Mama2c

Mama2c

środa, 9 lipca 2014

Jak być piękną...

...i zadbaną?

Tak jak wspominałam, od niedawna śpimy w osobnych pokojach. I nie, nie- wcale nie wynika to z cichych dni, separacji, rychłego widma rozwodu, czy czegoś tam jeszcze. Chociaż nie powiem- gdybym w noc zalania, nie ugryzła się w język jakieś sto razy, to mielibyśmy pewnie to wszystko na raz. Powiedziałam, a jakże, to, co każda wyrozumiała żona, w takich sytuacjach powinna powiedzieć: A NIE MÓWIŁAM?!?! I potem już naprawdę gryzłam się w ten jęzor namiętnie. I wcale nie dlatego, że akurat przypomniałam sobie, jak zaraz po ślubie, próbowałam zaparkować pod jednym z hipermarketów... Tyle, że krawężnik nie chciał się zniżyć... A, że ja się tak łatwo przecież nie poddaję, to próbowałam kilka razy, do chwili, aż nie usłyszałam takiego dziwnego dźwięku... jakby coś pękało, i to na pewno nie był krawężnik :) I pewnie nadal bym się nie poddała, gdyby nie przechodził pewnie życzliwy (jak sądzę) pan i nie popukał się w głowę patrząc na mnie... O! Albo inna sytuacja, chyba nawet jeszcze sprzed ślubu... Wioząc mojego przyszłego męża, zaparkowałam tak blisko ściany hydroforni, że nie tylko obtarłam prawy bok auta, ale jeszcze mąż nie mógł wysiąść. I wiecie co? On to naprawdę wszystko przyjmował ze spokojem... Stoickim nawet, można by rzec.

W każdym razie- spanie osobno- teraz to widzę bardzo wyraźnie, ma dużo plusów. I tak wiadomo, że w takie upały, nikt nie myśli o przytulaniu, czy o jakiejkolwiek innej nocnej formie aktywności. Pewnie poza fankami E. Chodakowskiej, których szeregi i ja zasilę pewnego pięknego dnia. Ale na pewno nie będzie to tego lata... O nie! Tak więc- wygoda, bo łóżko (byłoby) całe dla mnie, gdyby nie... Lila :) Do tego, nie wiem co to Mundial, bo mąż się zwija z laptopem do siebie, i tyle widziałam jakieś mecze. Chwała Mu za to, bo tak jak Euro jeszcze oglądałam, tak, na żaden Mundial nie mam ochoty. A ja w tym czasie, po kryjomu, oglądam na dużym ekranie Perfekcyjną Panią Domu, bo chociaż Gośki organicznie nie trawię, to muszę znaleźć przyczynę, dlaczego tylko ja, nie mogę zapanować nad syfem w mieszkaniu.

No ale do rzeczy, do rzeczy... Wczoraj odkryłam jeszcze jeden powód, dla którego warto spać osobno. Tyle, że żeby zbudować napięcie, muszę posłużyć się krótką dygresją... A mianowicie...

Mianowicie, jak już kiedyś pisałam- jesteśmy (??) szczęśliwymi posiadaczami działki. Z tym szczęściem to może jednak trochę górnolotnie napisałam, bo to niestety różnie bywa. Okazało się, że każde z nas (łącznie z dziećmi) miało inny powód, dla którego chciało działkę mieć. Ja- wiadomo- to co pokazują w "Maja w ogrodzie", to będzie pikuś przy MOJEJ DZIAŁCE. Marcin? Dopiero jak zagroziłam rozwodem i pozbawieniem Go praw rodzicielskich porzucił wizję, że wszystko zaorze i zrobi tam profesjonalne boisko do siatkówki. Eliza- padok z przeszkodami. No tu nie miałam akurat czym zagrozić, ale wytłumaczyłam Jej, że zanim kupimy konia na własność, to najpierw mamusia trochę się nacieszy wymarzoną działką. Lila, tak jak już pisałam, ze swoimi skłonnościami autodestrukcyjnymi swoje pierwsze kroki skierowała do studni, i tak już zostało... Po przedyskutowaniu wszystkich za i przeciw "jednogłośnie" i "demokratycznie" doszliśmy do wniosku, że najlepszy pomysł na działkę miałam ja. W związku z tym, większość czasu, energii i (niestety) pieniędzy inwestujemy w MOJĄ wizję działki.

