Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Pierniki, karate i chwila nieuwagi...

Mając dwoje dzieci, człowiek funduje sobie dwa razy więcej powodów do wzruszeń... To argument na tak za wielodzietnością :) Tak niedawno to z Elizą czytałam o Narodzinach Jezuska, to Ona przychodziła do nas i kazała sobie czytać, a teraz dokładnie to samo robi Lila... Może trochę wcześniej niż siostra, ale Ona wszystko robi szybciej. Czasami zastanawiam się, czy to tylko kwestia tego, że dzieci bywają różne i tempo Ich rozwoju też jest różne, czy może to fakt, że Eliza miała cięższy start, czy może jeszcze to, że Lila ma w Elizie wzór do naśladowania... Ot- takie matczyne rozmyślania.

Na sobotę zaplanowałyśmy pieczenie pierników. Tradycyjnie bez Taty, bo to czas, kiedy jeździ na sędziowania... Tak przy okazji, to ostatnio rozmawialiśmy z Marcinem, jak ciężko musi być parom/małżeństwom i w ogóle rodzinom, kiedy rodzice pracują na zmiany i właściwie cały czas się mijają. My, będąc w komplecie od godziny najpóźniej 17-tej, dotkliwie odczuwamy ten brak wspólnych sobót... Wiem, że gdybyśmy musieli, to oczywiście przestawilibyśmy się na taki, a nie inny model funkcjonowania, ale pewnie byłoby nam ciężko.

W każdym razie- odnośnie pierniczków, to tak jak przypuszczałam- Lila początkowo bardziej zainteresowana była tym, jak smakuje takie surowe ciasto, aniżeli żmudną sztuką wykrawania ciasteczek. W tym też całkowicie różnią się z siostrą. Z dwuletnią Elizą nie było pod tym względem żadnego problemu- Lilę trzeba pilnować na każdym kroku, bo to co słodkie, wyczuje na kilometr... 
Natomiast, kiedy już się przekonała, na czym to wszystko polega- zabawie nie było końca :)



Niesamowite, że rok temu, będąc właśnie rocznym Brzdącem, to wszystko było jeszcze mocno poza Nią. Pamiętam jak dzisiaj, że zeszłoroczne pierniczki piekłyśmy z Julą- Elizy przyjaciółką, i Lila nawet na chwilę nie zainteresowała się tym, co robią Dziewczyny... Fakt, faktem- może to i lepiej, bo Eliza i Jula to dwuosobowe towarzystwo wzajemnej adoracji, i wątpię, żeby chętnie podzieliły się z Lilą tak fajną robotą...

Zmiany zachodzić muszą jednak stopniowo, bo Lila owszem- wykrawać pierniczki jak najbardziej, ale zdobić? Dekorować? Nie. Jeszcze nie w tym roku. Choć nie powiem- oczywiście zainteresowała się tym, jak smakuje to białe coś, co Eliza wyciska na pierniczki, i wtedy już wiedziałam, że na nas pora- czyli trzeba było Lilę z jadalni ewakuować... Inaczej nie byłoby czym przyozdobić pierników.



Niestety- poza dobrą zabawą i radochą dla Dziewczynek, muszę stwierdzić, że pierniczki wyszły takie sobie. Zła jestem sama na siebie, bo w tamtym roku znalazłam super przepis- bardzo nam tamte ciastka smakowały. Byłam pewna, że go zapisałam... Sobotnie wertowanie wszystkich folderów i katalogów mocno tą pewność zweryfikowały. Ratowałyśmy się co prawda dwoma innymi przepisami, ale żaden z nich, w efekcie końcowym, nas nie oczarował. Może to jakiś znak, żeby tegoroczne wypieki pełniły jedynie funkcję dekoracyjną... Pamiętam doskonale, jak po zeszłorocznych Świętach, jeszcze cały styczeń podjadaliśmy pierniczki. No nic- w tym roku pokusy nie będzie.


Za to w niedzielę, już z Tatą, urządziliśmy Elizie maraton filmów- Karate Kid i Karate Kid2. Była  zachwycona. Nie chcę zapeszać, bo w przypadku Elizy to się jednak zmienia jak w kalejdoskopie, ale ewidentnie widzimy, że wciągnęła się w to całe karate. Oby Jej ten zapał nie minął, bo sama filozofia tej sztuki walki jakoś do mnie przemawia. Chociaż ja tam generalnie pacyfistką jednak jestem :) Do tego nie ukrywam, że świadomość, że dorastająca Eliza nie byłaby taka zupełnie bezbronna, bardzo by mnie uspokajała. O ile mama dziecka osiąga w ogóle taki stan, jak choćby względny spokój... :) Bo o całkowitym to nawet nie marzę...

