Mama2c

Mama2c

środa, 31 grudnia 2014

Życzę Ci...

Nie wiem, czy w moim przypadku jest jakikolwiek sens robić noworoczne postanowienia, skoro jednego dnia na przód nie mogę zaplanować tak, żeby poszedł zgodnie z planem... Pomijając oczywiście fakt, że dziś zupełnie nie pamiętam, co też sobie na ten 2014rok postanawiałam...

Miałam być dziś taflą jeziora, oazą niczym niezmąconego spokoju, ciepłą i pogodną strażniczką domowego ogniska i tak dalej... Miałam... Naprawdę. Tymczasem, wszystko idzie nie tak, czasu coraz mniej, nerwy coraz większe... A wszystko po to, by zarwać noc... Głupota!

Miałam także szczery zamiar wybrać się do każdej z Was z noworocznymi życzeniami, bo choć te ogólne, mogę złożyć nam wszystkim jednakowe, to jednak każda z Was zasługuje na takie wyjątkowe- spersonalizowane... No cóż- już wiem, że to mi się nie uda. To prawdopodobnie ostatnie 5minut w tym roku, kiedy mogę jeszcze usiąść i coś napisać, także czytajcie i wiedzcie, że myślę o Was ciepło:

Ten miniony rok, nawet w tym naszym wąskim, blogowym światku, pokazał, że nie ma nic cenniejszego niż zdrowie- naszych dzieci, bliskich i nasze własne. Dlatego dziś, życzę sobie i Wam, żeby ten przyszły rok upłynął nam w dobrym zdrowiu. Życzę Wam również dużo miłości. Takiej, która uskrzydla, dodaje wiary w siebie i chęci do życia. Życzę przyjaciół, takich prawdziwych, od serca, którzy nie tylko dobrze życzą, ale wspierają i ciągną do góry za uszy, kiedy trzeba. Życzę spokoju i stabilizacji, żeby jutro nas nie przerażało. Życzę wytrwałości w wypełnianiu noworocznych postanowień, której mi pewnie szybko zabraknie :) Życzę Wam jak najlepiej moje kochane, blogowe duszyczki! 

A jak na matkę karmiącą przystało- toast wznoszę... serniczkiem :) Waniliowym... Takim, że omomom :)




wtorek, 30 grudnia 2014

Cuda...

Na czym to ja skończyłam? A, taaaak- pozostało zapakować te cztery ciasta, tyleż samo sałatek, plus dwa rodzaje śledzi i dwoje dzieci- w tym jedno z dobytkiem krótkiego, bo ośmioletniego, życia ("W Wigilię śpię u babci") i ruszyć do rodziców. Powiem tak- moja rola ograniczyła się w tym wypadku do naszykowania tego wszystkiego, a za pakowanie do auta wziął się Tata. W końcu niech każdy robi to, w czym czuje się dobry. I co lubi. Ja pakowania nie lubię. Nie znoszę wręcz. Marcina o to, czy lubi, nigdy nie pytałam (narobić w 2015!), ale jedno jest pewne- Skubany, jest w tym dobry. Jakieś 4lata temu wyjeżdżałam z Elizą i z moją mamą do Zakopanego. Na całe, długie trzy tygodnie. Widzicie tą ilość toreb, które trzeba było upchnąć do auta? Dwie dorosłe kobiety i dziecko w wieku lat czterech. Nasz bagaż to pikuś, ale każdy, kto podróżował z dzieckiem, ten wie, że trzeba zabrać ze sobą wszystko. I jeszcze trochę. A mój małżonek auto zapakował wtedy tak, że zmieściło się wszystko, jeszcze trochę, a miejsca zostało tyle, że i bernardyn by się jeszcze zmieścił. Gdybyśmy go mieli...

Lila, o dziwo, nawet tego dnia współpracowała- bez problemu usnęła, i na szczęście nie rozespała nam się na dobre, jak to Ona potrafi. To nam się naprawdę rzadko zdarza- no dobrze- zdarzyło nam się po raz pierwszy- zadzwoniłam do mamy, informując Ją, że będziemy wcześniej, niż nas początkowo zapowiadałam. 