I właśnie co się finansów tyczy, to nagle odkryłam, ile "kasy", która mogłaby zostać zainwestowana chociażby w malwy i piwonie, które mi się ostatnio marzą, idzie się paść. Trzeba było z tym skończyć! I tak, nigdy nie miałam nic przeciwko lumpkom, ale nie potrafiłam w nich kupować- w trybie pilnym, poprosiłam koleżankę, która zakupy w sh robi z zamkniętymi oczami, o szybki kurs wyławiania prawdziwych perełek za grosze. Pizza 2-3razy w miesiącu do domu? Koniec z tym- wstydu nie mamy- dzieci w Afryce głodują, a my pizzę zamawiamy, bo komuś (ekhmm) nie chciało się obiadu zrobić! W ramach oszczędności, postanowiłam także zrezygnować ze wszystkich nadprogramowych wydatków, jak choćby wyjście do kosmetyczki. Mam tak piękne wnętrze, że naprawdę "zewnętrze" to tylko dodatek. Nie wiem, jak mogłam wcześniej tego nie widzieć...

Jednak jak każda kobieta, czasami miewam chwilę słabości. I wtedy nawet świadomość, że kasa na bonsai sama się nie odłoży, nie jest w stanie mnie powstrzymać-no zwyczajnie muszę sobie coś kupić. A, że postanowiłam, że dopóki nie schudnę, to sobie nic nie kupię (wychodzi na to, że do końca życia mogę zapomnieć o ciuchowych zakupach), zazwyczaj pocieszam się w Rossmannie. I właśnie tam, odkryłam, jak oszukać samą siebie, że jest się piękną i zadbaną za grosze.

Wiadomo nie od dziś, że dobre geny dobrymi genami, ale matce naturze trzeba pomóc. Nie zaszkodzi więc zrobić od czasu do czasu peeling i położyć maseczkę. I tak- to jest właśnie mój patent, żebym miała poczucie, że nawet bez kosmetyczki, moje zmarszczki nie są pozostawione na pastwę losu. Do tej pory cała przyjemność kosztowała mnie około 6zł, bo jak już mnie naszła ochota na domowe spa, to między rzeźnikiem a warzywniakiem, wpadałam do Rossmanna, i kupowałam jednorazowe saszetki- peeling i maseczkę- każda po ok.3zł. Jakiś czas temu kupiłam po raz pierwszy- w myśl kultowego hasła reklamowego JESTEŚ TEGO WARTA- inną maseczkę niż zazwyczaj, za ponad 5zł. Tu się chwilę jednak zawahałam, bo na przeciwko Rossmanna, mamy ogrodniczy, ale postanowiłam, że wychodząc, nawet nie spojrzę w tamtą stronę. W końcu wiek 30+ do czegoś mnie zobowiązuje. A, że na opakowaniu maseczki chyba z pięć razy na dziesięć napisanych wyrazów było użyte słowo "satysfakcja", no to same rozumiecie. Satysfakcja, to jest taki stan, którego doświadczam ostatnio najrzadziej.

Tyle, że po tych właśnie zakupach, coś mi wypadło (zapewne szykowanie obiadu, zrobienie prania, prasowanie, umycie okien) i na śmierć zapomniałam, że mam taką jednorazową obietnicę satysfakcji w domu. I tak, saszetka leżała sobie schowana w łazienkowej szafeczce do wczoraj...

Wczoraj odkryłam, że jak natychmiast nie położę sobie tej maski, to z mojej satysfakcji wyjdą nici, bo kończy się jej termin ważności. No to jazda- najpierw peeling. Miał być na twarzy parę minut, był jakieś pół godziny, bo się zaczytałam na temat ostatnich "rewelacji" z czego produkowane są szczepionki...Marcin prawie musiał mnie reanimować, bo na idiotyczne doniesienia tak już właśnie reaguję...
I już, już chciałam nakładać maseczkę, ale coś mnie podkusiło, żeby raz jeszcze przeczytać instrukcję. Tak, tak- no co to za filozofia położyć maseczkę :) Ale całe szczęście, że jednak przeczytałam, bo okazało się, że trzeba ją pozostawić na twarzy i szyi na całą noc. Była dopiero godzina 17-ta, więc myślę- przecież na działkę z nią nie pójdę. Trudno, czekam do wieczora.

