Mama2c

Mama2c

środa, 3 grudnia 2014

JAK MAM TO ROZUMIEĆ?!

Dziś pierwszy raz, od dni kilku, wyszłyśmy z Lilką z domu... Niestety- ja zwolenniczka wychodzenia na spacer przy każdej pogodzie, poległam w starciu z wiatrem. A wiało u nas strasznie... Tak strasznie, że doszłam do wniosku, że nie będę dziecku pokazywać w Szczecinie tego, co być może sama kiedyś zobaczy w Zakopanem- jak wieje halny.

I tak dochodzę teraz do wniosku, kiedy dziecko moje słodko ucina sobie drzemkę, że jednak bezpieczniej było siedzieć w domu. Nie tam, żebym od razu orła wywinęła na pierwszym śniegu, który musiał spaść właśnie dzisiaj... O jak się cieszę :( Chociaż Lila, pierwszego "szlifa" w biały puch już zaliczyła- no tak się Gwiazda rozpędziła na hulajnodze, że zapomniała o ryzyku oblodzenia nawierzchni...

Kontynuując- bezpieczniej jest nie robić samemu zakupów. Bynajmniej tych spożywczych. Ja niejako zostałam do tego zmuszona, bo Księciunio wracając rano z rorat, na których był z Elizą, przyniósł ze sklepu smutną nowinę- piersi z kurczaka brak... A, że w zamrażarce nadal tylko truskawki, grzyby i trochę dyni, to do zapasów sięgnąć nie mogłam... No nic, trzeba było wyjść z domu...

Zakupów samych w sobie relacjonować Wam nie będę, bo to w końcu nie shopping w Piotrze i Pawle, tylko w zwykłym osiedlowym "mięsnym"... Za to Lila- nawet w zwykłym osiedlowym "mięsnym", maniery ma iście gwiazdorskie. Na odchodne tak pięknie powiedziała: "Do widzenia pan", że poza sprzedawcą, zaśmiała się cała kolejka, a jeszcze chwila i Lila zebrałaby gromkie brawa i owacje na stojąco...

No i teraz muszę popełnić małą dygresję. Właśnie skończył mi się okres. Tak, ja wiem- "szalenie" Was to pewnie interesuje. Jednak jest to informacja istotna z tytułu tego, o czym za chwilę zamierzam Wam napisać.

Jak już zrobiłyśmy zakupy w "mięsnym", to zaszłyśmy jeszcze do "spożywczaka" po imbir- nowość na naszym osiedlu, i aż żal myśleć, że przez kilka lat musiałam go tu wozić z miasta... No nic- my tu jeszcze kiedyś będziemy mieć delikatesy z prawdziwego zdarzenia... Jak je otworzę :p 

I właśnie w tym "spożywczaku" mnie olśniło- muszę kupić... czekoladę. To był ułamek sekundy, i już wiedziałam, że bez tej czekolady ze sklepu nie wyjdę. Tylko wtedy, nie wiedziałam jeszcze, że zaraz po przyjściu do domu, zjem 3/4tabliczki... Na raz. I żeby ona była jeszcze jakaś wyjątkowa, belgijska, z ekstra dodatkami... A to zwykła, mleczna z orzechami. Nawet nie ta z okienkiem... Relikt mojego dzieciństwa, najsłodsze wspomnienie...
Szczerze? To nawet jakoś specjalnie mi nie smakuje ta czekolad. Ja po prostu muszę ją teraz jeść. I tyle. Że też nigdy tak do mnie sama sałata nie "krzyczy", albo jarmuż, no albo chociaż zwykłe jabłko... A wiecie co sobie pomyślałam, kiedy zobaczyłam, że zjadłam jej aż tyle? "Uff, jak dobrze, że nie jestem na żadnej diecie" :)

I jak ja mam to rozumieć, skoro okres się skończył... Niezbadane są moje zachcianki... Najśmieszniejsze jest to, że w żadnej ciąży, nie miałam tak silnego pragnienia, żeby zjeść jeden, konkretny produkt.

