Mama2c

Mama2c

niedziela, 30 listopada 2014

Spieszę donieść...

W zasadzie, to w kolejnym poście, miałam zamiar pociągnąć dalej temat diety i odchudzania. Po pierwsze- niesamowicie się przy nim ożywiacie. Momentami, czytając komentarze, mam wrażenie, że patrzę na pisemną wersję Oprah Winfrey... Ośmiela Was pewnie mój ekshibicjonizm :) Oczywiście w tej materii, bo generalnie to skryte ze mnie dziecko :p Po drugie- jesteście najlepszą grupą wsparcia, jaką kiedykolwiek miałam. Serio. Co prawda, czasami kiełkuje mi w głowie myśl, że jakby tak doszło do spotkania na żywo, to pewnie większość z Was okazałaby się laskami jak..., hmm no jak kto...? A niech będą modelki z kalendarza Pirelli... Tylko ja jedna- mała, gruba, z okularami i bez nadziei na karierę w modelingu- nawet tym size plus... I wreszcie- po trzecie- jestem tuż o krok od odkrycia, kto i co przeszkadza mi schudnąć, także oczekujcie TEGO postu.

Pytałyście w komentarzach co u dzieci, świnek... Nikt nie pyta co u mnie, dziwneeeee. Ja tam się jednak nie zrażam- i tak Wam napiszę. Innym razem :)

Długo wahałam się, od której watahy zacząć, ale, że ja tylko poza skrajnymi sytuacjami, kiedy jestem naczelną pesymistką blogosfery, generalnie jestem (prawie) optymistką, i z ręką na sercu- oczyma wyobraźni, widzę tu kiedyś drugą Amerykę, to zaczynam od dzieci... Co ma piernik do wiatraka- zapytacie. A, że powszechnie wiadomo- kto pyta nie błądzi- to już Wam wyjaśniam.

Tak naprawdę, to chciałam zacząć od naszych czworonożnych pupili, bo przecież dziewczynki i tak blokują większość czasu antenowego, ale... Jak wiadomo- Ameryka słynie*, między innymi, z kuriozalnych procesów sądowych, a że ja zapobiegliwa jestem bardzo, dlatego nie chciałabym kiedyś, za lat- powiedzmy 30, stanąć na wokandzie, oskarżona o to, że zawsze świnki były dla mnie na pierwszym miejscu, przez co moje dzieci miały niskie poczucie własnej wartości, a to z kolei generowało życiowe niepowodzenia i tak dalej, i tak dalej... Czujecie ten klimat? Ja doskonale...

Także- rozumiecie już? Teraz muszę jeszcze tylko wybrać dziecko, od którego zacznę (bo to też w przyszłości może okazać się istotne), a że niestety, z bólem serca muszę przyznać, że to ku Elizie skłaniam się, jako tej, która byłaby zdolna wytoczyć starej matce taki proces, no to i od Niej rozpocznę swój wywód:

Eliza, lat 8 i prawie 3miesiące. Dziecko, które już teraz zna odpowiedź na "mieć, czy być". Eliza wie, że zdecydowanie "mieć", bo jak się ma, to się jest... Nie wiem- może teraz tego w szkole uczą, bo ja Jej takiej filozofii nie wpoiłam :) Chociaż nie powiem- idealistką już dawno nie jestem, i wiem doskonale, że nie da się "być" bez "mieć".  Ten temat rozwinę jednak przy wpisie dotyczącym zbierania karmy dla psów i kotów u Elizy w szkole... Zaintrygowane? :)

Elizą, szczerze powiedziawszy, jestem momentami załamana, bo Jej filozofia życiowa, hmmm, znacząco odbiega od naszej. Tak, ja wiem, że dziecko wcale nie musi być naszą wierną kopią, i kto wie- może nawet kiedyś jeździć po świecie i palić wszystkie brzozy, co by więcej katastrof lotniczych nie było, ale  żeby aż tak bardzo się od nas różniła?! Momentami, aż się wierzyć nie chce...

Echo andrzejkowych wróżb...


