Mama2c

Mama2c

piątek, 15 sierpnia 2014

Jestem, żyję...

i mam się świetnie- chciałabym napisać.
Chciałabym.

Tyle rzeczy bym dziś chciała.

Chciałabym, żeby to, co się teraz dzieje, okazało się tylko snem. Jakimś pieprzonym koszmarem, z którego zaraz się obudzę. Dopakuję torby, trochę się podenerwuję jak Lilka zniesie podróż, pójdę znowu spać, a rano wsiądziemy wszyscy do auta. Może trochę się jeszcze z mężem poboczymy, ale wiadomo- na wyjeździe łatwiej przełamać lody. W końcu- nie jeden wyjazd za nami, i takie, kiedy wyjeżdżaliśmy nadąsani też już były.

Wspólne urlopy zawsze dobrze nam robiły, bez względu na to, jaka atmosfera panowała aktualnie w domu. A już odkrycie wspólnej pasji- chodzenia po górach, było wręcz zbawienne dla naszego małżeństwa. Kolekcjonowaliśmy wspomnienia, cieszyliśmy się z każdego zdobytego szczytu- nawet tego niskiego, bo przecież wszędzie wchodziliśmy razem z Elizką, a Jej możliwości też ewoluowały przez te wszystkie lata. Czasami oglądaliśmy zdjęcia, dziwiąc się jak ta Eliza urosła, bo my przecież wciąż tacy sami- piękni, młodzi, zakochani...

W tym roku nie przywieziemy żadnych nowych wspomnień. Bynajmniej żadnych dobrych, i żadnych przywiezionych wspomnień nie będzie, bo jedno ogólne, o tym jak koszmarne lato to było dla nas- zostanie we mnie (w nas) na długo.

Nie zachwycę się smakiem naleśników z jagodami na Hali Szrenickiej, nie zrobię miliona zdjęć Lilce, która po raz pierwszy miała postawić swoje małe stópki na górskim szlaku, nie zjemy z Elizą oscypków z grilla, w każdym napotkanym punkcie, gdzie je serwowali. Nie zrobi nam się ciepło na sercu, na znajome uczucie, kiedy trzymamy w ręku bilety do Karkonoskiego Parku Narodowego i już zaraz, za momencik zaczniemy iść...

To tylko wyjazd- powie ktoś. Jeszcze takich wiele przed wami...
Być może.
Tyle, że w tym roku, poza szansą na odpoczynek, odskocznie i chwile przyjemności, straciliśmy coś więcej. Coś co misternie budowaliśmy od kilku lat- nasz nowy, wspólny świat. Straciłam wiarę, że to wszystko ma sens, że warto... A teraz wszystkie demony z przeszłości wróciły, i to w ciągu paru dni. Odkryliśmy kilka prawd o sobie nawzajem, a może tylko przypomnieliśmy sobie to, czego pamiętać nie chcieliśmy... I czuję taką wielką pustkę, jakby mi ktoś wyrwał kilka lat życia z pamięci.

Mój mąż zawsze się wściekał, kiedy mówiłam Mu, że nie pasujemy do siebie. Teraz, na fali żalu, miałabym ochotę skwitować to słowami: Prawda boli. Tyle, że nie o to chodzi. Nie pasujemy do siebie nie dlatego, że jesteśmy tak bardzo różni, ale dlatego, że jesteśmy tacy sami. I może w innych okolicznościach działałoby to na korzyść naszego związku, ale teraz- tak nie jest.

Nie wiem co mam pisać- z jeden strony miałabym ochotę wylać z siebie ten cały żal, z drugiej- sama jeszcze do końca chyba nie dowierzam w to, co się dzieje...

"Nie mogę w to uwierzyć"- to chyba najczęściej pojawiająca się myśl w mojej głowie. Nie mogę uwierzyć, że Marcin sam podjął tą decyzję. Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo Mu to przyszło. Nie mogę uwierzyć, że był zdolny, żeby to zrobić.

Chyba mam za mały rozumek, żeby to wszystko ogarnąć...

Żal i zawód- to dziś głównie czuję. Wściekłość też, ale ona raczej dotyczy bieżących sytuacji, a tych (niestety) nie brakuje.

Tak, jak wcześniej praktycznie nie można się było doczekać, żeby Marcin coś sam z siebie zrobił na działce- tak teraz, siedziałby tam najchętniej cały dzień. Ale niezdecydowana baba- powiecie. Jak nie robił to źle, teraz robi- też źle... No tak to może wyglądać, ale... Zapytałam jaśnie pana, czy Eliza ma ostatnie 2tygodnie wakacji spędzić pod blokiem. Zdziwienie na Jego twarzy- bezcenne. W Szczecinie i okolicy jest tyle miejsc, których odwiedzenie nie wymaga nakładów finansowych, że aż żal siedzieć w domu... No ale to chyba tylko ja tak myślę, bo pewnie małżonek, który codziennie jeździł do pracy do wielkiego miasta, teraz chce po prostu odpocząć. A na działce oczywiście niech robi, bo jak się skończy urlop, to pewnie do wiosny nie będzie znowu kiedy iść i zapał też Mu minie bezpowrotnie...