Tak jak wspominałam, Lilka nam się zbuntowała, i zaliczyła swój czwarty raz bez drzemki. I o ile trzy poprzednie razy minęły w doskonałej kondycji każdy, tak ten ostatni- wczorajszy, był zupełnie inny. Lila była po prostu śpiąca, a co za tym idzie- marudna, niezdecydowana, pojękująca... Położyć Ją o 17-tej, to jak strzelić sobie w kolano, także postanowiliśmy wytrwać. Tyle, że Jej nastrój udzielił się po trosze nam wszystkich. Nie raz wspominałam, że z drzemkami moich Dziewczyn było i jest tak, że chyba najbardziej to ja ich potrzebuję. No i wczoraj miałam na to niestety dowód. Zawsze, kiedy Lila nie śpi, używam na kuchence tylko tych palników z tyłu. Jestem na tym punkcie naprawdę przeczulona, mimo, że nigdy nie mieliśmy żadnej przygody z oparzeniami. Moją mamę, kiedy zostaje z Lilą, potrafię za każdym razem pouczać w tym temacie od nowa... No a wczoraj sama "dałam ciała". Lila siedziała u Marcina na kolanach, nic nie wskazywało na to, żeby w ogóle miała zamiar wstać, zupełnie bez zastanowienia postawiłam patelnię na palniku z brzegu... Usmażyłam placki, poszłam do jadalni porozmawiać z Marcinem o szczepieniu... I nagle okropny płacz Lilki. Taki płacz, że już wiedziałam, że to ani nie zmęczenie, ani nie zwykły wypadek... Mała złapała rączką za tą patelnię. Na szczęście jakoś delikatnie musiała ją chwycić bo ma maleńki ślad, ale co się strachu najedliśmy, a Ona wystraszyła, to nasze... Staram się myśleć tylko o tym, że nic się nie stało, jednak ta świadomość, że przecież mogło się to wszystko skończyć znacznie gorzej... Teraz tak myślę, jak mogłam nie zareagować, kiedy mnie mijała w drodze do kuchni!!! Jakieś totalne zaćmienie po prostu. Oglądaliśmy tą małą rączkę jeszcze jak spała, ale nic się nie działo, a dziś wstała rano i oznajmiła: "Już nie boli"... I z jednej strony- radość ogromna, a z drugiej- tak samo wielkie poczucie winy.

16 komentarzy:

  1. No zdarza się, przecież robotem ne jesteś zeby non stop byc na pełnych obrotach. Oj ale bym tego placka z patelni zjadla, bo juz mnie lekko ssie jak napatrzyłam sie na te Wasze pierniczki.
    Trzymam kciuki, że karate-zapał szybko nie minie, bo już Ci kiedyś pisalam, że sama marze o jakiejś zdrowej pasji dla moich dzieci jak podrosną.
    No, a Lila jak zwykle nie pozwoli się rodzinie nudzić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana widać po zdjęciach, że czas świąteczny bardzo Was jednoczy. Wiesz, mój Synek też jest teraz małym brzdącem i czuję, że te święta tak jakby go nie dotyczą. Po prostu nie rozumie... ewentualnie widzi tylko, że mama jest ciągle zajęta. Cóż w następnym roku będzie magicznie... nie dość, że na swoim to jeszcze z czekającym na Mikołaja Oliwierkiem:)

    OdpowiedzUsuń
  3. mi Przemek raz wsadził rękę w palnik po gotowaniu ziemniaków płakał chyba z godzinę.... oj jakie ja miałam poczucie winy ale z drugiej strony później się do kuchenki nie zbliżył bo wiedział że tam boli jak się przyłoży rękę. Ale masz rację oczy do okoła głowy to mało...
    Pierniczki ładnie wyglądają bo o to chodzi a że nie smakują to nic będą na lata na choinkę chyba że je zjedzą myszy wcześniej jak nasz długie cukierki z choinki rok temu:/

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej! Biedna mała! A mamę pewnie bardziej bolało jak ją. Dobrze, że tak się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  5. Martus kazdemu sie zdarzylo cos podobnego. Czasrm pilnujac dziecko "cos sobie zrobi".
    Lilcia jest ok to najwazniejsze.
    a pierniki, moj 9 latek wykrajal, ozdobil ze 3 a reszte ja sama heh ale to chlopiec ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz co nie ważne jakie ciasteczka wam wyszły, ważne że radość była i niezła zabawa :}. Ja także mam czujnik jeżeli chodzi o gorące przedmioty i raz zdarzyło mi się na sekundę odwrócić od żelazka i moja gwiazda młodsza złapała za nie... Super że Twoja Elizka ma pasję, myślę że to jest taka miłość na dłużej :}}