Ach, gdyby któraś z Was była ciekawa moich postanowień adwentowych... No to jak już wyżej przeczytałyście- na pewno nie jest to rezygnacja ze słodyczy :)

A tak serio- jak można w tym domu zgubić parę kilo, skoro Księciunio wraca w poniedziałek do domu, gdzie ja wcześniej trąbię niemal od rana do nocy, że pora schudnąć, i wnosi co? A jakże- wnosi zakupy, o które Go prosiłam i... kawałek ciasta, bo "wiesz, tak apetycznie wyglądało, nie mogłem się oprzeć"... Bez komentarza.

I tak tylko myślę, że całe szczęście, że ten mój Księciunio, to nie jest "pies na baby", bo jakby się tak nie mógł oprzeć tym, co to bardziej apetycznie wyglądają, to kiepsko bym to wszystko widziała. Oj kiepsko...

Za to moja starsza Córcia, poszła właśnie do kolegi, uczyć się do egzaminu z karate... Pytam: "Ale co- bić się będziecie?". Odpowiada mi zamaszysty przewrót oczami, i tekst: "Mamoooo, ty w ogóle wiesz co to znaczy <karate>?"... Czuję się podwójnie dotknięta. Czyli, że co- już się zaczyna- jestem stara i nic nie rozumiem? No i to uczenie się z kolegą... Nie wiem, co bardziej mnie niepokoi. Eh...

A tymczasem- dyniowe szaleństwo trwa :) Co ciekawe- no w ogóle mi się ta dynia nie nudzi! Mam jeszcze co najmniej z 10przepisów, które muszę wypróbować, choćby nie wiem co... Zatrzymać mnie może jedynie brak dyni :)


Ps. Tradycyjnie na Wasze komentarze odpowiem wieczorem :)

17 komentarzy:

  1. U nas tez dzis posypalo- cukrem pudrem :) Teraz juz ani sladu nie ma - to akurat mnie nie smuci ;)
    Ja wlasnie z kawka i delicjami zasiadlam do komputera a na obiad zrobilam....nalesniki z nutela i bananami- wiedz widzisz- tez mam postanowienie adwentowe.... smacznie pojesc :)))
    Ty i ta Twoja zupa- kobieto zarazilas chyba moja familie?! Przedwczoraj ugotowalam caly gar i co??? Przyszlam z pracy a tu zaglada dno garnka do mnie.... ZEZARLI wszystko :O

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tak marzę o odrobince śniegu, że sobie wyglądam prze okno i widzę biel a nie kapiący deszcz ;}}}. Moja młodsza jest podobna do Twojej Lilki, potrafi tak zaczarować ludzi że aż miło. Kobietko kochana ja dziś wrąbałam tabliczkę czekolady, tutejsze {niezbyt dobre} pączki. Nie jesteś sama. Może to nadejście zimy powoduje ten słodki głód. Do świąt będę wyglądać jak bulinka-okrąglinka. Podobno mój mężuś kocha mnie w każdym wydaniu więc nie stresuję się zbytnio :}}} .Muszę Tobie sprawić przykrość- jesteś stara i się nie znasz. Nie raz jeszcze usłyszysz że jesteś piernik stary i nie hmmm"kumasz" o co chodzi :}}}. Zupka wygląda -pychotka

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas jeszcze śniegu nue widac.

    A dobrą czekoladą to tez nie pogardze ;-) Czasami człowieka najdzie na cos chęć i nie ma zmiłuj musi coś dobrego zjeść :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie apetyt na słodkie tylko podczas miesiączki występuje. To ciekawe u nas odwilż a mieszkam można powiedzieć że w górach.. Uczy się z kolegą chmmm trochę za młoda ale jedno powiem szanse na wnuki masz. Pozdrawiam ewa

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam zakupy w Piotrze i Pawle! Mieszkajac w Polsce mialam go pod nosem. Gdy robilo sie nudno, chodzilismy tam z H. na spacery :)

    A czekolada z okienkiem to tez relikt mojego dziecinstwa :) babcia do dzisiaj funduje mi ja na Mikolajki :)

    Nauka z kolega? Karate? Hmmm... ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. ''I tak tylko myślę, że całe szczęście, że ten mój Księciunio, to nie jest "pies na baby", bo jakby się tak nie mógł oprzeć tym, co to bardziej apetycznie wyglądają, to kiepsko bym to wszystko widziała. Oj kiepsko...''
    ten fragmęt mnie powalił ha ha :P