Poza chwilami, kiedy walę głową w mur, rzucam grochem o ścianę, i takie tam inne, jest hmm... całkiem zabawnie. Bo Eliza, tak jak my (jest, jest- jakiś wspólny mianownik), lubi się śmiać. Ostatnio, pół dnia, chichrałyśmy się z wróżb andrzejkowych, które dzieciaki robiły w szkole.
Co jeszcze? Eliza w Mikołajki ma egzamin na pomarańczowy pas, i tylko patrzeć, jak zacznie w domu odgrywać mi sceny rodem z Wejścia Smoka, Karate Kid itp... Na razie ćwiczy coś tam w pokoju, co brzmi mniej więcej tak: głowa, serce,... jaja. Nie dociekam o czyje jaja chodzi...
W szkole bez zmian. Przy Jej lenistwie i minimum pracy, którą wkłada w lekcje oraz naukę, piątki które dostaje, są co najmniej podejrzane... Zebranie już 9grudnia, także zobaczymy, zobaczymy... I żeby wtedy mama nie zrobiła wejścia smoka...


Lila, lat 2 i dokładnie miesiąc. I tak jak Eliza "orze" mnie psychicznie, tak Lila "zajeżdża" mnie fizycznie. I niestety, nie odbywa się to na świeżym powietrzu, a ja nie przebiegam setek metrów, gubiąc przy tym moje nadprogramowe kilogramy. To byłoby zbyt piękne. Lila, która przez tydzień dawała mi nadzieję, że oto koniec ssania w nocy, od czwartku robi mi takie maratony, że dziękuję bardzo. I już coraz trudniej przychodzi mi usprawiedliwianie Jej, wychodzącymi piątkami... Żeby było zabawniej, wieczorne usypianie, to też wyższa szkoła jazdy. Kojarzycie kampanię "Możesz stracić coś więcej niż cierpliwość"- no, to chyba z myślą o mnie :)


Poza tym, Lilka, jak zawsze ma się świetnie. Tryska humorem, energią, pomysłami... I to wszystko bez łyka kawy :) Jak te dzieci to robią... Odkąd, któregoś dnia rano, sama z siebie powiedziała kawałek Murzynka Bambo (od razu się obudziłam, a Marcin minę miał taką, jakby z kierownika awansował od razu na prezesa), tata męczy Ją teraz codziennie tekstem: "Lila powiedz wierszyk". A Ona, jak na geniusza przystało, mówi: "Wiejsik" :) A tak serio- super recytuje tego Murzynka. Ubaw po pachy, bo Ona prawie krzyczy- żeby wszyscy dobrze słyszeli. Niektóre wyrazy rozszyfrowujemy oczywiście po intonacji, ale co tam :) No i cóż, to tylko mój mąż chyba taki ambitny, ale... Ostatnio uczy Lilcię, która to prawa, a która lewa rączka :) Żeby nie było, że ja normalna jestem- przyznam się Wam, że my z Lilą uczymy się kolorów... po angielsku. Tak, ja też uważam, nie ma nic gorszego, niż nadgorliwi rodzice!


No to ponarzekali, można wracać do niedzielnego lenistwa...
Buhahaha :) Dziś za punkt honoru, postawiłam sobie odgruzowanie kuchni. Niech moc będzie ze mną!

piątek, 28 listopada 2014

Słońca...

Słońca mi dziś trzeba... Nie tylko tego za oknem, ale i w głowie, i w sercu...
Ogłaszam listopad miesiącem złych wieści...
Parszywa kumulacja.
Niby nic, co bezpośrednio nas dotyczy... I to cieszy. Bardzo, bardzo cieszy.
Mimo to- zacięłam się...
W domu cały czas dzieje się coś śmiesznego- nie może być inaczej, przy naszych dwóch Łobuzach, a ja? Ja mam problem, żeby usiąść i jak kiedyś, ubrać to w słowa, coś przerysować, coś przemilczeć...


Jeśli podobnie czują się ludzie, którzy żyją z pisania- to im współczuję... Ja, mam ten komfort, że mogę przeczekać. A potem wrócić, lub nie...

Swoją drogą- dziwne to uczucie. Nigdy nie miałam problemów z pisaniem, i nie mam tu na myśli tylko bloga.. Jeszcze w szkole, na studiach, nawet przy początkowo zupełnie niepodchodzącym mi temacie, potrafiłam sklecić coś bardzo sensownego, co zwyczajnie się podobało, zyskiwało uznanie... A teraz... Teraz życie samo podtyka mi pod nos tematy, a tu... klops.I dupa blada.



