Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Wesoło, że ho ho...

Tym razem nie musiałam długo dumać nad tytułem- natchnął mnie bowiem komentarz Ani, pod ostatnim postem.

No to Aniu- teraz specjalnie dla Ciebie- "żywy" dowód na to, że u nas jak najbardziej normalnie- czyli, że nie zawsze jest wesoło.

Cóż, nawet gdyby Ania mnie nie natchnęła, to już miałam w głowie, gotowy tytuł: O rocznicy, której nie było, wyjeździe, którego może nie być, i o tym jak być mogło, a nie jest.
Długo, ale wymownie.

Szczerze? Nastrój z pogranicza ostrej depresji, silnej nerwicy i wszechogarniającej wściekłości nie sprzyja pisaniu, także sama nie wiem, co mi z tych wypocin wyjdzie.

W środę mieliśmy rocznicę ślubu. Dziewiątą. Właściwie przeszła bez echa, i w sumie dobrze- bo oboje  mamy chyba te same odczucia, że nie ma czego świętować. Marcin, asekuracyjnie- jak sądzę- że niby on pamiętał i w ogóle, kupił mi storczyka i łańcuszek z zawieszką. I chociaż ładne i jedno i drugie- to zupełnie niepotrzebne, bo... Bo kiedy składał mi życzenia, to poczułam coś, czego ukryć się nie da- jakiś taki totalny brak przekonania, do tego co mówił.

Ciekawe, bo kiedy pół żartem, pół serio powiedziałam, że nie wiadomo czy doczekamy 10-tej rocznicy, był szczerze zdziwiony... Najwyraźniej tylko ja widzę, albo tylko ja na głos odważam się to wypowiadać, że nie jest tak, jak być powinno. Albo, co wyjątkowo przykre, ale jakże prawdziwe- nie tylko u nas- dzieci i kredyt hipoteczny, łączą mocniej, niż to, co faktycznie powinno nas łączyć.

Swoją drogą- choć nie wierzę w takie rzeczy, to jakoś tym razem, nie daje mi to spokoju- akurat w środę, moja ciocia chciała jechać na cmentarz. Jakaś głębsza symbolika? Może to, co było miedzy nami, już "umarło"? Kto wie.

W kwestii urlopu nic się nie zmieniło, ani na niego nie czekam, ani się nie podniecam. I nie chodzi ani o miejsca (Złotoryja), ani o to, że jak na nasze wcześniejsze urlopy, to ten będzie czasowo mikroskopijny, po prostu nie mam na niego w ogóle ochoty. I dzisiaj, po porannej "akcji",  olśniło mnie. Bo czy ja muszę na ten urlop jechać? Nie muszę. I co ważniejsze- nie chcę.

Chciałam dzisiaj jechać do zoo, ale strzeliłam focha (taka byłaby relacja pana męża) i nie pojechaliśmy. Zoo, do którego tak lubię jeździć, jest tuż za niemiecką granicą, dwie godziny drogi od nas. To już nie rzut beretem, dlatego z Elizą zawsze wyjeżdżaliśmy o 9, żeby na 11 być na miejscu. Hrabia zwlekł się z łóżka przed samą 9, mocno "zmęczony" po wczorajszym paleniu gałęzi na działce. Oczywiście, on problemu nie widział, czy wyjedziemy o 9, 11, czy 13. Tak samo jak problemem nie jest to, czy Lila uśnie w aucie, na dworze, w ogóle nie uśnie, będzie jadła przez cały dzień banany i serek itd., itd. Dlatego z tego miejsca proszę- w przyszłym życiu chcę się urodzić facetem. I mieć wywalone na wszystko.
Bo przecież gdybym z motorkiem w dupie naładowała aparat, ogarnęła Lilę, spakowała dla Niej i dla Elizy ubrania, przekąski i wszystko inne, czego na taki wyjazd potrzebujemy, to przecież pan tata by nas zawiózł! Aaaaaa! Zapomniałam! Przecież mam prawo jazdy- mogę sama jechać. To jeden z ulubionych tekstów męża. I nie, nie- on naprawdę wcale nie jest złośliwy. A to, że wie doskonale, że nie pojadę, bo taki ze mnie kierowca, jak z k... Nie, to naprawdę nie ma nic do rzeczy.

