Mama2c

Mama2c

czwartek, 16 października 2014

Nie samą dynią... czyli jak gotowałam zupę grzybową + przepis na curry... dyniowe :)

Hmm, od czego by tu zacząć? Bo wyjątkowo pasuje mi tu dziś to słynne: Na początku był chaos...
W każdym razie, z grzybową, było u mnie tak jak z rosołem- totalny chaos. Pewnie nikogo to nie interesuje, ale czuję silną potrzebę wyrzucenia tego z siebie- nigdy za rosołem nie przepadałam. Traumy z nim związanej też nie mam, bo mama pomna tego, jak "ulała" mi się pomidorówka, której też za bardzo nie chciałam jeść, przy rosole już się tak nie upierała. Mimo to, kwestia rosołu, gdzieś tam przez całe dzieciństwo (i nie tylko) mi towarzyszyła. Może dlatego, że co niedzielę, jak w każdej porządnej rodzinie (mam nadzieję, że czujecie tą ironię) rosół musiał być. Podobnie jak w każdy drugi dzień świąt i z okazji przyjazdu gości również... I nawet nie przez to pamiętam ten rosół tak dobrze. O wiele bardziej zapadające w pamięć okazało się, mówiąc językiem współczesnym, a opisując tamte mamino-babcine emocje: obsranie związane z jego gotowaniem. No brzydko trochę- wiem, ale to najwłaściwsze określenie tego, co przy gotowaniu rosołu zazwyczaj się działo. Ludzie, ile ja się tego nasłuchałam... Bo przecież mięso musiało być dobrej jakości, najlepiej kilka rodzajów... Potem doszukiwanie się "oczek"... No i te czary mary związane choćby z przypalaniem cebuli na gazie... Wszystko to, spowodowało u mnie głębokie przekonanie, że ugotować dobry rosół, to jest naprawdę wyższa szkoła jazdy. I pewnie mówione przez moją mamę z tak dobrze wyczuwaną nutką nostalgii i nadziei, że może jednak ktoś zaprzeczy: "Takiego rosołu jak babcia, to ja ugotować nie potrafię.", nie miało tu nic do rzeczy... No więc postanowiłam, że rosół to nie moja bajka. I już!

I teraz robimy hoooooop do prawie teraźniejszości, a dokładnie do czasów, kiedy poznałam Księciunia. Umówmy się- droga de serca mężczyzny wcale nie prowadzi przez żołądek. Ja tam miałam zupełnie inne sposoby i szlaki :) Ale, ale... Do serca mężczyzny może i nie, ale do męża- już jak najbardziej tak. I o ile jeszcze na początku, mogłam Marcinowi wmówić, że tak naprawdę to Mu się wydawało, i to na co ma ochotę, to kebab popijany zimnym piwkiem, o tyle z czasem było już coraz trudniej. No bo co zrobić z chłopem, który przy każdym zaproszeniu na wesele cieszył się jak dziecko, bo: "Będzie rosół"- nie od dziś przecież wiadomo, że na polskich weselach zawsze jest rosół. I nie ironizuję- na naszym też był :p Teraz to bym pewnie zaserwowała gościom kwaśnicę, albo karaibską zupę dyniową, ale trzeba pamiętać, że to było ponad 9lat temu... W każdym razie- podwinęłam rękawy i rosół ugotowałam. Dziękując w myślach, że nie jestem żoną na polskiej wsi ileś tam lat wstecz i nie muszę skubać z piór jeszcze ciepłej kury... Rosół, jak już kiedyś chyba pisałam, okazał się nie taki straszny jak go malują, i teraz to jedna z moich popisowych zup...

