Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 29 września 2014

Myślę...

...już dłuższą chwilę nad tytułem i "ni chu, chu..."... Nic nie przychodzi mi do głowy. No bo jak zatytułować post o awarii laptopa, pokościelnej irytacji, o szwankowaniu relacji mąż- żona, albo żona- mąż...
Katastrofa? Zbyt tragiczne. Powtórka z rozrywki? No nie do końca, bo laptop pierwszy raz wyzionął ducha tak na amen... A może po prostu: "WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE!"

Bo właściwie tak- wiedziałam...

Wiedziałam, że dni laptopa są już policzone, choć sprzęt jest młodszy od Lilki. No ale właśnie- Lilka... Lilka czasami poświęcała mu zbyt dużo uwagi, a Jej małe nieporadne rączki, czasami odmawiały posłuszeństwa w najmniej korzystnym (dla laptopa) momencie... Niby obiecywałam sobie, że muszę go jednak odkładać wyżej, ale same rozumiecie jak to jest- a to afera goni aferę w blogosferze, a to Pudelek aż huczy od plotek, że Perfekcyjna z Majdanem, a to Liszowska dała w palnik, że już o Piotrze Gawryło, to znaczy nie, nie- przepraszam- o Marku B. jakieś niestworzone rzeczy wypisywali... No i to widmo wojny... Gdzieś ten laptop pod ręką zawsze musiał być.

Zaczęło się w zasadzie jakiś czas temu, ale jak na żonę informatyka przystało, drobne usterki, to ja naprawiam sama. Drobne usterki, czyli takie, kiedy rozwiązaniem okazuje się wyłączenie i włączenie laptopa ponownie. Do bardziej zaawansowanych kwestii wołam Elizę, a kiedy gad dalej jest oporny na nasze działania- dzwonię do męża. Bo to oczywiście nie nowość, że pralki, lodówki, laptopy psują się wtedy, kiedy faceta nie ma w domu... Nie jestem w tym przecież odosobniona. I kiedy w miniony piątek, mimo tego, że jeszcze pół godziny wcześniej  z powodzeniem z niego  korzystałam, laptop przywitał mnie czarnym ekranem, nie do końca jeszcze przeczuwałam co to się właśnie dzieje... Ok, easy, easy... Wyłącz, włącz i tak z pięć razy. Nie? No to wyjmiemy bateryjkę, bo nie ze mną takie numery. No ale niestety- nadal nic. Patrzę na zegarek... Kurna trzeba się spieszyć, bo zbliża się pora karmienia Lilki, a nasze młodsze dziecko, jak te psy z eksperymentu Pawłowa- nie produkuje soków trawiennych, dopóki nie usłyszy do zupy swojej ulubionej... rosyjskiej bajki o dziewczynce i misiu. Każda matka zrozumie moją desperację/determinację (te, które nie rozumieją, niech powstrzymają się od dobrych rad, a najlepiej od jakichkolwiek komentarzy- nie jestem w nastroju...), kiedy niczym kąsana przez rój dzikich pszczół latałam po domu w poszukiwaniu komórki. Tak przy okazji- czy ja już Wam pisałam o tych pszczołach? Nie? No to muszę to kiedyś zrobić. W każdym razie, z komórką i z już głodnym dzieckiem obok, lecę do laptopa, żeby zrobić zdjęcie. Nie, nie- mój mąż nie jest aż takim niedowiarkiem, żeby mi nie uwierzyć, że na ekranie czarno... Po prostu,w międzyczasie, coś się na ekranie pojawiło, ale... Takie cuda to ja pierwszy raz widziałam- a uwierzcie, przy dwójce dzieci, to ja już różne rzeczy na ekranach komputerów, laptopów i komórek, widywałam... No to- prawie sweet focia i szybki telefon na drugi numer mojego męża.
-Dostałeś mojego mmsa?
-Jakiego?
-No zobacz na prywatnym.

Patrzy...