Jedziemy. Deszcz leje. Już niemal słyszę te komentarze o braku białego puchu na Święta. Powiem więcej- sama mam ochotę zacząć tak narzekać... Na szczęście Lila skutecznie mnie od tego odwodzi. Jako dziecko (prawie) ze wsi, im bliżej miasta, tym zaczyna bardziej przeżywać. Wpada w trans, który brzmi mniej więcej tak: "Ładnie... Pięknie... O! Tramwaj". Także średnio co dwie minuty mówię: "Tak Lilciu, ładnie jest... Jest pięknie Lilciu. O, i tramwaje jeżdżą..." W przerwach, kiedy razem z Lilą zachwycam się "wielkim miastem", myślę o tym, że nikt mi tych Świąt nie zepsuje. Te Święta będą inne... One muszą być inne.

I... I są inne. Tak bardzo różnią się od wszystkich poprzednich, że po powrocie do domu, mam ochotę koczować przy klatce naszych świnek, bo to przecież niemal pewne, że przemówią, skoro i w moim domu rodzinnym cuda się zdarzyły.

Nie, nie padliśmy sobie w ramiona z płaczem... Ale było inaczej. Lepiej. Normalniej. Bez włączonego telewizora. Z radiem, z którego "leciały" kolędy. Ojciec nie w swoim zabytkowym fotelu, do tego- nawet rozmowny. Tak, to już są nasze małe cuda. Gdyby nie bratowa, która schudła jakieś 7kilo, byłoby niemal idealnie... W sumie, to nawet nie mam Jej tego za złe- dzięki Niej straciłam apetyt, i pierwszy raz od dawna, nie kończyłam Świąt z objawami przejedzenia. Szkoda tylko, że w aptece nie chcieli mi przyjąć z powrotem ziółek na trawienie, których zapas zrobiłam już na początku grudnia.

W przeciwieństwie do zeszłego roku- w przypadku Lilki, i do zeszłych lat- mówiąc o Elizie, Dziewczynkom nawet dopisał apetyt. Lila "połaszczyła" się na coś więcej, niż chleb z masłem, a Elizka prosiła o dokładki. Dzień cudów- jak nic.


Eliza, tak jak zapowiedziała, została u dziadków, a my pojechaliśmy do domu, zbierać siły przed chrzcinami Basi... Ale o tym, już pewnie się domyślacie- innym razem :)


Póki co, to zaczyna dopadać mnie około sylwestrowa panika, i co ciekawe, nie mająca nic wspólnego z tym, że NAPRAWDĘ nie mam w co się ubrać. Zaczynam panikować, gdzie położymy młodsze dzieci, tak, żeby te starsze, no i my, mogły posiedzieć trochę dłużej... Do tego, nie możemy się z Marcinem zmobilizować, żeby w końcu gruntowanie posprzątać mieszkanie- tu jesteśmy zdecydowanie zbyt podobni do siebie, bo brakuje osoby, która tupnie nogą, i powie: bierzemy się do roboty. Posprzątaliśmy za to barek- świecił pustkami, także takie porządki to ja mogę robić. Co prawda, po raz kolejny, okazało się, że faceci naprawdę są z Marsa. Jakimś cudem- no dobra- nie jakimś, bo to się wydaje całkiem logiczne- pępkowe i te sprawy... W każdym razie, w barku, znaleźliśmy kwit za fartuch do porodu. Z datą, kwotą i pieczątką szpitala... Rozumiecie moją radość, kiedy go ujrzałam? Toć to jedna z najcenniejszych pamiątek z tego dnia... Zrozumiecie więc także, że omal nie podstawiłam Marcinowi "haka", kiedy On zmiętolił ten kwit i szedł wyrzucić go śmieci... "Co ty robisz"- ryknęłam, nie patrząc na to, że dziecko, którego ten mały skrawek papieru dotyczy, dopiero co usnęło... Eh, mężulek uważał, że skoro zostawiłam zdjęcia, płyty, zapisy ktg, wyniki badań, buteleczkę po glukozie, opaskę z rączki oraz pępuszek, to pamiątek wystarczy... Marsjanin. I żyj z takim.


niedziela, 28 grudnia 2014

Święta od kuchni...

