Mama2c

Mama2c

czwartek, 31 lipca 2014

Niezapomniane imieniny...

Oj tak- takich imienin nie miałam już dawno. I choć żadnej fety z tej okazji nie było, ba! Nawet kawy i lodów, na które mieliśmy pójść- w końcu nie było, to długo nie zapomnę tych imienin. Poza psycholką, którą zafundowałam sobie w dużej mierze sama, nie zawiódł mnie również mój mąż. O nie, nie, nie. Na kogo, jak na kogo, ale na Niego mogę zawsze liczyć.

Najpierw, zaraz po pracy, zapytał zdziwiony: "Ale na co ty się tak zdenerwowałaś?!"
Na co?!
Na co?!

Na to wszystko, czego nie widzisz, kiedy jesteś w pracy, bo kiedy wracasz- jesteśmy we dwoje, więc z matematyki na poziomie, który jeszcze ogarniam- wychodzą mi dwie pary rąk i oczu więcej niż rano. Przy takim dziecku jak Lila, to naprawdę duża różnica.

Na co jeszcze?!
Na wszystko to, czym Ty się nigdy nie zdenerwujesz. Bo kiedy musisz coś zrobić, wkładasz Małą do łóżeczka. I już! Jakie to proste, prawda? Że ja głupia na to nie wpadłam. No i dużo bardziej bezpieczne niż pozwolić Jej chodzić "wolno", kiedy ja np. myję naczynia...

Ale nie, to jeszcze nie koniec. Te z Was, które czytały mój wpis, wiedziały, że w dniu imienin humorem nie tryskałam. Po raz kolejny przekonałam się, jak wielki problem ma z tym mój mąż. Tak, ja wiem- On to pewnie tak z troski o mnie, chciałby żebym się rechotała cały dzień i nigdy nie miewała tych swoich depresyjnych stanów... W końcu mnie kocha... I to pewnie te moje babskie wymyślania, że jakoś tak intuicyjnie czuję, że po prostu wiecznie zadowolona żona, to bezproblemowa żona... Ot, co- nie trzeba się przy takiej szczęśliwej babce, za bardzo wysilać.

Także, kiedy ja w południe czyniłam tu wywody, że nie udźwignęłam roli mamy (niestety, nadal tak czuję, ale może kiedy indziej bardziej się rozwinę), mój mąż nie udźwignął mojego nastroju i pieszczotliwie (jak sądzę) nazywając psychiczną, kazał się iść leczyć...

Nice...

Niewykluczone, że zastosuję się do zaleceń naszego domowego lekarza pierwszego kontaktu, w końcu sprawdzoną panią doktor już mam. I muszę przyznać, że kiedy już przestałam płakać (po jakiś trzech wizytach), to całkiem dobrze nam się kiedyś rozmawiało...
Także, wizyty u psychiatry mi nie straszne...

Strasznie mnie natomiast te słowa zabolały.
Nie wiem, może dlatego, że cały dzień czułam się jak zbity pies, a może po prostu zabolały by mnie bez względu na wszystko?

Część z Was pewnie wie, że zbliża się nasza 9-ta rocznica ślubu. Rok temu, pisałam, ile to nasze małżeństwo już nie przeszło, jak to się niby sprawdziliśmy...
Ciekawe, bo...

Bo dziś, owszem, nadal uważam, że przeszliśmy trochę więcej niż inne małżeństwa z tym samym stażem, ale czy znowu, aż tak dużo? Nie przeżyliśmy kilkuletnich starań o dziecko, nie przeżyliśmy Jego straty, nie odeszło żadne z naszych rodziców, żadne z nas nie zmagało się dotąd z poważną chorobą... Czy naprawdę tak wiele razem przeszliśmy? Przeżyliśmy chorobę Elizy, i oczywiście- był to nasz dramat, bo nadal twierdzę, że zapalenie wątroby u takiego maluszka, to nie jest katar, ale... Ale też nie śmiertelna choroba, nie jakieś rzadkie schorzenie, wymagające leczenia, na które pieniądze trzeba wypraszać od obcych ludzi...

Mało tego! Z tych problemów, które za nami, wcale obronną ręką nie wyszliśmy... Choroby Elizy długo bardziej nas oddalały, niż zbliżały, sytuacja z Marcina rodzicami... No cóż. Tego tematu nigdy tutaj nie poruszałam, także i teraz w trzech zdaniach go nie streszczę, ale i tu oczekiwałam innego stanowiska mojego męża, niż te, które wiele razy zajął.

