Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 7 lipca 2014

Weekend... jak z koszmaru

Taaaa, dziś nie będzie relacji typu: byliśmy tu i tu, i jeszcze tu, robiliśmy to i to, i nawet to, a jedliśmy sobie to i to, jeszcze trochę tego... Dziś będzie o koszmarze, który zaczął się w piątkowy poranek, a skończył w niedzielne południe.

Tuż przed naszym pójściem do szpitala, chcieliśmy złożyć dokumenty o dowód osobisty dla Lilki i Elizy. Starsza co prawda ma paszport, ale jego ważność mija wraz z końcem lipca. Niestety- nie zdążyliśmy. Potem, kiedy doszliśmy do siebie na tyle, żeby jechać i odstać swoje w kolejce, okazało się, że... nie ma w domu Elizy aktu urodzenia. "Poszukaj w pracy"- zarządziłam. Spytacie: "dlaczego?" Ano dlatego, że już naprawdę różne dokumenty znajdowały się u męża w pracy... O szczegóły mnie nie pytajcie- sama nie chcę ich chyba znać.

Trop okazał się słuszny, i tak- w piątkowy poranek, udaliśmy się do filii Urzędu Miasta w Szczecinie, żeby po chwilowej euforii (wow, wow, nie ma kolejki, jesteśmy tylko my), wkurwić się nieziemsko. Co się okazało? Zdjęcia Elizy, które robił szkolny fotograf i które opatrzone są adnotacją "do dowodu osobistego", nie nadają się... Powód- prozaiczny i pewnie taki, który najczęściej dyskwalifikuje nawet najfajniejsze fotki- brak widocznego lewego profilu/ucha... I to jest taka chwila, kiedy oczywiście wściekła byłam na tego cholernego pożal się Boże fotografa-amatora, ale chyba bardziej na siebie i męża, bo żadne z nas- mimo, że patrzeliśmy na to zdjęcie pewnie milion razy, nie zauważyło nic podejrzanego. I może nie zdenerwowałabym się tak bardzo, gdyby nie fakt, że po pierwsze- upał był już niemiłosierny, także jeżdżenie autem z Lilą, to w takim wypadku czysta "przyjemność", a dwa- Marcin jechał do pracy na drugą zmianę, więc czasu mieliśmy niewiele. Pani w urzędzie okazała się na tyle łaskawa, że potwierdziwszy zgodność danych i podpisów, pozwoliła, żeby Marcin sam dowiózł już te brakujące zdjęcia. Tyle, że to był piątek, a Marcin najwcześniej mógłby to zrobić dopiero we wtorek... Szybka decyzja- jedziemy od razu zrobić Elizie zdjęcia i Marcin podrzuci je, jadąc później do pracy, tak, żeby dokumenty Obu dziewczyn były do odbioru tego samego dnia. Fotografa mamy w drodze do domu, więc problemu nie było... Tak mi się przynajmniej zdawało, dopóki nie okazało się, że właśnie od TEGO piątku trwa przerwa urlopowa. Domyślacie się, jak się wszyscy ucieszyliśmy? No i w tył zwrot, pojechaliśmy szukać innego fotografa. W rezultacie, choć ugotowani (nie chcieliśmy korzystać z klimy, bo u nas zawsze kończyło się to przeziębieniem Elizy, a Lila jak wiadomo- jest jeszcze osłabiona po szpitalu), cieszyliśmy się bardzo, bo jednak udało się wszystko szczęśliwie załatwić i tak- na początku sierpnia, odbieramy dokumenty dziewczyn. O naszych "zagranicznych" wojażach- kiedy indziej :)