No może nie zupełnie, bo trochę i od jadalni też, gdzie Marcin ubierał z Dziewczynkami naszą choinkę. Chociaż nie, to za wielkie słowo na 40 centymetrowy, sztuczny twór :)

Jeśli chodzi o zdobienie drzewka, to zawsze można liczyć na pomoc dzieci... No powiedzmy :)


Nasze, bardziej były zainteresowane tym oto gadżetem, który widzicie na zdjęciu. Egzemplarz jeden (w dodatku mocno zdezelowany) a dzieci dwoje... Awanturka gotowa :) Na szczęście Eliza stwierdziła, że jednak nie będzie zniżać się do poziomu dwulatki- przestała więc piszczeć i gryźć, i poszła ubierać z Tatą choinkę.


Z małym drzewkiem jest o tyle łatwiej, że mniej powodów do kłótni o to, jak zagospodarować przestrzeń, czyli gałązki... Chociaż- Polak potrafi, i u nas i tak koncepcje były różne. Nie wiem dlaczego, ale moja- naturalistyczna z piernikami, cynamonem i szyszkami, została z miejsca odrzucona... Próbowałam jeszcze przekrzyczeć mikser, wspominając o tym ile będą rozkładały się te sztuczne, chińskie bombki, ale wiecie jak to jest- mówić do ściany... No trudno, za rok Oni pójdą do kuchni, a ja ubiorę choinkę. Tak, jak będę chciała :) Mimo wszystko, efekt końcowy, był jak najbardziej do zaakceptowania.


Albo, ja już byłam w takim stanie, że było mi wszystko jedno. Nie wiem jak Wy, ale ja co roku, mam taki moment, kiedy mam ochotę pieprznąć to wszystko w cholerę i ogłosić, że nic mi nie wychodzi. Tym razem, nie było inaczej. Nerwy puściły mi przy robieniu polewy na sernik dyniowy, o ten:



I pewnie nie "mazałabym" się, aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że dosłownie chwilę wcześniej, popsułam masę do ciasta marchewkowego. Tak, tak- niby żadna filozofia utrzeć masło z serkiem i cukrem pudrem... Niby. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy okazuje się, że tylko mi się wydawało, że masło ma (już) temperaturę pokojową. W efekcie miałam coraz rzadszą masę (długotrwałe ucieranie ewidentnie jej nie służyło) z kawałkami masła w środku, które za cholerę nie chciały dać się rozetrzeć. No i się poddałam, dochodząc do wniosku, że jeszcze chwila miksowania i zamiast ciasto smarować kremem, będę mogła je nim polewać... W sumie i tak polewałam, licząc na to, że leżakowanie w lodówce załatwi sprawę. I załatwiło :) A oto efekt:



To ciasto, to świąteczny faworyt mojego męża :)
Rafaello i sernik kokosowy nie sprawiły mi (o dziwo) żadnego problemy, a prezentowały się tak:





W rezultacie wszystkie ciasta okazały się nadzwyczaj dobre, nawet te, z którymi miałam początkowo kłopoty. Marchewkowe i sernik kokosowy wchodzą na stałe do naszego repertuaru świątecznych i okolicznościowych wypieków. Także- pieczcie śmiało- polecam.

Poza ciastami robiłam także śledzie:



Rewelacja. I pomyśleć, że kiedyś na samą myśl o śledziach w oleju, dostawałam torsji... A wystarczyło znaleźć dobry przepis, i zrobić je samemu :)
Były też cztery sałatki, ale tu już musicie uwierzyć mi na słowo, bo albo ze mnie taki amator, albo sałatki to nie jest wdzięczny obiekt do fotografowania...

I w ten oto sposób, z wyżej wymienionym prowiantem, chwilę po 16-tej załadowaliśmy się do auta... I można by niemal zaśpiewać: Driving home for christmas... Jednak same Święta, to już temat na osobny post :)


sobota, 27 grudnia 2014

Towarzysko...

No to dla odmiany- u mnie dziś o Świętach nie będzie. Jeszcze nie, bo pisać oczywiście mam o czym, a i o kim, również :)

Chronologia musi jednak zostać zachowana, także dziś słów parę o okresie przedświątecznym. A ten był bogaty w spotkania towarzyskie. Począwszy od przyjazdu mojej kuzynki z Basią- już oficjalnie moją chrześnicą, po nasze rodzinne wyjście z domu...