Tak, wiem- trochę żalu pewnie przeze mnie teraz przemawia. Mimo wszystko, w tym co napisałam, starałam się zachować obiektywne spojrzenie i pewnie mój małżonek przyznałby mi rację. Sprawdzić, to my się pewnie dopiero będziemy musieli. I czas pokaże, czy się sprawdzimy... I na ile silne jest to nasze małżeństwo.

A swoją drogą... Gdybym tak faktycznie sfiksowała na dobre? Czy to się znowu tak rzadko zdarza? Jakie wtedy znaczenie miałyby słowa przysięgo: "W zdrowiu i w chorobie?"
Dziś wolę się nie zastanawiać, za dużo dołów zaliczyłam przez te dwa dni.
Znacznie bardziej odpowiada mi chyba treść formuły wypowiadanej podczas zawierania ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego: "Świadomy praw i obowiązków, wynikających z założenia rodziny...".
Chociaż, jako naczelna sfrustrowana żona, byłabym za tym, aby zmienić kolejność i dać z przodu te wszystkie obowiązki... Bo nie oszukujmy się- tak jak macierzyństwo to nie tylko sielanka, tak i małżeństwo, rodzina, dom też nią nie są. Szkoda, że większość panów, za jedyny swój obowiązek uważa utrzymanie tej rodziny... Nie twierdzę, że to nie jest ważne, ale...
Panie pewnie doskonale wiedzą co mam na myśli.

Także poryczałam sobie nieźle w te moje imieniny. Tekst męża chyba przelał już czarę goryczy i wszystkie emocje, które wzbierały się we mnie od jakiegoś czasu, po prostu wylały... Poszłam usypiać Lilę, leżałam i płakała, płakałam i leżałam, aż w końcu zasnęłam... Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś takiego mi się zdarzyło.

Myślicie, że rano poczułam się lepiej?
A gdzie tam. Nie dość, że wstałam zapuchnięta (chyba od tego płaczu), głowa mi pękała- czułam się i wyglądałam, jak po niezłej imprezie... Tak- ja i moje emocje na jednym parkiecie. I tak jak po imprezie- kaca też miałam, tyle, że moralnego. Odpowiedzialność w macierzyństwie to dla mnie między innymi świadomość, że moje dzieci naprawdę się na ten świat nie prosiły. To ja chciałam Je mieć, i to ja tworzę póki co Ich świat, Ich rzeczywistość. Ja, każdym jednym zachowaniem, mam wpływ na to, jakimi będą kiedyś kobietami, matkami, żonami... Nie chciałabym kiedyś przeczytać na blogu Elizy, że wychowując dziecko, stara się robić wszystko inaczej niż Jej mama. A na razie jestem chyba na dobrej drodze, żeby tak było. Muszę usiąść do tego posta o naszych z Nią problemach, bo takie wspominanie półsłówkami, jest bez sensu. Niestety, to pewnie elaborat wyjdzie, a ja nie mam na razie na niego czasu...

A co z pozytywów?
Byliśmy we wtorek na kontroli z Lilą. Mimo moich obaw, pan doktor uspokoił nas, że palec i paznokieć wyglądają dobrze. Oczywiście- w sensie, że nic się nie dzieje, bo paznokieć niestety zejdzie... I stąd moje pytanie do Was- czy macie jakieś doświadczenia z takim schodzącym paznokciem i odrastającym na jego miejsce, nowym? Na co trzeba zwrócić uwagę? Na co ewentualnie uważać? Pan doktor kazał często myć tego palca w ciepłej wodzie z mydłem i zaklejać go plasterkiem, żeby Lilcia nie zerwała tego paznokcia sama. Średnio Jej się ten pomysł podoba (zaklejanie, a nie mycie :)), ale nie ma zmiłuj.

To co mnie rozśmieszyło, to zdziwienie pana doktora, że Mała już normalnie biega. To znaczy- najpierw była moja konsternacja, kiedy lekarz powiedział, żeby jak najwięcej Ją nosić. Zrozumiałam to tak, że trzeba tego paluszka oszczędzać- jest w końcu lekko siny. Dobrze, że rozwinęliśmy temat, bo pan doktor, kiedy dowiedział się, że Lila bez problemu śmiga, powiedział, że w takim razie noszenie nie jest potrzebne, podobnie jak altacet.