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas śniegu nie ma i nie było - zaczęłam nawet za nim tęsknić...;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mój małż teź kompletnie nie rozumie filozofii "zero słodyczy" w zasięgu mojego wzroku, dzwoniąc do mnie z trasy "kupić Ci drożdżówkę?"..oczywiście zawsze mówię NIE...ale jak przyjedzie do domu zrywam się jak pies na smyczy wrzeszcząc "gdzie, masz, gdzie masz??"
    I niech mi ktoś nie powie, że jedzenie słodyczy nie uzależnia?
    Może jakiś odwyk ? najlepiej w jakimś SPA wykupionymi zabiegami...z czekoladą :)))

    OdpowiedzUsuń
  9. Kochana ja też mam mega ogromne zachcianki i też nie ma możliwości abym w ciąży była :) Chyba gromadzimy zapasy na zimę :P :P

    A co do spacerków - my nadal siedzimy w domu. Strasznie się tym martwię... tak naprawdę nie wiem kiedy mogę zacząć spacerowanie z moim synkiem. Dziś kończymy antybiotyk ale jeszcze jakiś okres ochronny powinnam mu dać. Zwłaszcza, że nieco katarku się nadal pojawia a i kaszel odrywający się jeszcze mamy...
    Musimy od nowa budować swoją odporność

    OdpowiedzUsuń
  10. A u nas śnieg leży już drugi dzień i oby już tak został, choć trzeba uważać, żeby orła nie wywinąć. ;)
    Dla odmiany mnie do słodyczy nigdy tak nie ciągnęło. Owszem zdarza się, że mam na nią ochotę ale np. co do czekolady to chyba nigdy nie zjadłam więcej niż cztery małe kawałeczki, za to mój mąż potrafił pochłonąć całą. Przynajmniej nic się w domu nie zmarnuje. ;) Ja za to pochłaniam wszystko co słone. ;)
    Do dyni nie mogę się przekonać. Niestety nie mój smak.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja wczoraj urządziłam P. karczemną awanturę, bo kupił mi czekoladę.

    Której nie lubię. Pomyślałby kto, źe można użyć słów "czekolada" i "nie lubię" w jednym zdaniu :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Może to ten mróz wzmaga słodkie potrzeby?

    OdpowiedzUsuń
  13. Hmm, hmm :) Lubię czekoladę :)
    I wrzuć przepisy na dynię, mam jeszcze trochę zamrożonej!

    OdpowiedzUsuń
  14. Do mojego syna przychodzi jutro koleżanka uczyć się, tylko nie wiem na co???

    OdpowiedzUsuń
  15. Idac zachetami od Ciebie kupilam dynie i zrobilam placuchy. Zapach dyni niestety mojego synka przyprawil o mdlosci heh wiec placki jadlam sama. Wyszly smaczne aczkolwiek cos nie tak bo sie lekko rozwalaly :-P
    Ilekroc czytam posta to pozniej nie mam jak odpisac, bo duzo do czytania :-D a czasu brak do pisania. Niejednokrotnie zasmiewam sie w glos, niejednokrotnie rozbawiaszmnie do lez niemal!
    Acha Ty objadlas sie czekolada, ja zas paka drazy mlecznych z orzechami laskowymi, pychotka :-P

    OdpowiedzUsuń
  16. U nas śnieg zdążył już spaść i spłynąć. Mróz zelżał, ale ja jestem przemarznięta od środka i nagrzać się nie dam rady. Litry gorącej herbaty na nic się zdają. I już dopadło mnie jakieś paskudztwo.
    Dziś czwarty dzień bez słodyczy. I co dziwne to ja męża pilnuję, a nie on mnie. Ale dobrze mi bez tych słodkości. Oby do świąt. To żadne postanowienie. Po prostu czułam, że mam dość.
    A dziś "na mieście" pokusiłam się o spróbowanie w jednym lokalu pierogów z dynią. Mężuś z początku sceptyczny, wsunął je z apetytem. Pyszności. A o kim myślałam jedząć pierogi? Wiadomo. O królowej dyni, czyli o Tobie :) Mam nadzieję, że około godziny 16.00 nie paliły Cię policzki.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!