Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 28 lipca 2014

Chirurgiczna izba przyjęć...

... czyli: Jak nie chciałybyście spędzić niedzielnego popołudnia.

Tytułem wstępu- mała dygresja. Albo inaczej- zagadka. Która z moich córek pierwsza wpędzi mnie do grobu? Eliza- z przyspieszonym buntem nastolatków i szalejącymi hormonami w ciele 8latki, czy Lila? Dziecko żywioł, stanowiące zagrożenie głównie dla siebie?

Wczorajszy dzień, w najlepszym wypadku, dołożył mi parę siwych włosów, w najgorszym- dołoży się do mojego murowanego już, zawału.

Niedziela, godzina 12. Tata z Elizą, Julią i wujkiem Arkiem są na jeździe konnej. My z Lilą, po spacerze, gotujemy zupę. To znaczy- ja gotuję, Lila plącze się pod nogami. W końcu znajduje sobie zajęcie, nawet twórcze... Bawiła się już tak nie raz... Siedząc na podłodze, układa sobie z puszek (kukurydza, fasola, mleczko kokosowe) wieże, przekłada, układa w rzędzie...

A ja? Ja między jednym zamieszaniem łyżką, a drugim, lawiruje między Lilką i Jej "zabawkami" tak, żeby Jej nie nadepnąć i nie popsuć, przy okazji, zabawy... Zanim usłyszę przeraźliwy płacz, zdążę pomyśleć: Jak ładnie się bawi. A raczej... bawiła. Dopóki, jak to u Lilki, nie skończyło się na głupim pomyśle, którego finał widziałam kątem oka, a który zdarzył się tak szybko, że nawet gdybym chciała, to i tak bym nic nie zrobiła. Lila postanowiła rzucić puszką kukurydzy... Tyle, że puszka wylądowała na Jej stopie, głównie na dużym paluszku.

Płacz nie z tej ziemi, moje przerażenie, momentalnie powstały pod paznokciem krwiak...
Lila chlipie przeraźliwie u mnie na rękach, a ja zastanawiam się, czy palec nie jest złamany. Na szczęście Marcin zaraz przyjeżdża... W tym czasie Lila zdążyła się już uspokoić i zainteresować stojącym pod naszym blokiem motorem... Mówię Marcinowi, że trzeba jechać zrobić zdjęcie, ale jak większość ojców- tak i nasz, jest oazą spokoju. Ogląda (tak, jakby był chirurgiem, ortopedą, w ogóle doktorem Housem) i mówi, że zaczekamy. W sumie czemu ja się tak dziwię- w końcu człowiek, który zdiagnozował u siebie gangrenę, nie straci głowy z powodu kiepsko wyglądającego palca. Bo niby skoro rusza tym paluszkiem, to źle nie jest. Co do jednego się zgadzamy- Lila jest przed zupą i przed drzemką. Zabranie Jej w takim stanie do szpitala, to gwarantowana katastrofa. A, że palec nie był zmiażdżony, paznokieć- poza krwiakiem pod nim, też w porządku, to zdecydowaliśmy, że zobaczymy po drzemce.

Oczywiście, przez cały czas, kiedy Mała śpi zachodzę w głowę, co będzie po Jej pobudce. Wyrzuty sumienia też dochodzą do głosu, bo przecież mogłam przewidzieć- od tego w końcu jestem. Myślę tylko sobie, że przy Lilce, to najbezpieczniejszy byłby dom bez klamek, bez okien i z gumowymi ścianami...

W końcu Lilcia wstaje i... Masakra na całego :( Nie może postawić nóżki na podłodze, krzyczy przeraźliwe "ała"... Już wiem, że bez zdjęcia się nie obejdzie. Marcin, który był na działce, przychodzi natychmiast. Odstawiamy Elizę do wujka, i jedziemy... Mała cała szczęśliwa, bo autem jeździć lubi, bidulka nie wie tylko, gdzie jedzie...

Kiedy się zbliżamy, chce mi się wymiotować z nerwów. Kumulacja wrażeń, bo w tym samym szpitalu, przeleżałam z Elizą miesiąc czasu i mam stamtąd tylko złe wspomnienia. Niestety- tam jest najbliższa chirurgia, także nie mogę się rozklejać. Zgłaszamy się na izbie, i chwilę czekamy na lekarza. Wychodzę w tym czasie z Lilą na dwór, bo dyżur ma tam także pediatria, a jak wiadomo- ludzie z różnymi przypadkami przyjeżdżają- nie chcę, żeby Lilka siedziała w tym skupisku bakterii i wirusów.