Nie wspomnę już o pomocy w domu i przy dzieciach, ale to jest temat rzeka, zawierający materiał na sporych rozmiarów książkę, a nie na wzmiankę w poście... Ustaliliśmy już (to znaczy ja przestałam dyskutować, bo to walka z wiatrakami), że mój mąż, myjąc po pracy naczynia (te które zbierają się na bieżąco- te z rana na Niego nie czekają...) i kąpiąc wieczorem jedno dziecko, bardzo dużo mi pomaga, ale... Taka sytuacja- pan tata ma urlop. Umówił się dziś na działkę z moim bratem, na godzinę 12-tą. Jutro, od rana, będą jeździć z moją mamą i z Elizą w poszukiwaniu roweru dla Niej, także pewnie wrócą koło 15-tej. A to oznacza, że dzisiaj od 12 i jutro do 15-tej Lilkę ma zupełnie z głowy. Czyli w zasadzie nic nowego, bo jak się nie upomnę, żeby na Nią spojrzał, to rzadki kiedy Go olśni, że mógłby to zrobić. Także dzisiaj, po śniadaniu, kiedy do przyjazdu mojego brata były jeszcze 2godziny, szlag mnie jasny trafił, kiedy tatulek nie przejawiał żadnych chęci, żeby wyjść z dzieckiem na te dwie godziny. To są właśnie takie sytuacje, kiedy mam ochotę zapytać, czy ja sobie te dzieci sama zrobiłam? Bo oczywiście- jutro pojedzie z Elizą, ale nie oszukujmy się- szukanie roweru, a ganianie za prawie 2latką po dworze- no Kochane- same wiecie, że to dwie różne bajki. I ok- jak Mu powiem, to przeważnie wyjdzie z Małą. Tylko, do jasnej cholery, czy ja zawsze muszę mówić?! On doskonale wie, jaki rytm dnia ma nasze dziecko. Czy ja mam w domu bezmózga, czy na wskroś złośliwego męża? Bo przecież On by może i poszedł, ale... Ale ja w tym czasie nie daj Boże, do laptopa usiądę! I będę miała 5minut dla siebie. O nie- skandal. Dlatego krew mnie zalewa, jak On się czasami rozpływa, jaka to Lila jest słodka... Jest- szczególnie w domu, jak się Ją potrzyma 5minut na kolanach, a potem Mała pójdzie do mamy, czyli do mnie.

I na koniec- pytanie do Was- głównie do mam pracujących, dotyczące odpoczywania w pracy. Bo widzicie- mój mąż zarzuca mi, że te tzw. 5minut dla siebie, to ja mam, kiedy Lila śpi, a On nie ma ich wcale. Także przypomnijcie mi, bo mimo, że doskonale wiem, to chętnie jeszcze raz przeczytam w komentarzach- która z Was odpoczywa w pracy od dzieci? Śmiało, nie krępujcie się- to zupełnie normalne. Mój mąż po prostu zapomniał, że ja wiem, co to znaczy pracować, ale On nie wie, co to znaczy być w domu z dzieckiem/dziećmi od rana do nocy, siedem dni w tygodniu, cztery tygodnie w miesiącu, 12miesięcy w roku... Nie wie tak naprawdę jak to jest załatwiać się przy dziecku, zmieniać podpaskę w asyście Lilki (która note bene później mnie naśladuje), robić i jeść śniadanie z dzieckiem uwieszonym u nogi... I nie chodzi o to, że ja narzekam, żale się, jestem zmęczona. On sobie po prostu nie zdaje sprawy, jakie to momentami jest po prostu wyczerpujące psychicznie, kiedy 300procent Twojej uwagi musi być skierowane na dziecko i Jego potrzeby. Nie wie, jak bardzo tęsknię za tym, żeby wrócić do domu i powiedzieć: "Ale był dziś w pracy <zapieprz>", bo są takie dni, że właśnie ten <zapieprz> to nic, w porównaniu do Lilki histerii i potyczek z Elizą, do usypiania przez 40minut, do rzygania zupką i tak dalej.

Ot, co...

Dziękuję za Wasze komentarze, na wszystkie odpowiem, jak tylko będę w lepszej formie.