Tylko, tak sobie pomyślałam- a w sumie to z jakiej racji? Owszem, ja też chciałam jechać, i on doskonale o tym wiedział, ale to miał być wyjazd głównie dla dzieci. Więc do cholery, dlaczego ja mam stawać na rzęsach, żeby on doszedł do skutku? Bo co? Bo jestem mamą? Bo to mnie czeka kolejny dzień na osiedlu, jeśli nie pojadę? Trudno! Nie pierwszy i nie ostatni. Kolokwialnie, ale chyba najcelniej, oddają moje odczucia dwa słowa: wisi mi. Coraz częściej, niestety.

Patrzę, słucham i myślę- kto to jest i co on do mnie mówi. Obcy obok mnie.
Na naszych oczach rozpadł się 10letni związek naszych znajomych z osiedla. Niecały rok, bodajże, to trwało. I tak sobie myślę- czym jest rok, do 9lat? Zastanawiam się, jak daleko jestem od samej siebie, tej sprzed 9lat. Ile z tego co czułam wtedy, czuję nadal? Gdzie jest ta granica, kiedy będę już tak daleko, że nie będę chciała wrócić, pamiętać. Zresztą- nie chcę pamiętać, że kiedyś było inaczej, lepiej, skoro teraz jest do dupy. Jak długo "ujedziemy" na tej pamięci o tym, co nas kiedyś łączyło?

Któraś z Was, pod postami "okołoimieninowymi" pytała, czy Marcin chociaż przeprosił. Tutaj powinien nastąpić głośny wybuch śmiechu, takiego przez łzy, z komentarzem, że nie- po 9latach "przepraszam" wydaje się tak samo abstrakcyjne, jak trzymanie za rękę na spacerze i takie tam inne. Usłyszałam za to, że jestem przewrażliwiona. Nie wiem, czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, że mężczyźni za często używają słów zaczynających się na "prze"- przesadzasz, przewrażliwiona, przestań... Za to jak ognia unikają słowa "przecena". I tak sobie myślę- napisać o nich, że są z Marsa, czy to nie jest przypadkiem obraza dla tych mikroorganizmów, które tam bytują? Myślę, że część z nich, ma dużo większe pokłady empatii i wrażliwości niż niejeden samiec z planety Ziemia.

I jeszcze ostatnia refleksja na temat 9lecia naszego małżeństwa. Ostatnio odkryłam, że mój mąż jest jednak dobrym, choć wybiórczy, obserwatorem. Zauważył na przykład, że Eliza była przez parę dni smutna. Nie zauważył natomiast, że ja jestem smutna już od dłuższego czasu. A może widzi, tylko też mu "wisi"? Tak jak mnie...

No i kwestii "strzelania fochów". Kto na tym gorzej wychodzi...
Mój mąż spędził swój wolny dzień, tak jak od dawna chciał- najpierw pokładał się u Elizy, potem w dużym pokoju, wziął starsze dziecko na loda- żeby nie było, a następnie umówił się z kumplem na granie w piłkę na szkolnym Orliku.
Ja mam natomiast dzień jak co dzień. W dodatku z naprędce  gotowanym obiadem, bo przecież mieliśmy jeść go u mamy, po zoo.
Także, no cóż- mogę sama sobie pogratulować :) Brawo, Marta!