Jak to z dziećmi (zwłaszcza złośliwymi) bywa, wieczór nadchodził i nadchodził... Potem trzeba było jeszcze przeprowadzić z mężem rozmowę pełną żaru i pasji, czyli co zjemy jutro na obiad, i już, już- biegusiem do łazienki. Najpierw jednak zaczekałam na magiczne hasło: "Dobra biorę laptopa i idę kimać".

I nadeszła wiekopomna chwila- aplikując sobie lekko różową, nawet przyjemnie pachnącą, o dość gęstej konsystencji maź, zastanawiałam się nawet, czy ta maseczka nie jest dla mnie za "bogata", bo przecież- patrząc obiektywnie- poza jedną, dwiema, czy dziesięcioma zmarszczkami, nie jest z moją skórą, aż tak źle... Nałożyłam- starannie, powoli, omijając okolice oczu- tak jak nakazano. Szyi zafundowałam nawet lekki masaż, po czym zorientowałam się, że... W opakowaniu jest jeszcze ponad połowa maseczki. Hm?? Przecież moja twarz i szyja, nie różnią się wielkością od twarzy i szyi kobiet, na których ta maseczka była testowana! Czyli, że co? Mam to wszystko jeszcze gdzieś upchnąć? Trudno, apiać od nowa zaczęłam rozsmarowywać i wklepywać, żeby po skończeniu mieć wrażenie totalnego oblepienia... Nie do końca to było przyjemne i satysfakcjonujące uczucie... Kiedy spojrzałam w lustro, mimo zdjętych okularów, a przy mojej wadzie wzroku, to tak, jakbym nagle stała się krecikiem, uznałam, że wyglądam... przerażająco. I nawet po 10latach, kiedy znamy się jak łyse konie, tyle ze sobą przeszliśmy, zdarza nam się pierdnąć przy sobie i nawet się z tego śmiać- no chociaż nie zawsze, bo nie oszukujmy się- co to jest taki mój bączek po jogurcie naturalnym, w porównaniu do uwalniania gazów po grochówce... Wtedy oczywiście udaję zniesmaczoną i stwierdzam (zgodnie z prawdą)- teraz to przesadziłeś! Kontynuując- nawet po tym wszystkim, lepiej żeby mnie pan mąż, z taką maseczką na twarzy, nie widział. Przemknęłam więc szybko z łazienki do dużego pokoju, a musicie wiedzieć, że bez okularów, to naprawdę wyczyn, i wskoczyłam do łóżka, żeby zaraz z niego wyskoczyć. Kurna! Jak ja będę spała?! Na wznak?! Nie lubię... No i jak mi się to nie wchłonie do rana, to Lilka się wystraszy...

Taaak- gdyby nie te nerwy, to może i satysfakcja by była. W każdym razie, postanowiłam spać na wznak, w ramach oszczędzenia poduszek... I spałam tak wytrwale, dopóki, nie obudziłam się w środku nocy... na brzuchu. Szczęśliwie, rano okazało się, że wszystko się wytarło/wchłonęło... Pozostało, dziwne uczucie lepkości...

Następnym razem wrzucę te 5zł do słoika z naklejką: "działka". Na pewno będą to lepiej wydane pieniądze.

A teraz się chwalę, jak Ania:

"Podjadarki" porzeczkowe 




 


A na koniec, z tego miejsca, pragnę pozdrowić wszystkie osoby, które mają silniejszą wolę ode mnie... Jak Wy to ludzie robicie :)


 





38 komentarzy:

  1. myślałaś żeby wydać książkę:) Uwielbiam czytać Twoje wpisy i na każdy naprawdę czekam z niecierpliwością:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aneta! :)

      No ok, kiedyś myślałam... Ale... Na to trzeba mieć czas. I nie, nie- nie na samo pisanie, ale rozumiesz- wieczorki autorskie, bankiety, promocje. Kiedy ja bym na działkę chodziła :)

      Usuń
    2. Zgadzam się-wydaj książkę!