Z Anią i z Basią widujemy się ostatnio bardzo regularnie, bo moja kuzynka- w przeciwieństwie do mnie, nie zamyka się w domu z niemowlakiem. I bardzo dobrze. Dzięki temu, ja i Lila, mamy teraz jakieś życie towarzyskie. Chociaż sprostuję- etap domowej izolacji, mamy już z Lilą za sobą :) Właściwie to momentami (nie, nie- nie momentami, a bardzo często) sama siebie nie rozumiem. Osobiście i z Elizą i z Lilą potrzebowałam tego czasu tylko dla nas. I nie był to miesiąc, czy dwa... Roztaczałam nad dziewczynkami jakiś dziwny parasol ochronny, sztywno tłumacząc się tak potrzebnym dziecku stałym rytmem dnia, specyficznymi potrzebami małego człowieka, dawkowaniem Mu ilości bodźców, przy jednoczesnej nutce zazdrości wobec mam, które potrafiły pogodzić i potrzeby niemowlaka i swoje własne. Chociaż to też nie tak. Przecież nie zżymałam się tutaj, że nie mogę wyjść z domu, a tak bym chciała. Może to wszystko rozchodziło się o to, że ja przestawałam chcieć, a jakaś cząstka mnie, pytała, czy to aby na pewno normalne?

W każdym razie, Basię widujemy regularnie niemal od urodzenia, i dzięki temu widzę, jak ewoluuje podejście Lilki do Niej. Początkowo był niemal bezgraniczny zachwyt i uwielbienie. Teraz, po blisko pół roku, mam wrażenie, że Lila zaczyna dostrzegać w Basi... zagrożenie, konkurencję... I to nie w stosunku do nas- rodziców, bo na chrzcinach nosiliśmy Basię oboje, i z tym Lila nie miała żadnego problemu. Natomiast kiedy Basia zbliżała się do zabawek... Hm, no i tu zaczynają pojawiać się problemy. Lila ma jakiś zaborczy etap w swoim życiu. Mam nadzieję, że tłumaczenie pomoże, bo zaczęło dochodzić do tego, że Lila wyrywa Malutkiej zabawki z rąk.

W ogóle to bardzo się cieszę, że wznowiłyśmy z Anią kontakt. Moja kuzynka to rodzina od strony ojca, a ten sukcesywnie robił wszystko, żebyśmy nie mieli z Nimi żadnego kontaktu. Pomijając fakt, że nigdy (poza okresem kiedy miałam 2-3lata) nie jeździliśmy do tamtej rodziny na wakacje/w odwiedziny, to Jego stosunki z rodziną mieszkającą tu- w Szczecinie, były co najmniej dziwne. Na szczęście, nie zaważyło to na tym, że jako dorośli i sami odpowiadający za siebie ludzie, dobrze się rozumiemy i dogadujemy. I oby tak już zostało :)

W niedzielę przed Świętami, odwiedziła nas chrzestna Elizy z rodziną. Jej mąż jest marynarzem, także wszyscy razem widujemy się rzadko, ale mam nadzieję, że i to się niebawem zmieni. No właśnie- skoro jesteśmy przy Filipie, to jedna z najbardziej pozytywnych i wyluzowanych osób jakie znam. Nie wiem, czy jest ktoś, kto Go nie lubi. A jednak- Lila na Jego widok dostała niemal histerii. Pierwszy raz widzieliśmy, żeby tak bardzo się kogoś bała. Na szczęście ilość dzieciaków sprawiła, że nie domagała się cały czas mojej obecności (nie było mowy, żeby odważyła się wejść do pokoju, w którym my siedzieliśmy) i nawet fajnie się z Nimi bawiła:


A dla nas, do kawy, upiekłam sernik cytrynowy. Mój debiut, jeśli chodzi i o serniki pieczone w kąpieli wodnej, i o lemon curd. Nie byłabym sobą, gdybym w związku z tym nie miała pewnych uwag. No i tak- kąpiel wodna- rewelacyjna sprawa. Sernik był naprawdę niesamowicie kremowy. Tyle, że miałam dość rzadki ser z wiaderka, i niestety- na mój rozum, to jego konsystencja jest tu istotna. Co się zaś tyczy lemon curd... Ach... No może i jest przy nim trochę stania (i mieszania), ale warto, oj warto... I potwierdzam (niestety, bo na pewno nie jest to fakt korzystny dla mojej figury), że można go wyjadać prosto z miseczki/słoiczka...