Kiepski ze mnie kronikarz, bo Lila z Elizą codziennie mówią/robią coś takiego, co należałoby czym prędzej zapisać... Nawet Księciunio "sypie" ostatnio tekstami, które muszą się tu koniecznie znaleźć...

No nic, pozostaje mi czekać na przypływ weny, zastrzyk pozytywnej energii, odblokowanie...

Na razie polegam jeszcze ma mojej pamięci, robię w głowie karteczki z hasłami, tematami, staram się zapamiętywać wszystko, co ważne...

Pisemnie ożywiłam się ostatnio u Star, bo... o dyni było :)
No właśnie- jedzenie... Zabije mnie kiedyś. Od czasu, kiedy Marcin podczas trwania naszej, powiedzmy- diety, kupił w Lidlu te słynne desery, popłynęliśmy oboje... Ja pewnie bardziej, bo On chociaż w pracy tyle nie je- nie ma na to czasu. Natomiast ja- w domu też niby na nic nie mam czasu, ale w to "na nic", nie wchodzi otworzenie lodówki i "wyczyszczenie" jej w bardzo krótkim czasie...
I wiecie co? Nawet już zła na siebie nie jestem... Osiągnęłam chyba właśnie stan, w którym jest mi siebie po prostu żal... Tak, żal... Bo znam te wszystkie dietetyczne regułki, wytyczne... Znam pewnie kilka całkiem sensownych, skutecznych diet... I co? I chuj- mówiąc szczerze, choć może nie do końca kulturalnie...

Jeśli jest tu ktoś, kto mi naprawdę dobrze życzy, to proszę teraz o falę pozytywnych wieści, bo jak tak dalej pójdzie, to zajadanie stresów i smutków wszelakich, skończy się dla mnie w rozmiarze 42 albo i lepiej... A jeśli macie ochotę zaprotestować, że 42 to jeszcze nie koniec świata i tak dalej- to tylko przypomnę, że ja niska jestem... Nawet bardzo.

A na dowód, że wcale Was nie kokietuję (a nie- zdjęcia nie będzie :p), moja dzisiejsza rozmowa z Marcinem:

- Czuję, że robię się duża.
- No.
- Ale że tak już widać?
- No już lepiej wyglądałaś jakiś czas temu.
- ...
Nie, nie strzeliłam focha! Cóż jednak miałam powiedzieć- przecież z faktami się nie dyskutuje...

- Tylko się nie obrażaj, przecież i tak cię kocham.

Powiedział to z wyraźnym naciskiem na: "i tak"...
Co o tym sądzić? Bo waham się między- cieszyć się, że i tak mnie kocha, czy żreć samą sałatę do odwołania... A może napisać list do Świętego Mikołaja z prośbą o treningi osobiste z Ewą Ch.?

W każdym razie- fakty są takie, że w ostatnich dniach sama jedna pochłonęłam zapotrzebowanie kaloryczne naszej całej rodziny przez jakieś dwa tygodnie. Powiedzmy to sobie jasno- nie jadłam tylko w nocy, a w ciągu dnia praktycznie nie robiłam przerw między posiłkami... Jak to wyglądałoby okiem dietetyka? Jedno, wielkie, niekończące się śniadanie?!

Kolejny fakt- trzeba coś z tym w końcu zrobić... Problem polega na tym, że już mam przygotowane pure na sernik dyniowy i kupiony imbir na czekoladowe ciasteczka... No i cóż- serce mam naprawdę wielkie, dzielić też się lubię, ale... Oddać komuś cały sernik? I tak mam na osiedlu opinię niezrównoważonej, nie będę się pogrążać... A sernik upiec muszę, bo znalazłam taki przepis, że nie ma mowy, żebym go nie wypróbowała... Podobnie z ciasteczkami... Z drugiej strony- za dobrze siebie znam, żeby mieć jeszcze nadzieję, że "zjem tylko mały kawałeczek sernika i jedno ciastko"...

No nic, pomyślę o tym jutro... A tymczasem... Chyba blokada puściła.

Z pozdrowieniami dla Gosi, za info, że takie cuda- prawie darmo, w Netto dają... :)


Ps. Gdybyście szukały pomysłu na sernik- niekoniecznie świąteczny- po prostu- dobry i sprawdzony, to polecam szukać TUTAJ. Jak wiadomo- niecały miesiąc przed Świętami, to nie jest dobry moment, żeby przechodzić na dietę (btw- żaden nie jest...), także zanosi się, że grudzień, będzie w mojej kuchni, miesiącem serników... Mam już kilka na oku, które wjadą do piekarnika zaraz po dyniowym...





