jedyne na co mnie stać, to wzniesienie oczu ku górze i ciężkie westchnienie "Jezu, już?!" Nie lecę jak na skrzydłach z głową parującą od pomysłów na kreatywne, edukacyjne zabawy... A przecież powinnam! Tymczasem, przez pierwsze 2-3minuty nie ruszam się z miejsca w nadziei, że może  Dziecko się opamięta i zaśnie z powrotem... Ale to, co zdarzyło się do tej pory raz, zdaje się nie powtórzyć już więcej... Na szczęście widok świeżo obudzonej Lilki zawsze mnie rozbraja, inaczej mogłoby być ciężko... Kreatywnie wchodzimy na youtube, no nic, kolejny dzień, który nie przybliży Lilki do Oxfordu, albo Mensy. Za to wyrzuty sumienia mniejsze, bo jakby nie było osłuchuje się z językami obcymi... Podobno czym skorupka za młodu...
Za oknem tak szaro, że mój i tak niski poziom wewnętrznych baterii, spada do poziomu poniżej wszelkich życiowych parametrów. Mąż mi się w końcu zbuntuje, bo moją ostatnio najczęściej wypowiadaną formułką w łóżku jest: "Przytul się i śpimy". No ale przynajmniej już nie mówię, że boli mnie głowa i jestem zmęczona, a to już coś :)
Chyba niczym mój Brat w wojsku zacznę skreślać dni na kalendarzu dzielące mnie od wiosny, słońca i jakieś energii z kosmosu, która spłynie na mnie wraz z końcem zimy...

Dzięki Dziewczyny za wszystkie komentarze pod poprzednim postem.
Płaszczyk kupiony na allegro, dobrych parę lat temu, za jakieś grosze, bo to "Japan Style" :)
Brudzi się niemiłosiernie, ale lubię go, zwłaszcza jesienią.
Co do figury, to nie będę Was teraz kokietować, że "nie, no przecież muszę jeszcze schudnąć". Fakt faktem, odkąd na blogu pojawiły się moje pierwsze wpisy, udało mi się parę kilo zrzucić. Przestałam jeść pieczywo, ziemniaki, ryż, makaron... Różnicę widać, no ale prawda też jest taka, że do wagi sprzed ciąży to jeszcze daleka droga. Pytanie tylko, czy ja tą drogą dalej zamierzam iść :) Bo owszem, nadal nie jem pieczywa itd, ale poziom węglowodanów uzupełniam sobie w inny, bardziej przyjemny sposób... Poza tym, czy jest sens katować się dietą, żeby potem przez 3dni Świąt nadrobić straty z nawiązką?! Za stara jestem na takie numery :) O jakiejś konkretnej diecie pomyślę w styczniu.
A póki co, żeby nadać kolorów tej szarej rzeczywistości właśnie przerabiam 8kilogramową dynię...


Najpyszniejsza bomba kaloryczna, którą ostatnio pochłaniam regularnie- dyniowe tiramisu


8kg żywej dyni :)

Wcześniejszy, ponad 4kg okaz :)


18 komentarzy:

  1. Matko i córko jaka dynia!!!!!!!! Ja też ostatnio wysiadam i choć moja młodsza jest strasza od Lilci to jej krzyków i zlości mam ostatnio zwyczajnie dość. Dwa dni w tygodniu mój mąż wraca o 21.30 więc w te dni kiedy ma wrócic normalnie, on się spóźnia to awantura wisi w powietrzu.
    Może na święta trochę złagodnieję i spojrzę na to wszystko łaskawszym okiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. J też narzekałam, jak Tymon zrezygnował z jednej drzemki. a od jakiegoś czasu rwę włosy z glowy, bo w dzień nie śpi już w ogóle, i w związku z tym od 16 jest nie do zniesienia, bo już zmęczony, a jeszcze nie pora spać... :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Podpisuję się pod tytułem notki obiema ręcami :) Nie wyrabiam.
    A dyni nie mam niestety, a w sklepie za droga. To tiramisu wygląda przepysznie...

