Mama2c

Mama2c

piątek, 7 marca 2014

Parszywa kumulacja

Tak, to mogło być kolejne, zwyczajne popołudnie w domu państwa K. Zwyczajne, chociaż mimo wszystko inne, niż te na co dzień, bo jednak oboje pamiętaliśmy emocje sprzed 2lat, i patrząc na naszą dużą Dziewczynkę, ciężko było ukryć wzruszenie.

Popołudnie okazało się jednak być wyjątkowe, i tak sobie myślę- nawiązując do komentarza Marty z Łodzi, o naszym barwnym, choć niby zwyczajnym życiu, że chyba coś w tym jest :) Chociaż, tak barwne jak wczoraj, to mam nadzieję, że już nie będzie...

I tylko lojalnie uprzedzam- co wrażliwsze osoby, a także te, które uważają, że awaria w toalecie, to nie jest wdzięczny temat na posta, żeby w tym momencie przestały czytać, bo za chwilę zacznie się na dobre...

No to zaczynamy:
Wczoraj rano, jak po każdej nocy, poszłam tam, gdzie zazwyczaj kieruje się swoje pierwsze kroki. Trochę zdziwiła mnie ilość papieru toaletowego w muszli, ale "zdziwiła", to nie to samo co "zaniepokoiła", także zrobiłam, co miałam zrobić, spuściłam wodę, i wyszłam. Szok przeżyłam za jakiś czas, przy kolejnej wizycie w toalecie. Nie trzeba być specjalnie bystrym, żeby zorientować się, że "zapchał nam się kibel"- czyli, jakimi słowami witam męża po powrocie z pracy :) Bystra na co dzień raczej nie jestem, ale dociekliwa już bardziej, także dłuższą chwilę zachodziłam w głowę, jak to się stało. I jeśli kogoś to dziwi, to uwierzcie- mając dwójkę dzieci, jednak bezpieczniej zastanowić się, co ów kibelek mogło tak skutecznie zapchać. Jednak naszła mnie taka refleksja, że może za szybko znalazłam winnych i sprawdziłam, czy na muszli wisi kostka...

I tu mała dygresja:
Jakiś czas temu, kupiliśmy w Biedronce kostkę toaletową. I nie, nie- nie mam potrzeby tak się z tym obnosić, tyle, że dla dzisiejszego "wypracowania", jest to wiele wnosząca informacja, bo kostka bardzo szybko zniknęła, w niewyjaśnionych okolicznościach. Marcin stwierdził, że już jak ją wieszał, to ten plastik, który zahacza się o górną część muszli, wydawał mu się za krótki. Także, wydedukowaliśmy, że kostka, pewnie została porwana przez silniejszy strumień wody.  Z zakupem kolejnej jakoś się nie schodziło, ale w związku ze "śledzikową" wizytą naszych Gości, kolejny raz urządziliśmy sobie pielgrzymkę do Biedronki, i znowu, odruchowo, złapałam za tę samą kostkę... Już przy rozpakowywaniu zakupów- Bóg mi świadkiem, że Marcin wyraził swoją opinię, że to nie najlepszy pomysł, ta sama kostka. On sam twierdzi, że kiedy ją zakładał, pomyślał, że na bank znowu spadnie- pewnie trochę naciąga fakty, żeby udramatyzować całą sytuację, no ale niech Mu będzie.

Wracając do historii z wczoraj- kostki nie było, czyli znowu spadła. I prawdopodobnie to ona blokuje swobodny spływ tego i owego... Z tego stresu, bo poziom wody w muszli zaczął osiągać niebezpieczne rozmiary, przestałam nawet odczuwać potrzeby fizjologiczne :) Eliza była w szkole, a Lila z bezpiecznym pamperem na pupie, także już nic od siebie nie dokładałyśmy do i tak pełnego kibelka...
Wrócił Marcin, przywitałam Go jak każda kochająca żona, słowami, które już Wam przytoczyłam. Mężu, jak na głowę rodziny przystało, podwinął rękawy, zamknął za sobą drzwi i... kazał na siebie czekać całe długie 2minuty. Po czym otworzył drzwi i przemówił słowami: "Zapchany".
Naprawdę?!
Czy Jemu się wydaje, że przez 33lata nie widziałam jeszcze zapchanej toalety? W mojej podstawówce przynajmniej raz w tygodniu miałam okazję podziwiać takie zjawiska hydrauliczne... W każdym razie, jak na odpowiedzialnych i troskliwych rodziców przystało, stwierdziliśmy, że najpierw skorzystamy z pięknej pogody i pójdziemy z Dziewczynkami na spacer, a czarna robota, nie zając, nie ucieknie...