Jeśli zaś chodzi o grzybową, to tu żadnych wspomnień i dorabianej ideologii nie będzie- zupa jak zupa, mama czasem ugotowała, do moich ulubionych również nie należała. I pewnie temat grzybowej w ogóle by w moim życiu nie powrócił, bo mieszkanie na swoim, ma ten plus (oczywiście jeden z wieeeeeeelu), że od 9lat gotuję co chcę. No powiedzmy... Uwzględniając preferencje żywieniowe najpierw jednej, a teraz drugiej córki. I tak między nami mówiąc, to, żeby ugotować to, na co mamy z Księciuniem ochotę, muszę stworzyć oddzielne danie... No ale dziwactwa kulinarne naszych dziewczyn, zostawiamy dziś w spokoju. Wracając zaś do grzybowej... Bo widzicie- z żonami to jest taki problem, że generalnie same nie wiedzą czego chcą. I tak na przykład- chciałyby, żeby mężczyzna Ich życia miał jakąś pasję. No i powiedzmy, że ma- wędkarstwo. No i się zaczyna- a to za często na te ryby jeździ, a to wraca w stanie mocno wskazującym, a to za dużo złowił... Z moją mamą jest tak samo. Jak Jej się chciało sosu grzybowego, to wzdychała: "Mógłby stary na grzyby jechać"... Swoją drogą- jak ja nie lubię tego określenia na współmałżonka: stary/stara- MASAKRA! Nawet jeśli chodzi o mojego ojca... W każdym razie, nawet w kiepskim małżeństwie, przy takim stażu, to już jakaś telepatia i tak chyba działa, bo ojciec na grzyby pojechał. Nie raz, nie dwa... I kiedy zajechaliśmy do rodziców w niedzielę, po Bartoszewie, faktycznie- w kuchni- same grzyby... W wiadrze, wiaderku, na sznurku, w słoikach, w garnkach... Swoją drogą, to się zastanawiam- tragarza ten ojciec wziął ze sobą? Fizycznie ciężko taką ilość byłoby przynieść do domu samemu... Jak na porządną żonę przystało, mama przywitała mnie słowami: "Zabieraj trochę tych grzybów, bo zobacz, ile ten wariat nazbierał". No to zabrałam :) Bo ja tam generalnie mamy nadal się słucham, poza tym- jako rocznik 81, byłam wychowywana w duchu, że jak dają, to trzeba brać.


Najpierw miałam zamiar je zamrozić, bo pokazywałam Wam ostatnio taką jedną potrawkę z grzybów i dyni, ale kiedy po otwarciu każdej jednej z trzech komór zamrażarki, moim oczom ukazywały się zamrożone truskawki, to zwątpiłam... Gdzieś tam jeden, albo dwa pojemniki upchnę, no ale nie tyle, ile miałam zamiar... Trzeba więc było grzyby zużywać na bieżąco. Jako, że połączenie grzybów i dyni mieliśmy całkiem niedawno, trzeba było wymyślić coś innego. I tak padło na grzybową, której, jak już wspomniałam- wcześniej nigdy nie gotowałam...

Pomyślałam, że skoro mama mnie tak hojnie obdarowała, to niech teraz znosi moje sto pytań o..., bo ja już tak mam, że jak robię coś pierwszy raz, to zapytam nawet o to, czy olej ma być rzepakowy, i czy tłoczony na zimno, i czy marchewka ma być pokrojona w talarki, czy w kostkę... Po fakcie stwierdzam, że moja mama była w błędzie sądząc, że nie nadaje się na nauczycielkę i tym samym nie podtrzymała rodzinnych tradycji- ma kobieta anielską cierpliwość... Najciekawsze jest to, że grzybowa, za którą nie szalałam w dzieciństwie, wyszła mi tak dobra, że zjadłam dwa wielkie talerze... Smaki jednak się zmieniają.




Osobiście, mam nadzieję, że moja ochota na dynię szybko nie minie, i że smakiem, choćby tego dyniowego curry, będę się jeszcze długo cieszyć. Kasia prosiła o przepis, więc oto i on:

Potrzebujemy:
* mięso: do wyboru: pierś z kurczaka, wyfiletowane udka, mięso z indyka, schab
* 2-3 cebule
* 1-2 marchewki
* kawałek dyni
* mleczko kokosowe
* szklanka bulionu warzywnego
* pasta curry (jeśli nie macie, może być też przyprawa w proszku)
* świeży imbir- jeśli nie macie- jak wyżej
* świeża papryczka chilli (też może być w proszku)
* 1-2 ząbki czosnku
* limonka- skórka i sok
* spora szczypta brązowego cukru/płaska łyżeczka miodu

Zaczynam od pokrojenia mięsa w paski, posiekania papryczki chilli (pamiętajcie, że w tych dostępnych w marketach najczęściej cała ostrość kryje się pestkach- i to jest raczej przeżycie na naprawdę wyjątkowo wytrzymałe podniebienia), przeciśnięcia przez praskę czosnku i starcia na tarce (drobne oczka) kawałka imbiru (ok.2cm) Wrzucam wszystko razem do miski, wyciskam sok z połowy limonki, i marynuję około kilku godzin.