Oczywiście, w ogóle się nie przejmuję, że małżonek jest w pracy, bo nie wiem czy wiecie- informatyk to też zawód z misją. Prawie jak lekarz. No w zasadzie to nawet niczym lekarz, tylko taki od rzeczy martwych... Chociaż, czy one do końca takie martwe?! Ja tam na przykład wszystkim sprzętom przypisuje bardzo ludzkie cechy- głupi, złośliwy, podły... Zdarza mi się także obrażać je, w sumie mało wyszukanymi epitetami, ale stan wzburzenia wiele tutaj tłumaczy- ty cholerny stary trupie, dlaczego mi to robisz, ty małpo (to akurat było do ostatniej suszarki) i wiele, wiele innych- mniej cenzuralnych, kiedy w pocie czoła klecę komentarz najwyższych lotów (tak mi się przynajmniej zawsze wydaje...), a jego po chwili szlag trafia...
W zasadzie, do tego, że to zawód z misją, doszłam jakiś czas po tym, kiedy razem zamieszkaliśmy... Telefon dzwonił o różnych porach dnia i nocy- w mniej i jeszcze mniej pożądanych momentach, a co ciekawe- telefonowali ludzie, którzy cudownie przypominali sobie o nas, kiedy psuł im się laptop/komputer... Piszę: "o nas", bo co niektórzy- w ramach kurtuazyjnej rozmowy o tym, co słychać przez te ostatnich kilka/kilkanaście miesięcy, które minęło od ostatniego spotkania, nawet pamiętali moje imię... O tym, że prywatnie to zawód charytatywny, to nawet nie wspominam... Także, jako żona, czułam się zupełnie usprawiedliwiona tym telefonem, a kiedy mąż szeptał: "Teraz nie mogę, prezes jest u nas", udawałam, że to nie do mnie.

Przez chwilę jest nadzieja, że uda nam się- wspólnymi siłami, usunąć tę usterkę na telefon... Kilka komend, które o dziwo posłusznie wykonuję, ale... Dalej dupa.
-Dobra, weź klawiaturę i delikatnie nią potrząśnij, bo pewnie jadłaś coś przy laptopie?
Mam to do siebie, że na głupie pytanie, odpowiadam równie głupio...
-Nie, no coś ty...
Jednocześnie drugą ręką telepiąc, ile w niej sił, tą biedną klawiaturą na prawo i lewo...
Czy jadłam przy laptopie... Co za pytanie! Jest tu ktoś, kto nie je przy laptopie? Jak można było obserwować, a tym bardziej komentować "aferę rajtuzkową", bez trzech paczek chipsów, paluszków i otwartego piwa w zasięgu ręki... Jak można po raz kolejny czytać, że mleko modyfikowane to pasza, bez podwójnej melisy? Jak można przyjmować na klatę, bez kalorycznego pocieszyciela w postaci Grześka, Liona, czy innego batona, że moje dwie, urodzone przez cesarkę, córki, będą miały w przyszłości astmę, cukrzycę, wszystkie możliwe alergie i będą mniej inteligentne od swoich kolegów i koleżanek urodzonych siłami natury. Swoją drogą- gdzie ta naturalna siła? W trzeciej podłączanej oksytocynie? Czy w zewnętrznym (mimo, że wewnętrznym) przekłuwaniu pęcherza płodowego? No nieważne...

Wytrzepałam tą klawiaturę jak należy i sądząc po ilości okruchów (Boże, chyba mama miała rację- mam dziurawą brodę), byłam pewna, że zaraz wszystko wróci do normy...
No ale nie- myliłam się jednak.
Są takie chwile, kiedy trzeba się poddać- to była właśnie jedna z nich...
Poszłam do Elizy do pokoju, przytargałam (DOSŁOWNIE) mojego starego laptopa, w końcu dzieci lubią rytuały, a że naszym rytuałem jest ta rosyjska bajeczka do zupy, to cóż począć... Nie pozostało nic innego, jak czekać na powrót króla, to znaczy- męża.