Po powrocie ze spaceru, całą rodziną zaczęliśmy szukać, czegoś, z czym Tatuś, uda się na wojnę :) Lila co prawda szukała, sama nie wiedząc czego, bo była gotowa dać Tacie swojego misia nawet, ale to chyba jako wsparcie mentalne... No cóż, będę z Wami szczera- okazało się, że na takie awarie, państwo K. są zupełnie nieprzygotowani. Trzeba było improwizować, ale listę rzeczy, które Marcin wykorzystał, a z którymi jeszcze wczoraj raz na zawsze się pożegnaliśmy, jednak zachowam dla siebie :) 
I chociaż pomysłowi byliśmy bardzo, oj nie powiem, to jednak tym sposobem muszli nie udało się udrożnić :(  Zapadła decyzja o rozkręcaniu.
Dodam tylko, że bardzo się wzruszyłam, kiedy Marcin, zanim udał się do toalety, zdjął obrączkę i położył ją w bezpiecznym miejscu...  Jeszcze tego by brakowało, żeby ona tam zaginęła :)

Wiedziałam co robię, zamykając się z Lilką u Elizy w pokoju, bo już za chwilę było słychać, jak silne emocje targają (dosłownie!) moim, z gruntu wrażliwym na zapachy i widoki, mężem... Jeśli chodzi o Elizę, to ciekawość wygrała, i co rusz, pod byle pretekstem, wychodziła z pokoju, żeby sprawdzić jak Tata sobie radzi... W końcu nadeszły dobre wieści, że zostało Mu już tylko umycie podłogi.
Uffff :)

I wiecie co? Mam najlepszego Męża ever :) Bo gdyby to było na odwrót, i to On kupiłby drugi raz z rzędu feralną kostkę, którą ja musiałabym później wyciągać z czeluści muszli klozetowej, to oj nasłuchałby się, oj nasłuchał :)

Kiedy wszyscy odetchnęliśmy, postanowiłam, że zrobię Dziewczynom budyń na kolację. Nie było jednak czystego małego garnuszka, w związku z czym, poprosiłam Marcina, żeby szybko mi go umył.
No i szybko to były, ale niecenzuralne słowa, z ust  mojego, jak najbardziej porządnego, Męża... Zapchał się zlew, do tego stopnia, że woda wybijała w drugiej komorze- nota bene pełnej czystych (do tego momentu) naczyń... A w domu, jak na złość, brak Kreta...
I w ten oto sposób, mój Mąż, drugi raz w ciągu jednego dnia, poczuł się niczym hydraulik, bo znowu wszystko trzeba było rozkręcać...

I uwierzcie, to był właśnie ten dzień, kiedy pomyślałam, że mężczyźni są (no dobra- bywają) niedoceniani :) Nie wspomnę, że zimne poty oblewały mnie na samą myśl, kiedy pomyślałam, co by było, gdyby takie atrakcje przydarzyły mi się podczas Jego nieobecności... No bo do zapchanego zlewu poprosić sąsiada, to jeszcze by przeszło, ale do zapchanej toalety...

36 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Z dreszczykiem, a nawet z ciarkami )

      Usuń
  2. Twój maż mógł poczuć się jak bohater popularnej gry komputerowej, czyli Mario :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że On się poczuł w końcu sobą- królem sedesów :)

      Usuń
  3. O matko, co za historia... współczuję Wam bardzo, a najbardziej to Twojemu mężowi ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja niestety muszę sobie radzić z tym sama, zawsze coś się popsuje jak mąż wyjedzie i musze to reperować.
    Ale dobrze miec taką złota raczkę przy sobie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to klasyka, moja babcia była żoną marynarza i zawsze kiedy dziadek wypływał to coś się psuło.

      Usuń
  5. Tak,czasami bez nich ani rusz.Ja,jesli chodzi o elektryczność,elektronikę i takie kibelkowe awarie-jestem jak dziecko,ni w ząbek nie poradzę sobie...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja najpierw nie wiem co mam robić, potem sama siebie przywołuje do porządku i próbuje COŚ robić, a na końcu okazuje się, że i tak bez pomocy męża nie da rady :)

      Usuń
  6. Nieszczęścia chodzą parami... Dobrze, że sobie poradziliście!