O ile mam oczywiście czas, bo jeśli nie, to od razu rozgrzewam na patelni niewielką ilość oleju, i wrzucam mięsko. Kiedy się przyrumieni, dodaję pokrojoną w piórka cebulkę i marchewkę.




Smażę to wszystko razem dłuższą chwilę, po czym zalewam szklanką bulionu. Dynia gotuje się dość szybko, dlatego dodaję ją w momencie, kiedy marchewka jest prawie miękka. Zaraz potem wlewam mleczko kokosowe, dodaję pastę curry (w zależności ile lubicie), wyciskam sok z drugiej połówki limonki i dodaję cukier brązowy.



I właściwie curry mamy gotowe :) Kiedy dynia zmięknie, posypuję obficie natką pietruszki. W oryginalnym przepisie powinniście dodać zamiast pietruszki, natkę kolendry, ale umówmy się- ja na osiedlu jej nie dostanę :)




Nie podaję źródła, bo ten przepis, to wypadkowa kilku różnych przepisów, w tym i któregoś na jedną z dyniowych zup :)

A wszystkie zaległości blogowe i odpowiedzi na komentarze, nadrobię jutro, bo dziś ta cała technika zaśmiała mi się w twarz, kiedy na chwilę przed Lilki drzemką, dostałam od męża wiadomość, że awaria netu, to nie jest jakaś tam zwykła awaria, tylko grubsza sprawa, bo "trafiony" został główny światłowód. I nie. nie- "główny światłowód" to nadal brzmi, jak matematyka po chińsku, ale, że grubsza sprawa oznacza parę ładnych godzin bez netu, to akurat nie sztuka zrozumieć :)

33 komentarze:

  1. I jak ja mam się odchudzać jak tu tyle pyszności!? :D
    Powiedz, że to nie tuczy :)
    Pyyyyszności! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja za zupą grzybową to tak średnio przepadam, tzn ja ogólnie boje się leśnych grzybów, wieć tyle co u mamy to zjadam coś z nich robione :-) ale twoja zupka wygląda pysznie, a i jeszcze jedno jesteśmy widzę z tego samego rocznika :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, to dobry rocznik jest :)
      Ja grzybki to tylko ze sprawdzonych źródeł przyjmuję, bo sama aż tak się nie znam, żeby weryfikować ich przeznaczenie.

      Usuń
  3. Pyszne, szkoda, że mi dynia nie smakuje. Za to grzybki uwielbiam we wszystkich postaciach. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdy dynię lubi. Powiedziałabym nawet, że sporo ludzi Jej nie lubi :)
      A z grzybami mam tak samo :)

      Usuń
  4. Slinka mi leci... musze uwazac zeby nie obslinic monitora ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moj maz uwielbia grzyby i zupe grzybowa-zawsze co roku musi byc obowiazkowo dla niego. Ja tak średnio lubie- zjem, ale bez szału ;-) Odkad tatus zabral Syna 2razy do lasu na grzyby teraz Junior stale marudzi i dopytuje "kiedy na gziby?" ;-) wiec bedzie mial hobby po tacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Wigilie co roku mialo byc ;-)

      Usuń
    2. To fajnie. Mój Marcin do lasu to tylko na spacer. Marny z Niego grzybiarz.

      Usuń
  6. Uwielbiam grzybowa i wszystko z grzybami. I zbieranie grzybów też lubię :) a "stary/stara" to faktycznie masakra. Ale to chyba odchodzi z tamtym pokoleniem -na szczęście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, przypomniało mi się jeszcze coś apropos rosołu :) pierwsza wizyta mojego teścia u moich rodziców, mama przygotowala popisowy obiad z oczywiście rosołem na czele. Wszyscy w skupieniu obserwują reakcję tescia na te obce dania. Mama nerwowa jak przed egzaminem. Rosół podano do stolu. Na to teść zagląda w talerz i wykrzykuje z entuzjazmem "o, zupa makaranowa! " po czym łapie ochoczo za widelec i wybiera z zupy makaron. Kurtyna.

