Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Takie z nas wilki morskie...

Tytułem wstępu... Nie, zaraz, zaraz- dziś nie będzie: "Tytułem wstępu". Pomna refleksji anonimowego czytelnika, przemilczę to, co chciałabym napisać, bo w końcu faktycznie- mój mąż z cywilizowanego człowieka, zmieni się w damskiego boksera i już nie będzie tak zabawnie... Póki co- uspokajam: Owszem, lubimy sobie strzelić fochem, w zasadzie to ciężko powiedzieć, które z nas bardziej, ale do porządku przywołujemy się w inny sposób, aniżeli prawym sierpowym :)

No to do rzeczy- pojechaliśmy w końcu nad morze. W zasadzie to nie wiem, czy powinnam o tym pisać, bo wiem, że dla osób, które do morza mają hohoho i jeszcze trochę, to nasza ignorancja tematu, wydaje się kompletnie niezrozumiała. No cóż- nasze serca są w górach, a morze... Morze to tylko morze.
Chociaż przyznam, że podczas tego krótkiego wypadu, stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam- zatęskniłam za takim wypadem nad morze jak za dawnych czasów- tylko ja, ktoś obok, fale, spacery, zachód słońca... Eh, strzelanie fochem ma to do siebie, że zaczynam popadać w jakieś melancholijno- nostalgiczne nastroje.

No ale same zobaczcie- jak tu nie nabrać ochoty na spacer, kiedy widzi się coś takiego:


Trochę jednak wybiegłam w przód, bo zanim dotarliśmy nad morze , zrobiliśmy sobie przystanek w Kamieniu Pomorskim:





 
I o ile we wspomnieniach spacerów brzegiem morza "przewija" się nie tylko mój mąż, o tyle wizyty w Kamieniu Pomorskim to już tylko i wyłącznie z Nim. Co prawda, Kamień zmienił się bardzo od czasów naszych pierwszych wspólnych wyjazdów, ale nie powiem- dobrze mieć możliwość powrotu pamięcią do takich wspomnień, kiedy zaczyna być nieciekawie. Nam to chyba trochę pomogło...

Godzinę wyjazdu zmieniliśmy na tą, w porze drzemki, także Lila "odpadła" zaraz jak ruszyliśmy, no i wstawać nie zamierzała... Co tu robić, co robić?! :)
A tak serio- miałyśmy z Elizką czas dla siebie, który był nam potrzebny. Pochodziłyśmy, pogadałyśmy... Niewiarygodne- dokładnie osiem lat temu były moje ostatnie podrygi przed rozwiązaniem, a teraz? Teraz chodzę sobie z Córcią, rozmawiamy jak dwie przyjaciółki...
No i w między czasie do zespołu dołączyła Najmłodsza uczestniczka wycieczki, trochę zaspana i zakręcona, ale jak zawsze chętna na spacer:



 

Zanim wyruszyliśmy, od znajomych, którzy mieszkają niedaleko, dostaliśmy namiary na obłędne, własnej produkcji, lody... No cóż- błędem było dawać nam "cynk" o nich, bo w Kamieniu zamiast być przejazdem, zabawiliśmy w zasadzie najdłużej... Czuję się jednak w pełni usprawiedliwiona- ze dwadzieścia smaków, a wśród nich takie rarytaski jak: kasztan, mango, róża z czekoladą... Lody o smaku domowej szarlotki i sernika też są godne polecenia :) Głupio mi się tylko trochę zrobiło, kiedy parę godzin później, z tymi samymi znajomymi, rozmawialiśmy o tej kawiarni, i usłyszałam, że też tam byli tego dnia i... nie dali rady dwóm gałkom... Eh, hmm, no cóż- ja bez problemu zjadłam sześć albo siedem :)




Eliza poza lodami, skusiła się jeszcze na takie cudo, a Lila poskubała jedynie suchego gofra i skoncentrowała się na tym, jak zabrać cukier dla babci :) Dzieciaki to mają jednak pamię-my z mężem nie słodzimy, a babcia tak- Lila musiała Ją kiedyś podpatrzeć w jakiejś kawiarni, bo dzierżąc w rączce ten oto cukier, cały czas powtarzała: "baba, baba".