To, że Lilka jest odporna na ból, wiedzieliśmy już wcześniej. W końcu to nie Jej pierwsza (niestety) kraksa. A mamy przecież porównanie do Elizy, która była dzieckiem bardzo delikatnym i byle pęcherzyk, czy otarcie gdzieś na nodze i było płaczu a płaczu. Tyle, że nie wiem, czy z tą wytrzymałością na ból, to akurat dobrze. Bo może to, że Ona tego bólu, aż tak nie odczuwa, wpływa na to, że nie ma złych skojarzeń, które przekładałyby się na większość ostrożność? O tym, jak ostrożnym dzieckiem była Eliza, można byłoby opowiadać anegdoty... No cóż- dzieciństwo Lilki będę wspominać w kategoriach: "moja córka kaskaderka"...

I co jeszcze?
Aneta... Ty wiesz!
Kurczę, nawet teraz łzy same mi lecą.
Dostałam od Anetki prezent.
Pierwszy raz, od nie pamiętam kiedy, ktoś, poza moją mamą, pomyślał o mnie tak szczerze i bezinteresownie. Tak, że wyłam i wyłam i wyłam, i dalej wyję :(
I wiecie co?
Mam to szczęście, że tu w sieci, spotkałam same naprawdę świetne Dziewczyny.
Ktoś kiedyś napisał, chyba Gosia Skrajna, że blogosfera skraca dystans.
Nie zawsze ma to tylko plusy, bo tak sobie myślę, że na placu zabaw, niejedna, krzycząca o wyższości sn nad cc mama, nie zrobiłaby innej mamie awantury, ale w takich przypadkach, że gdzieś tam, na drugim końcu Polski, ktoś o mnie pomyślał...Same rozumiecie.
Aneta! DZIĘKUJĘ.
Chociaż szczerze mówiąc, to nie wiem, kiedy uspokoję się na tyle, żeby zacząć spokojnie o tym mówić, pisać i myśleć.

28 komentarzy:

  1. Marta moja Kochana chciała bym Cię uściskać bardzo mocno:*
    Co do paznokcie to Przemek jakoś tak rok temu przy wieczornej kąpieli pokazał mi siny palec u nogi nawet nie wiedziałam gdzie i kiedy sie uderzył.... Po pewnym czasie podeszło powietrze u cały paznokiec zszedł a na jego miejsce wyrusł nowy niczym nie smarowałam i sam sobie poradził. Wiem co piszesz bo jak czytam o Lilce to widzę w niej mojego Przemka z ''czasów młodości'' i wiem jak musisz mieć oczy do okoła głowy sama pamiętam jak ryczałam po nocach ze zmęczenia bo już niewdałam rady! Za to teraz mam wczasy naprawdę nie poznaję mojego dziecka trzeba być, patrzeć ale to luz z tym co było....... Ty tez tak będziesz mieć zobaczysz te typy tak maja:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, pamiętasz tą górę na której mamy razem krzyczeć? Jak mnie już doprowadzą do szału, to wsiadam w ten pociąg i jadę. A nuż zacznę pisać tam u Was moją powieść :)

      Kurczę, kochana- trzymam Cię za słowo, bo jak się ten mój mały łobuz nie zmieni, to Ją wsadzę w pociąg i wyślę do Was :) Niech Ją Przemek nauczy spokoju :)

