Mama2c

Mama2c

sobota, 28 lutego 2015

Za co kocham mojego męża?

Ekhm... Najładniej, i żeby nie było- zgodnie z prawdą, byłoby napisać, że za całokształt.
Poza tym- nie oszukujmy się- drugiego takiego, który by tyle ze mną wytrzymał, to ze świecą szukać. No ale- dziś nie chciałam ogólnie, a bardziej drobiazgowo...

Jak już pisałam- małżonka nie ma w domu już trzeci dzień. Chociaż... Tak często pyta się różnymi kanałami, czy już mam sraczkę, że czuję jakby tu był, gdzieś obok, gotów w każdej chwili podać mi stopperan. Btw- sraczki nie mam, gdyby ktoś był ciekawy, ale... Zaczęłam dziwnie kaszleć. Oho- czyli błędem było spodziewać się "ataku" ze strony Lilki, bo tym razem szybsza w roznoszeniu zarazków była Eliza...Co oczywiście nie oznacza, że "jelitówka" już nie uderzy...

Uziemione w domu, nudzimy się wszystkie trzy. Ciężko zainteresować czymś Lilkę, która niby odżyła, ale w szczytowej formie jeszcze nie jest, i co chwilę obwieszcza mi, że idziemy już spać... Oh Córcia... gdyby to było takie proste, żeby można było położyć się kiedy najdzie człowieka ochota... Najbardziej aktywna z nas wszystkich, jest chyba Eliza- nadrobić tydzień nieobecności w szkole? Ma dziewczyna co robić...

A co jest, moje Drogie, najlepsze na nudę? Tak, zgadłyście... Jedzonko... Także, kiedy za którymś tam razem po otwarciu lodówki, uświadomiłam sobie, że nic nowego się w niej nie pojawia (o! jakie zaskoczenie), zaczęłam dłużej dumać nad tym, na co tak naprawdę mam ochotę.

Spojrzałam tęskno na parapet... Te dwa awokado, które leżą tam już od prawie tygodnia, chyba nigdy nie zmiękną, także... Zawiedziona, że mimo szczerych chęci nie mogę zrobić sobie nic zdrowego do jedzenia, postanowiłam, że humor mogą poprawić mi tylko moje ukochane muffinki.
Spokojnie- zdjęć nie będzie :)

Jak pomyślałam- tak zrobiłam. A szkoda- bo trzeba było jeszcze raz pomyśleć, i jeszcze raz... I tak do skutku, aż zdrowy rozsądek zagłuszyłby te zdradliwe szepty: "Tak, upiecz te muffinki, upiecz. Przecież to TYLKO muffinki..."

I tu mała dygresja. Stwierdzam, że jednak błędem jest mieć dobrze zaopatrzone szafki. Bo gdybym tak na przykład nie miała w domu ani proszku do pieczenia, ani sody... Albo jeszcze lepiej- mąki...
Eh...

W efekcie, wczoraj, chwilę po 20-tej usiadłam na pufie (no dobra- rozwaliłam się na niej), żeby zdać Marcinowi pisemną relację, o tym co u nas. Minę miałam nietęgą, bo jakoś tak mi ciężko było... I pewnie te 4 muffinki zjedzone jeszcze gorące, i 2 kolejne po godzinie, nie miały z tym nic, a nic wspólnego...

No i piszę- że Lila już śpi, że zrobiła jedną gorszą kupkę, że Eliza na wieczór trochę się rozbrykała i tak dalej, i tak dalej... O muffinkach ani słowa, bo przecież nie dalej jak kilka dni temu lamentowałam przed lustrem, że zaraz trzeba będzie kiecki na komunię Elizy szukać, a ja zamiast chudnąć- tyję :(

Na co mój mąż odpisał: "...... (część pierwszą zostawię jednak dla siebie- wybaczcie :)) Tyle chleba zjadłem na kolację, że nigdy nie schudnę."

Kochany mój! Mój kochany! Mąż, mężuś, mężulek najdroższy... Taki sam niedoskonały jak ja :) Ach! Bo zapomniałam dodać, że Księciunio też co jakiś czas myśli o zrzuceniu paru kilo. I też tak wystaje przed tym cholernym lustrem... Jaki diabeł nas podkusił, żeby mieć takie wielkie lustro na przedpokoju?!