Wrócił.
Usiadł do laptopa.
Wiem. Najpierw powinien zjeść obiad. Same jednak rozumiecie- są sprawy ważne i ważniejsze...
Zaczął coś mówić po chińsku... Nie żeby znał, ale jak On zaczyna diagnozować problemy z laptopem na głos, to właśnie to tak brzmi, jakby mówił po chińsku i w dodatku o matematyce... I w sumie to nie wiem dlaczego On to ciągle robi,bo tyle razy Mu mówiłam, że ja przecież i tak nic z tego nie rozumiem...Podejrzewam, że On ma wtedy swój świat. W zasadzie jest wtedy podobny do mnie, kiedy oglądam "Modę na sukces" i na bieżąco komentuję życie seksualno-uczuciowe bohaterów... To znaczy- nawet nie komentuję, ja się po prostu głośno zastanawiam, kiedy w końcu Brooke pójdzie do łóżka ze Stefani, bo przecież wszystkie inne układy i konstelacje damsko-męskie już tam były. W każdym razie, tym razem, z informatycznego bełkotu mojego męża, zrozumiałam jedno słowo. Nie, wróć! Nawet nie zrozumiałam...Po prostu gdzieś już je kiedyś słyszałam. A brzmiało ono: "bios". Ładnie, prawda? Ten bios okazał się jednak  mało istotny, w kontekście tego, że laptopa szlag trafił... Kiedy po 5minutach mój mąż powiedział pierwsze "niedobrze", to naprawdę zabrzmiało to tak, że dobrze nie jest... Kiedy powiedział tak drugi raz- już wiedziałam, że jest naprawdę źle. Miałam jednak nadzieję, że to taka dramaturgia, żeby potem w blasku i chwale ogłosić, że tadam! Udało się naprawić... Trzeci raz... Nie, trzeciego razu nie było. Za to w miejsce kolejnego "niedobrze", padło pytanie... Chociaż, to bardziej stwierdzenie było- "I haseł pewnie nie pamiętasz..." Kurna... Jak On mnie dobrze zna- aż się łezka kręci. No pewnie, że nie pamiętam! Chociaż nie- pamiętam mój login do internetowego sklepu z kwiatami, ale tak jak myślałam, po minie męża wiedziałam, że raczej ów login do niczego nam się nie przyda. Przynajmniej nie w najbliższym czasie...

I wiecie co jest najgorsze?
Nie to, że sprzęt z którego przyszło mi teraz pisać, jest wielkości małej pralki.
Nie to, że wydaje odgłosy niczym odkurzacz średniej klasy.
I nawet fakt, że są braki w klawiaturze (Lilka- przyznaj się- zjadłaś te wszystkie klawisze, których brakuje?! Od razu wiedziałam, że ta sobotnia sraczka, to nie ząbkowanie.) nie są, aż tak irytujące- zgadnijcie jak bardzo mózg mi paruje, kiedy wiem, że nie mogę korzystać z niektórych liter w alfabecie :)
Najgorsze jest to, że odzyskanie zdjęć z ostatnich trzech miesięcy, stoi pod wielkim znakiem zapytania... A mogło być znacznie gorzej... Na szczęście, jakiś czas temu, kiedy Marcin korzystał z mojego laptopa, zauważył, że kończy mi się miejsce na dysku. Nie, nie Dziewczyny- wcale nie rozumiem, o czym teraz piszę, ale On dokładnie takich słów wtedy użył- więc cytuję. No i zaczął te zdjęcia zgrywać... A, że trochę ich jest- no same sobie wyobraźcie- po 15 ujęć każdej zupy, owsianki, ciasta... Do tego dwie ciąże, dwoje dzieci, z kilkanaście ślubów, sześć chrztów, wszystkie imprezy w przedszkolu i szkole, ileś tam wyjazdów w góry, ileś tam wyjazdów nad morze... Eh, długo by jeszcze wymieniać...

W zasadzie to chciałam Wam tylko napisać, że w związku z utrudnieniami technicznymi, mogę mieć u Was zaległości- nie mogę wchodzić na blogi zamknięte, pewnie ma to związek z brakiem dostępu do mojej skrzynki mailowej, także- Abby, Aniu, Anetko- nadrobię, nadrobię... Abby- ucałuj swojego dużego Chłopca z okazji urodzin i napisz jak adopcja świnki.

I tak sobie myślę, że w kontekście moich perypetii z laptopem, fakt, że ksiądz podniósł mi ciśnienie, podobnie jak mąż, wydaje się już taki, hmmm... Mało ekscytujący :p

Ps. Jak stary i wysłużony jest mój obecny laptop, niech świadczy fakt, że kiedy poprosiłam męża, żeby zgrał mi zdjęcia, okazało się, że ów sprzęt (i znowu muszę zacytować bez zrozumienia) "nie czyta tak dużych kart"... I podobno nie o faktyczną wielkość karty tu chodzi... No pisałam, że to jakiś bełkot jest!