41 komentarzy:

  1. Przykre jest to co piszesz :(
    Moje małżeństwo trwa zdecydowanie krócej niż Twoje, ale i tak momentami jest bardzo do Twojego podobne.
    Mój Mąż często mówi rzeczy, które nie powinny przejśc Mu przez gardło.
    Ostatnio powiedział nawet, że powinnam się leczyc!!!
    Myślę Kochana, że potrzebujesz solidnego odpoczynku, odskoczni, złapania oddechu i poukładania myśli.
    Twój Mąż natomiast powinien zacząc doceniac jaki ma Skarb w domu.
    Łatwo jest wszystko zaprzepaścic, trudniej odbudowac...
    Trzymam za Was mocno kciuki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Solidny odpoczynek, odskocznia, złapanie oddechu? Brzmi super, ale nie zanosi się przez najbliższy czas na takie rarytaski.
      Wiesz, po pierwsze z całą pewnością mój mąż nie uważa, że ma w domu skarb, bo i pewnie nie ma. Ideałem nie jestem, i mam tego świadomość.
      Otóż to- odbudować jest znacznie trudniej niż zaprzepaścić.

      Usuń
  2. Smutnego masz dziś posta:{.
    Wiem że nie zawsze jest różowo że trzeba się napracować żeby nie zgubić tych fajnych lat. Ja czułam dokładnie to co Ty kobietko. Aluzje, fochy, milczenie i milion innych chyba durnych babskich znaków nie zostało zauważonych. Któregoś dnia zaprosiłam swojego mężusia na winko i spokojnie, bez niepotrzebnego miotania się wyłuszczyłam co czuje co mi się nie podoba i...dotarło:} Teraz potrafimy otwarcie sobie powiedzieć co nie gra. Może to nie jest rewelacyjny pomysł, fajerwerki nie strzelają ale nam pomógł. Trzymam za was kciuki i mocno ściskam:}

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że mój mąż doskonale wie o co mi chodzi, i ma to generalnie w d... Zna mnie już tyle lat, wiec co mnie wkurza, myślę po prostu, że mu nie zależy, jest przekonany, że i tak będziemy razem i tak... Praca- to jest miejsce gdzie trzeba się starać. A dom, żona, dzieci... Tu można trochę odpuścić.

      Usuń
  3. Smutne to co piszesz. Przykro mi, ze tak kiepsko miedzy Wami Marta. Ale mysle, ze to chwilowy kryzys. Mowi sie, ze kaxfy zwiazek przezywa powazny kryzys w 7 roku malzenstwa moze u Was przyszlo to w 9-tym?

    Mam nadzieje, ze to tylko chwilowe i ze dojdziecie do porozumienia. Sprobuj z nim porozmawiiac tak na spokojnie bez dzieci. Powiedz mu wszystko szczerze co czujesz. Trzymam kciuki i wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy (idziemy leb w leb ;-) ) zycze, jeszcze wielu, wielu lat w milosci razem! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Inesko, no do śmiechu mi nie jest. Szczerze mówiąc, to nie wiem, ja te kryzysowe lata u nas liczyć, bo właściwie nasze małżeństwo przez 4pierwsze lata przechodziło pernamentny kryzys... Myślę, że on doskonale wie co ja czuję- no ale skoro jestem przewrażliwiona, to wszystko jasne...

      Usuń
  4. :((((
    smutny wpis... i nie wiem co mnie bardziej zasmucilo...ZOO czy ta rocznica...
    Zycze lepszych dni... :*

    OdpowiedzUsuń
  5. To ja pytalam czy Marcin przeprosil...
    Przykro mi Martus... I smutno tez... Jesli Cie pocieszy to dzis rano byla moja kolej zeby uslyszec, ze jestem, cytuje: poj*bana i zebym szla sie leczyc i ze w ogole nie powinnam byc matka... :/ Za co? Szlag mnie trafil kiedy dzieciaki sie szarpaly i wrzeszczaly i z kolei rozdarlam sie ja. A potem wkurzona trzepnelam drzwiczkami od mikrofali. A maz wydarl sie z kolei na mnie i wyjechal z takim tekstem... Tak na dobry poczatek tygodnia...