    OdpowiedzUsuń
  4. jak ja Cie rozumiem.. . tez czasami konam ze zmeczenia.. wstawanie nocne,ha, ja juz nie marze o przespanej nocy,moze kiedys. tez ciagle zbieram zabawki i ukladam rzeczy malego. z drzemkami za dnia lepiej,bo maly potrafi i prawie trzy godziny spac... najczesciej dwie. niestety jak jest weekend,to bywa,ze budzi sie po 40 min by mamie za dobrze nie bylo:) zycze duzo sil!!! i jednak przekonania do relaksu z mezem,sama mam z tym roznie,ale jak co to mowie,ze jestem zmeczona,i niech on sie postara:-P

    OdpowiedzUsuń
  5. kochana, nie jesteś sama. jeśli chodzi o wybudzenie z drzemki to moje myśli też są - już? tak szybko? ;) obiad z dnia na dzień, wszystko brudne, syf, sodoma i gomora. nauczyłam się ostatnio nawet pić kawę po 17, żeby jeszcze resztkami energii ogarniać dom wieczorem. przed snem z kolei melisa, żeby zasnąć. no dramat. ale już się chyba do tego stanu przyzwyczaiłam... niestety... trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  6. 3maj sie kochana:) przy dwulatku jest duzo gorzej;)

    OdpowiedzUsuń
  7. o jej jak ja pamiętam te czasy.... Przemek to był żywe srebro wszędzie był, wszędzie i to wszędzie ze mną. Pamiętam jak odliczałam godziny, minuty to przyjazdu męża a teraz taka zmiana dziecko mnie słucha, bawi się sam będzie dobrze trzeba tylko cierpliwości troszkę choć wiem ze łatwo powiedzieć.... Dodam tylko że Młody przestał mi spać na 14 miesięcy to dopiero była tragedia dla mnie ale po tygodniu trzeba było zaakceptować nową rzeczywistość;)

    OdpowiedzUsuń
  8. O matko takiej dyni to ja jeszcze nie widziałam!:)) Rozumiem twoje zmęczenie bo też padam wieczorem i na nic już nie mam ochoty. Wiki od tygodnia robi sobie jedną drzemkę, nie jest źle bo zazwyczaj godzinę śpi ale i tak zawsze dziwie się że to już minęło:) Również oczekuję weekendu, a w zasadzie niedzieli bo to jedyny dzień który od rana spędzamy w trójkę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jaka wielka dynia! Ten czas z Lilką jest chyba najgorszy bo ona jest jeszcze mała, taka głupiutka a przy tym wszędzie jej pełno. Później będzie lepiej. Zacznie oglądać bajki, bawić się sama aż w końcu pójdzie do przedszkola :) Pozdrawiam was ciepło, jak wczoraj wychodziłam z pracy o 15.15 było już prawie ciemno :(

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak jak Ty piszesz często, że podziwiasz samotne matki, tak ja Ci teraz powiem, że podziwiam matki , które zostają w domu z dzieckiem. Z jednej strony trochę im zazdroszczę czasem, bo jednak nieraz odczuwam, że za mało mamy czasu dla siebie z Sebą. Ale z drugiej, czasami w soboty, czuję, że bym oszalała, gdybym musiała z nim siedzieć 7 dni w tygodniu. Optymalną wersją byłaby praca na pół etatu,albo np 3 dni/tydz. Masz prawo czuć się zmęczona, zmaltretowana, a nawet znudzona. Gdyby moja mama zazwyczaj nie zostawiała mi całych zastępów słoików z obiadami, myślę, że jadłabym w kółko pierogi, albo odżywiała się w barze mlecznym. Gotowanie z rozszalałym po kuchni Sebą, to lekki koszmar. Angażowanie go do kuchennych zadań, kończy się tym, że mam 10 razy więcej zapieprzu. I wszelkie mocne postanowienia, że oto dzisiaj wieczorem, kiedy dziecko zaśnie, ugotuję obiad sobie i jemu, nawet na 3 dni...kończy się tym, że kolejnego dnia on je kaszkę na mleku a ja makaron z pesto ze sklepu :-> Także szacun kobieto, bo przy małym tajfunie i tak ogarniasz zajebiście. I możesz sobie tutaj marudzić do woli, zwłaszcza, że aura nie rozpieszcza. My zanim wrócimy z pracy i żłobka do domu,to jest ciemno jak w d*** i jedyne na co mam ochotę, to spaaaać! :( Ale jeszcze miesiąc i powoli zacznie dnia przybywać. Chociaż pewnie i tak na niewiele się to zda, bo pewnie zimą napier**** będzie :/