Patrzę w górę... Widzę okna sali, w której leżałyśmy. I znowu uświadamiam sobie, że pamiętam wszystko. Wszystko, co powinnam, co chciałabym już zapomnieć. W każdej sali okna pootwierane szeroko- czyli brak klimatyzacji... Zimą, kiedy leżałyśmy, chociaż ten problem odpadał... Przychodzi lekarz, małomówny, ale w zasadzie- co tu mówić? Bez zdjęcia nic nie wymyślimy. Także kierujemy swoje kroki pod gabinet rtg. Chyba go przenieśli, bo ponad 7lat temu, kiedy byliśmy na zdjęciu z maleńką Elizą, był w innym miejscu. Czekamy. Nie tylko my mieliśmy tego dnia taką "przygodę". I wtedy mijają nas Oni, chociaż nie- widziałam Ich już na izbie. Młoda mama, młody tata i... noworodek. Do przyjęcia na oddział. Eliza, była trochę starsza od tego maleństwa... Poczułam coś dziwnego. Współczucie i rozpierającą mnie falę przygnębienia, bo wiem, dokładnie wiem, co ta mama czuje. Przecież miało być dobrze. Miała urodzić, wyjść ze szpitala i cieszyć się dzieckiem, macierzyństwem... W to niedzielne, lipcowe popołudnie, powinni spacerować po jakimś zacienionym parku, a nie maszerować szpitalnymi korytarzami. Nie zawsze jest tak, jak sobie wymarzymy... Czasami, ktoś nam pisze inny scenariusz... Nie tak powinien wyglądać początek macierzyństwa. Nie tak...

Lila nie za bardzo współpracuje przy robieniu zdjęcia. Jest za mała, żeby wykonywać polecenia, a wszelkie próby ustawienia stópki w najlepszej pozycji, spotykają się z Jej sprzeciwem. Jakoś udaje się zrobić dwa zdjęcia, które już po chwili odbieramy. Chyba nie są dobrej jakości, bo pan doktor, mimo podświetlenia, nie jest do końca pewny, czy kość nie jest pęknięta... Zaleca opatrunki z altacetu i kontrolę za dwa dni.

Wracamy do domu...
W głowie- pełno myśli. Mam już dość tych wakacji. Są okropne!
I mimo, że już drugi raz nasza służba zdrowia pozytywnie mnie zaskakuje, to nie chcę już więcej razy sprawdzać, czy w naszych szpitalach pracują ludzie z powołania. Chcę się cieszyć spokojem i zdrowymi dziećmi!

Lila, zachowuje się jak prawdziwy rekonwalestent- wszędzie Ją nosimy, a jeśli nie nosimy, to leży na łóżku, oparta o kilka poduszek, dzierżąc w dłoni pilota i rechocząca jak głupia, na tekst Marcina: Lila ma pilota, Lila ma władzę. Oboje wiemy, że Ona przecież nic z tego nie rozumie, ale widok, jak Mała się zaśmiewa z tego tekstu- bezcenny!

Trochę obawiam się poniedziałku, bo jak ja cokolwiek zrobię, z Lilą na rękach...

Moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Lila od rana nie chodzi, Ona biega! Owszem- trochę koślawo, z paluszkiem delikatnie w górze, ale motorek ma taki, że cały czas się trzęsę, żeby nie wywinęła czegoś nowego... To niemożliwe, ale mam wrażenie, że Ona chce nadrobić wczorajsze zaległości...
Do tego- pobiła dziś Elizę. Tak, tak- pobiła. Nie wiem, co Jej strzeliło do głowy, ale zaczęła szarpać Elizę za włosy i bić Ją po głowie... Jak tak dalej pójdzie, to do psychologa będę musiała iść najpierw z Lilą, a nie z Elizą.

Aha, zapomniałam wspomnieć, że na wczoraj mieliśmy zaplanowany wyjazd nad jezioro szmaragdowe... Także, widzicie- jak to można coś przy dzieciach planować...

I moje zaległe zdjęcia w zabawie 29/52 









20 komentarzy:

  1. Ojeeej, to się nazywa pech :( i z pozoru prosta, mało groźna zabawa może narobić szkód :(
    Liluś, buzi w paluszka, Martuś, buzi w pysiulka, Elizka, buzi w włoski biedne naciągnięte
    bidy moje kochane :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wy to macie przeboje matko kochana. Dobrze, że paluch nie jest złamany i skończyło się na okładach, a nie na gipsie.
    Dzieciaki to mają niemożliwe pokłady energii i szybką zdolnośc regeneracji :) Ja się tylko pytam skąd? :)
    Ja na samą myśl o szpitalu mam zawał.
    Omijam je szerokim łukiem zawsze.
    Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja najchętniej słowa "szpital" w ogóle bym nie używało, no ale niestety- czasami się nie da :(
      A dzieci to są niezmordowane po prostu.