23 komentarze:

  1. Marcia przytulam mocnooooooooooo! Doskonale rozumiem co czujesz i dlaczego. A propo odpoczynku w pracy. Jako, ze sama wychowuje dziecko przez wlasciwie cale jego zycie(konczy 9 lat we wrzesniu) wlasnie te wyjscie do pracy mnie jakos resetuje bo inaczej bym oszalala. Twoj szanowny malzonek jest dosc egoistyczny twierdzac o Twoim odpoczynku i wlasciwie wyliczajac Tobie ten czas. Przydaloby sie abys sie spakowala i jesli masz mozliwosc zostawila go na pare dni bez slowa uprzedzenia badz w przelocie rankiem kiedy dziewczynki jeszcze spia. Powiedziec, ze wrocisz za pare dni, potrzebujesz sobie wszytsko poukladac. Czasem takie drastyczne decycje stawiaja ludzi na nogi. I wcale nie bedzie to znaczylo, ze nie kochasz jego czy dziewczynek, ale moze wtedy on zrozumie jak to jest. Mimo iz jego opieka na Lilka jest taka tycia, bedzie musial stawic czolo sytuacji. Moze kiedy wypiki mu mleko na kuchence a Lika zrobi kupe po pachy, a tym czasie Eliza dostanie buntu, a on bedzie wtedy sam na klopie siedzial, moze zlapie sie za glowe i pojmie jak wielkim poswieceniem sie jest bycie mama 24 na dobe kazdego dnia. Musi sie cos zmienic, bo posypie sie Wam malzennstwo a zdaje sie juz stapiecie na krochym lodu a woda w szklance sie przelewac zaczyna. Sciskam kochana:****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sory za bledy i mialo byc, ze mleko wykipi *

      Usuń
  2. Lubie Cie w tych rudych wlosach :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj! Kochana... ewidentnie widać, że jesteś w głębokiej rozterce, załamana wręcz z brakiem chęci do walczenia o to, by było lepiej bo ile to można...
    Do waszego życia wdarł się kryzys, poważny kryzys. Może to przejściowe... ale zachowanie męża podkreśla ten stereotyp: matka polka - kura domowa i zarabiający na życie mąż.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj chciałoby sie powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że to minie, bo pewnie minie. Tylko czy wyjdziecie z tego tacy sami? Wątpliwe.
    Dzisiaj mja sąsiadka opowiadała mi, że jej szefowa - matka trojki dzieci, posiadająca na stanie panią do sprzątania - opowiada że każde jej wyjście z domu do pracy jest jak wyjście do spa.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana... Chyba pierwszy raz nie za bardzo wiem co Ci napisac... Po prostu nic pocieszajacego nie przychodzi mi do glowy. Juz od jakiegos czasu czuje coraz wiekszy niepokoj czytajac Twoje posty. Na poczatku jeszcze wydawalo sie, ze macie z Marcinem przelotne problemy. Takie jak w kazdym malzenstwie... Ale po tym jak on ot tak, lekka reka odwolal Wasz rodzinny wyjazd, widze, ze to powazna sprawa... Nie wiem czy to problemy finansowe czy cos zupelnie innego, ale kurcze, jak maz podejmuje wazna decyzje, dotyczaca calej rodziny, bez konsultacji z zona, to nie dzieje sie dobrze...

    Co do pracy masz absolutna racje! To moja codzienna odskocznia, moj gleboki oddech, tylko dzieki niej chyba jeszcze dzieci nia zamykam na cale dnie w piwnicy... Po weekendach jestem najczesciej wymordowana fizycznie i psychicznie i nie moge sie doczekac spokojnej, porannej kawki w pracy w poniedzialek rano...

    Im dluzej mysle o tym co napisalas o Marcinie, tym bardziej przypominaja mi sie scenki z wlasnego malzenstwa wskazujace, ze wszystkie chlopy sa jednak takie same... :/ Mojego malzonka tez najczesciej musze prosic zeby wyszedl z dziecmi na dwor. Nie wiem co z tymi facetami! Moj najczesciej pyta "a po co?", a ja zaczynam sie jakac, bo sama nie wiem jak mam mu wytlumaczyc tak prosta i logiczna rzecz... A jak czasem sam z siebie, wezmie maluchy do ogrodu, to nie tak bezinteresownie, zeby z nimi pobyc i zapewnic im odrobine zdrowego, swiezego powietrza, gdzie tam! Zawsze musi napomknac, ze wezmie dzieci, "zebym mogla spokojnie posprzatac"! Tak jak u Ciebie - nie daj Boze wykorzystalabym ten moment, zeby sprawdzic maile! Niewazne, ze czesto ja bawie sie z dziecmi na podworku kilka godzin, a on w tym czasie szpera w eBay. :(
    I doskonale tez znam to zabieranie ze soba Bi "zebys miala chwile spokoju i mogla spokojnie cos zrobic". Doceniam, ze w ogole chce zabierac ze soba ktorekolwiek z dzieci, ale z Nikiem uczepionym mojej nogi to ja rzeczywiscie cos moge zrobic... Nieraz wk*rwiona mowie, zeby sobie wzial Nika, a ja zostane z Bi, to wtedy rzeczywiscie bede miala chwile spokoju... W takim momencie jest oczywiscie obraza majestatu i teksty, ze co to nie on, on moze wziac oboje jak mi tak ciezko... :/