środa, 26 listopada 2014

W oparach absurdu... Czyli Światowy Dzień Pluszowego Misia...

Śmieszno? Straszno? Czy tak po polsku- po prostu...
Tak, czy siak- z "aferą kubusiową" w tle, wczoraj obchodzony był Światowy Dzień Pluszowego Misia...

Tak na marginesie, to dobrze mieć dziecko w wieku szkolnym- człowiek dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy. I tak, jak kiedyś, przez przypadek odkryłam, że w dniu naszej rocznicy ślubu obchodzony jest Światowy Dzień Musztardy... tak dzięki Elizie, dowiedziałam się, że i pluszowe misie mają swoje święto.

Ja natomiast jestem ciekawa, czy obchodzony jest Światowy Dzień Dyni? A jeśli nie, to gdzie można wnioskować, o ustanowienie takowego?

W tym roku, poza zabraniem do szkoły swojego pluszowego przyjaciela, dzieciaki miały okazję wziąć udział w konkursie plastycznym, którego temat brzmiał: "Mój kochany miś"...
Co ciekawe- większość dzieci z Elizy klasy, na swoich pracach przedstawiło właśnie Kubusia Puchatka.
Obojnaka i gorszyciela. 

Eliza oddawała pracę jako jedna z ostatnich- Ona ma zawsze czas, także postanowiła się z tego kubusiowego trendu wyłamać, i zrobiła... misia polarnego. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zresztą, same zobaczcie:


I cóż mam napisać- ostatnio tylko na Nią narzekam, to dziś będę chwalić :) Z każdej klasy mogły zostać wyróżnione tylko dwie prace, i praca Elizy była jedną z nich :) Najśmieszniejsze jest to, że drugą wyróżnioną pracę, wykonała dziewczynka, która urodziła się w tym samym dniu, co nasza Eliza :)



Ps. Moje ulubione... kubusiowe:
  • – A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
    – Nic wielkiego. – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

Ps.2 Lila, jako młodsza siostra, z regularnie podkradanym, misiem Elizy:



poniedziałek, 24 listopada 2014

Echa dnia...

W zasadzie, to całą wczorajszą drzemkę Lilki, poświęciłam na pisanie innego posta... Mało tego- o tym samym tytule... Tyle, że kiedy go przeczytałam, w celu korekty błędów, olśniło mnie, że limit smucenia w listopadzie, już chyba wyczerpałam... Cierpliwość Czytelników też w końcu ma swoje granice...

Także dziś- "Echa dnia" na wesoło. Chyba...

W ubiegłym tygodniu, Eliza została wybrana do wręczania kwiatów biskupowi, który w piątek nawiedział odwiedzał naszą parafię. No cóż- powiem tak: Ze względu na urok osobisty naszego starszego dziecka, i na to, że jak mniemam, w szkole nie wychyla się ze swoim prawdziwym obliczem- wcale mnie ten wybór nie dziwi. Oklaski!
Tyle, że... Biorąc pod uwagę nasze "zaangażowanie" w życie parafii, to jednak jestem zaskoczona...

W każdym razie- piątek już za nami. Eliza była przejęta (sądzę po ilość wycieczek do toalety przed wyjściem), ale trzymała fason. Tata relację zdał- wszystko wypadło pięknie. My z Lilą zostałyśmy w domu- raz, że godzina dla dwulatki nie ta, a dwa... No powiedzmy to sobie jasno- dla Elizy jeszcze jest nadzieja. Lila natomiast, tak jak na chrzcinach określiła się co do tego, że Jej się w kościele wcale nie podoba, tak twardo (i głośno) obstaje przy swoim. I uwierzcie- ja tam jestem tolerancyjna- mi tam cudze dzieci, choćby ten kościół demolowały, krzyczały, albo fałszowały- w ogóle nie przeszkadzają. Niestety, w toku parokrotnych obserwacji, kiedy poddawaliśmy Lilkę eksperymentom, że może jednak, że przecież ten kościół nie taki straszny, jak go malują, odkryłam, że jestem jednak najbardziej tolerancyjną osobą w naszej wspólnocie. I może gdybym zawsze miała zrobione włosy, i parę kilo mniej, to jeszcze tak by mnie nie irytowały te spojrzenia... A tak, nie wiem- patrzą na odrosty? Na płaszcz, który lata świetności ma za sobą? Czy na tego rozdarciucha, za którym biegnę przez pół kościoła... Dobrze, że mały ten nasz osiedlowy Dom Boży, bo bym zadyszki dostała najpewniej...

