Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 16 czerwca 2014

O krok od szalenstwa

Weekend w szpitalu to ciezki czas. My mamy za soba juz takie dwa szpitalne weekendy. Nic sie wtedy nie dzieje, urzeduje tylko lekarz dyzurny, ktory jesli nie jest jednoczesnie naszym lekarzem prowadzacym, to nic o naszym dziecku nie wie. I swoimi blyskotliwymi uwagami moze tylko wpedzic rodzica (w jeszcze wieksza) depresje. Ja, dzieki dyzurujacej w sobote p.doktor, dowiedzialam sie, ze osluchowo jest zle (w piatek, jak pisalam, bylo juz lepiej!) i ze spacery z zapaleniem pluc to kiepski pomysl. Najpierw prawie sie zalamalam, bo zaraz sobie ulozylam ukladanke, ze wlasnie tym spacerowaniem doprawilam Lilke. Na szczescie, za chwile oprzytomnialam- przeciez TA lekarka osluchiwala Lile tydzien temu, kiedy jeszcze nic nie bylo slychac... Nie ma wiec porownania. Co do spacerow to wyszlam z zalozenia, ze bede sie kierowac dobrem Lilki, a Jej te spacery dobrze robia, takze machnelam reka, ubralismy Lile i sru na dwor.

Dzis nasza p.doktor powiedziala, ze czekamy do jutra i najprawdopodobniej pojdziemy na antybiotyku doustnym do domu, "Bo ile bedziecie siedziec w tyn szpitalu." Szczerze? Pewnie potrzebuja wolnych lozek, a ze najgorsze za nami, to nas wypisza. Czy sie ciesze? I tak i nie. Bardziej chyba sie nawet nie ciesze, bo mialam nadzieje, ze leczenie zakonczymy na dozylnym antybiotyku. Nie ma ryzyka, ze dziecko wypluje, zwymiotuje, ze cala dawka sie nie wchlonie... Przy podawaniu dozylnym oszczedzamy takze jelita i zoladek... No i co najwazniejsze- Mala tu jest codziennie osluchiwana, w domu tego komfortu nie bedzie.

Pobyt w szpitalu juz daje mi sie we znaki. Nie da sie tu byc i wylaczyc z doplywu informacji co komu jest, co kto ma itd.
Raz, ze zalapalam schize, ze "przyniesiemy" cos z tego szpitala do domu. I nie mam tu na mysli sztuccow, czy poscieli...
Wiem- glupota! Sama lezalam w szpitalu juz cztery razy i nic nie zlapalam. Nie mniej jednak- to sie przeciez zdarza.
Bede sie musiala mocno pilnowac, zeby to sie nie skonczylo jakas obsesja. W razie razie czego- potrzasnijcie mna.

Kwestia druga- nie daja mi spokoju te rzekome bakterie w nosie Lilki. Bo jeszcze jedna- to ok, duzo osob jest nosicielami. Ale dwie? I to takie powazne? Zwlaszcza, ze Marcin i Eliza sie przebadali i Oni nic nie maja. Teraz kolej na mnie, ale to dopiero wtedy, kiedy opuscimy ten przybytek... Jesli u mnie tez bedzie czysto, to przebadam chyba cala dalsza rodzine, chociaz mialabym na sile pobrac Im material do badania... Lile tez czeka kontrolny wymaz, ale to za jakis czas, bo musi byc odpowiednia przerwa po antybiotyku.

I to, co mnie teraz szczegolnie doluje, to chore dzieci obok nas, tak zwane "neurologiczne". I nie nie, nie mam problemu z tym, ze One tu sa, nie gapie sie na Nie jakby to byl cyrk, nie szpital. Nie moge po prostu tego wszystkiego ogarnac. Jestem mama- nie potrafie nie myslec, co czuja ci rodzice. Nie potrafie powstrzymac lez, kiedy slysze, ze dziecku juz nie mozna pomoc, bo nikt w Polsce nie podejmie sie operacji. Nie potrafie nie zwrocic uwagi na kazda zaplakana pare oczu.

Mozemy spacerowac w cieniu. Cien jest zaraz za stacja dializ... Nie chce patrzec
w strone ludzi, ktorzy stoja pod budynkiem- jedni nienaturalnie spuchnieci, inni z odslonietymi rekoma calymi w plastrach... A w powietrzu ten cholerny, szpitalny zapach... I nieustajaca mysl- jaki jest sens tego wszystkiego. Czy ludzie naprawde musza tak cierpiec?!  Dziewczynka, ktora niedlugo umrze, nie jest tego swiadoma, ma przeciez dopiero pol roku i kiedy sie na Nia patrzy, nikt nie widzi wyroku, jaki zapadl w jakims malym szpitalnym gabinecie.