Następnego dnia pojechaliśmy spotkać się z naszymi dobrymi znajomymi, którzy "uciekli" nam do Norwegii. Bardzo lubię te spotkania, choć widzimy się przy dobrych wiatrach, tylko dwa razy w roku. No ale już obiecałam mężowi, że jak pójdę do pracy, to Go zabiorę do Norwegii, także może zwiększymy liczbę tych spotkań do trzech :)

Choć był to 22grudnia, to lało jak z cebra. Było po prostu okropnie! Do tego Dziewczyny dolały oliwy do ognia, bo o ile Lila jedynie nie chciała siedzieć przy stoliku (co akurat w Jej wieku i z Jej temperamentem, jest całkowicie zrozumiałe), to już Eliza dała popis swoich możliwości na całego... Nie chcę się na nowo denerwować, bo dzisiaj od rana znów z Nią "walczę", także nie będę się wdawać w szczegóły... Na szczęście udało nam się chwilę porozmawiać, mimo tego, że Eliza strzelała fochy, Lila biegała po całej kawiarni, a Alex- rówieśnik naszej Małej, marudził na całego (brak drzemki w ciągu dnia) i w końcu usnął (tak, tak :)), i umówić się na Sylwestra u nas. Westchnęliśmy tylko solidarnie, jak fajnie byłoby spotkać się tylko w czwórkę, bez tego dziecięcego "majdanu", ale każde z nas zdaje sobie sprawę, że to nie takie proste. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, i spędzimy razem ostatni dzień starego, i pierwszy nowego roku... A potem my, będziemy regularnie latać do Norwegii :)



wtorek, 23 grudnia 2014

Tradycyjnie...

W zasadzie, to się jednak zastanawiam, czy coś, co zostanie zrobione po raz drugi- można nazwać już tradycją? Hmmm...

Tak czy srak (Monika! Uwielbiam Cię za ten tekst :)), jak widać- do dobrego łatwo się przyzwyczaić.  Po tym, jak się Wam "skromnie" pochwaliłam, co upiekę na Wielkanoc, pojawiły się ostatnio głosy, żebyM zdradziła rąbka tajemnicy (albo mówiąc bardziej dosłownie: "zapodała" linkiem), co piekę na zbliżające się Święta.

Proszę bardzo- mnie tam długo namawiać nie trzeba. Zresztą! Moje tegoroczne propozycje są tak nieświąteczne, że i tak pewnie z nich nie skorzystacie :p

Gotowe?
Zaczynamy:

1) Ciasto marchewkowe. Oryginalny przepis TU. Właśnie "siedzi" w piekarniku. Trochę się zdziwiłam, że go jakoś tak mało w tej blaszce, ale... Cała nadzieje w sodzie i proszku do pieczenia :) Mam nadzieję, że uniosą je odpowiednio w górę.
To chyba moja najmniej świąteczna propozycja, ale nie mogłam się mu oprzeć. Raz, że pewnie jak większość społeczeństwa, od dnia 1stycznia 2015 przechodzę na dietę, także nie będzie w najbliższym czasie okazji, aby upiec sobie carrot cake, a dwa- uznałam, że cynamon, mielone goździki i krem z serka philadelphia, mają jednak choć minimalny świąteczny wydźwięk.

2) Sernik dyniowy na spodzie brownie z obłędną polewą. Zachwyca wyglądem- żaden świąteczny stół by się go nie powstydził. Do podglądnięcia TU. Z kolei ten wypiek chłodzi się już w lodówce. No i teraz powinny nastąpić ochy i achy na temat smaku itd... Tyle, że ich nie będzie. Trochę z przyczyn technicznych- zdecydowanie za kwaśny twaróg, a trochę przez własną głupotę- zapomniałam, że nieszczególnie przepadam za połączeniem masy twarogowej z cynamonem, i szczodrze dodałam, jak przepis nakazywał... No nic- mam nadzieję, że spód i polewa jakoś ten sernik obronią- przynajmniej w moich oczach. A reszta niech w ogóle dziękuje, że Im te ciasta popiekłam :)