    OdpowiedzUsuń
  11. Jaka gigantyczna dynia... dziecko by się mogło za nią schować! Taką dynie to bym przygarnęła :).
    Kolega mojego małża powiedział kiedyś bardzo mądre zdanie "nie przejmuj się dziećmi kiedy są głośno, przejmuj się nimi dopiero wtedy, kiedy bawią się cicho" - amen.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja jestem w innej sytuacji, bo pracuję i jak wracam, to chciałabym spędzić z synkiem każdą minutę. Ale nie ukrywam, że czasami odczuwam zmęczenie. Zwłaszcza najbardziej męczą mnie dojazdy...Jak przychodzi weekend, to z kolei Kuba nie daje mi minuty spokoju i po dwóch dniach jestem bardziej zmęczona niż przed weekendem:) ale doskonale Cię rozumiem, bo jak nie pracowałam, to też czasami miałam dość. A wtedy dobijał mnie mąż, bo zamiast pomóc zasiadał przed komputerem i grał.....ech...szkoda słów

    OdpowiedzUsuń
  13. To coś w rodzaju jesiennej deprechy też mi dokucza, ostatnio jakoś zmęczenie daje się we znaki, ciężko dojść z wszystkim do ładu i wszystko utrzymać w garści, a jak mąż był w delegacji to myślałam że wyjdę z siebie...
    Kochana teraz będzie już tylko lepiej! Przeczekamy!
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Hihi Wy to kochacie dynie :) kochana a Ty laduj baterie zeby Cie tu wiecej bylo.

    OdpowiedzUsuń
  15. Też mam zazwyczaj takie obniżenie nastroju, ale tylko po długiej zimie, kiedy to wiosna nie chce przyjść. W listopadzie zawsze ubierałam się w siły, żeby dom na tip-top zrobić, żeby na święta zdążyć. Mam w zwyczaju każdy kąt przewrócić do góry kołami i zarywać noce. Teraz? Podzielam Twój stan i rozumiem o czym piszesz. Nie wiem jak z tym walczyć. A może to przez to, że zbyt wiele od siebie wymagamy? Że chcemy wszystko najlepiej zrobić? Albo może po prostu ze wszystkim jesteśmy same? Zazdroszczę z jednej strony innym matkom, że mieszkają z mamami , teściowymi, że ktoś chociaż okiem może rzucić na Urwisy. Jeszcze nie usłyszałam od wyjazdu męża, od teściów, żeby powiedzieli: Słuchaj przyjedziemy napalimy chociaż w piecu, wodę z piwnicy wypompujemy... Przyjechali z awanturą i pretensjami :( Cieszę się, że chociaż mama moja raz w tygodniu przychodzi do mnie jak idę biegać i przez te dwie godziny zajmuje się Dzieckami i nawet pomyła mi kilka razy gary :) ze zlewu wypełzały.
    Nasze najmłodsze Dzieci po jednych pieniądzach. Nie da się z oczu spuścić! Da się ale nie jest to rozsądne :D Pozdrawiam Cię i mocno ściskam.

    OdpowiedzUsuń
  16. kochana Boze jak ja Cie rozumiem!!!! spie po 3 godziny, ryczy maly niemilosiernie a na dodatek jeszcze dzis mi pani doktor powiedziala ze ma on moze takie kolki i tak ryczy bo to moja wina bo ja za nerwowa jestesm i za bardzoe zmeczona i to na niego przechodzi.... chyba zwariuje!!!!a na dodatek moj ukochany wszystko bierze na luzno a polozna zyasypuje mnie lista voo doo lekarzy ktorzy moze magia jakas mu te kolki zabiora..

    OdpowiedzUsuń
  17. Kochana, dziękuję bardzo za przepis. Nie puszczam Twojego komentarza, bo rodzinka wchodzi na bloga, a spróbuję ich zaskoczyć. Na pewno dam znać ;)
    Nie dołuj, za miesiąc święta! :D Co prawda zmęczenia ta świadomość na pewno nie zmniejsza, ale jak pomyślę o świętach i Mi w jednym zdaniu, to humor się poprawia.

    OdpowiedzUsuń
  18. Z prawdziwa przyjemnością przeczytałam ten wpis.
    Powiem tak..ja tez tak mam...i mimo że chodzę do pracy..najbardziej oczekuje ..poniedziałku. Moja córcia własnie dziś kończy roczek i doskonale znam to z autopsji. Gotowanie, sprzatanie, sikanie z uczepioną córcią u nogi..ehh zycie...pzdr

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!