    Postanowilam jednak, zamiast siedziec w pracy i rozpamietywac wszystkie cechy meza, ktorych w nim nienawidze, skupic sie na poscie o Niku... Mimo, ze wlasciwie u nas zaczelo sie psuc wraz z pojawieniem sie dzieci, to jedynie one sa jakims promykiem szczescia w tym popieprzonym zyciu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak- my pojebane matki łączmy się. Myślę, że jest nas więcej. Aż dziw, że ci nasi spokojni, opanowani mężowie jeszcze nam praw rodzicielskich nie odbierają. Ach, no tak- musieliby przejąć całkowitą opiekę nad dziećmi- okazuje się, że bardziej kalkuje się żyć z pojebaną żoną. Sorry Agata, ale rozumiesz nastrój w jakim jestem.

      Dokładnie, gdyby nie te dzieci, to chyba nic by sensu nie miało.

      Usuń
  6. Chciałabym aby mój mąż zostal w domu i zajmował się nim tak jak ja i 2 naszych dzieci. Wtedy przekonałby sie czyja praca jest cięższa? łatwo jest wyjśc rano , nie miec tych zmartwień z którymi zmagamy na co dzień się my , przyjśc i powświęcić dzieciom 2-3 g dziennie, na pewno wtedy jest się bardziej "efektywnym " rodzicem. Niestety też nie sądzilam biorac slub 12 lat temu, że zwykła, szara codzienność tak bardzo nas zmieni. Smutne to i ciężko czasem jak czlowiek wraca do tamtych lat.Mam zupełnie podobne odczucia do Twoich i doskonale rozumiem Twój stan. Czasem nie chce się po prostu gadać.... Myślę, że trzeba znaleźć sobie jakies zajecie dla samej siebie, postawić męża przed faktem dokonanym, wyjść z domu, odetchnąc, i spojrzec na to wszystko inaczej. Życzę cierpliwości, wytrwałości...Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Efektywnym i spokojniejszym. Wiesz, pisałam zresztą o tym- też o tym marzę- zostawić go z dwójką dzieci tak długo, żeby przerobił w pigułce wszystko, to co ja. I wtedy moglibyśmy może ewentualnie pogadać. Bo ok- nie umniejszam oczywiście jego roli, jako osoby,która utrzymuje nas, dom itd. Tylko gdyby on wiedział, ile razy miałam ochotę się z nim zamienić. No a jak to kwituje mój mąż- nie ma problemu, idź do pracy, zarób tyle, żeby wystarczyło, i ja mogę zostać z dziećmi. Budujące, prawda?

      Usuń
    2. Marta wiesz - myślę, że nawet mogłabyś zarobić tyle co mąż, tylko nie wiem jak długo mąż wytrzymałby z dziećmi w domu....mężczyźni w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy...niestety.

      Usuń
  7. Ja przez ten stan w którym jesteś już przeszłam, już się nawet nie denerwuję że mój mąż dziesięć minut po powrocie z pracy uwala się z komputerem na łóżku, że weekendy do według niego czas na polegiwanie przed brzęczącym telewizorem a nie czas dla dzieci. Co mam w planach robić to robię a on jak chce to się włącza jak nie, to nie. To on traci nie spędzając czasu z nami - tak samo jak Twój mąż. Tylko jeśli Ciebie to meczy to trzeba potrząsnąć tym Twoim chłopem, niech się ogarnie bo jak już kiedyś pisałam łaski nie robi, że Cię odciąży w domu. Ja mojemu mężowi ustaliłam zadania do wykonywania na stałe przy dzieciach i musi je robić chce czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Magda, u nas to jest wszystko trochę bardziej złożone póki co. To nie jest tak, że on nic totalnie przy dzieciach nie robi, bo robi- owszem. Tylko są takie sytuacje jak dzisiaj, i wiele innych, kiedy dosłownie- szlag mnie trafia. Może nawet bardziej na siebie, bo gdyby była bardziej niezależna (nie tylko finansowo) to zabrałabym się rano w cholerę do tego zoo i w dupie miałabym towarzystwo pana męża.