Zasłodzeni do granic możliwości- ja i mąż, bo Eliza zażyczyła sobie jeszcze pierogi na wynos, ruszyliśmy do Niechorza, gdzie czekała na nas masa atrakcji. 
Przystanek numer jeden- motylarnia. I pierwsze rozczarowanie. Nie, nie motylami. Lilką- a jakże. No bez jaj- przecież Ona nie przyjechała nad morze oglądać motyli. Tak w wolnym tłumaczeniu zinterpretowałam Jej jęki i zawodzenie na cały namiot. Marcin chciał z Nią wyjść, On zdaje się także miłośnikiem motyli nie jest, ale gdzie tam- mama i mama i bez mamy Lila nie wyjdzie. Ja mam jednak za dobre serce, bo jak pomyślałam o tych wszystkich turystach, co to na urlopie właśnie są, to żal mi było Ich narażać na te sceny i zjawiska dźwiękowe...

 Eliza wyszła zaraz za nami, a Marcin plus aparat zostali na miejscu:






Nie powiem, trochę żal mi tej motylarni, ale może jak Lila podrośnie to wybierzemy się do takiej z prawdziwego zdarzenia, bo ta w Niechorzu to jednak typowo sezonowa, a co za tym idzie- bez klimatu. 

Lila szybko znalazła sobie obiekt zainteresowań, ku uciesze starszej siostry :)


No i gdybyśmy dysponowali całą garścią "dwójek", to pewnie utknęlibyśmy tam na długi, długi czas... 
A tak, udało nam się zahaczyć o drugi punkt programu- miniatury latarni morskich:
 






Niestety- tutaj Lilka zastrajkowała nam po raz drugi. Tym razem jednak, okazało się, że kompanem do rysowania może też być tata- w sumie zastanawiające- wydawało mi się, że podobają Jej się rysowane przeze mnie kotki... Tyle serca w nie wkładam, że gdyby jeszcze tylko miauczały i drapały, to z powodzeniem można by o nich mówić: koty 7D :)

W każdym razie Lila zajęta rysowaniem na specjalnie do tego przeznaczonej tablicy, pozwoliła mi i Elizie w spokoju przyjrzeć się każdej latarni- a uwierzcie- są to naprawdę małe dzieła sztuki.

No i tak się z Elizą zachwycałyśmy, że kiedy doszłyśmy do ostatniej latarni okazało się, że jest już bardzo późno, a my byliśmy jeszcze umówieni na kawę ze znajomymi od lodów...  Trzeba było więc zrezygnować z trzeciego punktu programu- wejścia na latarnię morską, ale to mam nadzieję, uda nam się nadrobić we wrześniu, bo Eliza była bardzo niepocieszona. A tymczasem-biegiem do auta, autem do Trzęsacza, żeby choć morze z bliska zobaczyć...




...A na miejscu taki wiatr, że morze widzieliśmy jedynie z góry, przez krótką chwilę...
No i co tu dużo mówić- niepocieszona trochę jestem. Może uda się, korzystając z tego, że naprawdę mamy tu niedaleko, jeszcze tam zawitać, rozłożyć się z kocem, zrobić sobie piknik z kawą z termosu i muffinkami, które tak lubi mój mąż :p, a jeśli nie On, to Jego najmłodsza Córcia, popatrzeć na niebo, posłuchać szumu fal i odtrąbić koniec wakacji.

Bo to już koniec... I sama się sobie dziwię, bo przecież nadchodzi moja ulubiona pora roku, ale zwyczajnie żal mi tego lata. Jakieś takie... krótkie było :( Może to przez nasze szpitalne "wczasy" mam takie wrażenie.