O- takie wielkie dziadostwo... Od podłogi do sufitu :( 
A tu Lilka- przymierza zimowe ubrania Elizy :p


Jak widać- jest w naszym domu ktoś, kto naprawdę lubi przeglądać się w lustrze :)




piątek, 27 lutego 2015

Jeśli wierzyć...

Jeśli wierzyć w to, że nasz organizm sam najlepiej wie, czego mu potrzeba i się o to upomni- Lilce, w chorobie, potrzeba było snu i odpoczynku. Wczoraj, przez cały dzień, tylko raz dobrowolnie wyszła z łóżka. Lilka! Dziecko- żywioł...
Fakt faktem- działał wtedy jeszcze syrop przeciwgorączkowy.
Młoda dama pofatygowała się do świnek, stanęła nad ich klatką i oświadczyła ("lekko" mijając się z prawdą):
-Bubute kupiłam... I Strzałe kupiłam.
-Tak? Ty Lilciu kupiłaś świnki?
-Taaaak. I wszystko kupiłam.

No cóż- świnki co prawda kupiła Elizka, za swoje pieniążki, klatkę dostała od cioci, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Zresztą- po takim czasie, nie wszystko wydaje się takie oczywiste :)

A w kwestii "Lilka i finanse", to dziś mnie rozbawiła i zaskoczyła jednocześnie. Mamy stosunkowo blisko nas Outlet, w większości z odzieżą sportową. Dosyć często tam bywamy, bo jak to w Outlecie- oprócz sklepów, jest też kino, apteka i... zoologiczny, w którym Lila kupiła świnki :p Są tam również atrakcje dla dzieciaków- jak chociażby samochodziki na 2złotówki. Lila upodobała sobie Clifforda, który po wrzuceniu 2zł też jeździ, niczym autko. Zawsze kiedy się tam wybieramy, staramy się być dobrze do tego przygotowani- na miejscu trudno uzyskać interesujący nas bilon. Pewnie nie my jedni z błagalnym wzrokiem stajemy przed sprzedawcami i pytamy: "Rozmieni pan/pani?"...

Dziś rano, Lila poszła do Elizy pokoju, pokręciła się trochę, a potem- nie strofowana przez starszą siostrę, przystąpiła do wnikliwej penetracji plecaka. Obserwowałam to wszystko z boku, bo przecież wiem doskonale, co w Elizy plecaku można znaleźć :) Po chwili Lilka wyciąga z bocznej kieszeni złotówkę, idzie z nią do mnie i podając mówi: "Mama mas, to na Cliforda" :) Moja Mądrala!




Wracając jednak do wczoraj... Starałam się oczywiście nie wpadać w panikę, bo "jelitówka"- choć mało przyjemna, to przecież nie koniec świata. Trzeba tylko przetrwać :p I o ile wymioty i biegunka naprawdę łagodnie się z Lilą obeszły, to już gorączka zupełnie Jej nie oszczędziła. Bo tak- trafiła nam się wersja z wysoką temperaturą, która męczyła Lilkę dwie ostatnie noce i cały wczorajszy dzień. Dziś, odpukać- gorączki nie ma.

O to, że Lila może się odwodnić, byłam raczej spokojna. Tyle, że nie bardzo chciała pić, o jedzeniu to nawet nie wspominam. Dopiero dzisiaj zjadła małe śniadanko, ale poza nim- nic więcej...

Eliza ma się już znacznie lepiej, a że taty nie ma, to wykorzystała okazję i śpi z nami w pokoju :) Fajnie tak się obudzić i mieć Je obie obok siebie. Choć zdecydowanie wolałabym towarzystwo męża :p

Jak na złość- tak u nas słonecznie było wczoraj... A my tylko wietrzymy mieszkanie, żeby mieć choć namiastkę świeżego powietrza. No nic- mam nadzieję, że dziś to już ostatni dzień, kiedy jesteśmy uziemione w domu- Eliza ma już zezwolenie na spacery, teraz czekamy tylko na Lilcię.

A co się zaś tyczy organizmu i jego potrzeb, to mój zdecydowanie potrzebuje... tłuszczu :) Zdrowego tłuszczu, ładnie nazywanego nienasyconymi kwasami tłuszczowymi. I tu zaskoczenie, bo byłam przekonana, że jedyne czego mi trzeba to cukier :) Znaczy się- glukoza!