      Usuń
    2. Haha... No to się teściu popisał :) A co Im z dań polskich smakowało najbardziej?

      Tak, to prawda- nasze pokolenie już tak nie mówi. I całe szczęście. Dziwi mnie moja mama, bo to inteligentna, wykształcona kobieta i strasznie mnie razi, kiedy słyszę tego "starego" z Jej ust...
      Ja też bardzo lubię na grzyby chodzić, ale nie mam z kim.

      Usuń
  7. Wygląda apetycznie, ale na zupę grzybową to i tak wolę do mamy podjechać ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jedno wiem - od jutra nie zaglądam na Twojego bloga w godzinach wieczornych, bo zaraz robię się głodna. Zjadłabym taką grzybową, Mężuś też. Ja też całkiem niedawno nauczyłam się warzyć rosół. Mojej Mamie nie za bardzo wychodził. Najlepszy gotowała babcia ze strony taty. Nieskromnie napiszę, że mi wychodzi równie smaczny. Za tydzień gotuję na imprezę rodzinną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale w takich chwilach skromność nie jest wskazana! Każdy z nas ma swoje dania popisowe :)

      Usuń
  9. :D ja tez rosołek to z tą cebulką podpaloną o ogniu pycha Przemek może jeść cały tydzień tylko z makaronem:D
    a co do grzybówki to ja też lubię i to bardzo ale u nas tylko na specjalne okazje i wigilię bo mało mamy tego towaru niestety:( i trzeba się nagimnastykowac żeby na wigilię udało się zrobić z prawdziwych grzybków niestety:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, to musisz u nas na grzyby pójść :) Eliza rosół może jeść i trzy raz dziennie :)

      Usuń
    2. grzybów to ja się boje zbierać bo w ząb się nie znam na nich i same muchomory bym nazbierała zapewne:):X

      Usuń
  10. A ja uwielbiam rosół jako jeden z niewielu zup (chociaż niektórzy twierdzą, ze to nie jest zupa) :D Twoja grzybową również bym zjadła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eliza rosół uwielbia, a Lila powoli idzie w Jej ślady :)

      Usuń
  11. :) u nas znowu dzis dyniowa... wszystko Twoja wina ;)))
    ale z ochota bym grzybki przyjela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A u mnie dziś dyniowa :) I kolejne grzybki, bo też przyjęłam od kogoś :)

      Usuń
  12. Ejj, ja sobie wypraszam. Ja zawsze cebulę do rosołu nad gazem przypalam. A rosół robię (rozgląda się, czy nikt nie patrzy) lepszy niż moja babcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha :) Oj tam, oj tam- babcia na pewno jest z Ciebie dumna!

      Usuń
  13. Ja za rosołem jako dziecko nie przepadałam . Był co niedziele i zawsze KAZALI mi go jesc . Tłustą wodę spod kury . Fuuuj !

    A dzis ? Dziś dla mnie w niedziele tylko rosołek . Uwielbiam ! I lubię jak mi pachnie w domu rosołem ( teraz rzadko )
    Za to grzybową jadam tylko raz w roku . W wigilię . I...nigdy nie gotowałam :-(
    Jestem ślepa na kazdego grzyba . Potrafie zdeptać a nie zauważyć ! A na dodatek kompletnie sie na nich nie znam . Za to mój Tata to grzybiarz . I to taki , który sie dzieli gotowymi produktami :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ja też lubię ten zapach :) Jest w nim coś takiego... Hmmm, domowego?

      U nas w wigilię to zupka grzybowa z suszonych grzybów- moja mama gotuje ją pyszną. Mój ojciec też grzybiarz, ale On tylko nazbiera i dalej już nic z nimi nie zrobi.

      Usuń
  14. Grzybowa mmm :)
    W tym roku nazbieralam tyle grzybów, że mam zapas szuszonych na 3 lata, a mrożonych tyle, ze wielka zamrażarka nie daje prawie im rady, a ile zjedliśmy ich świeżych tej jesieni :D Twoja zupka wygląda smakowicie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ula. Już mi się przejadła, bo ze trzy razy gotowałam pod rząd :) U mnie tak było z truskawkami- też ledwo je upychałam :)

      Usuń
  15. Odpowiedzi
    1. Sama głodnieję, kiedy patrzę na te fotki :)

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!