Mama2c

Mama2c

środa, 21 maja 2014

Co dziewczęce, a co nie, kursywa, Fatima i inne "kwiatki" moich dwóch córek

Jak w tytule- będzie się działo :) W "skrócie" o tym, co działo się u nas przed i po wyjeździe.

Zacznę może od wydarzenia najważniejszego...

Eliza została wyróżniona w konkursie o Fatimie!
Jak nic- nie wrodziła się w mamę, która do takich prac nie ma ani pomysłów, ani cierpliwości. Manualne zdolności też raczej leżą i kwiczą. Niestety, pracy nie sfotografowałam przed dostarczeniem jej do szkoły i zdjęć nie mamy żadnych, nad czym ubolewam nie tylko ja, ale i Eliza. Bo musicie wiedzieć, Moje Drogie, że Córcia starsza, to już tak w przyszłość wybiega, że zbiera dyplomy, nie "na pamiątkę"- Ona chce je pokazać swoim dzieciom :)

Z nagrodami




W związku z tym, że w dniu urodzin w Szczecinie nas już nie było, mini-świętowanie zrobiliśmy sobie wcześniej:




Nic wielkiego, ot- taka zwykła kawa z mamą. Jakoś nie miałam ochoty na większą imprezę. Pisałam to już chyba o Budującej Mamy, że dopóki Lilka nie podrośnie, to z większych imprez (tych, z których oczywiście możemy) będziemy jednak rezygnować. No na pewno z dzieckiem takim jak Lila przygotowanie takiej imprezki, to już wyższa szkoła jazdy.

A po powrocie...

Tak, ja wiedziałam, że macierzyństwo będzie przygodą mojego życia, ale że dostarczy mi aż takich wrażeń, to się jednak nie spodziewałam... I pewnie powinnam napisać, że są to tylko te pozytywne wrażenia, że tylko "och i ach", no ale ściemniać nie będę- czasami <apopleksja> to najlepsze słowo, na określenie stanu, w jakim się znajduje- choćby dziś rano tak właśnie było.
Zacznę jednak chronologicznie. Pozwolicie?

Zaraz po powrocie, w niedzielne popołudnie, Eliza pojechała z Tatą na urodziny do klasowych bliźniaków. Urodziny o tyle inne, niż te, na których dotychczas bywała, bo w klubie wspinaczkowym. Trochę się obawiałam, jak to nasze dziecko sobie poradzi, ale już chwilę po 15-tej dostałam od Męża smsa: "Daje radę". Wasi mężowie też są tacy wylewni? :) W tym czasie my z Lilą spacerowałyśmy po osiedlu, chociaż mamę aż świerzbiło, żeby pójść na działkę. Jednak bez dodatkowej pary rąk i oczy, pójście tam z Małą mija się z celem. Ja wiem, że to jeszcze maluch itd, ale to, co Ona na tej działce wyprawia, to czasami przechodzi ludzkie pojęcie :) Jakby małpiego rozumu dostawała zaraz po przejściu przez bramkę...
W każdym razie byłam bardzo ciekawa Elizy wrażeń z urodzin.
Wrażenia, jak się później okazało, miała na tyle fajne, że sama chce mieć tam swoje 8urodziny. Czyli, musiało być super. Nie ma problemu, jeśli cena nie odbiega za bardzo od kosztów takiej imprezy w sali zabaw, bo na taki wydatek jesteśmy zazwyczaj przygotowani, to dlaczego nie?!
Co jednak ciekawe- Eliza była jedną z dwóch dziewczynek, które przyszły na te urodziny. Dlaczego reszta się nie stawiła? Bo to mało dziewczęce... Co sądzę na ten temat, to może innym razem. Dziś o tym- co na ten temat sądzi moja starsza Córka :) No więc tak- Eliza jest oburzona! A oburzenie swe wyraża dosadnie/dobitnie/bardzo rzeczowo, za każdym razem, kiedy sobie przypomni co też za brednie opowiadają Jej koleżanki z klasy. Bo właśnie tak- moja Córka uważa, że to brednie, zamiennie z herezjami :) I urodziny chce tam mieć i koniec :)