    A! I jeszcze nasze dyskusje na temat jego godzin pracy... Jak to czesto bywa, zarabiam niemal polowe mniej niz moj mazonek. Przyznaje, ze glownie jedziemy na jego nadgodzinach. Tu jestem rozdarta, bo z jednej strony wiecej na koncie, ale z drugiej te dodatkowe godziny spedzam sama z dziecmi... Nie ukrywam, ze bywa to klopotliwe. Tak jak i Ty znam dyskomfort zalatwiania sie czy zmiany podpaski z audytorium w postaci dzieci... W kazdym razie maz moj z radoscia w glosie oznajmil, ze byc moze bedzie musial pracowac w soboty. No i tu juz poczulam ucisk w zoladku, bo wieczory w tygodniu to jedno, ale weekendy powinny wg. mnie nalezec tylko i wylacznie do rodziny. Westchnelam wiec zrezygnowana, ze jakos moze wytrzymam sama z dziecmi pol dnia bez zamordowania zadnego z nich... Wiem, malo smieszne... A co na to moj maz? Jak pewnie sie domyslasz, naskoczyl na mnie, ze przeciez on to wszystko robi dla rodziny i ze on owszem, moze przestac brac nadgodziny, ale wtedy ja MAM utrzymac rodzine! Nie powiem, przykro mi sie zrobilo, ze jestem uwazana za darmozjada i moj wklad w rodzinny budzet sie nie liczy... :(

    Widzisz, mialam Cie pocieszyc, a tymczasem wylewam tu zale na mojego chlopa... :/

    Martus, kurcze, no musicie jakos przelamac ta zla passe! Wiem, ze pewnie macie teraz ciche dni, ale moze dasz rade sie przemoc, porozmawiac z Marcinem, namowic go jednak na wyjazd? Moze nie w to samo miejsce, ale gdziekolwiek zeby odetchnac od domu i codziennosci? Zalaczylas takie piekne zdjecia... Nie wierze, ze Marcin widzac je nie poczuje, ze tez chce wyjechac, znow poczuc to podekscytowanie z powodu podrozy, nowego miejsca, ruszenia na szlak... Radosci ze spedzenia czasu z dziewczynkami, z Toba...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata, uwierz mi, że ja nawet dzisiaj, kiedy powinniśmy już być właśnie na wyjeździe, nadal momentami nie wierzę w to, co On zrobił. Nie dociera to po prostu do mnie. I też się zastanawiam- o co tak naprawdę chodzi. Oczywiście, że najłatwiej zrzucić na finanse, zwłaszcza, że jak wiadomo- dwójka dzieci, ja nie pracuję- nie przelewa nam się. Tylko, że ja się Jego tydzień przed tą całą akcją pytałam, czy mamy kasę na wyjazd. No i co? Mieliśmy... Także nie rozumiem, no nie rozumiem. Mam ogromny, gigantyczny wręcz żal, że zadecydował za nas wszystkich. Wiem, że to zabrzmi jak rozhisteryzowane dziecko, ale nie wiem, czy kiedykolwiek Mu to wybaczę. Bo On doskonale wie, bo przecież znam nie dobrze- nawet jeśli mówiłam, że mi nie zależy na wyjeździe, to nie miało to zbyt wiele wspólnego z prawdą. Byłam na Niego wściekła wcześniej- oczywiście, że tak, ale liczyłam, że ten wyjazd trochę nam jednak pomoże w naprawianiu tego, co ostatnio było nie tak. No to masz...

      U nas jest dokładnie tak samo, z tym, że to ja mówię: weź Lilę na dwór, to pomyję podłogi. A kiedy one schną, to oczywiście- usiądę do laptopa, bo co mam robić? Tylko, że jak On przyjdzie i ja akurat jestem przy laptopie, to wiesz jak się czuję? Jak mała dziewczynka złapana na robieniu czegoś złego. To jest chore... Zwłaszcza, że On wie, że życia towarzyskiego nie mam praktycznie żadnego. On chodzi przynajmniej do pracy i nawet przy ogromie roboty, nie wierzę, że nie mają chwili na rozmowę... Przykre jest to wszystko, strasznie przykre, że kiedy próbujemy Im coś przekazać, to zaraz wyciągają ten argument w postaci finansów. Wiem doskonale jak się czułaś, bo Marcin mi ZAWSZE mówi, że On może zostać z dziećmi, ale ja mam pójść do pracy i zarobić tyle co On. Bardziej złośliwy już być nie może, bo wie doskonale, że z moim wykształceniem i brakiem doświadczenia zawodowego nigdy nie zarobię tyle co On, no ale co tam- przynajmniej żona podwinie ogon i się zamknie, bo co może powiedzieć?

      O myśli, że ja nie rozumiem, że jest zmęczony, że się stara. Rozumiem- naprawdę. Tylko, że w ostatnim czasie, On sam nie widzi, co się z Nim porobiło- jest nie do życia. Pomocy tyle, co kot napłakał, a ja mam po prostu dosyć. Pewnie, że są takie dni, że naprawdę nie jestem zmęczona. Że myślę sobie, że mogłabym mieć nawet teraz trzecie dziecko, ale ile jest takich dni? Większość jest takich, że albo Eliza mi daje popalić tak, że muszę się mocno hamować, żeby Jej nie przylać, albo Lila na dworze odstawia histerię za histerią- dziś nie chciała wracać na zupę i tak się wyrywała, że w pewnej chwili nie mogłam Jej dać rady. A Marcin? Marcin jak Ją bierze na dwór, to najchętniej w wózek i nie ma ani biegania za Nią, ani wyrywanie pod domem... Pora zacząć się uczyć od naszych mężów chyba...