Sobota...
Sobota, może i nie byłaby taka zła, gdyby nie tempo i mały foch na męża. Tempo, bo w niedzielę nad ranem Marcin miał zawieźć Elizę, babcię i syna mojego brata na wakacje, także przed nami były ostatnie zakupy, pakowanie i... prace na działce, bo te były już wcześniej zaplanowane, a w końcu była pogoda, żeby położyć chodnik. Foch, bo... Bo w sumie blog, to nie miejsce, żeby "rozmawiać" z mężem, i przekazywać między wierszami, to, o co mi chodzi, ale... Co tam :) Mój blog, moja sprawa. Także zgrzyt był o Lilę. Bo tak- tatuś kocha Lilę nad życie- to nie ulega wątpliwości. Ba! Tatuś chyba na równi ze mną rozpływa się nad tym, jaka Lila jest: cudowna, słodka, urocza itd., itd...
Tak... Do momentu, kiedy nie trzeba Lilki popilnować. Bo wtedy nie tylko, komentuje się do mojej mamy, moje "Chodź do Lilki", ale raptem okazuje się, że Lila jest strasznie: absorbująca, irytująca, rozpieszczona, niedobra itd., itd...

Punktem kulminacyjnym, jeśli chodzi o weekendowy koszmar, była noc z soboty na niedzielę...I nie, nie- nie popuszczajcie wodzów fantazji, że podczas miłosnych uniesień, coś nam się przytrafiło... Po działce i spakowaniu starszego dziecka, oboje byliśmy tak padnięcie, że położyliśmy się w osobnych pokojach (ja się śmieje, że każde ze swoim dzieckiem) chwilę przed północą. I nawet nie zdążyłam usnąć, bo w głowie wciąż sobie powtarzałam, że to był ostatni wyjazd, kiedy pakujemy Elizę, czy nas wszystkich na ostatnią chwilę, kiedy do pokoju wpadł Marcin, żebym wstała bo w domu jest pełno wody... To była ta chwila, kiedy patrzysz na osobę, która do Ciebie mówi i myślisz: "On mówi do mnie?! CO On do mnie mówi?!"
Wstałam... Marcin niestety nie histeryzował i nie przesadził- NAPRAWDĘ w całym domu było pełno wody... Urwał się wężyk pod zlewem w kuchni... Ale, ale... Zanim zaczniecie nam współczuć, wyjaśnię- to się zdarzyło tylko i wyłącznie na nasze (to "nasze" to trochę na wyrost, bo od TAKICH spraw to chyba jednak jest właśnie mąż, tak zwany- pan domu) życzenie. Dlaczego? Ano dlatego, że od ponad miesiąca nasz kuchenny kran, można by rzec- żył już własnym, bardzo aktywnym życiem, bujając się w każdą możliwą stronę, a nawet kręcąc się wokół własnej osi... I nie- nie mam sobie nic do zarzucenia, bo wielokrotnie wspominałam o tym kranie, snując właśnie taką wizję jego końca, w obliczu której stanęliśmy w sobotnią noc. Tyle, że- albo nie było pieniędzy, albo nie było czasu, albo był tekst-hiocior: "Takich kranów już nie robią"... No takich może nie, ale okazało się (eureka-naprawdę!), że inne też do niego pasują...

Pomijając fakt, że mamy środek nocy i wodę w każdym pomieszczeniu poza pokojem Elizy, należy dodać, jakby jeszcze było za mało dramatyzmy w tej całej historii, że Marcin i Eliza mieli wstać chwilę po 4-tej, bo na 5-tą byli umówieni z babcią... Niedziela miała być równie upalna co sobota, a że Eliza zmaga się z chorobą lokomocyjną, najsensowniejszym rozwiązaniem było wyjechać skoro świt i większą część trasy pokonać, kiedy słońce nie będzie jeszcze tak mocno grzać... Nad żywiołem, który opanował nasze podłogi, zapanowaliśmy o 2-giej... Nie było mowy, żeby Marcin o 5-tej wsiadł do auta i jechał, mimo, że On oczywiście problemu nie widział... Jak mnie to u Niego irytuje. Takie typowo szczeniackie przecenianie swoich możliwości. Komu On chce zaimponować? Mi? Babie, z którą jest ponad 10lat? Można mi zaimponować dojrzałością i odpowiedzialnością, a nie gówniarską brawurą. Zadzwoniłam do mamy, z informacją co się stało, i że wyjazd przekładamy na 10-11. Mama wspaniałomyślnie przyjechała z samego rana, wzięła Lilę na spacer, Marcin pojechał do Leroya po kran, a ja jeszcze raz mozolnie umyłam wszystkie podłogi... Jak panele wyglądają- to się zapewne domyślacie- czeka nas rychła ich wymiana... I tak się kończy "oszczędzanie" na tym, co trzeba było naprawić bezzwłocznie, czyli kran...
A żeby było jeszcze śmieszniej- to kiedy Marcin, Eliza i babcia byli już gotowi, żeby ruszyć w drogę, okazało się, że mój brat, który miał tu dostarczyć swojego syna, utknął w jakimś kosmicznym korku, bo w Szczecinie odbywały się akurat jakieś zawody i większość ulic była pozamykana...