Od jakiegoś czasu awokado mogłabym jeść jak jabłka, co chwilę podjadam orzechy i wróciłam do oliwy z oliwek, od której jakiś czas temu mnie odrzuciło. W kontekście nadchodzącej wiosny- nasze śniadania coraz częściej składają się także z dużej ilości zieleniny. Spokojnie- na wagę to się nijak nie przekłada. Nadrabiamy w ciągu dnia :)

A jeśli jeść- to tylko z przepisami z Kwestii Smaku :)

Wszystkie oblicza kanapek :) Inspiracja- TU.









Czas na konkrety- burgery z indyka z sałatką z awokado. Oryginalny przepis- TU.



I trochę lżej... Przepis- TUTAJ.




Bardzo wiosenna sałatka, idealna na niedzielne śniadanko. Oryginał- TU.


A o tym, że wiosna naprawdę jest tuż za rogiem, niech świadczą moje ostatnie (kiedy jeszcze nie byłam uziemiona w domu) zakupy. Pojechaliśmy z Marcinem po doniczki... Wróciłam z pięcioma kolorami cebul mieczyków (idealne na kwiaty cięte!) i trzema bulwami dalii. Oczywiście- ku totalnemu niezrozumieniu Księciunia, ale jak już wiemy- ogrodnik z Niego żaden :) To tak jak ze mnie, ale ja przynajmniej myślę przyszłościowo- o choćby, o kwiatach do wazonu letnią porą... :) A póki co- wykupiłam z naszej osiedlowej Biedry chyba wszystkie hiacynty, i męczę wszystkich ich zapachem...

 

A to nasze domowe okazy, uratowane z balkonu:




Miłego weekendu Kochane! I trzymajcie się zdrowo!




środa, 25 lutego 2015

A żeby było śmieszniej...

Wszystko zaczęło się w sobotę...
Tak, to było w sobotę. Lila przeczołgała mnie po całości. Nie Kochane- Ona nie była niegrzeczna! Ona była sobą. Po prostu...

Dziecko- wulkan. Już prawie przywykłam. Trafiają się jednak (jeszcze) takie dni, kiedy wieczorem nie wiem jak się nazywam. Nie wiem- czy to zależy od mojej kondycji, a raczej jej braku, od chwilowego spadku formy, od mniejszej wydajności- jednak takie dni nadal mi się przytrafiają.

Żeby było śmieszniej- w sobotę "do pomocy" miałam babcię. I wiecie co? Ona też była tego dnia, a raczej- tego wieczora, ledwo żywa.

A żeby było jeszcze śmieszniej, kiedy w końcu po 22-giej wrócił Marcin, i uraczyłam Go opowieściami o energii, która roznosiła Lilę, On- nie wiem- świadomie albo i nie, rzucił tylko: " W czwartek jadę na cztery dni do Świnoujścia"... Gościu ma wyczucie, że hej! Miałam ochotę usiąść i się rozpłakać. Taaaak, wiem- marzę się teraz strasznie, ale to był po prostu  kiepski moment na taką wiadomość.

W niedzielę skoro świt tata pojechał do Gdańska (została Mu to wybaczone- "winę" odkupił nowymi lampionami i szklarnią z Ikei), a my powitałyśmy dzień z temperaturą u Elizy. Szczęście w nieszczęściu, że tego dnia Lila trochę się uspokoiła- co mniej więcej oznacza tyle, że energia roznosiła Ją nadal, ale tym razem- działała bezkolizyjnie...

Gorączka okazała się być jednorazowym incydentem, za to w poniedziałek rano Eliza kaszlała już tak, że siekając (dosłownie!) cebulę, zastanawiałam się czy nie zadzwonić do sanepidu i nie zapytać o epidemię gruźlicy, ewentualnie zgłosić pierwszy przypadek.

I tak jak wierna i oddana jestem domowym metodom leczenia, tak nie zamierzałam czekać, aż Eliza się udusi, a my ogłuchniemy. Najzabawniejsza była w tym wszystkim Lilka, która po każdej salwie Elizy, biegła mi donieść: "Eliza kasle"... Nie no ja wiem- siwy włos się ostatnio mocniej u matki sypnął, ale słuch- póki co- funkcjonuje bez zarzutu. Choć czasami- nie powiem- wolałabym aż tak dobrze wszystkiego nie słyszeć. Zwłaszcza, kiedy Eliza zaczyna swoje pogadanki z cyklu: "Jajko mądrzejsze od kury"...