Mama, ktora ze mna lezy powiedziala mi dzis, ze Jej starsza corka nigdy nie bedzie mogla miec dzieci. Ma tak
skomplikowana wade serca, ze nie przezylaby porodu. Cesarki miec nie moze, bo u Niej kazda operacja, to smiertelne ryzyko. Byc mama i miec swiadomosc, ze wlasna corka nigdy nie nie doswiadczy emocji zwiazanych z robieniem testu ciazowego, podgladaniem malucha na usg, odczuwaniem ruchow itd. No tak- przeciez wiele kobiet nie moze miec dzieci, to nie koniec swiata... Niby tak, ale... Jak powiedziec to wlasnej corce? Jak patrzec na swoje polroczne dziecko z mysla, ze kazdy dzien moze byc ostatni? Ze to malenkie zycie skonczy sie, zanim sie na dobre zaczelo...

Nie mam sily. Trzeba miec stalowe nerwy, zeby byc lekarzem. Ja nie moge ogarnac tego, co wiem. Nie wyobrazam sobie musiec co jakis czas przekazywac taka informacje rodzicom... Tak, tak... Chwile, kiedy stawiaja jakies dziecko na nogi, daja rodzicom nadzieje, przywracaja Im pewnie wiare w to, co robia. Tyle, ze ja nie umialabym chyba zapomniec o tych, ktorym pomoc nie moglam...

Ciezki dzien.

24 komentarze:

  1. Witam serdecznie, zapraszam do dodania swojego bloga do spisu blogow o ciazy i rodzicielstwie :)
    Spis znajduje sie tutaj:
    http://spisblogowociazy.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutne te historie, o których piszesz, a jest takich wiele.. Trzeba po prostu być wdzięcznym i cieszyć się z całej siły, że nasze dzieci nie chorują jakoś poważnie, że nie cierpią, że jest ok. Mamy wielkie szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie jest życie niestety, nie da się pomóc każdemu, choć ja jakbym mogła to bym stanęła na głowie żeby ratować te niewiniatka, ale nie mogłabym patrzeć na te małe istotki skazane ba śmierć...

    OdpowiedzUsuń
  4. Moze to strasznie brzmi ale podobno czlowiek sie uodpornia- tak mowi moja Mloda.
    Ja do dzis jadac obok szpitala gdzie lezalam z Mlodym zagladam ze smutkiem w okna..bo wiem co TAM jest- a to juz 12lat minelo!!
    Po szpitalu musicie koniecznie odpoczac- moze jakis urlop??

    OdpowiedzUsuń
  5. Z ciężkim sercem czyta się takie posty. Jednak właśnie teraz człowiek sobie uświadamia, że to nic, ze dziecko mega niegrzeczne, grunt, ze zdrowe

    OdpowiedzUsuń
  6. Na plus jest to, że dzieci szybciej zdrowieją w domu, naprawdę :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Smutno na sercu gdy to sobie wyobrażam

    OdpowiedzUsuń
  8. Szpitale są pełne smutku, rozpaczy ale i nadziei.
    Inaczej jest kiedy choruje dorosły człowiek, inaczej kiedy dziecko.
    Marta dzisiaj jakoś nie mogę pisać na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  9. pobyt w szpitalu jest ciężki do zniesienia właśnie psychicznie. Te wszystkie przypadki, cierpienie, ciężko na to patrzyć... Niech Was już wypuszczą do domu!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Właśnie dziś wyszłam z dzieckiem ze szpitala. W drodze powrotnej zajechaliśmy na lody i z ulgą popatrzyłam na te wszystkie zdrowe dzieci... To przykre patrzeć na taki ogrom cierpienia.

    OdpowiedzUsuń
  11. nie wiem co napisać bo cierpienie ludzkie jest niepojęte zwłaszcza jeśli dotyka niewinne dzieci:(
    Ciesze się że już lepiej, że dochodzicie do końca szpitalnej drogi oby tam już nigdy nie wracać:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. martuś już w domu?? bo widzę byłaś u mnie na blogu??

      Usuń
  12. Taki pobyt w szpitalu to niezła szkoła życia.
    Ja bym już dostała w dekiel siedząc tyle czasu w szpitalu.
    Kochana, a może warto byłoby po wyjściu ze szpitala udac się z Malutką do jakiegoś prywatnego lekarza. Może ktoś spojrzy na to innym okiem od innej strony?
    Dzielne jesteście Dziewczyny niesamowicie!!! :*

    OdpowiedzUsuń
  13. wracajcie szczesliwie do domku! A co do noska i bakterii, to moze jak mala wyzdorowieje to powtórz badanie. Może tak być,że już nic nie będzie. z tego co wiem, to jest jak w kalejdoskopie- raz jest, a raz nie ma... Jak wiesz chodzi by wspierac odpornosc organizmu to zadna bakteria nie bedzie groźna. jest tak preparat BLF100- bardzo dobry, chociaz troszke drogi, polecił nam go pediatra.