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie poczucie winy męczy do dzisiaj, chociaż minęło już 5 lat. Wyobraź sobie, że na chwilę, malutką chwilę, puszczasz rączkę swojego dziecka na schodach, żeby poprawić sobie czapkę spadającą na oczy, a w tym momencie dziecko przewraca się buzią na kamienne schody, rozwala wargę i wybija dwie górne jedynki... Do dzisiaj pluję sobie w brodę jak mogłam puścić ją samą na tych cholernych schodach ;/

    OdpowiedzUsuń
  8. Agnieszka wczoraj dotknęła gorącej gofrownicy - fakt, zamkniętej, nie ma nawet śladu, ale i tak. Płacz był nieziemski. I nie, nie zostawiłam z brzegu. Wspięła się na pralkę i z pralki weszła na blat... :/ Oczy dookoła głowy to za mało :/

    OdpowiedzUsuń
  9. My też już po pierniczkach :)
    Mam dobry przepis - zdradziłam go dwa razy i wróciłam skruszona w tym roku. Mało zagniatania, ale trzeba cienko wałkować. Na prawdziwym miodzie. Wychodzą twarde, ale jak się upiecze tak z miesiąc przed - miękną.

    OdpowiedzUsuń
  10. To sa sekundy..czlowiek czasami nie mysli, ale wierze, ze jestes zla na siebie, bo potem rzeczywiscie wypominamy sobie czemu tak sie stalo.
    Ja pierniki z chlopcami bede robila w weekend..przy czujnym oku Taty, bo On gotuje o wiele lepiej od mnie...

    OdpowiedzUsuń
  11. A co do wypadku - no nie da się upilnować zawsze :( Ja mam z córką zaliczony upadek na głowę z kamiennych schodów (miała dwa lata), upadek z roweru (szpital z podejrzeniem wstrząśnienia mózg - rok temu), no i skomplikowane złamanie ręki z operacjami, z którym zmagamy się do dziś...

    OdpowiedzUsuń
  12. Dobrze, że nic się nie stało. Może przynajmniej zapamięta by nie łapać garów na piecu? Dziewczyny pięknie wygladaja przy pierniczkach. Smakiem wypieków ssie tym razem nie przejmuj, grunt, że zabawa była przednia :) a karate kid 1 i 2 to filmy legendy mojego dzieciństwa :) ehh jak ja marzyłam by spotkać takiego pana Miyagi... Moi rodzice nie chcieli jednak słyszeć o żadnym karate, nawet gdy pomalowałam cały płot techniką góra-dół ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Takie sytuacje się zdarzają. Dobrze, że tak się to skończyło. Nie rób sobie wyrzutów, jesteśmy tylko ludźmi i nigdy nie będziemy doskonali, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali.

    OdpowiedzUsuń
  14. Powiem Ci, że my mieliśmy nadzieję, że Kuba będzie nam wieczorem zasypiał ok 21, bo odkąd poszedł do żłobka to śpi tylko ok. 1 h dziennie i to między 11.30 a 13.00, ale bardzo się pomyliliśmy...usypianie go trwa wieczorem ok. 1 godzinę od momentu zgaszenia światła i wyłączenia bajek. A ile się przy tym nawierci, nakręci, to my dostajemy szału i mamy serdecznie dosyć. Myślałam, że może lepiej zostawić mu te bajki, to z automatu się zmęczy i zaśnie...chyba muszę spróbować.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie raz zdarzają się takie wypadki, Daśkowi gdy odgrzewał sobie kurczaka (bo jest zbyt duży, żeby mama to robiła) olej strzelił w twarz, pełno pęcherzy, dobrze, że blizny nie zostały ale do dziś czuje się winna :/

    OdpowiedzUsuń
  16. Jeny...jak jestem z Hanką w domu to oczy mam dookoła głowy...co potem ma swoje konsekwencje bo mam strasznie napięte mięśnie...
    I caly czas mam w głowie, aby zamykac łazienkę, chowac wszystko daleko od małych rączek...ale czasem się po prostu zapomnę...jestem tylko człowiekiem...nie obwiniaj się...dzięki bogu, że nic gorszego się nie stało...na twoim miejscu pewnie też bym miała wyrzuty sumienia, a tak łatwo doradzac...ale życie z dwulatkiem to normalnie partyzantka w lesie..trzeba byc na 100% czujnym i Ja czasem muszę odpocząc bo za dużo wtedy się na mnie zwala...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!