Mama2c

Mama2c

środa, 8 października 2014

Trochę (jednak) nie kumam...

Nie lubię zbiorowych histerii.
Śmierć papieża- Polaka.
Smoleńsk.
Śmierć Hanki Mostowiak. (Moje dzieci do dzisiaj mają kategoryczny nakaz omijania wszelkich kartonów.)
I najświeższa- odejście Ani Przybylskiej.
Jednak znacznie bardziej, nie znoszę tych wszystkich deklaracji, które padają po takich wydarzeniach...
Ja co prawda unikania kartonów się trzymam, no ale to się nie liczy.

Naprawdę długo zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać temat śmierci Ani, tu na blogu. Zdecydowanie bardziej wolę jednak pisać o tych kupkach i moich macierzyńskich potknięciach, czasem (ale to rzadziej) o sukcesach wychowawczych...

Nie chciałam, żeby wyglądało to tak, że to śmierć Ani, otworzyła mi oczy na to, że co dzień zbyt młodo, zbyt wcześnie umierają mamy, partnerki, córki... Nie, nie potrzebowałam tej akurat śmierci, żeby to wiedzieć. Pisałam zresztą o tym kiedyś na blogu, zdaje się, że bliżej jego początków, jak dwie z moich szkolnych koleżanek straciły swoje mamy. Też zbyt wcześnie... I też przyczyną był nowotwór.

Dziś jednak chciałam o czymś innym...
Co wejdę na fejsa- ten sam fragment wywiadu z Anią Przybylską, cytowany przez coraz to nowe osoby... Dziś rano- przez moją ciocię. Lat 50+.
I tak się zastanawiam- naprawdę? Naprawdę musiała umrzeć celebrytka (z całym szacunkiem i szczerą sympatią do Ani), która kiedyś wypowiedziała te (jakże mądre) słowa, żeby teraz raptem do wszystkich to dotarło?! Przede wszystkim- nie Ona pierwsza zwracała na to uwagę, po drugie- ja wiem, że my Polacy generalnie mamy w genach to poczucie, że jest źle, do bani, w ogóle chujowo, ale naprawdę, trzeba takich chwil, żeby dotarło, że warto cieszyć się z małych rzeczy? Żeby docenić, to co wokół- niekoniecznie wielkie i drogie? Że najważniejsze jest zdrowie, rodzina, te małe codzienne drobiazgi...?

Pewnie, że nie budzę się co rano i nie wypowiadam na głos, jak bardzo się cieszę, że mogę sama wstać z łóżka, że bez problemu mogę iść oddać mocz, że za chwilę zrobię śniadanie- sama. I sama je zjem, nie karmiona przez nikogo. Nie krzyczę z zachwytu nad każdym kwiatkiem i pożółkłym liściem. Wystarczy, że namiętnie je fotografuję :) Nie oznajmiam moim rozmówcom co 5minut, że życie jest piękne. Nie płaczę ze wzruszenia przy każdej filiżance kawy- jaka ona dobra, a jaka aromatyczna, i taka gorąca, a ta filiżanka, to w ogóle- taka piękna, taka biała, taka... wyszczerbiona. Upss... Ale to przecież tak artystycznie.
To wszystko jest we mnie.
Nawet jeśli czasem zdarza mi się narzekać.
Nawet jeśli czasem mam gorszy dzień.
Pamiętam o tym. Pielęgnuję w sobie te umiejętności. Bo tak- to jest ważne, żeby cieszyć się pierdołami.
Czyjś zgon nie musi mi o tym przypominać.
Czuję się więc dziś wybrana.
Okazuje się, że prawie 80% moich znajomych dotąd tego nie wiedziało!
Chciałoby się więc wykrzyknąć: Aniu! Twoja śmierć nie poszła na marne.
Tyle, że ironia, to nie jest narzędzie zrozumiałe dla każdego.

Tak samo te deklaracje, żeby żyć tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim... Momentami jestem zdumiona tym, jak ludzie to rozumieją... Ok- jasne, że jeśli wiedziałabym, że na bank jutro umrę, to w dupie miałabym sortowanie prania, zadumę nad tym, jaką zupę dziś ugotować, skoro wczoraj był barszcz czerwony, a przedwczoraj rosół, nie leciałabym na złamanie karku do autobusu, nie wkurwiałbym się, że kierowca- cham zamknął mi drzwi przed nosem...
Ale...
Nie wiem tego: kiedy? Nie mogę więc, w sensie dosłownym, żyć tak, jakby każdy jeden dzień miał być ostatnim. Pomijając fakt, że pranie pewnie wychodziłoby już balkonem, codziennie jedlibyśmy pizzę z mojej ulubionej pizzerii, Eliza nie chodziłaby do szkoły (bo po co, skoro może spędzić ostatni dzień z mamą ?), to pewnie tonęlibyśmy też przy okazji w długach, bo jasne, że tego ostatniego dnia, wolałabym, żeby nasz jedyny żywiciel rodziny, był wtedy ze mną, a nie w pracy. No same sobie odpowiedzcie- gdzie sens i logika. I Ania też, pewnie nie to miała na myśli, kiedy mówiła, że teraz żyje tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim...