Ale do brzegu... Jeny! Jak mi się podoba ten tekst :) To tak na marginesie...
Sobota, w naszym domu, była dniem emocjonalnej rzezi... Starłyśmy się z Elizą ze trzy razy i to tak porządnie niestety. Nie ma się czym chwalić jednym słowem, bo jako mama i osoba dorosła (napisanie dojrzała byłoby jednak nadużyciem i przypisywaniem sobie cech, których się nie posiada...) w ogóle nie powinnam do tego dopuścić. W każdym razie, kiedy w końcu zapanowała w domu względna cisza, a dziewczyny zaczęły się razem bawić- odetchnęłam. Za chwilę słyszę: "Lilciu, pobawimy się w szkołę?"- to Eliza... I Jej wierny giermek Lila: "Taaa". Nadal ciężko Jej powiedzieć "taK"...

Jedno i drugie rozczochrane... 



Teraz czas na wyznanie wyrodnej matki- zawsze kiedy pada hasło "zabawa w szkołę", cieszę się niemal jak dziecko, ponieważ wiem, że mam jakieś pół godziny dla siebie. Oczywiście zerknąć co jakiś czas muszę, ale póki co- odpukać- Eliza autorytet u Lilki ma większy, niż nie jeden nauczyciel wśród swoich uczniów, i lekcje przebiegają raczej spokojnie. Gorzej, jeśli Eliza zarządzi w-f, ale o tym innym razem...

Siedzę więc sobie w jadalni, piję herbatę z imbirem ( o tej herbacie też kiedyś będzie osobny post...) i nagle słyszę: "Lila! Przygotuj się. Zostałaś wybrana do niesienie darów. Zaraz dostaniesz koszyk"... Oho, myślę sobie- echa piątkowej mszy. Po chwili Lilka dumnie paraduje z koszykiem wielkanocnym po mieszkaniu.Śmiać mi się chcę niesamowicie, ale nie wiem jeszcze, że za moment przeżyję chwile grozy, kiedy Lila postanowi owe dary skonsumować...

I w ten sposób musiałam przerwać tą kapitalną zabawę. Na szczęście Lilka bez większych scen oddała koszyk, "dary" i wróciła do zabawy w szkołę... Po chwili znów słyszę Elizę: "Lila! Zapisz zadanie domowe: Ułożę zdanie z wyrazami: kuria, biskup, dary, chomik". No tu już nie wytrzymałam- tak parsknęłam śmiechem, że Eliza przybiegła sprawdzić, czy wszystko w porządku... Nie wiem co mnie bardziej rozbawiło- czy fakt, że Lila ma ułożyć zdania, czy wyrazy, z jakimi ma te zdania ułożyć, czy to, że ten chomik w ogóle tam nie pasuje :)



Eliza, jeśli faktycznie zostanie nauczycielką, na pewno będzie miała opinię surowej, bo Ona zadań domowych nigdy nie popuszcza. Pyta więc po chwili Lilę, czy już napisała zdania. Lila odpowiada swoje "taaa", na co Eliza prosi, żeby powiedziała jakie to zdania. I wtedy Lila wypala: "Białe".... I to są kolejne echa dnia, bo od dni kilku, Lila czuje silną potrzebę nauczenia się kolorów... Komedia z tego wychodzi niesłychana, ale o tym będzie na pewno osobny wpis.

Żeby nie było, że Lila- jako ta młodsza, nie ma czego przeżywać. Ma. Oczywiście, że ma. W piątek, jak już wspominałam, była u nas moja kuzynka, z małą Basią. To znaczy Basia mała nie jest, bo z miłością do jedzenia wdawała się najwyraźniej w chrzestną... Zaczynam przypuszczać, że wybór mojej osoby do tej roli nie był przypadkowy...
No i właśnie- Basia piersi domaga się często, a Lila- no przecież Lila gorsza nie będzie... I tak, ku mojemu, na przemian- rozbawieniu i zażenowaniu, przyszło mi po dwóch latach karmić niemal publicznie, bo w obecności kuzynki :) To jednak nie wszystko. Lila, jako ta bardziej "kumata", bo jednak sporo starsza, co chwilę przeżywała (i tak jest do dzisiaj, czyli już trzy dni po wizycie): "Basia od swojej mamy pije cyca", "Dzidzia od swojej mamy pije cyca"- to akurat o sobie. Wiadomo- Basia, to Basia, a Lila, to dzidzia...

