Mama2c

Mama2c

wtorek, 7 października 2014

Czy w domu może zginąć... kupa?

Zanim przejdę do pytania pomocniczego- bo pewnie odpowiedzi na to, zadane w tytule, nie znacie, parę słów do Czytelników:

Wszystkich wrażliwych, wszystkich tych, których wyobraźnia nie zawodzi, wreszcie- wszystkich tych, którzy są zdecydowanymi przeciwnikami tego, żeby ta, ta.., ta okropna kupa stała się temat przewodnim posta- uprzejmie proszę o dalsze nie czytanie.

A teraz, obiecane wcześniej, pytanie pomocnicze- to zależy w czyim domu rozgrywa się akcja z kupą w roli głównej.
U nas, okazuje się, że jak najbardziej, jak najbardziej...
Wiem, wiem- teraz pewnie raptem nikt nie będzie chętny na spotkanie w Szczecinie- ale spokojnie. Do tego czasu może ją znajdziemy. I oddamy właścicielowi :p Tyle, że- no właśnie- nie tylko nie wiadomo gdzie jest kupa. Znacznie bardziej zastanawiające jest to- czyja ona była?!

I mimo, że niczym mantrę, wbijamy dziewczynom do głowy, że zawsze mogą nam o wszystkim powiedzieć, że nawet najgorsza prawda, jest zawsze lepsza od kłamstwa- nikt się nie chce przyznać.

Jeśli doczytałyście do tego momentu, i dalej tu jesteście, uznaję, że mogę pisać dalej.
Tak, my mamy jesteśmy zahartowane w boju. Nie straszna nam żadna sraczka, ładnie nazywana biegunką, nie straszne nam zatwardzenie, które ma równie wdzięczne określenie- obstrukcja. I kto by pomyślał, że jak taki niemowlak się zaprze, to człowiek modli się, żeby taka obstrukcja przeszła, niczym o szóstkę w totka... Tiaaaa.... Nie straszne nam rzyganko o każdej porze dnia i nocy. Ja to nawet z sentymentem wspominam taki ulany "serek", kiedy dziewczyny były małe... Bo później, każdy "paw", to już doświadczenie iście egzystencjonalne... A już na pewno sprowadzające człowieka do parteru.

Wracając jednak do naszej kupy...
A więc to było tak:

Poniedziałkowy poranek... Eliza pierwszy raz od miesiąca nie ma rano dodatkowego angielskiego, bo pani zmieniła Jej dzień, w którym będą się teraz spotykały. Wydawałoby się więc, że szykowanie do szkoły, mamy zapewnione na większym luzie- ale nic bardziej mylnego. Bo wiadomo- jak człowiek ma więcej czasu, to... To się rozleniwia. A w przypadku Elizy, która z natury jest rozleniwiona do granic możliwości- dodatkowa godzina rano, to jak gwóźdź do mobilizacyjnej trumny. I tak się obijało to moje dziecko z kąta w kąt, a ja się w głębi serca cieszyłam się, że mamy tylko trzy pokoje, a nie wieeeeelki dom, bo jeszcze by mi się zgubiła przed tą szkołą. Oczywiście parę razy "lekko" poirytowało mnie Jej zachowanie, ale jak chyba w większości polskich domów, po wiadomości o śmierci Ani Przybylskiej, panowała atmosfera pod hasłem: Matka wyluzuj. I jeszcze: Są rzeczy ważne i ważniejsze. I nawet kiedy po raz milion pięćset trzydziesty ósmy Eliza oznajmiła mi z rykiem, że nie ma kluczyka, a na pewno wkładała go do plecaka, i ja ten kluczyk znalazłam w plecaku za pierwszym razem- zamiast wygłosić tyradę, tylko spojrzałam wymownie, a spojrzenie moje mówiło mniej więcej tyle: I widzisz, co byś beze mnie zrobiła? Wyrażając jednocześnie nadzieję, żeby mój czas na tym ziemskich padole, nie skończy się, zanim Eliza się nie ogarnie...  Bo wiedzieć musicie jedno- mogę to moje starsze dziecko nauczyć czytać, mogę Ją nauczyć pisać, liczyć, układać włosy... Mogę Jej zdradzić kod według, którego dobieram lakier do paznokci, mogę wiele rzeczy... Ale, cholera jasna, takiego życiowego ogarnięcia, za Chiny Ludowe, nauczyć Jej nie mogę!