Za to ta sama Eliza, która nic złego we wspinaniu się przez dziewczynki nie widzi, nie jest na tyle tolerancyjna, żeby zrozumieć miłość swojej młodszej siostry do... śmieciarek i aut wszelakich. Trzeba to Elizie oddać, że będąc w wieku Lilki, takich sympatii względem aut, a tym bardziej śmieciarek, nie przejawiała. Niestety, jak to Eliza, jak już się uczepi jakiegoś tematu, to będzie drążyć i dzień w dzień. I tak z uporem maniaka, prawie za każdym razem, kiedy Lila jak na złamanie karku leci do okna, bo właśnie usłyszałA śmieciarkę, pyta się mnie, a raczej stwierdza: "Ale mamo, to chyba nie jest normalne, że ona tak lubi auta?!". No ja tam akurat nic złego w tym nie widzę i po cichu zastanawiam się, czy jakiejś małej śmieciarki nie sprawić Lilce.

 
W poniedziałek po szkole, Eliza rozbawiła nas tak bardzo, że omal nie obudziliśmy śpiącej Lilki. Czym? Ano zagadką, jaką podzielił się z Nią kolega z klasy. Nota bene- jeden z bliźniaków, u których bawiła się dzień wcześniej na urodzinach.
Jak to leciało? Aha, już wiem. "Mamo, a wiesz, że w słowie <kursywa> jest przekleństwo? Naprawdę!!! Orfik mi powiedział!"
O czym to te 8latki teraz w szkole rozmawiają :) Całe popołudnie śmialiśmy się z mężem, a kiedy powiedział wieczorem, że ma ochotę na piwo i mogłabym pójść (!!!), to mu powiedziałam: "Kursywa, zapomnij." Ot, takie czułe rozmówki :)

A co u panny Lili?

Ano też się dzieje, też.
W nocy z poniedziałku na wtorek, karmiłam Ją w nocy raz- o 3.30. Dokładnie godzinę później, kiedy o zgrozo, zaczęło już powoli świtać, Lilka zaczęła się kręcić niemiłosiernie, siadać, znowu się kłaść... Miałam wrażenie, że najzwyczajniej w świecie się wyspała, a to, że za oknem, nie jest już czarno, tylko utwierdzało Ją w przekonaniu, że oto wstaje nowy dzień. Próbowałam numeru: "To ja Cię uśpię cycem.", niestety- pić nie chciała. Zresztą, sama nie wiedziała czego chce, bo niby kładła się na poduszce, zamykała oczy, za chwilę siadała, śpiewała coś... No i przyznam, że po 45minutach, takiej zabawy w "Może mi się chce spać, a może nie.", ciśnienie miałam już zdrowo podniesione, i na pewno daleko mi było do cierpliwej, spokojnej mamy. Mąż w końcu zaproponował, że się koło Niej położy, na co przystałam z ulgą, odwróciłam się tyłkiem i... próbowałam w końcu usnąć. I byłam już naprawdę blisko zapadnięcia z powrotem w błogi sen, kiedy usłyszałam chlust, jakby wymioty... Na tyle blisko byłam tego zaśnięcia, że przez chwilę byłam przekonana, że mi się to najzwyczajniej w świecie śni. Niestety- ponowny chlust, był jak koszmarna pobudka i już wiedziałam, że to na pewno nie sen. Lilka zwróciła całe mleko, na szczęście głównie na siebie, także pościeli nie trzeba było zmieniać. Przebrałam Ją szybko, przytuliłam i... Mała od razu zasnęła. My z mężem niestety zasnąć nie mogliśmy. Raz, że w głowie kołatało: "Co Jej do cholery jest.", a dwa- to znajome uczucie, że dałam ciała jako mama, bo pewnie obudziła się, bo było Jej niedobrze, a ja zwaliłam wszystko na wyspanie i byłam, co tu dużo mówić, zła na Nią. Także, mówcie mi: wyrzuty sumienia, bo do dziś czuję się z tym fatalnie.