      Usuń
  6. Martunia, patrzę na te zdjęcia z których bije ciepło, miłośc, troska...
    Patrzę i nie wierzę, że to wszystko minęło, że tego nie ma...
    Pogubiliście się oboje, bardzo.
    Może Kochana potrzebujecie pomocy, może terapia małżeńska byłaby strzałem w dziesiątkę?
    Przechodzicie kryzys, ale nie ma sytuacji bez wyjścia.
    Wierzę, że jeszcze może byc między Wami dobrze, że zapłonie między Wami ponownie nic porozumienia, wsparcia i miłości.
    Myślę, że Abby ma racje. Twój Mąż potrzebuje terapii wstrząsowej. Powinnaś zostawic Go na kilka dni z dziewczynkami może w końcu zobaczyłby jak to jest byc matką, ojcem, sprzątaczką, praczką i służącą w jednym!
    Faceci myślą, że kobieta która jest w domu byczy się na potęgę, a zajmowanie się domem i dziecmi to wakacje w Malibu.
    Rozmowy często nie pomagają, tłumaczenie jest jak rzucanie grochem o ścianę...
    Czasami wydaje nam się, że to koniec, że nie ma szans na lepsze jutro, że nic dobrego spotkac nas już nie może...
    Jesteśmy w dole bez nadziei, że jeszcze może byc lepiej...
    Kochana, jesteście ze sobą tyle lat, nie poddawaj się, nie poddawajcie się oboje!! Ratujcie Wasze małżeństwo póki jest na to czas.
    Życie jest takie krótkie.
    Trzymam za Was mocno kciuki i wierzę, że to co jest teraz minie szybko i szybko zapomnicie o złych chwilach.
    Ściskam mocno :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Monika, nie no oczywiście- nie jest tak, że tego już nie ma. Tylko jest we mnie takie rozczarowanie, rozżalenie, gorycz ( nie o brak wyjazdu tylko), że na razie wszystko widzę na nie i w czarnych barwach. Chciałabym po prostu zaszyć się gdzieś sama, wypłakać, wyładować te wszystkie emocje, które mam wrażenie, że w każdej chwili mogą wybuchnąć i dopiero wrócić.
      Pewnie, że przydałoby Mu się tak zostać z dziećmi, ale w gruncie rzeczy ja nie chcę Ich zostawiać. Lila to jeszcze malutka dziewczynka, Eliza też by pewnie nie wiedziała o co chodzi... One nie mogę ponosić konsekwencji tego, że mój mąż, jak każdy facet myśli, ale inną częścią ciała i domyślny jest tak, jak świnia jest piękna...
      Zapomnieć pewnie nie zapomnę (nie zapomnimy), ale żyć trzeba jakoś dalej...
      Też ściskam.

      Usuń
  7. Martuś zapytałaś WPROST Marcina dlaczego podjął taką decyzję ? Dlaczego zadecydował za Was oboje ?
    Powiedziałaś mu co teraz czujesz ? Jak bardzo jest Ci przykro ? I że troszkę runeły Twoje marzenia ?
    Czy On w ostatnim czasie nie słyszał przypadkiem z Twoich ust , że nie masz ochoty na te wakacje itp ?
    Ja będąc na Twoim miejscu na pierwsze pytania pewnie odpowiedziałabym "nie"
    Ja jestem teraz w trakcie rozwodu ...

    To banał co powiem , ale pamiętaj Kochana , że oni -faceci mają swój świat . Wiesz jak kompletnie inaczej potrafią odebrać daną sytuację ? Mózg może stanąć dęba !
    I naprawdę do nich trzeba wprost ! Sorki ale to chłop - On nigdy się nie DOMYŚLI .
    Proszę Cię - przeprowadż z Marcinem rzeczową , spokojną rozmowę . Powiedz mu co dokładnie czujesz . Powiedz mu to wszystko co powiedziałaś nam - tylko bardzo, bardzo szczegółowo.. On niczego nie wyczyta między linijkami .
    I daj Jemu się tez wypowiedzieć .
    Naprawdę może się okazać , że nie wszystko jest tak jak to widzisz ...

    Kochana niedługo wpadniesz w depresję , o ile juz w niej nie jesteś . Nie dasz rady tak dłużej ! Ile można ocierać łzy cieknące po policzkach ?
    W samotności ...

    Spróbuj proszę Cię ...
    Porozmawiaj ...
    On o rozmowę nie poprosi ...

    Obawiam się , że Marcin widzi to wszystko inaczej . Zapytaj Go o to - jestem pewna, że momentami będzie Ci opadać szczęka ...

    Jesteście fajnym małżeństwem ...Ale oddalacie się od siebie ...