No i tak się szykowałyśmy- trochę bez ładu i składu, bo noc miałam po trosze zarwaną i w ogóle jakaś taka wzruszona chodziłam, zerkając co chwilę na te moje dziewczyny, że przecież One wciąż takie małe, aż tu nagle: K... co to jest?! I zabijcie mnie- nie pamiętam, czy tylko tak pomyślałam, czy po prostu zapytałam na głos. W przedpokoju, w samym wejściu do jadalni- jakieś dziwne kleksy... No ok- nie dziwne- pierwsza moja myśl od razu była trafna- no kupsko jak nic! Eliza przybiegła, więc chyba jednak zapytałam na głos, po czym stwierdziła (rezolutnie jak zawsze): No jak to co? Wygląda na kupę. U mnie też to jest. No to idziemy komisyjnie do Jej pokoju- główny podejrzany, choć może niesłusznie, że tak od razu na Nią padło- w końcu pielucha na tyłku, to jeszcze nie powód, żeby tak ferwować wyroki, stoi przy szafie i grzebie w puzzlach. Kleksy- stwierdzam naocznie- są. Dokładnie takie same jak na przedpokoju. Co jednak zastanawiające- mimo obecności Lilki i domniemań, że zrobiła kupę, która potem jakimś cudem wydostała się z pieluchy- charakterystycznego zapachu, jak zawsze, kiedy Lilka "walnie klocka"- nie stwierdzam. No więc pytam podejrzaną, czy zrobiła kupę. Zaprzecza. Nie wierzę. Zawsze tak mówi, a potem znajdujemy w pieluszce niespodziankę. I Ona wtedy sobie zawsze przypomina, że jednak zrobiła, mówiąc: "Jes. Jes. Jes kupa. Nie same sisie". Także biorę delikwentkę do góry, wącham (tak, bycie mamą to praca w warunków szkodliwych) i... I kurna nic nie czuję. Przechodzimy więc do konkretów- kładę Bąka na łóżka i sru, pielucha na podłogę. Kupy brak. Śladów, że przed chwilą tam była- również. Czyli jej tam nie było w ogóle.
Hmmm....

No i tu dochodzimy do momentu, kiedy pomyślałam: Dziwne.
Kiedy natomiast odkryłam, że na kartonie od puzzli, którymi bawiła się Lilka, jest kupa, pomyślałam: Baaaardzo dziwne. A potem, z prędkością światła i desperacją, którą zrozumie tylko inna mama, rzuciłam się na poszukiwanie zaginionej kupy*. Nie, żeby to było znalezisko godne nagrody, i kto pierwszy, ten lepszy... Jednak każda mama wie, że kupa to taki "skarb", co do którego lepiej znać miejsce, w którym się znajduje. Inaczej jest jak tykająca bomba zegarowa.

Niestety- mimo, że szukałam pod szafą, w szafie, w puzzlach- jednych, drugich, piątych, dziesiątych, w drugiej szafie, pod łóżkiem, u świnek- nie ma. I do dziś się nie znalazła. Równie zastanawiający jest natomiast fakt, że Lila, która wypróżnia się codziennie- wczoraj kupy nie zrobiła... Przynajmniej nie do pieluchy...

No dobrze- która tam była chętna na kawkę ze mną? :) Pamiętajcie- w kupie raźniej!


A tam, o właśnie tam, chodzimy na pociągi!





* I żeby było jasne- to nie była kupa prosiaczków. Umówmy się- no może i im się zdarza, kiedy się zapomną i przywołują we wspomnieniach geny swoich wolnych przodków, rozpędzić po naszej metrowej klatce... I faktycznie- kiedy ta się kończy, biorą ostry zakręt, a wtedy- trociny, i inne elementy podłoża, wylatują z impetem z klatki. Ale świnki są z nami już miesiąc (!!!)- poznałabym ich kupki, które- jak nie trudno się domyśleć, trochę od naszych się różnią :)

22 komentarze:

  1. Kurcze. U nas już bez pieluchy, ale kupa nam się jeszcze nie zgubiła. Zawsze była walnięta gdzieś na środku - na szczęście :D A po kilku takich incydentach wolałam gatki ubrać :P No, ale na razie spokój. Mamy majtki, nocnik i tyle :) udanych poszukiwań!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas to się zdarzało jak pies był mały więc winowajca był, ale w tym przypadku jedynie mogę stwierdzić, że musiała jakoś wypaść bokiem z tego pampersa nie zachaczając w ogóle o niego, innej opcji nie ma, chyba, że macie zwierzaka o którym nie wiecie?