Śmieszna jest ta moja Lilka, kiedy Basia nas odwiedza. Z jednej strony- jest tak niesamowicie czuła wobec Niej- mówi: "Basiu", "Basiuniu"... Przynosi swoje maskotki, i to nic, że misia, który jest co najmniej raz większy od Basi, rzuca Jej prosto na buzię. Przeżywa każdą kupę Małej, i każde ulanie... Mało tego- mogę brać Basię na ręce, nosić, całować, śpiewać Jej, i... Nic. Zero zazdrości. Przy czym należy wspomnieć, że ta sama Lila, urządza rzeź niewiniątek, kiedy przytulę, albo pocałuję Elizę...
W każdym razie- nie bez powodu, Lila została okrzyknięta najwierniejszą fanką Basi :)

Jednak- kiedy Lila przestaje mieć nadzieję, że Basia w końcu wstanie (ciężko wymagać tego od 4miesięczego niemowlaka :) i zacznie się z Nią bawić- zaczyna się mocno irytować :) I wtedy trzeba mieć już Ją na oku, bo mała rączka robi czasami dziwne rzeczy...

Dziewczyny! Wieczorem zaparzam dzban kawy, biorę z pięć muffinek (echa niedzieli :)) i siadam do maili i komentarzy. 
Miłego popołudnia!



Ps. Uwierzycie, że za tydzień 1grudnia?!
Ps.2 Skoro jesteśmy już przy datach- dziś urodziny mojego bratanka... 9-te! Toć to szok...

sobota, 22 listopada 2014

Wyrwane z kontekstu, czyli... Filozofka

Siedzimy wczoraj z kuzynką, mamą mojej przyszłej chrześnicy... Rozmawiamy o zakupach na Piątej Alei  jak zwykle o dzieciach. Na szczęście rozmowa ma charakter "szczerzej już się nie da", bez ściemniania, koloryzowania itd...

W toku tej rozmowy wychodzi temat, pod koniec którego, kuzynka reaguje entuzjastycznym: A znasz 11 zasad Billa Gatesa?
Nie znam.
Wstyd.
Znam za to wszystkie tematy poruszone w ostatnim "Twoim Dziecku". I przedostatnim też... Podobnie jak przed, przedostatnim...

Mamy czasy, których mój ukochany Dziadek, w najśmielszych snach by sobie nie wyśnił, także chwilę później, patrząc w ekran swojego telefonu, kuzynka zaczyna czytać:

"Zasada 1: Życie nie jest fair- przyzwyczaj się do tego!"

Czyta kolejne, a ja kiwam ze zrozumieniem głową. Kończy słowami, że kiedy Jej dzieci pójdą do szkoły, wydrukuje to, i powiesi w Ich pokoju...

...

Dziś zastanawiam się, czy kolejność w jakiej owe zasady zostały spisane, ma znaczenie? 
Czy to nie przypadek, że to właśnie ta, a nie inna, (jakże bolesna) prawda, jest na pierwszym miejscu.

Życie nie jest fair- wiemy to wszyscy. Jedni doświadczają tego boleśnie każdego dnia, inni okazjonalnie, a jeszcze inni (szczęśliwcy) wiedzą to z opowieści innych... Zazwyczaj właśnie tych boleśnie, regularnie doświadczanych...

Przyzwyczaj się- radzi nam dobry wujek Bill. No tak... Tak byłoby najrozsądniej. Boksować się z oczywistą prawdą? Trochę bez sensu... 
Tylko, czy można się do tego przyzwyczaić?
Czy można oduczyć się zaciskania pięści na znak złości i totalnej bezsilności? 

...