      Usuń
  3. Marta współczuję Ci i modlę się, by u mnie z Tomutkiem było spokojniej. Dlaczego nie piszą w książkach, jak to jest gdy ma się już dzieci i co one potrafią wyczyniać? Gdyby to dość dokłądnie i może dosadnie opisywano, mogłybyśmy się lepiej przygotować na macierzyństwo! To niesprawiedliwe, że dostajemy codzinnie kubeł zimnej wody na łeb przez sytuacje związane z naszymi "pociechami". Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo siły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Kamilko, ja myślę, że jeśli Tomek do tej pory jest względnie spokojny, to już nie okaże się takim szaleńcem jak nasza Lila. Bo mimo, że to pierwszy (i oby ostatni) raz, kiedy skończyło się wizytą w szpitalu, ale Ona codziennie przyprawia nas o zawał. Naprawdę pierwszy raz widzę dziecko, które tak igra z losem i robi takie rzeczy.
      Pozdrawiamy

      Usuń
  4. No u Was można by rzec jak zwykle atrakcje, ale nie ma z czego się śmiać, bo przecież mogło się różnie skończyć. No ale mimo to ciężko mi zachować powagę bo przypomniałaś mi ganrenowe atrakcje małżonka. Dalałbym sobie w palca walnąć puszką, że napiszesz że Eliza spadła z konia czy że coś tam w tej stadninie się działo tu standardowo mała akrobatka Liliana. Mężowi obal stereotyp, bo można ruszać palcami przy złamanej kości - ja tak miałam z ręką.

    Trzasnęłaś sobie setkę po powrocie do domu? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ale mnie rozgryzłaś :) To znaczy- nie do końca. Bo właśnie na to miałam ochotę- wydudlać wielką szklanę białego wina, które stoi zimne w lodówce. Pomyślałam jednak, że przy Lilce lepiej zostać abstynentem :)
      A z tymi atrakcjami, to naprawdę- wolałabym, żebyśmy pod tym względem nie odstawali od przeciętnej normalnej rodziny :)
      Jak Eliza jest na jeździe to ja wyłączam myślenie. Inaczej nie dałabym rady, za bardzo mnie to przeraża.

      Usuń
    2. Ps. Marcinowi przekażę z samego rana i tym samym w ostateczności pozbawię Go złudzeń- no lekarzem to On już na pewno nie będzie!

      Usuń
  5. Ojejku.. najgorsze sa te wyrzuty sumienia- czlowiek zawsze czuje sie winny...gdyby mozna bylo cofnac czas..
    Cieszmy sie, ze dzis juz ok- jednyny plus tej historii - juz puszkami rzucac nie bedzie :)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz Lux, że ja nie jestem tego, aż taka pewna. I to jest chyba najgorsze. Bo Ona w ogóle nie uczy się na błędach :(

      Usuń
  6. Dzielna dziewczynka! Dzieci szybko sie wdrazaja w sytuacje, potrafia zapomniec o bolu szybko nawet kustykajac jedna nozka jak Lilcia ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzielną masz córcie:}}. Chyba zawsze będą nas ścigały wyrzuty sumienia i zawsze się znajdzie jakieś ale że coś źle zrobiłyśmy. Nie daj się smutasom-myślę że gdybyś siedziała przy Lilce .pucha i tak mogłaby jej spaść na nóżkę. Śliczne masz dziewczynki. Trzymajcie się babeczki-duża i małe:}}}

    OdpowiedzUsuń
  8. Taki już los matek, że żyją w ciągłym napięciu od jednej wizyty na izbie przyjęć do kolejnej. U nas średnio raz w roku:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Oj ta Lila, agentka z niej niezla. Moj lobuz to chyba faktycznie przy niej aniolek ;-) Takiego numeru jeszcze nie odstawil. Podziwiam jak dajesz rade z dwojka- zwlaszcza szalejaca Lilka :-) Morza cierpliwosci zycze!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze że jednak nic złego się nie stało. Mnie ZOchacz niedawno zafundowała coś podobnego ...

    OdpowiedzUsuń
  11. Bo to zła kukurydza była...
    Mam nadzieję, że ten przyrost werwy u Lilki świadczył o tym, że paluszek jest cały i to było tylko tymczasowe problemo.
    Buziaki od Alka dla Lilki :* Co by wyzdrowiał jej paluszek i żeby siostry już nie biła.

    OdpowiedzUsuń
  12. O rany, ale mieliście atrakcje... A faceci wszyscy chyba tacy sami (chociaż Twój małżonek pobił wszystkich na głowę swoją gangreną :D :D :D). Gdy jako dziecko złamałam sobie rękę i złamanie było widać gołym okiem, bo kształtem przypominała wygięty pręt ;D tata owinął mi ją mokrym ręcznikiem i kazał czekać, aż przejdzie :)))
    Całusy dla Lilki, żeby paluszek szybko się goił :*

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja Ci życzę wytrwałości w byciu fajną mamą Martusiu :* bo nią jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
  14. No to nieźle Was wystraszyła- jedno jest pewne- z dziećmi nigdy nie brakuje atrakcji...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!