    OdpowiedzUsuń
  3. No mistrzostwo świata,ale się uśmiałam;)hmmm,trochę gówniana sprawa.Daj znać jak się znajdzie hehhe;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz , nie wiem czemu,ale pomyslalam,ze moze pies ma rozwolnienie :) tylko,ze Ty psa nie masz :D hahahahaha..... swinki? biegaly wolno po domu? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. hahaha :D Padłam i nie wstanę :D
    Jak Zuzol odzwyczajał się od pampera, to sikała gdzie popadnie, a niespodzianki typu kupa, zdarzały się rzadko :P ale jak już to winny był kot sąsiadów :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Hehe, takiego skarbu nie wypada nie znaleźć...

    OdpowiedzUsuń
  7. ja tam na kawę zawsze chętna nawet w kupie;D Ale w sumie to Lilka by musiała sama się rozebrać i z powrotem założyć tego pamka nie?? jest do tego zdolna??

    OdpowiedzUsuń
  8. o matko, leżę ze śmiechu;) Potrafisz poprawić humor na wieczór;))

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam Twoje pióro!!!

    Wiesz, też miałam kiedyś gównianą sprawę.

    Mamy szczeniaka w mieszkaniu. Psoci.
    Pewnego ranka posprzątałam mieskznaie na błysk, mąż był w pracy, wyszłam z dzieckiem na spacer. Po powrocie do domu (gdzie przed wyjściem umyłam podłogę na błysk), zobaczyłam na środku przedpokoju na płytkach trzy brązowe plamy, jakby coś spadło i się rozlało. Od razu zwaliłam winę na psa i pomyslalam sobie, że jak on mi tu kawę wylał? Cuda wianki! I zdziwiona wzięłam mopa, zmyłam plany, nie doszukałam się żadnych inncyh dziwnych znaków. Po kilku godzinach otwieram dzrzwi do garderoby (tylko z nazwy), gdzie trzymamy różne rzeczy. Między innymi i skrzynki w których mąż przynosi z działki warzywa. Na ziemi leżał bakłażan. Chciałam go podnieść, ale nagle zastanowiło mnie "A co ten bakłażan się tak na mnie patrzy?"
    Okazało się, że jaskółka wleciała nam przez otwarte okno i udawała bakłazana :D
    I to ona była sprawcą "rozlanej kawy". Tak więc nam się problem kupy rozwiązał :)

    U Ciebie to na prawdę dziwny przypadek, ciekawe czy rozwiążesz zagadkę :D

    P>S> Twoje córeczki są urocze!

    OdpowiedzUsuń
  10. No jak zwykle wszystko ma Lilcię. Ona to ma ciężkie życie z Wami.

    OdpowiedzUsuń
  11. U mnie przy taaakich wydarzeniach zawsze winna była Starsza nawet jeśli jej w domu nie było :}}}. Moja Młodsza tajnie próbowała przesuwać pampersa, robiła swoje i twierdziła że to nie jej sprawka - może u Ciebie było podobni

    OdpowiedzUsuń
  12. Haha Tajemnica Zaginionej Kupy...Temat godny Agaty Christie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ha ha :D Miałam podobną sytuację ostatnio a nawet dwie... Kupy znalazłam... Jedna była w normalnej formie i dało się szybko sprzątnąć. Druga... niekoniecznie. Starsza córka w przypływie miłosierdzia chciała pomóc matce i postanowiła posprzątać oO Musiałam prać dywan i cały pokój wietrzyć. Na koniec spryskałam dywan odświeżaczem i resztę dnia unikałam pokoju. Na szczęście zapach zniknął.

    OdpowiedzUsuń
  14. haha, ciekawa historia :) do rozwiązania zagadki przydałby Ci się Hercules Poirot :D daj znać, gdyby zguba się znalazła :D

    OdpowiedzUsuń
  15. No takich cudów to u mnie jeszcze nie ma, ale pewnie już niebawem, ku mojej rozpaczy :-( Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ha... ha. To takie to uroki macierzyństwa :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Matka jestem i nic co matczyne nie jest mi obce. Nawet (a moze raczej szczegolnie) kupa. Ogladam w koncu minimum jedna dziennie... ;)

    A sprawdzilas obuwie wszystkich czlonkow rodziny? Bo my czesto mamy takie niespodzianki na podeszwach, przyniesione z ogorodu, a wyprodukowane przez naszego psiaka... ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Omal sie nie posikalam ze smiechu :-P czytajac ;-)))

    Lubie Cie wiesz:)

    OdpowiedzUsuń
  19. Popłakałam się ze śmiechu! :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!