    Wiem , że masz opory . Wiem, że jesteś zła na Marcina, wiem, że w gruncie rzeczy chciałaś tych wakacji .
    A czego nie wiem na pewno - mogę się domyślić .
    Marcin nie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Aneta, wprost nie zapytałam. Dlaczego? Bo raz, że na razie to było tylko dużo krzyku i wzajemnych złośliwości (w tym właśnie jesteśmy między innymi podobni), motanie się (Jego o kasie) i moje próby złapania Go na kłamstwie. Jak na razie twierdzi, że chodzi o finanse, ja niestety nie do końca w to wierzę, zwłaszcza, że wiem doskonale, że było wyjście- choćby pożyczyć od mojej mamy. Wiesz, to są takie sprawy, że nie chcę i nie mogę też wszystkich tu publicznie roztrząsać, bo nie wiem tak naprawdę kto tu wchodzi...
      W każdym razie nie pytałam wprost, bo może podświadomie boję się tego, co mogę usłyszeć? Może w jakiś idiotyczny sposób chronię samą siebie? Poza tym- nadal jest we mnie tyle złości, żalu i innych stanów emocjonalnych, że boję się zacząć mówić, bo mogę skończyć wtedy, gdy już będzie za późno, żeby ratować cokolwiek.

      On na pewno widzi to wszystko inaczej. Być może ma też żal do mnie, za to, jak teraz reaguję. Być może słuszny nawet.
      Nie wiem oczywiście jak to z boku wygląda, bo na razie niestety nie stać mnie na obiektywizm. Na pewno nie jest tak, że jestem teraz pogniewaną księżniczką i po prostu strzeliłam sobie focha. Ja wiem, że to tylko jeden wyjazd, jedne wakacje- świat się nie zawalił. Oczywiście, że tak. Mnie bardziej chodzi o to, że czuję się zrobiona w konia, oszukana. I to nie ma nic wspólnego z wyjazdem.

      Fakt jest faktem, że tak jak piszesz- oczywiście, że chciałam jechać. Dopiero, kiedy On podjął taką a nie inną decyzję dotarło chyba do mnie, jak bardzo tego wyjazdu potrzebowałam. Szkoda tylko, że On tego nie widzi.

      Wściekła jestem... Nie tylko na Niego, ale na siebie też.
      I pojąć tylko nie mogę, co tak naprawdę się stało...
      Dzięki Aneta- porozmawiać pewnie porozmawiamy, ale muszę jeszcze ochłonąć, bo na samą myśl, że dziś mieliśmy mieć na miejscu mam w głowie coś na kształt pms'u tylko zwielokrotnione.

      Usuń
  8. Marta! Dasz radę, bo silna babka jesteś! Bezmózg bezmózgiem, facetom trzeba przypominać, że dziecko je i sika... Naprawdę, już po 14 miesiącach to zauważyłam. Wal śmiało, co tam sobie myślisz i tyle :) Od siebie przekazuję morze radości i pozytywnej energii. Sama od dzieci nie odpoczywam prawie w ogóle :/ Ale szukam alternatywy ;) Popołudnie w samotności na budowie, albo wysłanie Zośki na spacer z uwielbiającą ją 12letnią sąsiadką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Werka. Wiesz, jestem nieustannie na etapie, kiedy lepiej nic nie powiedzieć, bo jak otworzę buzię teraz, to powiem za dużo. A to może mieć konsekwencję, których mimo wszystko nie chcę. Musze to po prostu przetrawić.
      Dzięki.

      Usuń
    2. Wiem co to znaczy czasem powiedzieć za dużo, nie tylko ze swojego związku, ale i wcześniej tego doznałam i wiem, że niedopowiedzenia są chyba najgorszą krzywdą, jaką można sobie nawzajem zrobić. Tym bardziej, że potem korzystają z tego dzieci, które od jednego wyegzekwują coś, czego drugie zabroni itp... Trzymam kciuki i czekam, aż napiszesz, że juz po wszystkim... :*

      PS. Też mieliśmy dużo fochów o laptopa, o to, że zamiast to czy tamto, to siedzę przy kompie. Musiałam wręcz udowodnić, że to za sprawą cudownej organizacji czasu, i że widzi mnie przy kompie, kiedy mam chwilę, a że chwilę mam wtedy, kiedy Menżu w domu, to sorry. No, ale do wszystkiego trzeba przywyknąć i swoje wykrzyczeć, żeby się unormowało. Przynajmniej u nas - my jesteśmy podobni w tym, że najbardziej krzywdzimy najważniejsze osoby - niestety, ale jeszcze potrafimy to ogarnąć. Mam nadzieję jak najdłużej, choć pamiętasz, i u nas były zakręty, takie, że myślałam, że już wypadliśmy ze wspólnego życia...

      Usuń
  9. Czasem się zastanawiam czy w domu to nie ma większego zapieprzu niż w pracy, jak pracowałam i wracałam do domu to miałam więcej do roboty niż w robocie ale tego nikt nie zrozumie kto nie siedzi w domu z dziećmi...