      Usuń
    3. poczucie humoru pierwsza klasa:) aż zadroszczę

      Usuń
    4. No ja już Ci kiedyś pisałam, że powinnaś wydać "Pamiętniki Marty W. - czyli o matce działkowiczce słów kilka", ewentualnie sama wymyślisz "lepsiejszy" tytuł :P

      Usuń
  2. Mniam jakie smakolyki oczami bym zjadla gdybym mogla.

    Abby***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Abby, nie musisz oczami, zapraszam :)

      Usuń
    2. Z checia szkoda, ze tak daleko bo az jestem w NY ;-)

      Usuń
  3. więc tak Marta pocieszę Cię Kochana mam na zbyciu piwonie i kanę żółtą tych to dość sporo nawet, do tego taka kwitnącą na biało jukę, leśne paprotki i Irysy tylko jakoś musimy nad transportem pomyśleć żeby wytrzymały jakiś szybki priorytet i do tego taki żel jest więc jak chcesz to Ci fotki wyślę i powiesz co chcesz bo ja mam tego sporo:) No i dzięki mnie zaoszczędzisz na nowe maseczki:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to ja się chętnie też zgłoszę-ja mam lilie różne rodzaje więc możemy si wymienić

      Usuń
    2. Tobie Marta też mogę te lilie podesłać

      Usuń
    3. o a lilii to ja nie posiadam ...:x a jakie warunki powinna mieć lilia?? jakieś specjalne??

      Usuń
    4. Tyle się napisałam i wszystkie komentarze wywala :( Odezwę się u Was na blogach dziewczyny.

      Usuń
  4. uwielbiam Twoje wpisy,no uwielbiam! znowu się popłakałam ze śmiechu :) rozwaliła mnie 'rozmowa pełna żaru i pasji czyli co zjemy jutro na obiad' :)
    a jeśli chodzi o przyjemności to jestem w stanie z kosmetyczki zrezygnować,ale w życiu nie odpuszczę przedłużenia rzęs hahah-tego się nie wyrzeknę! pomijam fakt,że mi się podobają, ale jaka to przyjemność te 2 godziny poleżeć w ciszy i nie słyszeć ciągłego 'mamaaaaaaa' :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      To Wy tak nie rozmawiacie o jedzeniu? My z Marcinem potrafimy pół dnia rozprawiać o wyższości schabowego nad kurczakiem, i polemizować czy latem bardziej pasuje mizeria, czy duszona kapustka. Zupełnie, no zupełnie nie rozumiem natomiast, jak ludzie, po wyjściu z kina mogą dyskutować całą noc, o dopiero co obejrzanym filmie. My krótko stwierdzamy fajny/ do dupy i zastanawiamy się gdzie pójdziemy na kolację.

      Usuń
    2. Ja odkryłam mój patent na chwile w ciszy i bez tego "mamaaaaaaa". Jak udaję problemy gastryczne, to mam pozwolenie na zamknięcie drzwi od toalety i wtedy: cisza, spokój, szum wodospadu... No tylko ile razy dziennie można symulować zatwardzenie... :)

      Usuń
  5. Mniamciu...ja bym nie wytrwała nawet pół nocy z taką maseczką, zaraz by mnie drażniło swędziało itp...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po nałożeniu nie było, aż tak źle, jak rano. Musiałam umyć twarz kilka razy wodą, żebym zaczęła czuć się normalnie.

      Usuń
  6. Chyba muszę sprawdzić moje maseczki i ich daty ważności, szkoda że nie działają jak leżą w szafkach :P
    Wspaniałe słodkości, a porzeczki to ja uwielbiam!!
    ps. oglądam perfekcyjną z tym samym pytaniem na ustach :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porzeczki uwielbiam- każdy kolor :)
      Myślę, że większość z nas ogląda Perfekcyjną w tym samym celu i z tym samym niekłamanym zdziwieniem :)

      Usuń
  7. Hehe no co mogę napisać poza kocham Cię :) :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mia, generalnie to wiesz, mam męża, ale... jestem otwarta i tolerancyjna :)

      Usuń
    2. Hehe będziemy nowocześnie patchworkowi :)

      Usuń
  8. jak przeczytalam o aktywnosci fizycznej i fankach ewki to sobie pomyslalam o mnie ;p
    co prawda do jej fanet nie naleze ale wylewam siodme poty na silowni :P
    zadna pogoda mi niestraszna

    ale co do kosmetyczek, fryzjerow i calej reszty to omijam takie ustrojstwa szerokim lukiem a i w domu jakos nie potrafie sie zmusic by cos wklepac czy wsmarowac

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja podziwiam Twoje zdeterminowanie z tą siłownią- naprawdę. Chciałabym mieć taki zapał.