Plany na ostatni tydzień wakacji? Mieliśmy, ale pozostają pod znakiem zapytania przez pociągający nos Lilki. Póki co zamówiliśmy dla Elizy buty na rozpoczęcie roku szkolnego i czeka nas zakup rajstop kryjących... Tak, tak- siniak na siniaku, komar na komarze, strup na strupie. Jednym słowem- bilans wakacji na plus :)

17 komentarzy:

  1. Uwielbiam morze, ale mimo to coraz częściej ciągnie mnie w góry...
    Ja też ostatnio wspominam, dużo...stąd ten powrót do książki...
    Piękne zdjęcia :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i bez fajerwerków, na który liczyliście, ale brzmi to jak całkiem fajna wycieczka :) bardzo lubię Bałtyk właśnie o tej porze roku i potem jesienią, kiedy można po plaży spacerować w sweterku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. My mamy tak blisko nad morze a w tym roku nie byliśmy ani raz jeszcze. I ciekawe czy w ogóle pojedziemy. A chciałabym z Jaśkiem, żeby sobie poodychał morskim powietrzem. W górach nie wiem jak jest, bo ani razu nie byłam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mi też lato za krótkie... Nad morze mamy daleko, za daleko... A właściwie wszędzie mamy daleko :/

    OdpowiedzUsuń
  5. A gdzie jest taka motylarnia z "prawdziwego zdarzenia"?Nigdy jeszcze nie byliśmy w takim miejscu...pewnie nad morzem,tak?

    OdpowiedzUsuń
  6. NoKochana mąż Ci moźe tego sierpowego darować, bo masz go ode mnie! Ja tu morza nie widziałam pięć lat a Ty mi tu takie fotki w śtodku juź prawie jesieni! Zabiję!!!!
    Eliza Mariposa cudna!!!
    Jesień i moja ulubiona pora choć pierwszy raz żal mi lata.

    OdpowiedzUsuń
  7. Śliczna z was ekipa wakacyjna:}}. Tęsknie za morzem, może dlatego że codziennie oglądam góry- człowiek to przewrotna bestia:}}}}

    OdpowiedzUsuń
  8. Super. Oj zazdroszczę. My mamy nad morze taaaaak daleko :/

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne zdjęcia, ja z tymi motylami.mogłabym siedzieć całymi dniami :)

    OdpowiedzUsuń
  10. och och jak pięknie.....
    a Ty Marta spokojnie mogłabyś zjeść jeszcze z 8 gałek lodów jak takie pyszne szkoda odmawiać sobie przyjemności:)
    Skąd ja znam ten stan Lilkowy:x

    OdpowiedzUsuń
  11. Przepiekne te motyle!

    Morze jak wiesz kocham niesanowicie i moglabtm cale lato tam przesiedziec. Ale gory tez uwielbiam- niestety daleko mamy..

    A lato faktycznie jakies krotkie, pewnie przez ta kiepska pogode w sierpniu. Zal mi, ze to juz koniec :-(

    OdpowiedzUsuń
  12. Alez swietna wyprawa... I te lody.. mniam, mniam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zdjęcia są cudowne, uwielbiam takie wycieczki i też jestem mamą dwóch córek :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dużo podróżujecie :)
    A takie domowe lody też bym w takiej ilości pożarła!

    OdpowiedzUsuń
  15. Chcę do tej kawiarni z tymi lodami! Chcę! czekolada z różą - pragnę *-*

    A ten no... Zazdroszczę takiego fajnego wypadu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakie świetne zdjęcia! A te miniaturki - uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  17. To taka trochę sentymentalna wycieczka.
    My wymyśliśmy, że możemy przeprowadzić się nad morze, a na wakacje jeździć w góry. Tyko czy jak mieszka się nad morzem, to dostrzega się je na co dzień?
    Po zdjęciach widać, że wyjazd można zaliczyć do udanych. Sama pooglądałabym z chęcią. te latarnie. O lodach nie wspomnę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!