      A widzisz- z jego perspektywy, to właśnie łaskę robi. Tylko ja sobie nie przypominam, czy decydując się na zostanie w domu z dziećmi, podpisywałam gdzieś, że będę mieć cały dom praktycznie na głowie. Bo mycie łazienki zawsze muszę wyegzekwować, o myciu naczyń to się potem nasłucham, że hoho (jak ja bym ich w ogóle nie myła :)), no i to co lubię najbardziej- zaangażowany tatuś dla innych, w domu wypominający, że popołudniami on zmienia Lilce pieluchy... Żenada jednym słowem.

      Wiesz, ja mam taki charakter, że jak ktoś mi robi łaskę, to po prostu mi się odechciewa, i ostatnio mam taki notoryczny stan- odechciewa mi się dosłownie wszystkiego.

      Usuń
    2. I ja tak mam, źe jak z łaski to wolę wcale a do tego taka durna jestem, że sama się narobię zamiast poczekać aż zrobimy to razem.

      Usuń
  8. Czy wyobrażasz sobie, że napisałam komentarz prawie tak długi jak ten Twój post i k.. net się rozłączył i dupa!
    Ja to jestem teraz wkur..........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewa, mi też się to często zdarza z tymi komentarzami. I wtedy naprawdę mam ochotę zrobić krzywdę laptopowi :(

      Usuń
    2. Dziś już nie mam siły jeszcze raz tego pisać. Napiszę rano.

      Usuń
    3. No ja jak zwykle. Chciałam napisać i na chceniu się skończyło. No bo tyle rzeczy do zrobienia. A jak dziś siadam to zapomniałam co ja to chciałam. Ale jedno Ci powiem kochana. Z chłopami to już tak jest. Ten mój podobnie. Ja już się wolę nie wkurzać i go olewam. Nie proszę na siłę. Z reguły to co on ma zrobić robię ja sama. Bo zanim się doczekam. Na działce wyrównałam ziemię sama szpadlem prędzej niż się doczekałam jak jaśnie pan raczy przyjść i ocenić czy w ogóle warto równać. Nad zrobieniem huśtawki trułam mu dupę dwa miesiące. Kupiłam boki żeliwne żeby było łatwiej. Kupiłam łańcuch. Sama. Załatwiłam drewno na ławkę. Na samą huśtawkę mamy w lesie. Zrobił z łaską. Ale teraz nie ma jej gdzie postawić bo przecież trzeba wyrównać na działce znowu w innym miejscu. No i co? Ja dziś sama równałam. Przy okazji sobie ziemię pod kompostownik nawiozłam bo tam też krzywo.
      W innych sprawach to jak coś chcę to muszę krzyczeć lub fochy strzelać. Ja też dużo mu mówię. Prowadzę monolog a on słucha. Nie wiem czy cokolwiek z tego wyciąga. Ktoś mi kiedyś powiedział, że faceci są prości w obsłudze. Że mówisz co chcesz i to robią bo są zadaniowi. Jakoś mój nie jest. Robi zadania ale te co on sobie wyznaczy.

      Usuń
    4. Ty się ciesz, że on w ogóle pamiętał. I zamiast mu wyrzucać to mogłaś też wykorzystać sytuację i spróbować zagadać. Ja uważam, że warto szukać tego co nas połączyło. Nie wiem sama czy doczekam 10 rocznicy ślubu jak mój 3 lata po ślubie nie pamięta. Jak walnęłam fochem to wieczorem dopiero udał, że coś widzi. I standardowo powiedział, że nic nie kupił, bo ja przecież powinnam wiedzieć, że on nie ma kasy. Ale cholera jakby nie popijał piwka codziennie i z tych 2-3 piw odkładał to w rok mam pierścionek lub coś złotego. Ale weź mu tłumacz. Na razie go kocham. Tylko wiem, że za dwóch nie da się kochać. I też szargają mną mieszane uczucia.