A jeśli jeszcze raz zobaczę u kogoś ten "wirtualny znicz ku pamięci Ani Przybylskiej", albo "na zawsze w naszych sercach" to naprawdę- stracę wiarę w ludzi. Absolutnie nie zamierzam uprawiać tutaj blogowego kwestowania, wydaje mi się jednak, że znacznie więcej pożytku przyniosłaby nawet symboliczna wpłata na hospicjum, które było bliskie Ani, niż te wielkie, publiczne deklaracje... One nie są potrzebne ani zmarłej, ani Jej rodzinie... Naprawdę. To chyba my- ludzie, lubimy tak się obnosić z naszym żalem, współczuciem... I to nam ma być chyba przez to lepiej. Bo innego, głębszego sensu w tym nie widzę. Chyba, że on jest, to mnie uświadomcie...

A to moje osobiste "pochylenie się" nad pięknem tego świata...










13 komentarzy:

  1. Madrze prawisz.i to zbieranie lajkow podbannerami z jej wypowiedziami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluje!! prawdziwie napisane- zgadzam sie, mam bardzo podobne przemyslenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapytasz ludzi którzy tak bardzo , nie wiem jakiego słowa użyć- ale chyba obnoszą z cierpieniem po śmierci Ani w jakim filmie grała, - nie mają pojęcia.
    Do tego tragicznego dnia byli tacy którzy nie wiedzieli kto to jest - Ania Przybylska- teraz wszyscy wszystko o niej wiedzą. Smutne to jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, podpisuję się pod słowami Zolichy.
      Przykre to. Nie lubię robienia szumu, zwłaszcza w takich sytuacjach :(

      Usuń
  4. popieram!!!!! Dokładnie ujęłaś to wszystko o czym myślałam ostatnio:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Egh..a mnie to ziebi..niech ludzie robia co tam sobie chca...

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzeba cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą. Ale też brać odpowiedzialność za to, co będzie jutro, za swoje życie i szczęście.
    PS. Czasem dobrze nie mieć konta na FB

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietnie to ujelas Martus! Jestem pesymistka z natury oraz umilowania, ale jednak wiem, ze zycie na tym padole jest krotkie i powinnam cieszyc sie codziennymi drobiazgami... I staram sie, naprawde, tyle ze na codzien usposobienie zrzedy wygrywa. :) Ale zyc jak gdyby kazdy dzien mial byc ostatnim? To taka sama rada, jak ta dawna mlodym matkom: spij, kiedy dziecko spi. Ladnie-pieknie, ale na dluzsza mete ciezko bedzie przezyc w nagromadzonym syfie, jesc cos trzeba, no i pracowac tez, bo ZA COS trzeba z tego zycia korzystac, nie? ;)

    Chociaz przyznaje, ze pod wplywem rozmyslan o Annie, przyszlo mi do glowy, zeby "ruszyc" oszczednosci i pojechac jednak na te wymarzone wakacje w tropiki, bo kto wie ile mi jeszcze czasu zostalo. ;) Moj do bolu pragmatyczny umysl, pogonil jednak ta mysl szybciej niz sie pojawila... :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda osoby, że zmarła tak młodo, ale szkoda mi także wielu innych, których nie znałam i którzy umarli i na tym kończy się moje ubolewanie, mogę cierpieć i wylewać smutki za osoby, które kochałam i które były mi bliskie, ale one pewnie nikogo oprócz mnie i małego grona bliskich ochodzić nie bedą...

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteś moją siostrą, wiesz? :)
    Mimo wszystko zdarza mi się (na prawdę!) wstawać z myślami "dziękuję za to co mam", choć wiem, że to jest tylko sortowanie prania :)
    I tak, też bym mojego faceta nie puściła do pracy, gdyby.. Ale kto ma taką wiedzę?!!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też zamieściłam posta u siebie na blogu, ale nie bynajmniej żeby ktoś mnie lajkował. A co do tych wpisów to masz rację. Gdzieś tam nawet wyczytałam, że Edyta Górniak się wypowiedziała. Odszukałam jej wypowiedź, a okazało się, że nawet Ani P. nie znała.
    Ja tam ciągle narzekam. Ale w głębi serca to się cieszę. Zresztą widać po moich wpisach. Nawet z głupiej dziury w stawie się cieszę.

    OdpowiedzUsuń
  11. No akurat emocje podczas odchodzenia JPII były zrozumiałe, bo on był bliski wszystkim. Zdziwiłabym się, gdyby nikogo to nie obeszło. Podobnie po katastrofie smoleńskiej.
    A tutaj chyba kwestia tego, że Ania kojarzyła się jakoś pozytywnie, no i że zawsze to smutne, kiedy ktoś odchodzi zostawiając małe dzieci. Nawet tym, którzy na co dzień sobie zagłuszają uczucia, coś musi drgnąć na wieść o takich rzeczach. I stąd te zbiorówki chyba.
    Ja też się staram celebrować każdy dzień i cytatów Ani do tego nie potrzebuję. No ale może komuś były potrzebne - chyba lepiej teraz choć trochę przejrzeć na oczy, niż wcale. Tak myślę ;)
    Aha zdjęcia pięęęęęękneeeeeeeee! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. A mi zdarza się dość często dziękować Bogu za to co mam - akurat jestem osobą wierzącą. zwłaszcza jak patrzę na mojego śpiącego syna wieczorami...czasami jak coś mnie wkurza (bo poszło nie tak, bo miało być wczoraj a będzie jutro, bo zjadłam kolejnego cukierka albo drożdżówkę a nie powinnam) i zaczynam traktować te sprawy jak "problemy", to odwracam myśli i mówię sobie, że przecież mam tak wiele - kochającego męża, zdrowe dziecko, dach nad głową i pracę. od razu te błahostki przestają dla mnie istnieć:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!