Szczerze? Przez chwilę zastanawiałam się czy to nie są jakieś znaki na niebie i ziemi, mówiące, że Oni nie powinni na ten wyjazd jechać... Przepędziłam jednak te chore myśli szybko, ciesząc się szczęściem Elizy, bo wiem, jak lubi te wyjazdy z babcią. I teraz, kiedy to do Was piszę, Eliza pozdrawia właśnie ze Szrenicy, czekając na swoje ulubione ruskie pierożki :)

Eh, trochę zazdraszczam :)
Tych pierogów oczywiście...

Poza tym, może w końcu znajdę więcej czasu na blogowanie, bo początek wakacji spędziłam na... balkonie i niestety nie na leżeniu, piciu kawki, wąchaniu maciejki i lawendy, podsłuchiwaniu sąsiadów... Milion razy dziennie, wstawałam, odchodziłam od stołu, od zlewu, wybiegałam z kibelka, bo:

-Mamooooooo! Rzuć mi piłkę!
-Mamooooo, zabierz już piłkę.
-Mamooooo, mogę iść z Aleksem na plac zabaw/do sklepu/do lasu?
-Mamoooo, mogę iść do Aleksa?
-Mamoooo, dasz mi 5zł?
-Mamooooo, a on mnie bije!
-Mamoooo, już nie lubię Aleksa!
-Mamoooo, zadzwonisz do mamy Aleksa, czy Aleks może wyjść?

Kocham! Kocham wakacje...
Wyrodna ze mnie matka, ale tak... Cieszę się, że chociaż przez tydzień od tego odpocznę :)
Poza tym- ja tam zawsze byłam zdania, że tradycji musi stać się zadość i moja mama, tak jak wcześniej Jej mama z nami, powinna zacieśniać więzy z wnukami.
Jednocześnie wyrażam cichą nadzieję, że moje wnuki będą wolały spędzać wakacje ze swoimi rodzicami, z drugimi dziadkami, ciotkami, na półkoloniach, obozach, szkołach przetrwania... Bo jakoś siebie w roli babci Marty na wakacjach z "wesołą" gromadką nie widzę...
Widzę za to jak najbardziej siebie i pana męża, jak w końcu jeździmy w Tatry wtedy, kiedy chcemy, a nie wtedy, kiedy przypada okres ferii i wakacji. Tyle, że jako babcia, o Giewoncie to już chyba mogę tylko pomarzyć...

14 komentarzy:

  1. Oj no współczuję szczerze, bo wyraźnie coś się Was uczepiło. A sio!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nooo Kochana łatwego, lekkiego, miłego i nad wyraz przyjemnego weekendu nie miałaś. Całe szczęście jednak, że wszystko dobrze się skończyło, i że Elizka na wakacje z Babcią pojechała :)
    Niech się Dziewczyna dobrze bawi i zajada czym lubi najbardziej :) (kurna pierożki też bym zjadła) :)
    A Ty odpoczywaj i oddychaj :)
    Ściskam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. przed moim wyjazdem na wakacje do egiptu tez wszystkie znaki na niebie i ziemi mowily nie jedz tam a to byly najlepsze wakacje w moim zyciu
    z wami tez tak bedzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten kran... A on już wykształcił własną osobowość? Bo szkoda by było inteligentny kran wyrzucać, bo jeszcze komuś powie coś dziwnego...