22 komentarze:

  1. O matuchno, no to się narobilo. Ja to standardowo przy swoim jem, piję, śpię, kąpię się i umilam czas suszenia włosów dzieciom. To cud, że jeszcze żyje. Oby Twój został wskrzeszony bo czujesz wszystko na nowo zapisywać i ustawiać? A gdzie tu czas na kozaczki, plotki, no co ty i pudelka? To moje ulubione :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tez sie nie znam na kompach,to dla mnie czarna magia.... dobrze,ze mamy mezow co sie na tych ustrojstwach znaja... ps. tez jem przy kompach. a ostatnio mam rozkminy na temat drugiego ciecia cesarskiego,bo zaczynam zalowac,ze mialam jedno... jak sie czlowiek netu naczyta to mozna sie nakrecic:-) dobrze ze starszy laptop daje rade:-) buźki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ja lubie ten Twoj humor w pisaniu;-)
    Ja jak moj przedostani laptop sie zaczal psuc, mowilam wrecz czule do niego bo balam sie, ze obelga sprawi, ze laptop sie bedzie mscil hihi... no i dziad sie zepsul!
    Dziekujemy za zyczenia:-)
    Sarah zas od jutra bedzie z nami a ja sie boje :-P co by skubana dala noca spac i ogolnie byla ok...
    Swieta juz blisko oby Marcin sprawil Tobie nowe cacko...

    OdpowiedzUsuń
  4. O matulu czyli masakra piłą elektryczną :/

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze, ze jdenak jakos poradziliscie sobie chwilowo z komputerem- Twe milczenie jest nie do zniesienia, wole poczytac, zasmucic sie razem z Toba badz rozesmiac sie w glos :)))
    Ps. ja tez podgryzam przy kompie... jak Menzon nie widzi ;)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie powinnam się śmiać z cudzego nieszczęścia ale napisałaś to w tak zabawny sposób że nie można inaczej :}}. A swoją drogą jak my- baby jesteśmy przewidywalne, czasami też mi się zdarza dzwonić do mężusia że komp mi zdechł i słyszę retoryczne pytanie: "co jadłaś?". Oczywiście ściemniam że ja tylko kawusię...Kobietko niech Twój sprzęt szybciutko zmartwychwstanie :}}}

    OdpowiedzUsuń
  7. Marta, nikt nie potrafi tak jak Ty ubierać zdań w słowa! :)
    Czytałam i śmiałam się choć tak jak napisała Zolicha może nie powinnam :P
    Cudnie opisujesz! :D
    Co do lapka, łączę się w bólu! :)
    Ja mam to samo! Non stop siada mój sprzęcior! :P
    Nawet teraz po gruntownej naprawie coś mi tu się zawiesza i działa nie tak jak powinno.
    No i też jem...oj jem przy laptopie :P
    Czasem zaleję, czasem rodzynka albo orzeszek wpadną mi gdzieś między klawiaturę :P Masakra, a potem słucham od informatyka kazań :P
    Poza tym Marta Ty się nie rozczulaj nad tym swoim sprzętem tylko walnij go miotełką w prawo i w lewo, popraw ręką i bankowo wstanie tak szybko jak i padł! :D
    Buziaki Kochana!!!!:*

    OdpowiedzUsuń
  8. Wybacz, ale usmialam sie za wszystkie czasy z 'dziurawej brody' :)
    Ja laptopa srednio juz uzywam, bo mam nowa zabawke, ale wszystkie zdjecia sa na nim, wiec koniecznie musze poprosic Meza o ich zgranie.
    Mam nadzieje, ze uda sie szybko twojego laptopa reanimowac...

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja już od kilku lat zbieram się do zrobienia kopii zapasowej wszystkich fotek zalegających na lapku... Chyba mnie zmotywowałaś, kobieto z dziurawą brodą ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla wielu z nas najbliższy tydzień minie pewnie na zgrywaniu zawartości laptopów. W pracy robię to regularnie, no może w miarę regularnie. A w domu jak to w domu :) Ja staram się nie jeść przy komputerze (szczególnie od momentu, jak w pracy szefowa jadła dżem nad klawiaturę), ale herbatką się raczę. I wiem, że to się może kiedyś źle skończyć. Ale co z tego :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie straż. Mój laptop już od ślubu z nami żyje, ale pewnie trochę remontu by potrzebował, a że Menżu jest informatykiem również, to on czeka na swoją kolej ;D dysku juz mu brakuje, bo Zosi fotek jest tyyyle ;d

    Ale się cieszę, że udało mi sie zajrzeć, bo tekście "Lilka- przyznaj się- zjadłaś te wszystkie klawisze, których brakuje?! Od razu wiedziałam, że ta sobotnia sraczka, to nie ząbkowanie" sikam na podłodze i nic się nie liczy :D