      Usuń
  9. Najgorszym i najstraszniejsza rzeczywistoscia jest fakt,ze rzeczywiscie coraz wiecej ludzi laczy tylko kredyt i dzieci. Mojej bliskiej znajomej Maz bardzo pije. Jej synowie ciagle na to patrza ,a i ciezko im sie tam zyje. Ale gdzie sie Ona uda? do domu samotnej Matki jak mieskzanie jest 'jego'?
    Dlatego o zwiazek trzeba dbac, pielegnowac. Trzeba na nowo odszukac to cos co Nam podobalo sie sprzed dzieci, to co pokochalysmy. Moze uda sie Wam jeszcze do siebie dotrzec. Prawda jest jedna - do tanga trzeba dwojga....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykład Twojej znajomej pokazuje, że nie zawsze coś jest białe, albo czarne, czasami wybieramy mimo wszystko mniejsze zło.
      Dokładnie- do tanga trzeba dwojga.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Marta ja nawet nie wiem co Ci napisać.. chyba tylko, że jest mi baaardzo przykro :( domyślam się, że jest Ci przykro i czujesz się zawiedziona... mam nadzieję, że to wszystko chwilowe, że za kilka dni będzie lepiej. pogadacie, wyrzucisz z siebie wszystko co Ci nie pasuje i wkurza i jakoś się dogadacie. nie wierzę, że po tylu wspólnych latach już nic do siebie nie czujecie i że Wam na sobie nie zależy.. może potrzeba Wam gdzieś razem wyjść (sami!), do kina czy na kolację, spędzić czas we dwoje?
    trzymam kciuki, żeby wszystko się poukładało! nosek do góry :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogadacie? Dobra rada, tyle, że u nas tak nie ma. U nas po prostu przechodzi się do porządku dziennego, i tak właśnie narastają te nasze małe problemy do gigantycznych rozmiarów, bo skoro nic się nie wyjaśnia, tylko kwituje tekstem, że żona przewrażliwiona...
      Dzięki!

      Usuń
  11. Smutne to, mam nadzieje, ze minie i wroca szczesliwe dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby Star, oby. Bo wcale nie mam ochoty na rewolucję w życiu, ale jeśli inaczej się nie da...

      Usuń
  12. Martusia powiem szczerze, że mnie również zasmucił Twój post. Na pewno dostałaś wiele rad i wiele wsparcia od dziewczyn powyżej, ja będę kolejną... albo nie będę - bo chyba nikt nie powinien Ci radzić co zrobić w Twojej sytuacji. Na pewno to dla Ciebie ciężki czas... na pewno potrzebujesz w końcu poczuć się KOBIETĄ, z krwi i kości, KOCHANKĄ, którą mężczyźni pożądają ale nie tylko sexualnie ale jako osobowość.
    Myślę, że po każdej burzy wychodzi słońce - musisz troszeczkę na nie poczekać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Martyna, czekam, czekam- zobaczymy, co z tego czekania wyjdzie.