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak nie urok to s.....ka- sorry ale pewnie tak to mozna podsumowac.
    Udanego wyjazdu Malej zycze a Tobie troszke wytchnienia!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale przygoda! Tych paneli to szczerze współczuję - na pewno nie da się ich odratować? A jako babcia Marta, myślę że będziesz miała tyle czasu by spokojnie połazić (lub dać się obwozic ;) z dziadkiem po Tatrach i zapewnić rozrywkę gromadce wnuków ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Też chce pierogi ruskie
    ODDAWAĆ
    No nie fajna akcja z tą wodą... :(

    OdpowiedzUsuń
  8. A tam, wyrodna... ja tez jak czasem zostaje z jednym dzieckiem czuje sie jak na wakacjach! ;)
    Mialam w miniony weekend dokladnie taki moment "Co on mowi???" jak M. zawolal mnie z tarasu, ze cos sie stalo psu. Przez kilka sekund stalam na srodku pokoju zastanawiajac sie "ze jak? Ze co? Co sie moglo stac psu???". Kompletne zacmienie. :)
    Ech... Jak ja Cie rozumiem z tymi drobnymi usterkami w domu, ktore zostaja naprawione dopiero kiedy zmienia sie w powazna awarie! Nam sie przytrafilo cos takiego w poprzedni weekend. Pisalam, ze pralka nam zalala pol piwnicy. Przy wlamywaczach temat pralki to pikus, wiec nie rozwijalam tematu, tylko ze... DWA LATA temu zmienilismy ogrzewanie na gazowe i M. wymontowal i porozcinal stary baniak na olej. Po calym przedsiewzieciu, polowa podlogi piwnicy zostala pokryta resztka oleju grzewczego... I tak moj malzonek dwa lata ten olej "sprzata". Az w koncu wylala pralka i teraz mamy pol piwnicy tlustego, klejacego blota! Dopiero teraz M. sie za ta piwnice zabral! Przeklinajac i narzekajac na swoj los oczywiscie. Szlag czasami trafia!

    OdpowiedzUsuń
  9. To u was też pech zadziałał...współczuję tego sprzątania w nocy...

    OdpowiedzUsuń
  10. u nas na szczęście fotograf jest od ręki w Urzędzie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. U was zawsze tyle sie dzieje i jest "z przygodami" ;-)

    Ja tez juz zapowiedzialam, zeby mi Junior wnukow do domu nie przywozil za czesto ;-) Podziwiam moja mame, ze tak czesto i chetnie zajmuje sie wnukiem -lobuziakiem ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. :D hi hi wiesz zawsze jako ta babcia możesz się nauczyć wymienić kran sama może nie koniecznie na giewoncie ale zawsze:P

    a tak na poważnie Marta te Wasze perypetie życiowe są tak lekko opisane ze mam banan na twarzy od razu po przeczytaniu pierwszego słowa:D A fotografa bym znalazła na fb i wysmarowała mu opinię ''uchową''':P

    OdpowiedzUsuń
  13. Rzeczywiście weekend jak z najgorszego koszmaru...ale teraz będziesz miała trochę luzu więc odpoczywaj:)
    z facetami tak jest- mój mąż też jest dobrym ojcem - naprawdę zrobiłby wszystko dla Kuby, ale jednak jakbym miała go zostawić z nim na cały dzień, to chyba byłby zmęczony jak po tygodniu pracy na najcięższej budowie:)
    nasze dzieci (Twoja Lila i mój Kuba) są w tym samym wieku, więc wiem jak bardzo są absorbujące i wymagające uwagi. szkoda, że czasami nasi mężowie nie potrafią docenić jak wymagająca i ciężka jest praca w domu...

    OdpowiedzUsuń
  14. Weekend faktycznie zwariowany! Pamiętam swoją minę jak kiedyś u moich rodziców w nocy zadzwonił domofon i sąsiad z dołu skarżył się, że kapie mu z sufitu. Okazało się, że łazienka pływa, nawaliła pralka.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!