      Usuń
  9. Jestes niesamowita w opisywaniu waszej rodzinnej codziennosci- masz talent kobieto! :-)

    I dzialeczke macie piekna! Ja uwielbiam nasza dzialke i jestem tam prawie codziennie wiosna i latem. Na szczescie Junior podziela moja pasje i tez lubi przebywac na dzialeczce i dzielnie nam pomaga we wszelkich pracach, a pracy jest sporo zawsze (jak zapewne wiesz) Ale dajemy rade ;-)

    Historia z maseczka boska- chcialabym cie wtedy zobaczyc ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kochana!
      Oj działka... Daleko jej do pięknej, ale nie od razu Rzym zbudowano. Na wszystko trzeba czasu. Choć ja bym chciała już teraz natychmiast :)
      Lila na swój sposób też podziela moją pasję (tak mi się wydaje), poza chwilami, kiedy nie chce się utopić, to zdaje się być mocno zainteresowana przesadzaniem kwiatów i pikowaniem drzewek :)

      Usuń
  10. hahahahah , kolejna dawka humoru- dzieki, choc moze powieksza sie moje zmarszczki ;)
    Ja kupuje, nie wklepuje... zbieram bo zapominam :)
    Ale przynajmniej 2-3 razy w roku ide do kosmetyczki i ciesze sie tym czasem- tylko ja, tylko ze mna, tylko dla mnie- Luxusowa egoistka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja marzę w końcu o tym egoizmie, bo to jego zdrowa odmiana!
      Pozdrawiam

      Usuń
  11. :D ja też nie potrafię przejść obojętnie obok maseczek za 3zł :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja wobec wielu rzeczy nie mogę przejść obojętnie. A już w ogrodniczym, to w ogóle :)

      Usuń
  12. Hahahah naprawdę musisz kiedyś wydać książkę. Taki dlugi wpis o jednej saszetce maseczki :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, na Boga! O jakiej maseczce? Aaaaa, o tej co sobie położyłam, tak? A to nie, nie o tym był wpis. Ja tu najczystszą formę ekshibicjonizmu uprawiam- że chujowy ze mnie kierowca, że związek mi się sypie, że męża mam takiego wyrozumiałego (i spokojnego), że działkę kupiliśmy i kasy ciągle mało, że Marcin w siatkówkę lubił grać (kiedyś), a Ty?! Ty zapamiętałaś tylko tą jedną maseczkę? LITOŚCI :)

      Usuń
  13. Historia z bąkami położyła mnie na łopatki,jesteś odjazdowa!!!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To co? Że tylko my tacy wyluzowani jesteśmy i puszczamy przy sobie bąki? :) Ej, no coś Ty :)

      Usuń
  14. Jesuuuuu, Marta, powinnas scenariusze do kabaretow pisac! Poplakalam sie ze smiechu!

    I z rozpaczy tez, bo nie pamietam kiedy ostatnio bylam u kosmetyczki. Albo nakladalam sobie maseczke w domowych pieleszach... Te piekne wnetrze, hmm... no wlasnie... ;)

    Zazdroszcze porzeczek! Tych czerwonych, czarnych nie lubie. :) Pieknie Wam obrodzily!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata- ja pamiętam. Tyle, że to było tak dawno, że tego miejsca już nie ma :)
      Porzeczek było całkiem dużo, ale zaniedbane te krzaczki, mam nadzieję, że na przyszły rok doprowadzę je do ładu, wtedy będę mogła porzeczkę eksportować :) Nawet do Stanów :)

      Usuń
    2. A, to licze na przesylke!

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!