3) Especially for you, czyli coś dla mojego męża- łasucha. Jego ulubione rafaello na krakersach. Dumnie leżakuje w lodówce. Pomijając fakt, że najpierw mama przywiozła mi jakieś wyjątkowo drobne wiórki kokosowe, a następnie Marcin uznał, że nie ma różnicy między słupkami migdałowymi, a płatkami (tak, tak- facet i samodzielne podejmowanie decyzji na zakupach, to często gotowa katastrofa), to ciasto (jak zwykle) zapowiada się pysznie. A, że wieki już go nie robiłam- oczekuję co najmniej noszenia na rękach :)
Moja zmiana w podlinkowanym przepisie to ta, że wierzch ciasta posypuję zawsze płatkami migdałowymi. W tym roku, będą to co prawda słupki, ale może przez to i posmak migdałowy wyraźniejszy :p

4) Ten sernik, miał co prawda zostać przełożony na Sylwestra, ale po tym, jak zanosi się na wtopę z dyniowym wypiekiem, musiałam podnieść sobie morale i jakoś sama przed sobą się zrehabilitować. A, że połaszczyłam się kiedyś na promocję serka ricotta, to teraz mogę sobie sernik kokosowy piec i codziennie :)

Jutro zamierzam tegoroczne wypieki upamiętnić na zdjęciach, co by za lat kilka(dziesiąt) wnukom pokazać, także i Wam się pewnie pochwalę, co też mi tam wyszło...

A co poza tym słychać?
Stwierdzamy z Księciuniem jednogłośnie, że nasze dzieci są jednak bardzo solidarne- obie postanowiły przed Świętami dać nam się solidnie we znaki. Eliza- postawą: mam was w nosie i robię co chcę (czyli nic nowego, tyle, że jakoś bardziej nasilone), a Lila- usypianiem. Dziewczyny! Trzeba było posłuchać mojej tyrady, którą wygłosiłam dzisiaj o 21.25- po prawie 50minutowym usypianiu panny Lili. Marcin posłuchał, nic nie skomentował, tylko powiedział: To ja jutro umyję łazienkę, a teraz idę spać. No... Chyba wiedział, że lepiej zejść mi dzisiaj z drogi :)
I tak oto, wrzuciwszy ciasto marchewkowe do piekarnika, siedzę sobie przed laptopem, nadal odgrażając się w myślach, że: "Ostatni raz Ją usypiałam, jutro tatuś będzie z Nią walczył, i g... guzik mnie obchodzi, że On nie ma cycków!!!"

Co jeszcze? Jestem praktycznie gotowa na chrzciny Basi, które odbędą się 25.12... Niepokoi mnie tylko jeden fakt- mam takie nieodparte wrażenie... Nie, nie! Ja mam całkowitą pewność, że spuchłam w okolicach brzucha (chciałam napisać talii, ale rozumiecie- jakiej talii?!) i bluzka, która wisi w szafie, przygotowana na tę uroczystość, będzie po prostu zbyt opięta... Zwłaszcza, po jutrzejszej Wigilii. No nic, już namierzyłam drugą- z delikatni lejącego się materiału- myślę, że będzie bezpieczniejsza :)

Choinki nadal nie mamy ubranej... Ładnie by wyglądało, gdybym napisała, że tym samym hołdujemy tradycji, która podobno nakazuje ubierać świąteczne drzewko w dniu Wigilii Bożego Narodzenia... Taaaak... No prawda jest taka, że nie mieliśmy jeszcze czasu jej ubrać, i jutro sama nie wiem, jak i kiedy go znajdziemy. W związku z czym, już dzisiaj, życzę Wam:

Spokojnych, radosnych i rodzinnych Świąt. Celebrujcie chwile, cieszcie się towarzystwem bliskich, nie myślcie o troskach i kłopotach- one na pewno nie uciekną :p


WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Pierniki i pierniczki

Tytułowe pierniki to my- rodzice, wypuszczeni z domu, niczym z buszu... I bynajmniej nie na randkę, bo towarzyszyło nam starsze dziecko. W zasadzie, to dzięki Niej i Jej nowej pasji, od niepamiętnych czasów, wyszłam z domu w piątkowy (prawie) wieczór... Takie to czasy nastały.

