Mama2c

Mama2c

środa, 23 kwietnia 2014

Dzieciaki, święta i my... część pierwsza :)

Kiedy wczoraj zadzwoniłam do mojej mamy, żeby podminowanym głosem oznajmić Jej: "Zaraz z nimi zwariuję", w odpowiedzi usłyszałam taki tekst: "Kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma dzieci ten ma...". Mama dyplomatycznie nie dokończyła (zawsze starała się być delikatna!), dodała tylko, że to był ulubiony tekst mojej Babci :) Tak- tej samej, która przez wiele lat była nauczycielką i dyrektorką szkoły... A ja myślałam, że bycie pedagogiem, to było Jej powołanie :) A może zwyczajnie- taką prawdę odkryła, po wielu latach pracy w zawodzie? No nieważne :)

No i w zasadzie o tym smrodku będzie dzisiejszy post... Ale bez obaw- puenta będzie jak zwykle taka sama i myślę, że mogę Wam już teraz ją zdradzić- kocham te moje Dziewczyny do szaleństwa, nawet jeśli czasami ubolewam nad tym, że nie mogę Ich wysłać w baaaaaardzo długa podróż na księżyc :)

Jak pamiętacie- w piątek zamierzałam upiec ciasta z tej strasznie długiej listy. I nieskromnie powiem- udało mi się to zrobić. Także Mia- z medalu zrezygnuję, ale odwiedzić nas byś mogła :)
Jak we wszystkim, kluczem do sukcesu, okazała się dobra organizacja. No i chwilowe odpuszczenie sobie aktywnego zajmowania się dziećmi. Elizie jedynie rzuciłam hasło, żeby się nie pozabijały, albo- żeby przynajmniej spróbowały...

I nie wiem, czy Lila była tak wielkoduszna, czy cwaniara wiedziała, że jęczeniem i tak nic nie wskóra (pracujący non stop mikser i tak by Ją skutecznie zagłuszał), ale pozwoliła mi zająć się tym, czemu miałam zamiar poświęcić pół dnia. W efekcie o godzinie 10-tej miałam już upieczonego keksa, babkę czekoladową i byłam w trakcie robienia sernika na zimno. I właśnie wtedy poczułam TEN BÓL. Jakże dobrze mi znany... Nie, nie Moje Drogie- to nie była nasza comiesięczna dolegliwość! To byłoby zbyt banalne. Poczułam ból, który jak nic przypominał mi ten sprzed ponad 9lat- atak kamicy żółciowej. Pierwsza myśl: "Ja pier... pip..., pip..., tylko nie to!" Kolejna: "O nie pip..., pip..., tylko nie dzisiaj." A za chwilę: "Nie dzisiaj?! Nie W OGÓLE! Nie pójdę w ślady Babci, która mimo braku woreczka żółciowego, dorobiła się pokaźnego kamienia w drogach żółciowych." Nie, i już!
Wzięłam głęboki oddech i... postanowiłam dokończyć sernik, czekając na rozwój wypadków. Po chwili ból trochę zmalał i jednocześnie skończyła się cierpliwość Lilki, także zdecydowałam, że pora na spacer. Najpierw jednak wspomogłam się apapem i nospą (nie, nie Dziewczyny- to nie jest post sponsorowany), żeby w razie czego nie zejść na tym spacerze i dzieci niepotrzebnie nie stresować... Chociaż, wypuszczone z domu tak wariowały, że obawiam się- mojego zejścia, mogłyby w ogóle nie odnotować...
I o dziwo, ból minął i już nie powrócił. Na całe szczęście, bo wizja zajadania się suchym chlebem, albo jeszcze gorzej- wizyty na izbie przyjęć, jakoś słabo tak wypadały, przy tej całej świątecznej otoczce...

I w zasadzie jeśli chodzi o piątek, to już nic godnego uwagi się nie wydarzyło. Chociaż nie! Przepraszam! Jak mogłam zapomnieć o naszym rodzinnym wyjściu (a raczej wyjeździe) do fryzjera. Ciasta ciastami, sałatki sałatkami, ale mama jakoś wyglądać musi... Chociaż w Święta :)
No to pojechaliśmy- Lila wyspana i najedzona- powinno być dobrze. Nie przewidziałam tylko, że moje dziecko, które po raz pierwszy miało zobaczyć, co się w takim salonie fryzjerskim odbywa, dostanie hm, hm- ataku histerii? Paniki? Jak zwał, tak zwał- było ciężko. Przekonać Lilkę, że ta miła pani, z tym wielkim czymś w ręku, wydającym takie dziwne dźwięki, NAPRAWDĘ nie robi mamie krzywdy, było nie do wykonania. Mało tego- Lila, która wiedziała lepiej (że mamie na bank dzieje się krzywda), postanowiła nie opuszczać swojej rodzicielki (why? why? miałabym chwilę relaksu) i płacząc trwać przy mojej nodze do końca... Bo nie powiem- tata i Elizka próbowali Ją wywabić na zewnątrz, ale bezskutecznie... Chwila relaksu, na którą tak liczyłam, stała się małym koszmarkiem zarówno dla mnie, jak i dla Lilki.