Od rana oczywiście brak apetytu, śniadanie jadła w takich bólach, że w końcu zabrałam talerz, zwłaszcza, że nie wiedzieliśmy co Jej jest. Późnym popołudniem przyjechał nasz kochany Pan Doktor. Wezwałam Go, bo przypomniałam sobie, że kiedy Lila miała zapalenie gardła, to też- poza brakiem apetytu, nie miała żadnych innych objawów. A, że zęby mamy już wszystkie (poza piątkami), no to albo gardło, albo jakieś afty, czy coś takiego...

Na szczęście okazało się, że w buźce czysto, tak samo gardło. Brzuszek odrobinę niespokojny, co- jak powiedział Pan Doktor- może wskazywać na poronną postać jelitówki. Co to takiego, ta poronna postać jelitówki? Ano nic innego, jak to, że jeśli dziecko raz, porządnie zwymiotuje i tym samym usunie wszystkie toksyny, to nic, poza tym, dziać się już nie powinno. Poza, właśnie, brakiem apetytu. Jeśli natomiast maluch/dziecko nie zwymiotuje konkretnie, to wymioty, biegunka mogą potrwać parę dni- jak to przy jelitówce. U nas, odpukać, skończyło się na tym jednym rzyganku. I książkowo- brak apetytu odnotowujemy nadal. To znaczy nie, brak apetytu jest wybiórczy. Bo jeśli chodzi o próby wymuszenia czekolady, to brak apetytu nie obowiązuje. Można by nawet rzec, że wilczy głód dopada wtedy Lilkę. Sądząc, oczywiście, po głośności zawodzenia.


No i taka sytuacja z dzisiejszego poranka- Lila memla (dosłownie!!!) śniadanie. Jeden kwadracik kanapki zjada, żeby następny rozmemlać i wypluć... Eliza najpierw chciała kanapkę, potem w trakcie zmienia zdanie- wolałaby serek. O nie, nie ze mną te numery. Lila dostaje spazmów w foteliku do karmienia, także Ją wyjmuje, a Ta kroki swe kieruje od razu do pokoju Elizy, no a tam...

Tam, jest jednym słowem, burdel!
I tutaj nastąpi mała dygresja. Dygresja w postaci apelu, do mam małych dzieci- uczcie swoje pociechy sprzątać od małego! Bądźcie konsekwentne, nie odpuszczajcie bo: "Jest późno.",  "Jest już zmęczony.", "Ma katar", " Robi to za wolno"... O tym, dlaczego my Elizy nie nauczyliśmy sprzątać od małego, napiszę kiedy indziej, dziś tylko ze smutkiem stwierdzę, że konsekwencje tego faktu, ponosimy do dziś, i są one bardzo bolesne. Co z tego, że zaczęliśmy od Elizy wymagać porządku w swoim pokoju, kiedy miała prawie 5lat, kiedy trwa to już 3lata, a Ona nadal nie tylko, ma problemy z tym, żeby dojrzeć bałagan w swoim pokoju, ale zrobienie porządku, a tym bardziej- względne utrzymanie go- to już po prostu czarna magia i problem nie do przeskoczenia. Oj nerwowo bywa u nas na tym tle, nerwowo...
I tak, wiem- możemy mieć pretensje tylko do siebie. I mamy. Tyle, że 3lata, to już jednak masa czasu, na to, żeby zrozumieć nowe reguły co do porządku w pokoju- nie uważacie?!