Kiedyś, chyba u Gosi, zastanawiałyśmy się, jak to jest, z tym byciem kowalem własnego losu. Czy naprawdę zawsze i do końca nimi jesteśmy? Czy są zdarzenia, okoliczności, sytuacje, kiedy przestajemy mieć monopol na kierowanie własnym losem/życiem? 
Zawsze stałam na stanowisku, że są sytuacje, kiedy nie ma dobrych rozwiązań- jest tylko wybór mniejszego zła... 
Dziś, tym bardziej bronię swoich poglądów...

...

Chyba pierwszy raz, tak bardzo boli mnie niemoc. 
Tak bardzo uwiera fakt, że mogę tylko wysłuchać, trzymać kciuki i dobrze życzyć. 
Pierwszy raz czuję, że to za mało...



środa, 19 listopada 2014

Ciasteczkowy potwór

Był czas, kiedy ja i Elizka stanowiłyśmy bardzo płodny duet w naszej małej kuchni.
Płodny we wszelkiej maści słodkości: ciasta, babeczki, serniki, desery...
Moja starsza Córcia uwielbiała mi asystować- wsypywać cukier, wlewać olej, kroić owoce... No a kiedy wskoczyła na wyższy poziom kuchennego wtajemniczenia, i Jej małe rączki mogły w końcu dzierżyć uchwyt miksera- szczęściu nie było końca. Moim nerwom również, bo sama doskonale pamiętałam, kiedy to ja byłam w tym samym wieku, co Elizka wtedy i jakie głupie myśli przychodziły mi podczas ucierania ciasta. Na przykład- żeby nie odkładając miksera, spróbować ucieranej masy :) Rozumiecie więc dlaczego nie odstępowałam Jej wtedy na krok- głupie zachowania też pewnie są dziedziczne...

Pewnie nie uwierzycie, ale były dni, że potrafiłyśmy z Elizą upiec trzy ciasta :) Zastanawiacie się, kto zjadał te wszystkie ciasta? No to Was zaskoczę- nie ja :) Tym bardziej- nie Eliza. Ona była bardzo chętna i do pomocy i do pieczenia, ale nigdy nie lubiła domowych wypieków :) Zresztą, w tamtym okresie, nie lubiłam żadnych wypieków...

Ciasta i babeczki utylizowaliśmy u męża w pracy. Myślę, że ku uciesze reszty pracowników :)

Od jakiegoś czasu Eliza nie garnie się już do pieczenia ze mną. Chyba się wypaliła :) Jednak czasami robi wyjątek, jak wtedy, kiedy znajdzie jakiś fajny przepis w swoim sekretniku.


To znaczy wróć... Przepis wydawał się fajny, ale kiedy przyszło co do czego, okazał się być niekompletny... Musiałyśmy więc trochę improwizować, a efekty- niestety słabe... Za to było sporo śmiechu i zabawy. I wypadałoby napisać, że to jest przecież najważniejsze- więc potwierdzam- tak właśnie jest :)





I efekt końcowy:


No cóż- nawet wyglądem się nie obronią. A obok kakaowych z książki Elizki, ciasteczka w klimacie świątecznym- ze skórką pomarańczową i gałką muszkatołową.



Jednak muszę to sobie w końcu powiedzieć- tak jak ciasto drożdżowe mnie nie lubi, tak kruche ciasteczka również...

A jakie są Wasze słabe strony w kuchni?

wtorek, 18 listopada 2014

Jeszcze nie skończyłam...

... rozprawiać się z dynią. O nie! Więcej: ja się dopiero rozgrzewam :) I zważywszy na to, że mam jeszcze do przerobienia trzy, całkiem słusznych, rozmiarów dynie- to słuszna taktyka...
Część na pewno zamrożę, ale zanim to nastąpi, muszę zrobić miejsce w zamrażalniku. I nie, nie- nie wyobrażajcie sobie góry zamrożonego mięsa... U nas w zamrażarce trwa... festiwal truskawek... Patrząc na te wszystkie pojemniczki i całkiem spore pojemniki, zastanawiam się nad trzema kwestiami- po jaką cholerę zamroziłam tyle truskawek, co mam z nich teraz zrobić (poza musem owocowym i kompotem- bo te już nam uszami wychodzą) i najważniejsze- czy za tą ilością zmarzniętych owoców nie kryje się nasza dość kiepska sytuacja finansowa podczas minionego lata :)

No ale- przejdźmy do dyniowych konkretów.  Pamiętajcie- jeszcze gdzieniegdzie można dostać dyńki. Bo Polska to naprawdę dziwny kraj pod tym względem (tak jak pod każdym innym)- dynia to nasze rodzime warzywo, mało tego- doskonale przechowuje się do kilku miesięcy, a u nas, można dostać ją tylko we wrześniu, październiku i na samym początku listopada... Właśnie jestem w trakcie pisania petycji w tej sprawie, tylko nie bardzo wiem, do kogo mam ją skierować :)

A jeśli chodzi o przepisy, które testowałam w ostatnim czasie...