Sobota. W planach rodzinne święcenie pokarmów. Możecie to sobie wyobrazić, prawda? Uśmiechnięta mama, dumny tata, dwie całkiem udane córeczki- widok jak z obrazka. Dopóki nie podjechaliśmy pod kościół :) Lila jest współczesnym dzieckiem Rosemary :) Na wszelkie próby nawrócenia Jej, reaguje silną alergią. Kiedy dla pewności pytam, czy chce iść do kościoła (widzi oczywiście, że wszyscy wchodzą za te magiczne drzwi), prawie krzyczy: "NIE". I w tym wypadku, wiem na pewno, że "nie" znaczy "nie". Moje młodsze dziecko, pod kościołem, traci całą ciekawość świata. I choćby się miała zanudzić na zewnątrz- nie wejdzie do środka. Przynajmniej nie wchodziła- do soboty... Bo jednak stanowcze "nie", po jakiś 10minutach zamieniło się w "a może jednak". No to weszłyśmy... Znalazłyśmy tatę i Elizę. Kościół pełen. Tym gorzej... Może nawet wśród zgromadzonych, jest ktoś, kto pamięta chrzest Lilki... Oby nie.
Szczegóły Wam daruję, żeby nie przedłużać, ale po kolejnych 10minutach, wzięłam moje wierzgające się dziecko pod pachę i w akompaniamencie wrzasków, krzyków i jęków-wyszłyśmy. Ku radości księdza i wiernych. Wypisz wymaluj jak na chrzcinach...




 


33 komentarze:

  1. My w tym roku odpuściliśmy święconkę. Uważam, ze Junior jest za mały i nic i tak by nie zrozumiał o co tu chodzi z tymi koszykami i jedzeniem ;) Pewnie tak jak wasza Lila zrobiłby aferę na pół kościoła i uciekałby i szalał ;) Wolałam tego uniknąć, za rok spróbujemy- będzie już starszy i mądrzejszy (mam nadzieję) Czekam na ciąg dalszy relacji ze świąt z niecierpliwością :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja za rok chyba odpuszczę i przeczekam, aż dziecko nie stanie się bardziej cywilizowane :) Albo- tata pójdzie z Nimi sam :) To już nie na moje nerwy!

      Usuń
  2. Hehe zupełnie jak Średni jak był mały wyk, ryk, potem tylko kazał księdzu się zatkac, powiedział, że fałszuje, i chciał zabierać.kasę z koszyczka....śliczne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki.
      No przynajmniej ma Chłopak zdanie o kościele i o umiejętnościach księdza :)

      Usuń
  3. O to chyba chrzest Lilki był bardzo podobny do Szymkowego chrztu ;)
    Tym razem obyło się jednak bez krzyków, wtulił się w tatę i tak przetrwał całe święcenie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lila miała ochotę wtulić się w koszyk i jego zawartość... Czarno to widziałam :)

      Usuń
  4. Hehe, wcale się Lilce nie dziwię :-) ja sama też jestem ogólnie na "nie", a gdy czasem przy okazji jakiegoś święta popadne w powątpiewanie "a może jednak?" to gdy tylko zacznie się kazanie przypominam sobie dlaczego warto być na "nie" :-)
    Jesteś niesamowita, że dalas radę z tymi wypiekami. A jak Wam poszlo z konsumpcją? Jeśli tak jak z pieczeniem tym bardziej chyle czoło.
    Nie strasz nas kamica! Brzmi to strasznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamica jest straszna. Na szczęście od ponad 9lat nie mam woreczka i do tej pory jakoś dawałam sobie radę...
      Konsumpcja oczywiście poszła nam jeszcze lepiej niż samo pieczenie :) I na pewno jest nas teraz wszystkich trochę więcej :)

      Usuń
  5. A może Ty matko nie jesteś domyślna, a może Lilka chciała też mieć nową fryzurkę? Dlatego tak wyła, że jej miejsce zajmujesz :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, jednak nie sądzę, Ona była zdecydowanie na "nie", jeśli chodzi o nasz pobyt tam, i głośno o tym "mówiła".