      Usuń
  13. Cholera...nie sądziłam, że to prawie "norma" z tymi naszymi facetami.
    Prawda jest, że zmienia się sytuacja jak na świecie pojawiają się dzieci. Przybywa obowiązków. Niby to normalne, ale gdy wszystko dźwiga kobieta to już jest...przegięcie.
    Mój kanapowiec-komputerowiec też mnie czasem wyprowadzi z równowagi gdy na moje pomysły "aktywnego spędzenia dnia" buczy, że jest zmęczony, nie ma siły, woli zostać w weekend w domu..
    Szlag mnie trafia, normalnie. I co to za wzór dla dzieci? Bo to dla nich wszystkim staram się ruszyć cztery litery, choć tez bym chętnie posiedziała przed komputerem filmik sobie obejrzała, blogi poczytała :). Ale czasem warto wyjść ze swojej strefy komfortu aby dać dzieciom przykład, że można inaczej spędzić słoneczną niedzielę... Hania może nie (jej wystarczy spacer po osiedlu i tak jest szczęśliwa), ale Michu dużo rozumie i czasem sam ojcu powie, żeby odszedł od kompa i z nami gdzieś pojechał. Z drugiej strony jak On się ruszy to robi taką łaskę, że aż się rzygać chce czasami i odechciewa się gdziekolwiek jechać.
    I też mi zarzuca, że cały czas go do czegoś zmuszam...Pewnie ja też mogę jechać sama z dziećmi, ale co Ja jestem - Robocop? oboje mamy dzieci i oboje powinniśmy o nie dbać o i ich rozwój nie tylko duchowy i intelektualny ale też fizyczny.
    Fakt, czasem jak już się ruszy, to wieczorem mówi, że fajnie było, ale co Ja się nagadam...czasem faktycznie się odechciewa...a szkoda, bo naprawdę fajny facet z niego, pomocny przy ogarnianiu chałupy, lubimy się razem pośmiać, powygłupiać i tylko chyba to Nas ratuje, że ze sobą wytrzymujemy....ehhh, ale się rozpisałam...ale temat bliski memu sercu...buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda - zmusić niektórych naszych panów do aktywnego spędzenia czasu to cud. Mój mąż najchętniej weekendy spędzałby w domu....a ja właśnie wtedy chciałabym gdzieś pojechać, zobaczyć, zwiedzić...choćby na chwilę. Ale on przecież jest zmęczony...oboje pracujemy, oboje dojeżdżamy do pracy...ale to mąż jest zmęczony...szkoda, że na granie przed komputerem tak nie reaguje..wtedy nie jest zmęczony

      Usuń
    2. No dobra, dobra, to ja mam w takim razie prawdziwy "skarb" w domu. Mój pan tak nie ma. On się nawet chętnie z domu rusza. Poza tymi razami, kiedy łachę robi. Tylko większość tych wyjść/wyjazdów jest inicjowana przez mnie.

      Pomocny przy ogarnianiu chałupy? Gośka, dawaj Go tu do mnie :) Mój mąż uważa, że skoro pracuje i umyje naczynia i zazwyczaj wykąpie jedno dziecko wieczorem, to już robi tyyyyyyle, że ło matko!

      Wiesz, mam podobnie- bo Lila rośnie i lada moment, jak będę chciała to po prostu wsiądę w autobus i pojadę, tylko z jakiej racji, ja mam wszystko brać na siebie? To moje dzieci tylko? Wkurwia mnie to przeogromnie, ale do niektórych nie dociera. U nas, na przykład, jak ja chcę umyć podłogi na spokojnie i mówię mężowi, żeby wziął Lilę na spacer, to momentami widzę i słyszę taki "entuzjazm", że się rzygać po prostu chce. I jak wchodzę na te blogi, gdzie ojcowie sami z siebie czerpią taką naturalną radość z bycia z dzieckiem, to hmm, hmmm. Sama wiesz.

      Usuń
  14. Kurczę...przyznam szczerze, że ostatnio wpadam tu dość sporadycznie...jak i do samej siebie. Ale o ile jeszcze poprzednio kiedy natrafiłam na Twój post, w podobnym klimacie, uznałam, że każdy miewa gorsze dni, o tyle dzisiaj jest mi już przykro.
    To zupełnie nie ten klimat, do którego przywykłam i który tu panował jeszcze kilka miesięcy temu. I widzę, że naprawdę jesteś w jakimś kiepskim momencie.
    Chciałabym Cię jakoś pocieszyć, ale wiem, że nie jestem w stanie tego zrobić. Trzymam więc mocno kciuki, żeby to po prostu jakoś samo minęło. Albo żebyście jak najszybciej jakoś dotarli do momentu pewnego dna, od którego można się już tylko odbić. Czasem to właśnie jest jedyne wyjście.
    Musi być w końcu lepiej...zawsze kiedyś przychodzi lepszy czas. Mam nadzieję, że jak najszybciej się to stanie, bo my tu tęsknimy za Twoim humorem.I Ty sama pewnie za nim też tęsknisz.
    Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś, wiesz, jak już człowiek ochłonie, to nawet do rozwodu można podejść z humorem i dystansem...