    OdpowiedzUsuń
  10. Nienawidze facetow, ktorzy tlumacza sie praca. U Nas w domu panuje ROWNOUPRAWIENIE! Nie ma tlumaczenia, ze ja pracuje I mam gorzej, bo ja tez pracuje , to ja wstaje w nocy do dzieci I mam bezsenne noce,gdy sa chorzy. Nie znosze narzekania na swoj 'straszny' los, bo kuzwa nie tylko ja chcialam dzieci. Ja walcze o rownosc jak lwica. Faceci w pewnym momencie delikatnie wycofuja sie z zycia rodziny, bo im tak ciezko I tak malo maja czasu dla siebie. Rozmowa jest kluczem. Ja glosno mowie mojejmu M.co mi na sercu lezy. Czasami cos tam mu do lepetyny dojdzie, czasami nic...

    Przykro mi, ze jest tak kijowo u Was. Tule...

    OdpowiedzUsuń
  11. Piękne zdjęcia! Marta może warto jednak walczyć ze względu na to co kiedyś właśnie było. Połączyło Was piękne uczucie. Trzeba je tylko odszukać. Chłopy tak mają. Ja teraz mam wakacje i też zapieprzam cały dzień, a on najchętniej by nic nie robił. Wkurza mnie też ale co zrobić. Łudzę się że moje gderanie i staranie się coś da.

    OdpowiedzUsuń
  12. Marta, jak czytam ten post Twój i komentarze pod spodem to naprawdę robi mi się bardzo żal... :( Łączę się z Tobą, rozumiem doskonale i choć nie bardzo wiem, jak pomóc, to mam nadzieję, że mimo wszystko wyjdziecie z tego jakoś obronną ręką. Przyznaję, że Twój mąż przegina wyciągając argument pracy i tego, ile on zarabia. To nie powinno tak wyglądać. Co do pracy to zapewniam Cię, że jest to bardzo duża odskocznia od dzieci. Po prostu nie słyszysz ich ciągłego daj-mi, zrób- to itd, itp. Wracasz do domu i masz je tylko kilka godzin. Fakt, jest zmęczenie innego rodzaju, ale to nie to samo. Bo pracę masz 8-10 godzin dziennie, a dzieci 24 godziny na dobę i nie ma jak od nich odpocząć. Do tego w pracy pracujesz z dorosłymi, którzy myślą racjonalnie, a dzieci to jednak dzieci i są bardzo wymagające. W pracy możesz pogadać o głupotach przy kawie, pośmiać się, po prostu wyjść do ludzi, a siedząc w domu skazana jesteś na dzieci cały czas. Dlatego praca Twojego męża to nie to samo, co Twoja praca w domu. A co do zarabiania kasy - to już dla mnie jest cios poniżej pasa. Podejrzewam, że Ty mężowi nie wypominasz, że nie dość zarabia, więc on też nie powinien wyjeżdżać z tekstem, że Ty nie zarabiasz wcale. Pamiętam, że pisałaś, że razem ustaliliście, że zostaniesz w domu żeby zajmować się dziećmi wobec braku innych perspektyw, więc on nie powinien teraz Ci tego wypominać. Bardzo Ci współczuję tej sytuacji i domyślam się, że część Ciebie się wypaliła. Trzymaj się Marta! Ściskam mocno! :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Marta...jak doradzić aby nie radzić?
    Jak pomóc, aby nie przedobrzyć? jak wesprzeć aby nie wpieprzać się w nie swoje podwórko?
    Kochana...więc najlepiej szczerze i od serca...
    Moja najlepsza decyzją było pójście na...terapię..
    Mimo, że pojęcie terapii jest mi znane od kilku lat, mimo, że przetestowałam już wszystkie możliwe, od dda, po współuzależnienie, al.-anon, mimo, że moje życie było na zakręcie i gdy małż przestał pić wróciło na tory ...ja czułam, że to nie koniec, czułam, że muszę coś zrobić dla siebie...i znów wróciłam na terapię, do innego terapeuty. Bo z leczeniem duszy jest jak z tabletkami, nie każda działa, czasem trzeba szukać aby trafić na odpowiedniego człowieka, który potrafi być zajebistym drogowskazem, przewodnikiem po "twoim wewnętrznym świecie"...
    Poszłam bo miałam dość swego wiecznie złego nastroju, frustracji, smutku, złości, wkurwa. Bo urodziłam drugie kochane dziecko, a mnie nic nie przechodzi..I tak skończony urlop macierzyński (ja jeszcze poł roczny) zbiegł się z powrotem do pracy, podjęciem terapii, reanimacją bloga...i mimo, że z ręką na sercu przyznaje iż nadal potrafię się nieźle wkurwić, popaść w czarną dziurę, czuć niemoc i bezsilność to mam jednak narzędzia, które potrafię użyć, aby ten stan minął nie dość, że szybko, ale i czasem bezboleśnie.
    Już pisałam u Malviny, ze wybór nicka nie jest przypadkowy. taka jestem.. skrajna ..ale kiedyś mnie to przeszkadzało i wykańczało psychicznie, a dziś czerpie siłę z tego że mam w sobie bogaty repertuar zachowań w tej swojej "skrajności"....
    Aha...skutkiem ubocznym terapii są "lepsze" zachowania mojej rodziny...
    oczywiście nie zawsze to działa, ale bywa tak, że moje "inne" już reakcje powodują zdumienie małża, a co za tym idzie - jego elastyczność i skłonność do przyznania mi np. racji :)))
    Ma to również zbawienny wpływ na M. Mój Syn zawsze był introwertykiem, a teraz mamy swoje nocne rozmowy, potrafi się otworzyć, ja potrafię go przeprosić jak wydrę papę (żeby nie było, że taka jestem idealna, oj nie, nie), tłumaczyć, że byłam zła, i chcę aby zmienił zachowanie, ale przepraszam za "formę ekspresji" (to po moim "tatusiu", hehe)...z młodą jest inaczej... z nią od początku postępuje (no staram się :P) zdroworozsądkowo, uczę się słuchać jej potrzeb i jednocześnie stawiać granice...
    Powiem tak.. wyjazd może Was zbliżyć i oby tak było...ale co zrobić aby poprawić swój komfort życia, po urlopie?
    Czasem odpowiednio wyartykułowana potrzeba może zdziałać cuda...
    (ostatnio terapeutka śmiała się (tak pozytywnie) ze mnie, gdy skarżyłam jej się, że podczas ostatniego pobytu u znajomych mój mąż "nie domyślił" się aby odciążyć mnie od młodszej latorośli- powiedziała to tak dowcipnie, że sama się roześmiałam, bo zapomniałam, że komunikat "K. możesz zająć się córką bo chce odetchnąć?" - może być taki prosty i...czytelny :)))