      Usuń
  2. Witam
    Cóż, moge tylko powiedzieć, że jestem w podobnej sytuacji do Twojej i doskonale rozumiem Cię. Tez jestem mama 9- latki i 2 letniego chłopca z którym do wrzesnia siedzę w domu. Dodam tylko, że mieszkam za miastem, więc trochę gorzej niż w miescie. Po 7 domownicy do roboty a ja z malym. Codzienne obowiązki, gotowanie, sprzatnie, itp sama wiesz.Generalnie sama jak palec jestem tu na wsi więc jedyna atrakcja to podjechanie do mamy do miasta po dziecko do szkoly czasem:( Czasem mam takie dni, ze po prostu wolałabym zamknąć chalupe rano i iść na 8 godzin do roboty. Potem wrócić miec podany obiadek, ogarniete dzieci, zrobone zakupy, pobawić się z nimi 2-3 g położyc spać i z górki. Ale nie nie nie. Dla odmiany od wrzesnia wracam do pracy, jako nauczyciel na 5-6 g niestety z cała dodatkowa resztą czyli zakupy, sprzątanie, dzieci ..... Mam takiego dola jak to wszystko ogarnę że heja. A mąz mój właściwie nie wie o co mi chodzi. Siedze w domu źle, do pracy źle. No przecież wyjde w koncu do ludzi:))))) Tak tyle, że dojdzie mi trochę na głowę. Do tego stres jak zniesie to maly zostając z nianią i babcią.... Zatem nie gadam z nim (Chlopem) bo syty glodnego nie zrozumie. Podsumowując: chcialam, pragnęłam drugiej córki ale patrząc obiektywnie syn ma w zyciu lepiej:) Doskonale Cię rozumiem . Nasze życie to dom, dzieci i nijaki kontakt z męzem. Ot zycie. Ciekawe co będzie po 60-tce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak- to jest idealny tekst, który opisuje moją sytuację- syty głodnego nie zrozumie. Ja jestem w domu ponad 8lat- zdecydowanie za długo i na pewno, żadnej mojej Córce nie pozwolę na takie rozwiązanie :)
      Wiesz, oczywiście teraz nie ma co się mądrzyć, bo to wszystko wyjdzie w praniu, ale ja będę się upierała u nas na inny podział obowiązków. Nie wiem jeszcze jak, bo to za wcześnie, ale nie wykluczam jakiś dyżurów. Po prostu po tych 8latach, mam dosyć- prania, gotowania, sprzątania- WSZYSTKIEGO!
      Monia, życzę Ci powodzenia i żeby wszystko się ułożyło. A Synuś na pewno dobrze odnajdzie się w nowej sytuacji.

      Usuń
  3. Kochana...
    Chciałabym powiedziec, napisac coś mądrego, coś co podtrzyma Cię na duchu doda otuchy. Rozumiem Cię doskonale, chociaż stażem jesteśmy z Gadem dopiero w połowie tego co Wy już przeżyliście razem...problemy są owszem i to nie małe, ale nie porównuję nigdy kalibru swoich problemów z innymi. To bardzo indywidualna sprawa.
    Jednak wiem co czujesz...
    Faceci czasem palną coś bez większego zastanowienia, w większości przypadków nie są w stanie nas zrozumiec, bo do problemu podchodzą na lajcie.Tak jak napisałaś, kiedy coś się dzieje, nie ma ich...kiedy wracają widzą sielankę...Obiadek pod nos, kapcie na nogi, kawka, gazetka i pilot w łapie. No i nieustające pytanie: "ale po co ty się tak denerwujesz?"...
    Szlag człowieka trafia na proste drodze...
    Moje ulubione to jednak: "nie wymyślaj, nie kombinuj, nie przesadzaj i nie szukaj problemów".
    Faceci...
    Ale są i te lepsze chwile, które przypominają, że są częścią naszego życia, brakującą połówką puzzla...
    Kiedy czytam o Lilce to widzę Zuzę, kropka w kropkę taka sama :)
    Trzymaj się Kochana cieplutko, nie daj się złym emocjom!
    Przytulam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj dokładnie- Oni są momentami tak prości w swoim rozumowaniu, że aż się dziwię, jak takie stworzenia mogą być przywódcami państw, stać na czele wojska itd. Ach! Zapomniałam! Kto to powiedział, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która nią kręci?!

      Usuń
  4. Tak czytam i się zastanawiam czy nie masz jakiś objawów depresji może ta rozmowa z psychologiem nie będzie wcale taka zła..
    Przy paznokciu pilnuj żeby się nie złamał i mię wrastał w palca... I trzymaj się w końcu ułoży się wszystko tak jak powinno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem możliwe, że to już nie kiepski nastrój, a coś więcej. Z tym paznokciem to masakra, przy tak małym, ruchliwym i żywym dziecku :(

      Usuń
  5. Martuś, wirtualnie Cię przytulam. Wyobrażam sobie jak możesz się czuć zmęczona i wypruta z całej macierzyńskiej motywacji. Facet niestety nie zrozumie, bo to mówiąc wprost - młotki. Tak jak mój twierdzi, że jak się siedzi w domu to człowiek odpoczywa (praca tłumacza nie wymaga ode mnie wychodzenia z domu więc ten, kto mnie w ciągu dnia nie widzi, może sobie pomyśleć, że cały dzień leżę do góry brzuchem), a on dopiero pracuje ciężko - poza domem. Też mam czasem takie momenty, gdy mam ochotę wystrzelić się z kosmos, choć z innych powodów :] A najbardziej na świecie wkurza mnie komentarz męża na wszystkie moje smutki i problemy "Ty znowu w tym humorze..." albo "Chyba będziesz miała okres" - mam wtedy ochotę wyłupać mu oczy.