      Samo pewnie nie minie, bo za daleko to już zabrnęło, a co będzie dalej- czas pokaże.
      Ja też ściskam mocno, mocno!

      Usuń
  15. Też ostatnio stwierdziłam, że w przyszłym wcieleniu chce się facetem urodzić. Chcę iść do pracy, wrócić po 8 godzinach do domu, mieć podany na stole obiad i wesołe dziecko, które rogi pokazuje tylko w tych godzinach, kiedy tatusia nie ma. Potem powiedzieć żonie, że idę do garażu, bo co - chłop jestem i mogę, a przy okazji otrąbić z kumplami piwko i umówić się na basen na drugi dzień, bo kto mi zabroni prawda? Ewentualnie walnąć żonie tekstem, że teraz ona idzie na spacer z dzieckiem bo ja jeszcze coś do pracy/na uczelnie zrobić muszę i potrzebny mi spokój -.-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen, Aga. Mam DOKŁADNIE te same odczucia. Toczka w toczkę. A wiesz co? Ja, głupia (bo inaczej napisać nie mogę!), tak przyzwyczaiłam męża, że Jemu nawet do głowy nie przyjdzie, że ja mogę chcieć gdzieś pojechać sama. Przykład? W środę ma już urlop i już bez konsultacji ze mną umówił się na konia z Elizą, bo przecież Marta i tak nigdy nigdzie nie wychodzi... Nie popełnij moich błędów.

      Usuń
    2. Muszę zapamiętać... Bo powoli zaczęłam robić ten błąd co i Ty :/

      Usuń
  16. Oj Marta, to aż mi się głupio zrobiło, że mój komentarz był natchnieniem do tego posta :( Przykro czytać, to, co piszesz, Wasze relacje naprawdę wyglądają słabo, ale to chyba Twój mąż już dawno odpuścił. Tak jak piszesz, ma wywalone na wszystko :( Mój póki co tak nie ma, więc ciężko mi coś doradzić, ale może olej go po prostu. Może to w końcu zadziała. A jak nie.. to wtedy będziesz się zastanawiać. A najlepiej to zajmij się sobą, swoimi pasjami, rozrywkami, znajdź nowe. Mojego nic bardziej nie irytuje, jak mam jakieś nowe hobby, które zajmuje mi czas, zamiast zajmować się dziećmi czy domem. To wtedy mnie bardziej zauważa i to pozytywnie. A nawet jakbyś zapisała się na dodatkowe jazdy samochodem i się przełamała. To by dopiero go zdziwiło. I sama byś mogła jeździć na wycieczki. Wiem, że jest ciężko, bo sama to przechodziłam - strach w oczach i panika, ale jak raz się przełamiesz to jakoś idzie. Albo coś innego, coś co wyrwało by Cię z domu, choćby dwa razy w tygodniu. Poczułabyś się lepiej, a on zobaczyłby, że też masz swoje życie i musi walczyć o miejsce w nim. Wiem, wymądrzam się, ale może warto spróbować. W każdym razie współczuję sytuacji i jestem z Tobą myślami! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, spokojnie- Ty mi tylko tytuł podsunęłaś, post i tak by powstał, więc absolutnie nie czuj się z tym źle.
      O jazdach doszkalających myślę od bardzo dawna- niestety to się wiąże z pieniędzmi, których ja nie mam. Kiedy natomiast wspominam co jakiś czas mężowi o tym, że bym chciała, to zawsze obraca to w żart, że po co mi ( a doskonale wie, że nie jeżdżę przecież, bo nie czuję się pewnie) i że On mnie podszkoli- no to mnie tak podszkala już ze 3lata...

      Dzięki Aniu za komentarz, ściskam mocno.

      Usuń
  17. Eh Ci faceci...a może wyślij go z moim w delegacje, poteskni to może przemyśli w samotności co nie co :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Marta, smutne to wszystko strasznie, zmęczona jesteś i znużona, doskonale Cię rozumiem ......

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!