Na pierwszy ogień poszła dynia makaronowa- to był jej debiut w mojej kuchni. Zapiekanka iście dietetyczna, jeśli zrezygnujemy z "czapy" z żółtego sera na jej wierzchu: niskokaloryczna dynia, chude mięso z indyka (mielone), cebula, papryka i wyraziste przyprawy... Mniam!






 Potem przyszła kolej na małe słodkości, w postaci moich ukochanych muffinek:




Mięciutkie, wilgotne, delikatnie korzenne... Idealne do kawy. Przepis- TUTAJ.

Poszłam więc za ciosem, i w ten sposób, w piekarniku wylądowały kolejne muffinki- tym razem: czekoladowe z dynią. Przepis o TU




Jak widać- Lilci smakowały. Podobnie jak poprzednie. No cóż- nie oszukujmy się- każda z nas aspiruje do tego, aby Jej dziecko świadomie wybierało surową marchewkę zamiast lizaka, ale jak wiemy- dzieci to stworzenia krnąbrne. Także, jeśli możemy upchnąć w muffinkach całkiem przyzwoitą ilość dyni- ja jestem na tak.

Kolejne słodkie przepisy z dynią to:

Placki- i niezawodny blog "Kwestia smaku":



Następnie poprawiliśmy dyniowym tiramisu, które widziałyście już tutaj nie raz, i byliśmy zasłodzeni na długi, długi czas:




Dla odmiany, urządziłam nam maraton zup dyniowych- trzy dni pod rząd...

Zwykła "jarzynowa z dynią", w myśl filozofii "nawinie"... Nawinęła się, poza dynią, marchewka, pietruszka i ziemniaki. No i jak widać- nawinął się też boczek, bo nie od dziś wiadomo, że dynia potrzebuje wyrazistych dodatków :)


Tym razem porzucamy polski fusion, i serwujemy trochę "egzotyki" na talerzu. Z perspektywy mojego ojca- niejadalnej egzotyki, bo zupa z pomarańczą, toć to przecież gorzej niż czarna polewka...
Nam smakowało, a jak chcecie się przekonać, że czy to jadalne, czy nie- przepis TUTAJ.
Zamiast serka philadelphia użyłam mascarpone, i tak kremowej zupki, muszę przyznać, dawno nie jadłam.




Następnie wróciliśmy do polskiego sadu po... gruszkę, która wylądowała w kolejnej dyniowej :)
Przepis z tego bloga.





Jak szaleć, to szaleć, więc z rozpędu zrobiłam to curry:






Bardzo byłam podekscytowana na połączenie mięsa, żurawiny i cynamonu... Lubię takie eksperymenty :) Niestety, ten nie do końca przypadł nam do gustu.

W przeciwieństwie do dania, które już dobrze znam, a które poza kurczakiem i żurawiną, oparte jest na zupełnie innych składnikach:


No i będę z Wami szczera- dynię uwielbiam, ale jedząc ją kilka dni pod rząd, chyba przedobrzyłam... Potrzebowałam czegoś innego, konkretnego, wyraźnego w smaku... Ugotowałam więc nam ogórkową i to był strzał dziesiątkę. Smaki się zrównoważyły, a ja, jestem gotowa, żeby za dzień, no może dwa, zabrać się za kolejną dynię. Mam do wypróbowania jeszcze co najmniej dwie dyniowe zupy, gulasz i trochę słodkości z dodatkiem mojego ulubionego warzywa :)

A dziś, raczyliśmy się jeszcze czymś bez dodatku dyni. Tak dla utrzymania równowagi w przyrodzie, to znaczy- w przewodzie (pokarmowym)...



Uwielbiam ten posmak limonki w tajskich daniach...

Dziewczynki! Dziewczynki!
Na komentarze odpowiem wieczorem, ale już teraz za każdy bardzo Wam dziękuję...