    Słuchaj, a może przyszedł czas na wycieczkę do Poznania? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no Oni jak coś czasami powiedzą, to wszystko opada, nawet kwiaty u sąsiadki dwa piętra wyżej...
      Do Poznania zawsze chętnie :)

      Usuń
  6. Mój staż małżeński jest ciutek dłuższy niż Twój-17 lat i niejedną burzę przeżyliśmy. Z mojego podwórka- jeżeli facet używa takich niemiłych tekstów tzn że nie potrafi ogarnąć naszych emocji, naszego spojrzenia na wspólne życie, naszego zwyczajnego zmęczenia itp., dopóki nie powiemy o co nam chodzi nie zaskoczy. Ja i moje urwisy ma chyba racje, wygląda na to że dopadła Ciebie deprecha i może faktycznie wizyta u psychologa byłaby dobra. Trzymaj się kobietko:}}} i wytłumacz chłopu metodą łopatologii może zaskoczy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak tylko uporam się z problemami z Elizą, to pomyślę, żeby w końcu zrobić porządek ze sobą :) To wszystkim pewnie wyjdzie na dobre.

      Usuń
  7. Faktycznie jakieś złe fluidy ostatnio krążą... Wciągnął mnie Twój wpis... Nie dziwię się, że tak bardzo Cię zabolał tekst męża...
    Trzymam kciuki, by z dnia na dzień było lepiej i oby paznokieć Lilki odrósł szybko. Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten paznokieć spędza mi sen z powiek.
      No na pewno nie jest to coś, co chciałaby usłyszeć każda kobieta.
      Pozdrawiam

      Usuń
  8. Marta czytam, czytam i nawet nie wiesz jak dobrze Cię rozumiem. Mój mąż jest do bólu racjonalny i czasem zachowuje się jakby miał zero wrażliwości, nie raz i nie dwa leżałam z Piotrkiem i płakałam a on nie rozumiał i nie chciał zrozumieć o co mi chodzi, uważal, że przesadzam i wracał do swoich spraw. I też uważam, że nawalam jako matka.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, co do dzieci, to mam wrażenie, że my- mamy, bierzemy za Nie 300procent odpowiedzialności. Wiemy, że dziecko musi być na spacerze, że trzeba Je zaszczepić, że trzeba się z Nim pobawić, rozwijać Je, racjonalnie odżywiać itd. itd. A taki tata? on musi iść do pracy, a po pracy w najlepszym wypadku (o ile nie jest zmęczony, tak przez wielkie z, bo wiadomo, że Oni są po pracy inaczej zmęczeni, niż my) pobawi się z dzieckiem i jak powiesz (przynajmniej tak jest u mnie) to weźmie na spacer...
      Ja rozumiem, że facetom ciężko jest zrozumieć nasze emocje- naprawdę to rozumiem. Ale ja oczekuję od męża tylko tego, żeby spróbował je zrozumieć, spróbował się wczuć w to co mówię...