W każdym razie, o wynikach egzaminu z karate, który Eliza zdawała w Mikołajki, dowiedzieliśmy się z oficjalnej strony klubu. Jednak dowiedzieć się, a mieć zaszczyt wziąć udział w uroczystym rozdaniu certyfikatów- to dwie różne bajki.

Jednak jak na klub sportowy przystało- impreza była na świeżym powietrzu i z aktywnością fizyczną w tle. Nawet jeśli dla niektórych, jedynym wysiłkiem fizycznym tego wieczoru, było trzymanie kija z kiełbaską :) I nie o mnie tu mowa. Ja nie zrobiłam nawet tyle :p


Dla dzieci- młodych husarzy, zorganizowane było ognisko i łyżwy. W pierwszej wersji, miałam nie jechać, bo cała impreza swój początek miała o godzinie 18, a przewidziane były 4godziny zabawy... W związku z czym- nie widziałam możliwości, aby Lilka jechała z nami. Na szczęście babci udało się dogadać z koleżanką z pracy, i pełniła wartę przy Małej, a my ruszyliśmy w miasto :)

No cóż- powiem tak- bawiliśmy się świetnie. Chyba nawet za dobrze :p Do tego samego klubu, tylko w innym oddziale, chodzi mój chrześniak, także spotkaliśmy się tam z Jego rodzicami. Była też mama Alka, dzięki któremu, Eliza w ogóle zaczęła chodzić na karate. No i w piątkę stworzyliśmy takie kółeczko wzajemnej adoracji, że reszta towarzystwa mogła mieć poważne obawy co do tego, czy to na pewno była impreza bezalkoholowa. A była na bank. Chociaż ja sama momentami miałam wrażenie, że Marcin musiał mi dolać czegoś do herbaty :)



Co tu dużo pisać- głupawki dostaliśmy takiej, że kiedy następnym razem, nie będę mogła uspokoić Elizy, to zdecydowanie przypomnę sobie po kim Ona to ma. Cała rozmowa przypominała jeden wielki wywód erotomana-gawędziarza, no ale tak to jest, kiedy "starych" wypuści się z domu...
I może na łyżwach nie pojeździliśmy, ale mięśniom twarzy i brzucha zafundowałam lepszy trening niż skalpel.

W sobotę natomiast zrobiłam z dziewczynkami powtórkę z pierniczków, bo tamte- mimo, że kiepskie, cudownie wyparowały... Marcin twierdzi, że nawet nie spróbował, i co najgorsze- to może być prawda, Eliza to wiadomo, też nie tknęła. Także co? My z Lilą, tak po prostu- wszystkie zjadłyśmy? Nie jest dobrze, nie jest dobrze... :)

Obiecałam Lili, że kiedy wstanie i zje obiad- weźmiemy się do pracy. Już przed drzemką, cały czas mówiła, że będzie robiła pierniczki, i pierwsze co powiedziała po wstaniu, również było na ten sam temat: Mama robimy piernićki...

No to wzięłyśmy się do pracy... Tyle, że mimo szumnych zapowiedzi i obietnic- Lila zainteresowana była tylko próbowaniem ciasta, a nie wykrawaniem... W końcu, kiedy złapałam Ją na tym, że próbowała wpakować do buzi dość spory kawał ciasta (zwinęła kawałek, który dałam Jej do wycinania), musiałam przerwać konsumpcje, ale Lila jakoś szczególnie nad tym nie ubolewała...

"Ściema w trzech aktach"

1) Udawanie, że robię, to co miałam robić:


2) Silną wolę mam po mamie- czyli jak uległam piernikowemu (surowemu) ciastu:


3) Udawane zaskoczenie: Ja? Ja nic nie jadłam!


Na szczęście na Elizkę zawsze można liczyć, no i jako, że jest byłym niejadkiem, można mieć pewność, że nic nie ubędzie z ciasta, które dostała- taka solidna firma :P





I przysięgam, chociaż pierniczki lubię, to już moje ostatnie do nich podejście... Teraz już tylko świąteczne (choć w moim przypadku mało kojarzące się ze Świętami) wypieki.
A póki co, potrzebuję na gwałt jakiegoś "nastrojopoprawiacza", bo mimo wszechobecnych w całym domu, świątecznych akcentów, nastrój jakoś przygasł...





czwartek, 18 grudnia 2014

Ludzie listy piszą...