    OdpowiedzUsuń
  7. Uch, no zapchany kibel to "smierdzaca" sprawa... ;)

    Nam tez sie zapchal pare miesiecy temu, ale my nie znalezlismy przyczyny awarii. A ostatnio Nik wpadl w szal wrzucania do toalety roznych przedmiotow, wiec zeby zapobiec kolejnym przygodom, na drzwiach wyladowala blokada. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja muszę tak pilnować pralki, bo Lila miałaby ochotę wyprać różne rzeczy, niekoniecznie ubrania, bo to chyba takie banalne, żeby ciuchy wrzucać do pralki :) Można na przykład chochelkę do zupy, a ja się potem zastanawiam co tak tłucze w bębnie :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  8. :D sorry ale śmieję się na całą ''gębę'' z Waszego nieszczęścia ale tak to opisałas.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, trzeba tu było być- już nam tak do śmiechu nie było :)

      Usuń
  9. Kurcze, a ja zawsze biorę sprawy w swoje ręce, ale najpierw bym zaczęła od jakiś kretów czy innych chemicznych środków :P Ale Twojego Męża podziwiam, bo rozkręcenie pełnego kibelka, to nie lada sztuka :) Państwo K. Proszę zapisać, żeby nie kupować tej kostki więcej. Ja naklejam Ducka :) albo nettową podróbkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana! Ja oczywiście najpierw próbowałam sama, bo mnie na szczęście to nie rusza, no ale nic nie wskórałam :(

      Usuń
  10. o tak, mężczyźni czasem się przydają ;) uśmiałam się z tego tekstu: "Zapchany". jakbym miała przed oczami mojego Piotrka ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, mój Marcin zawsze sprawdza po mnie, czy aby na pewno miałam rację :) Czasami doprowadza mnie to do szewskiej pasji :)

      Usuń
  11. U nas też to się kiedyś zdarzyło- kostka wpadła i toaleta się zapchała..masakra. Ale mąż twój dzielny faktycznie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Czyli rację miałam...
    Gdzie mi tam do Waszego jakże barwnego życia ;)
    I dobrze wiedzieć,że zawieszki z biedry trzeba omijać szerokim łukiem - Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, ale przyznaj, że przy takich atrakcjach, to jednak człowiek woli swoje spokojne życie :) A Marcin, po swoich doświadczeniach, kupił te przyklejane żelowe bajery :) Taki cwany :)

      Usuń
  13. Tobie zazdroszczę męża. Mężowi Twemu przekazuję wyrazy podziwu i współczucia. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My Go tu we trzy na rękach prawie nosiłyśmy :)

      Usuń
  14. :D Twój mąż to "hiroł" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hiroł to On jest, że ze mną wytrzymuje :) A za kibelek to On jest big hiroł :)

      Usuń
  15. No rewelacja. Nie zazdroszczę przygód "toaletowych", ale zdolności opisania całości wydarzeń już PO i owszem.
    Uśmiałam się ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Wiesz, mogłam to opisać z pewną dozą humoru, bo w ostateczności to nie ja ratowałam świat, to znaczy dom :)

      Usuń
  16. O jaa, ale się uśmiałam, masz dzielnego męża! A wiesz,nam się coś podobnego zdarzyło po urodzinach męża. nie wiadomo jak się stało, że nowa kostka zniknęła. Pewnie ktoryś z gości zrzucił, niechcący. No i mój mąż musiał sprawę załatwić. Czyli rękawice gumowe i łapka w kibel, no cóż, była sobota wieczór, po spuszczeniu wody woda podchodziła pod samą krawedź, a hydraulika wołać-niespecjalnie. pominę szczególy, fakt faktem, ze najpierw zaśmiewałam się z jego miny, a później na widoki toaletowe musiałam wyjść, bo kolacja urodzinowa podeszła mi do gardła...

    Powiedziałam później, ze mi zaimponowął i ze jest prawdziwym twardzielem. U Was trudniej,bo poszły dwie kostki.

    Hehe, ale mężów mamy na medal! Co byśmy bez nich zrobiły w takiej sytuacji?:)
    Megi W

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie wiem, nie wiem, bo mnie zazwyczaj jakiś paraliż dopada wtedy i w pierwszym odruchu zupełnie nie wiem co mam robić, także naprawdę DOCENIAM!

      Usuń
  17. Alleluja, dziękujmy jednak Tym naszym facetom, że są! Ja już też miałam kilka razy podobne refleksje, kiedy Ślubny ratował dom z opresji - i zaklinam los, by nigdy się nic tak ciekawego nie przydarzyło pod jego nieobecność... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, święta prawda! Ja już raz miałam awarię prądu, akurat jak Marcin wyjechał. Eliza była wtedy mała, więc atrakcje podwójne :(

      Usuń
  18. Nie myślałam, że szukając odpowiedzi na moje nurtujące pytanie odnośnie zatopionej kostki tak się uśmieję ;) Dziękuję ;)))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!