    OdpowiedzUsuń
  12. czytałam Twój post dziś od rana i dopiero teraz skończyłam co chwilę coś co chwilkę ktoś!
    a ja pisałam u mnie i ostrzegałam że laptopy i dzieci tak maja nawet Ty mi napisałaś w komentarzu że tylko czekasz na powtórkę z rozrywki u siebie i ''wykrakałaś'' i zdjęcia o ...... normalnie fatum ale ważne że osobisty księciunio pomocny się okazał. Mi dziś nawaliła myszka a myślałam że ''kociokwiku '' ( nowe hasełko u nas na ulicy fajne nie:D) dostane. Wspieram i jednoczę się w bólach:*

    OdpowiedzUsuń
  13. Marta, jesteś bezcenna w swoich wypowiedziach! Oczywiście laptop, a raczej jego brak to jest problem i szczerze współczuję, ale Twój opis sytuacji jest jedyny w swoim rodzaju! UWIELBIAM!!! Buźka :*

    OdpowiedzUsuń
  14. A wszystko pewnie przez bajkę o Maszy i Kaszy :D( która króluje u nas od dwóch miesięcy, a myślałam, że nikt ze znajomych jej nie ogląda). Powrotu do zdrowia dla laptopa :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Wspòlczuje. Dobrze, ze mi przypomnialas zdjecia mialam zgrac z lapka na dysk, no malo miejsce juz mam!! Od kilku tygodni sie za to zabieram i zawsze cos..
    Uwielbiam twoje poczucie humoru Marta- jestes boska :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. No proszę Eliza naprawia ci laptopa w takim razie dryg do informatyki musi mieć w genach :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Mój stary laptop też tak miał. Był włączony.Ja poszłam coś robić i jak wróciłam do niego to tylko ciemność. I okazało się, że dysk główny czy coś. Naprawili, bo był na gwarancji, ale dwa tygodnie bez laptopa byłam. Jak go odzyskałam to już nie był ten sam laptop, grzał się, buczał, więc go sprzedałam. I ten, który mam teraz to mój drugi w życiu laptop. A mam go z jakieś 4 lata już. I chyba czas pomyśleć o nowym. Bo ten już też dwa razy był w naprawie.

    OdpowiedzUsuń
  18. No to się uśmiałam z Twojego wpisu. Masz dryg do pisania i z pozornie wyglądającej historii zrobisz cudo. Wiem, że Ciebie ta historia nie śmieszy i nie śmieszyła, ale Twój sposób pisania jest rewelacyjny. Marnujesz talent!:) Co do laptopa, to po katastrofie laptopa mojego męża, systematycznie zgrywamy zdjęcia na inny dysk. Mamy już nauczkę, więc teraz pilnujemy się i jesteśmy systematyczni:) Gorąco pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  19. hehe...ja to nawet kiedyś kawe wylałam na klawiaturę...a co..kto bogatemu zabroni :))...oczywiście ku przestrodze bo nie wystarczy takiej klawiatury wysłuszyć, hehe
    Kochana piszesz tak, że się herbatą krztuszę, :))

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja nie mam laptopa, piszę z telefonu ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Smialam sie przez calego posta, ale najbardziej chyba padlam ze stwierdzenia, ze przy nieco powazniejszych usterkach wolasz na pomoc Elize! ;) Czuje sie jak przedpotopowy dinosaur, bo juz z 10 lat temu szczeka mi opadala na widok tego, co potrafi z komputerem zrobic moj o 12 lat mlodszy kuzyn... ;)
    Ja tez naprawiam czesto usterki w moim "lapku" na zasadzie "ok, zresetujmy...". I tez przypisuje moim sprzetom ludzkie okreslenia, ale wiekszosc nie nadaje sie do publikacji na forum. :)
    Dobrze, ze masz tego "awaryjnego" laptopa! My, oprocz mojego sprzeciku, mamy jeszcze stacjonarny. Ale to Mac i chociaz jest juz u nas 3 lata, to za cholere nie moge sie w nim polapac...

    OdpowiedzUsuń
  22. Marta, świetny post, po prostu boki zrywałam podczas czytania. Wiem doskonale co oznacza padnięty laptop, bo ostatnio miałam wątpliwą przyjemność doświadczyć tego kilkakrotnie. I niestety, znaleźć tutaj dobrego informatyka graniczy chyba z cudem, mnie się w każdym razie nie udało. Modlę się tylko by lapek dożył grudnia, kiedy wyjeżdżamy do Polski, bo ceny sprzętu w Turcji są jak zwykle 2 razy droższe od naszych.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!