      Usuń
  9. A Ja...poszłam się "leczyc". Miałam już dośc swojego stanu, narzekania, frustracji i mysli, a moze jak dostanę depresji to w końcu zrozumieją (moja mama, małż), że jestemjuz na psychicznym wykończeniu...i wiesz co?
    To była najlepsza decyzja w życiu...śmiac mi sie chce, bo nawet czytając bloga i swoje wpisy sprzed roku widze zmianę...
    Nikogo nie namawiam. Mnie spotkania z terapeutką bardzo pomogły. Tym bardziej, ze jako dda mialam bardzo dużo rzeczy zamiecione pod "dywan". I najważniejsze, ze mój lepszy stan, większa samo świadomosc "odbija się" pozytywnie na całą naszą rodzinę. Problemy nadal są (sama mam jak wiesz 9 latka i prawie 2 latke, więc wiesz o czym pisze :) ale Ja jakoś lepiej funkcjonuje i nawet jak złapie "doła" to już nie to samo co rok temu. My kobiety jesteśmy silne, ale czasem warto dac sobie pomóc...ściskam. Na dodakowe pytania mogę odpisac w emailu (adrees na blogu), aby komentarz nie wyszedł dłuższy od twojego postu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Gosia, ja z tamtych spotkań też byłam zadowolona. Tyle, że poszłam już w takim stanie, że bez leków się nie obyło, i to co z perspektywy czasu było błędem- ze pani doktor nie zaproponowała mi poza lekami jakiejś terapii. A leki? Sama wiesz- całe życie brać ich nie można, a jeśli mam przyznać sama przed sobą, to mam nadal stany depresyjne i pewnie jeśli nie zmienię podejścia, to nikt mi nie pomoże. Odezwę się u Ciebie. Dzięki!

      Usuń
  10. Jakbym op moim mężu czytała... Co oni? rodzina?

    A co do palca... Schodził mi paznokieć z palca i u ręki i u nogi to się wypowiem. Uważać, żeby nie zadrzeć, nie zerwać, żeby nic palca nie uciskało, wietrzyć ten paznokieć co jakiś czas, przemywać, plasterek si jak mała próbuje zrywać, ale ogólnie lepiej aby nie było nic na paluchu. Teoretycznie jak odpadnie, to pod spodem będzie takie maleństwo, to o to też trzeba dbać, bo jednak taki malutki paznokieć całego palca nie zakryje ^^" Cierpliwości i siły życzę :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aguś- wszyscy faceci to jedna wielka rodzina. Część dziedziczy te same chujowe cechy, u części niektóre zanikają, ale pojawiają się nowe, pytanie tylko- czy lepsze!

      Wiesz co u Lilki to musi być ten plaster, bo Ona w ogóle nie uważa- wszędzie wkłada tą nóżkę... Aż się boję pomyśleć...

      Usuń
  11. kurcze- widzę, że faceci po prostu tak mają...w ogóle nie widzą potrzeby sprzątania w domu (po co robisz to codziennie...), ale jak jest brudno, to zwracają uwagę jaki tu syf. gotowanie??? wszyscy wiedzą, że nie wymagają od nas super obiadków - nie są wybredni, zjedzą kanapki, ale jak zrobisz kanapki to reakcja - kanapki??? nie ma nic na ciepło?? nie miałaś czasu...
    Koszula niewyprasowana? spodnie niewyprane?
    Czasami mam wrażenie, że myślą, że to wszystko w domu robi się samo...Pralka może i pierze sama, ale najpierw trzeba do niej pranie włożyć, nastawić, wyjąć, rozwiesić, zdjąć z suszarki, poskładać i poprasować - ale przecież to się samo robi...
    A mąż wraca z pracy, zjada kolację i nawet talerza nie potrafi odłożyć do zlewu...nie mówiąc o zmywaniu...
    U nas ostatnio wkurza mnie jak wracamy z pracy, oboje głodni - jemy kolację i oczywiście ja muszę jeszcze przy tym nakarmić małego głoda (czyt. naszego syna), co oznacza przeszkadzanie mi co 10 sekund i krzyk "mamo jecie am", a w tym samym czasie mąż zasiada w fotelu, włącza tv i nie przejmuje się niczym innym - bo on musi obejrzeć wiadomości...do szału mnie to doprowadza.
    mam wrażenie, że jakbym zostawiła męża samego z dzieckiem na 1 dzień, to w domu po powrocie miałabym istny sajgon, bo przecież nie miał czasu posprzątać...a my musimy mieć..na wszystko..

    Mogę Cię tylko pocieszyć i powiedzieć, żebyś się nie przejmowała gadaniem męża - szkoda zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jest podobnie, ale jednocześnie- trochę inaczej. Mój mąż naprawdę zje wszystko- i tu nie ma z Nim żadnego problemu. Ale sprzątanie? Ja mam wrażenie, że jeśli chodzi o syf w chałupie, to Jemu to nic, a nic nie przeszkadza. I jeszcze jest taki troskliwy i wyrozumiały, że nie widzi powodu, żebym i ja miałam sprzątać. Wkurwia mnie to już niesamowicie. Bo pedantką nie jestem, ale przecież my mamy małe dziecko!