    OdpowiedzUsuń
  14. tak mi smutno sie robi jak czytam co tam u Was :(
    Zdrowka mi mo wszystko!!!

    OdpowiedzUsuń
  15. Wyobrażam sobie tylko co czułaś, ja byłam w ub. roku z córką, też miała zapalenie płuc. Też dostała dostała doustnie antybiotyk na wyjściu- zawsze dają, nawet jak wszystko jest ok, po to aby przypadkiem nie wyhodować tzw. pozaszpitalnego zapalenia płuc. Tak ujęła to lekarka.
    W noc sylwestrową mieliśmy już spakowane torby, miałam jechać z dwójką - zapalenie płuc...udało się.. cudem, nie pojechaliśmy...
    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  16. Życie nie jest sprawiedliwe . A w szpitalu to dopiero widać ..,

    OdpowiedzUsuń
  17. Kochana cóż mogę powiedzieć... strasznie długo trwa Wasz pobyt. Naprawdę jestem w stanie zrozumieć jak bardzo mogą ciśnienie podnieść lekarze i pielęgniarki, jak potrafią sprawić, że człowiek czuje się winny każdego zła, które dziecko spotyka. Bo przecież to nie oni źle dobrali leki które nie pomagają tylko Ty albo niepotrzebnie okno otworzyłaś, albo za długo miałaś zamknięte, albo źle Wam robią spacery, albo źle bo nie wychodzicie... To nie zła służba zdrowia tylko MATKA. Ah :( Bylebyście szybko wyszli i więcej tam nie wracali. Warto byłoby udać się jeszcze gdzieś prywatnie, by zaczerpnąć opini innego specjalisty. Nie ma co opierać się na jednym źródle.
    Trzymam za Was kciuki :) Trzymajcie się !

    OdpowiedzUsuń
  18. Cierpienie dzieci to temat, który od razu doprowadza mnie do łez, biedne nieświadome wyroków jakie na nie zapadły.. To wszystko uczy pokory, o czym ostatnio pisałaś. Martus, trzymam kciuki, aby Lilka pożegnała to paskudztwo na dobre. Ja też wierzę, że szybciej dojdzie do siebie w domki.

    OdpowiedzUsuń
  19. aż mi się łzy w oku zakręciły, bo mimo, że na szczęście w szpitalu bywamy rzadko, to wiem co czujesz patrząc na te malutkie dzieciaczki, które są tak niewinne, tak strasznie bezbronne i nieświadome...i rodzice, którzy wiedzą, że dziś może być ostatnim wspólnym dniem...nie chcę sobie tego wyobrażać!!! wolałabym nigdy nie doświadczyć tego uczucia. Mnie boli już to jak mój syn krzyczy z bólu, bo ma odparzoną pupę, albo nabił sobie wielkiego guza....a co dopiero kłucie, badania, szpital....
    życie jest niesprawiedliwe...takie maleństwa nie zaznały jeszcze prawdziwego życia, a to życie tak okrutnie je potraktowało...

    OdpowiedzUsuń
  20. Smutne to wszystko, co piszesz. Dziękuje Bogu, że mj dzieci są zdrowe... i modlę się za wszystkie chore dzieci, by tylko wyzdrowiały. Gorąco pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  21. Martus, az mi klucha w gardle stanela czytajac tego posta... Ja w szpitalu bylam tylko na "wesolym" badz co badz oddziale - porodowce, ale i tak nie znosze tego miejsca. A stacje dializ mijam za kazdym razem jak jade do okulisty... Mozna naprawde popasc w depresje sluchajac tych wszystkich historii. :(
    Mysle, ze wypis jednak wyjdzie Wam na lepsze. Lilcia szybciej dojdzie do siebie w domku, a i Ty psychicznie odetchniesz. No i ja tez mialabym schizy, ze "przyniose" cos z samego szpitala... A co do bakterii, ktore znaleziono u Lili, niech zrobia jej za jakis czas wymaz i sprawdza czy zostaly wybite. A podlapac mogla je nawet na placu zabaw...

    OdpowiedzUsuń
  22. Ojej. Pół posta płakałam. Wracajcie juz do domu i kończcie tą nieprzyjemną wyprawę! Co do przywiezienia ze szpitala, to uważajcie na prusaki ...

    OdpowiedzUsuń
  23. :(( cierpienie dzieci zawsze mnie dobija...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!