      Usuń
    2. To tak przekornie było :)

      Usuń
  6. Tak patrząc na zdjęcia Lili trudno uwierzyć,że z niej taki harpaganik ;)Bo wygląda niczym aniołek...Ja też nie lubiłam chodzić do kościoła.I tak mi już zostało...;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam, że się działo u Was! Mam nadzieję, że bóle już nie wrócą!! Lila śliczna, też jej się nie dziwię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w sumie też, ale mogłaby się jednak opanować :)
      Oj ja też mam taką nadzieję, bo wizja kolejnego zabiegu jakoś mnie nie cieszy...

      Usuń
  8. Płonę teraz ze wstydu posypuję się popiołem na znak pokuty bo nijak nie wierzyłam, że dzieła ciastowego dokonasz. A tu masz babo placek, albo nawet kilka. Z marudzącym dzoeckoem wiem jakie to trudne, bo sama uwielbiam piec ale najlepiej jak jestem sama w kuchni. Przy Waszej otwartej to dość trudne dlatego tym bardziej zostałaś dla mnie Kobietą Wielkanocy 2014 tadą!!!
    Jacie ja sama marzę już od dawna o spokojnym relaksie u fryzjera, ostatnio jak byłam z Polą to musiałam dać jej cały woreczek paluszków żeby chwilę posiedziała na kanapie. Wciągnęła je w dziesięć minum i zaczęła swoje harce. Mimo to, zgadazam się że super mieć dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha Kobietą Wielkanocy? Muszę koniecznie powiedzieć teściowej :) Ups, zapomniałam- nie rozmawiamy ze sobą :)

      Ja generalnie zawsze chodzę bez dzieci, ale wtedy się nie dało, no i masz :)

      Usuń
  9. tym bardziej podziwiam, że te ciacha upiekłaś. umieram z ciekawości jak tam tort kokosowy;)

    u fryzjera nie byłam od lat... co robiłaś z włosami?;) kolor, cięcie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chodzę regularnie (w miarę) ale może o tym kiedyś w osobnym poście. Byłam umyć i wyprostować, położenie koloru plus cięcie to jakieś 2godziny- nie zafundowałabym Lilce tak długiego pobytu w salonie :)

      Usuń
  10. Nie mam pojecia jak Ty dokonalas tego piekarniczego bohaterstwa, ale chyle czola! :)
    U nas samo swiecenie odbylo sie spokojnie i szybko, okolo 20 minut. Bylo moze z 30 osob, wiec nawet nie spalilam sie ze wstydu, kiedy Bi wrzasnela na caly kosciol (pokazujac niezbyt grzecznie paluchem): "ten pan nie ma kosicka!". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha. mądra Dziewczynka- w końcu koszyczek to takie must have w tym dniu :)

      Usuń
  11. Gdy się ma dzieci na święta patrzy się z innej perspektywy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, i czasami to jest bardzo różna perspektywa :)

      Usuń
  12. Hahaha dziecko Rosemary - wypisz wymaluj mój Piotr. Do niedawna twierdził, że w kościele mieszka wilk i uciekał na widok księdza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja jeszcze nie mówi, ale myślę, że podziela zdanie Piotra :) A że u nas kościół w lesie, to wilk jest całkiem prawdopodobny!

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Haha, z całą pewnością :) Ale to nawet dobrze :)

      Usuń
  14. Nie wpadłabym na pomysł by zabierać dziecko do fryzjera,a tym bardziej męża ;) ,to przecież nasz czas,nasz relaks :)
    Ja również chylę czoła,wiem że nigdy nie upiekę sześciu ciast na raz,a nawet trzech ;) -pozdrawiam Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie Marta, dokładnie. Pomysł był głupi, ale to raczej była konieczność. Nieprędko powtórzę tam wizytę w takim składzie :)

      Usuń
  15. Ja jeszcze z młoda nie byłam u fryzjera...ale dzięki Tobie już wiem aby ją...przygotować , hehe...
    a co do kościoła...idziemy jak pogoda dopisuje i stoimy na zewnątrz..w srodku pełno ludzi..masakra..a dziecko żywe...średnio uśmiecha mi się ściąganie jej co chwilę a ..ambony :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z całą pewnością długo już z Nią nie pójdę, a włosy ewentualnie podetnę Jej sama :)
      U nas nigdy tak daleko w kościele nie zaszła jeszcze :) Zawsze były dzikie wrzaski już przy drzwiach i czynne stawianie oporu... To diabeł wcielony :)

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!