      Usuń
  12. :*** siły, kochana, siły :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana- siły to może nie, bo Ich wszystkich pozabijam! Ale cierpliwości to już tak :)

      Usuń
  13. Dziewczyny dobrze piszą: faceci są INNI...inni niż my, inaczej podchodzą do problemów, a dodatkowo będąc w pracy większość problemów ich omija, także uszy do góry! Wszystkie przez to przechodzimy, ja już kilka razy usłyszałam, że mi chyba leczenie potrzebne, ale w pewnym sensie była to w moim wypadku słuszna uwaga z tym , że i ton, i okoliczności nie te, więc ryk był, i to niezły.
    Przytulam
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotka, Ty wiesz doskonale, że i w moim przypadku, leczenie nie byłoby złym pomysłem. Nie wstydzę się tego. Tyle, że... sama wiesz- wszystko zależy od tego, czy ktoś się naprawdę o Ciebie martwi i widzi, że potrzebujesz pomocy, a inaczej, jak ktoś między (za przeproszeniem oczywiście) korzystaniem z toalety, a otwieraniem browara wyzywa Cię od psychicznych... Najbardziej boli to, że nawet jeśli jestem faktycznie "psychiczna", to Marcin doskonale wie dlaczego- przez to co przeszłam. Szkoda, że nic z tego nie wynika.

      Usuń
    2. To nie rób tego dla niego..zrób to dla siebie !
      Wiem co pisze. Niejeden kryzys przeszliśmy z małżem, łącznie z rozwodem i też cały czas słyszałam, że to Ja mam problem, że to mnie wiecznie coś przeszkadza, że to Ja mam się leczyc i próbowałam różnych terapii, ale nie wiem dlaczego nic z tego nie wynikało. Ale się nie poddawałam. W końcu trafiłam na terapeutkę, która wie jak mnie "podejśc", czyta ze mnie jak z otwartej księgi, niczego przed nią nie udaje, mam do niej 100% zaufanie i to procentuje. I mimo, że widze postępy to czasami aż boję się zapeszac i powiedziec na głos, że jestem szczęśliwa, to jest stan, którego nie znałam...od dzieciństwa, wiecznie w lęku, strachu, potem niestety przeniosło się to na dorosłe życie, choc pod wieloma "maskami" skrywałam swoje ułomności, wydając się innym bardzo pewna siebie, wręcz arogancka..teraz nie mam potrzeby udowadniania ani innym ani nawet sobie, że jestem "jakaś"..Teraz nawet ze swoich "skrajności" czerpie profity :)...a kiedys tylko balansowałam na ich krawędziach..wiadomo, każda z nas jest inna, każda ma inne doświadczenia, ale wierzę, że nigdy nie jest za późno, aby poprawic komfort własnego życia..no i jak mówi moja znajoma - "masz to na co godzisz się"..choc Ja aż tak dosłownie bym tego nie brała...wierze jedynie, że możemy modelowac swój los tam gdzie mamy do tego przestrzen..
      ściskam ciepło

      Usuń
  14. Rozpisalas sie ostatnio kochana, ze nie nadazam z komentowaniem. :)

    Faceci sa z innej planety... Mam nadzieje, ze do Marcina chociaz dotarlo co powiedzial i przeprosil...

    Ja w sobote rano tez mialam akcje z mezem, gdzie miotalam sie po calej kuchni probujac zebrac sie z calym majdanem, szukajac telefonu, pakujac chrupki na szybka przekaske, niekapki, itd. Bi marudzi ze chce juz isc, Niko wrzeszczy niewiadomo o co. Mezowi powtorzylam chyba 4 razy, zeby pakowal juz dzieci do auta, a on stoi jak kolek na srodku i przyglada sie jak biegam w te i we wte, bo jeszcze okna pozamykac, zamknac bramke zeby pies nie wlazl do pokoju, itd... W koncu wrzasnelam, ostro gestykulujac, bo ile mozna powtarzac?! A potem w samochodzie uslyszalam od wielce obrazonego Pana M., ze moze powinnam zostac w domu jak mam tak swirowac, bo dre sie jak nienormalna, a on pojedzie na zakupy sam z dziecmi... "Kochani" mezczyzni...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!