Właściwie nie pamiętam, kiedy zrobiłyśmy to po raz pierwszy...
Jednak to, szybko stało się naszą tradycją- moją i Mamy.
Przed każdymi Świętami siadałyśmy w wąskiej, ale stosunkowo długiej kuchni w jedenastopiętrowym bloku, i spisywałyśmy listę potraw, a następnie zakupów, które trzeba zrobić...
To się oczywiście wiązało z mnóstwem rozmów typu: "A może to?", "Nie, to było w zeszłym roku" itd. itd... Bo o ile w kwestii dań głównych typu karp, zupa grzybowa, ryba po grecku moja mama była jak najbardziej tradycjonalistką, tak jeśli chodzi o sałatki, czy ciasta- łatwiej było mi przeforsować swoje propozycje. A ja z kolei, w kwestiach kulinarnych, nie miałam żadnego parcia, żeby trzyma się tradycji i zabłysnąć najlepszym makowcem ever :) Dzięki temu, w jedne z minionych Świąt, zajadaliśmy się obłędnym sernikiem kokosowo-limonkowym.
Przepis TU.

I właściwie do momentu, kiedy te wszystkie potrawy nie powstały, ciasta nie wyszły z piekarnika, a sałatki nie zostały pokrojone, dla mnie trwały Święta. Bo chwile spędzone razem z Mamą, w tej ciasnej kuchni, były wyjątkowe, niepowtarzalne. A potem przychodził 24 grudnia, i czar pryskał. Mama zazwyczaj popłakiwała po kątach, w chwilach przebłysku powtarzając, że ostatni raz robi Święta, i że Ona już ma dosyć (gdyby Ona wiedziała jak JA miałam dosyć...), a pan i władca, czyli "tatuś" zacierał ręce. Gości, czyli rodzinę mojej mamy, podejmował w zwykłym podkoszulku, siedząc w swoim fotelu, i nie odzywając się ani słowem. To przez lata była nasza magia Świąt.
To, czy Święta zaliczałyśmy do "nawet udanych", czy do "fatalnych" uzależnione było od tego, co odstawił ojciec... Jeśli choć raz podczas całej Wigilii przemówił "ludzkim głosem", mama stwierdzała, że nie było tak źle...

I mimo, że z perspektywy czasu, czuję, że każde Święta były złe, bo na pewno nie tak powinny one wyglądać, to kiedy znajduję w kolejnych torebkach, których przez jakiś głupi sentyment nie potrafię wyrzucić, te mniejsze i większe kartki z listami potraw, to robi mi się jakoś tak cieplej na sercu... Mimo wszystko.






A robiąc tegoroczną listę, czuję ulgę, że moje dzieci, mają zupełnie inne Święta. Mimo, że niewielką ich część również spędzimy w domu moich rodziców. Ale to my- ja i Marcin, budujemy Ich wspomnienia, nie dziadek, który nadal jest mrukiem, i któremu nadal wydaje się, że on i my, to państwo, którym rządzi, i które jest od niego zależne...
I myślę, że choć bywa różnie- czasem nawet bardzo gorąco, to wspomnienia Dziewczynek ze Świąt, będą jak najlepsze...
Dziadkowie, oczywiście też są integralną częścią tych wspomnień, tyle, że dziś, już nikt nie zwraca uwagi na tatusia, który nadal siedzi w tym swoim fotelu, i niewiele ma do powiedzenia...

Nie tylko ja- mama, siedzę nad kartką papieru i dumam... Lila, i Jej pierwsze próby pisania listu do Mikołaja. Myślę, że coś ważnego ma Mu do przekazania, bo swoją wiadomość zakodowała w różnej wielkości kółkach... Ktoś ma pomysł, o co prosi Młodsza?


A Starsza, wciąż zaskakuje pomysłami! Za rok chyba wynajmę Ją do robienia kartek świątecznych. No same zobaczcie, co potrafi moja Córcia:




Ps. Nasze długopisy od Lililove robią w szkole furorę :)