    AHA nie ma sensu abym dyskutowała z twoim argumentami, bo znam je doskonale z autopsji a jednak, (tylko nie odbierz tego , że się wymądrzam-daleka jestem od tego-) moje inne nastawienie psychiczne powoduje, że choć nadal się denerwuje, nie jest to już takim cierniem w dupie jak kiedyś...
    Dużo zależy od Nas...Często powtarzam synowi, że nie mamy wpływu na innych, mamy wpływ na to co My myślimy i jak My się zachowamy (choć obalę tą teorie, bo jak widzę jak zmienia się moje podejście do wielu spraw, małż nie pozostaje obojętny i czasem od siebie też coś da :) to papa sama mi się śmieje :DD
    ściskam...wnioski wyciągnij sama..."weź" to co się przyda w twojej sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
  14. Cholernie bolesne jest to co piszesz, w dodatku nieobce...

    Mogę tyko mocno wierzyć, że przejdziecie i przez to.

    My też stoimy nieco nad przepaścią, widmo terapii wisi nad nami - i chyba byłabym skłonna się skusić. Niestety ani terapia ani kłótnie nie spowodują natchnienia dojrzałości... Dziś mijają 2 lata od dnia ślubu. To były chyba zbyt intensywne lata. Ale trzeba jakoś to brać w garść i ogarniać. Bywa lepiej, bywa gorzej.
    Najtrudniej jest zamknąć te gorsze momenty, by nie wyhodować guza żalu. Taki towarzysz to koszmar.


    To też przeminie.
    Trzymaj się ciepło - oby spokój jednak Was znalazł i jeszcze czymś dobrym zaskoczył. Niech ten urlop przyniesie jednak coś miłego!

    Buziam ciepło i serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie umiem pocieszyć... Nie umiem napisać nic mądrego. Ja to bym zwyczajnie chciała Cię przytulić i dodać jakoś siły do... do tego wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiesz zauważyłam, że facetowi jak nie powiesz wprost to się nie domyśli...u nas jest to samo- tatuś twierdzi jakie jego dziecko jest cudowne, słodkie itd, ale o każdą chwilę opieki trzeba go dosłownie prosić...bo sam się nie domyśli...dziecko chce na dwór - tatuś przecież nie wyjdzie, bo jeszcze nie zdążył się ubrać (wstał 2 godziny temu) i najeść. Ale mamusia musi być zawsze gotowa i może nic nie jeść.
    Tatuś je kolacje - na spokojnie, sam przed tv. Mama - musi najpierw nałożyć dziecku, ostudzić, nałożyć sobie i między kęsami sprawdzać czy dziecko je, czy siedzi jeszcze w krzesełku czy już na stole itd itp.

    OdpowiedzUsuń
  17. Witaj piękna i mądra kobieto :)
    Przepraszam, za tak patetyczny wstęp, ale to właśnie przychodzi mi na myśl, jako moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu pierwszego u Ciebie wpisu i obejrzeniu pierwszych zdjęć.
    Wiesz, czasami wydaje mi się, ze faceci są z innej planety chyba :/
    Zostanę u Ciebie i dziękuję za odwiedziny u mnie!
    Pozdrawiam,
    Malwina

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!