I właśnie dzisiaj, kiedy Eliza nie zamknęła drzwi, a ja poszłam za Lilą (bo wiadomo, że u Elizy w pokoju sama być nie może), omal nie dostałam szału. Nie, przepraszam- dostałam! Apopleksji dostałam, kiedy na podłodze był taki syf, że nie mogłam dojść szybko do Lilki...
I już zapowiedziałam mojej córeczce, że naprawdę w nosie mam te 26stopni Celsjusza na termometrze- po szkole zje obiad, odrobi lekcje, a potem idzie sprzątać pokój.

No to sobie ponarzekałam, także dla relaksu wybiorę zaraz zdjęcia do kolejnego postu z serii: "Tajemniczy klient je w Zielonej Górze" :)

Ps. U Was też już lato?!

13 komentarzy:

  1. Na widok takiego burdelu powinnaś wykrzyknąć "O kursywa!" :) Elizce serdecznie gratuluję każdego sukcesu. Jej dzieci będą miały niezłą kolekcję do ogarnięcia :) Lilce z kolei życzę zdrówka! A klub wspinaczkowy i śmierciarki są fajne! Co te dziewczyny z klasy Elizy takie królewny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mamusia musi być po prostu dumna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakie lało?! Jakie lało? A kysz deszczu! No mniejsza, nie o tym miałam pisać xD

    Widzę, że nie nudzisz się z dziewczynami. Oj nie nudzisz. A co do sprzątania, to coś czuję, że będziesz miała przeprawę jak moja mama ze mną ^^"

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje Eliza :D :D
    Fajne nagrody... i również ubolewam nad brakiem fot!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale czadersko musiało być na tej ścianie wspinaczkowej - super ujęcia

    OdpowiedzUsuń
  6. Burdel to norma przynajmniej u nas, a ja uczyłam od małego sprzątania i porządków...i co efekt marny, jak się wydrę dopiero biorą się i sprzatają,zajmuje im to 30 minut i błysk, a jak po dobroci to schodzi im się z miesiąc...

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj Kochana! zapewniam Cię, że Elizie przejdzie ;) a Twoje historie są jak zwykle wspaniałe :D Jeśli chodzi o nadranne "pobudki", to u nas też szał z tym związany :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje dla Elizy! Widać, że Twoja córunia wie czego chce i konsekwentnie dąży do tego :)
    Kwestę sprzątania przemilczę...mam dwóch Panów, którym ze sprzątaniem zawsze jakoś nie po drodze...
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja cały czas się staram nauczyc Syna porządku i sprzątania po sobie, żeby w przyszłości nie było problemu. Za śmieciarkami też przepada i dostał nawet jedną dużą od cioci na Wielkanoc ;)

    Urodziny na skałkach super, fajny pomysł!

    I gratulacje dla Elizy zdolna dziewczyna :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Punktowo:
    piekne frezje - moje ulubione :
    wszystkiego naj...spoznione- sorry
    gratulacje dla mlodej
    biedacto malutkie sie nameczylo- wymioty to okropnosc
    burdel w pokoju - normalka- wyrosnie
    upal okropny- starzeje sie- bo zamiast sie cieszyc - chodze niezadowolona- bo za cieplo..

    OdpowiedzUsuń
  11. No unas też patelnia że paść można. Matko mam ślinotok na widok tego tortu z wypływającym czymś ze środka. Co to za cudo?

    OdpowiedzUsuń
  12. wielkie gratulacje dla Elizki!!
    u nas też patelnia ale żałuję że muszę siedzieć w pracy bo z chęcią bym się na tej patelni posmażyła ;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. O kursywa jest the best:) chyba zagości i w moim słowniku:)
    Co do nauki sprzątania, to rzeczywiście warto dziecko uczyć już od najmłodszych lata, bo na pewno się przyda na przyszłość:)

    Powiem Ci, że chyba powinnaś zrobić sobie przynajmniej jeden dzień wolny od dzieci i męża:) zdystansować się. przy takich codziennych stresach, to każdy miałby dosyć

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!