Także Eliza radośnie kaszlała nam do 18-tej, kiedy to przyjechał nasz pan doktor i zalecił włączenie pulmicortu. Trzeba Mu to oddać- jakość kaszlu zmieniła się diametralnie- z duszenia przeszło na przynoszące ulgę odkrztuszanie. Muzyka dla uszu- chciałoby się napisać... Mimo głośnych protestów Lili- Ona także została zbadana. Póki co- pan doktor- nie stwierdził niczego niepokojącego. Niby matka odetchnęła- raz, że u Elizy udało się bez antybiotyku, a dwa- Lila na razie zdrowa. Z naciskiem na "na razie" bo mama głupia nie jest (tak jej się przynajmniej wydaje)- Eliza kaszlała tak, że prątki unosiły się pewnie cztery piętra w górę, nie wspominając o tych, które osiadały na wiecznie asystującej Jej Lilce, bo przecież powiedzieć dwulatce: Nie siadaj koło Elizy, i masz jak w banku, że nie tylko będzie siadała jak najbliżej siostry, ba! Ona właduje się Jej z milion razy na kolana...

Przeszło mi oczywiście przez myśl, bo jak wiecie- mój optymizm to bardzo zmienna cecha, żeby tylko Lilka nie rozłożyła się na sam wyjazd Marcina. No i muszę przyznać- wczoraj nic nie zapowiadało katastrofy. Eliza "wkuwała" pytania na religię, a my z Lilką dreptałyśmy przed blokiem. Ach, jak pięknie u nas wczoraj było! To się chyba nazywa przedwiośnie, choć w związku z anomaliami w przyrodzie i brakiem zimy/lata, to już właściwie pewności nie mam- co to za pora roku, którą aktualnie mamy. Zresztą- mało istotne. Grunt, że Lila wentylowała się długo i radośnie.

Równie radośnie, we trzy, powitałyśmy dzisiejszy poranek. Co prawda- cień rzucił na niego kaszel Lilki, ale taki jednak mało niepokojący, bo zupełnie inny niż u Elizy... Każda z nas oddała się porannym rutynowym czynnościom- mama szykowaniu śniadania, a dziewczyny- tradycyjnie, demolowały chatę robiły nowy porządek po nocy... Chwilę po 8 nastąpiła zbiórka przy stole w jadalni- kuchnia wydała śniadanie. Hrabiny się rozsiadły, po czym Lila wzięła kęs chleba, i...
Tak, zwymiotowała prosto na stół. Eliza, której wymioty były kiedyś specjalnością (no niestety- refluks nie wybiera), oświadczyła, że ona właśnie skończyła jeść. No dobra- ja też jakoś straciłam apetyt...

Od kiedy Marcin sam sobie zdiagnozował gangrenę, ja Mu konkurencji nie robię, i w zgadywanie co komu dolega, już się zwyczajnie nie bawię. Co poradzić- oczyma wyobraźni widziałam już u Lilki na zmianę: zapalenie płuc i anginę, także poprosiłam pana doktora na kolejną wizytę... Lila w międzyczasie zaczęła się pokładać, kazała mówić na siebie "Basia" (Czy ja pisałam, że moja chrześnica często ulewa? Widać nie uszło to uwadze Lilki.), zwymiotowała drugi raz, usnęła, i... wstała z gorączką...

Po osłuchaniu i zbadaniu Lilki, pan doktor przekazał nam dwie wiadomości- tak, tak- dobrą i złą. Płuca, oskrzela, gardło- idealnie czyste. Natomiast przyplątała się "jelitówka", którą- musimy się z tym liczyć- może poczęstować nas wszystkich... Na dzień przed Marcina wyjazdem- to tak, żeby było śmieszniej. Nie wiem- czy to siła sugestii, ale już po godzinie, od kiedy dowiedziałam się z jakim przeciwnikiem walczymy- miałam połowę objawów Lilki... Marcin w drodze do domu zdiagnozował u siebie, charakterystyczny dla "jelitówki" ból brzucha, który... okazał się jednak fałszywym sygnałem. Podobnie- jak kiedyś gangrena :)

Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że obstawiona probiotykami, colą i słonymi paluszkami, czekam na rozwój wypadków... Na tablicy korkowej w kuchni wisi ulotka z najbliższej pizzerii- jeśli polegnę ja- dzieci z głodu nie poumierają. Żal mi tylko Marcina- do Świnoujścia jedzie sędziować turniej siatkówki... Jakoś nie widzę, żeby co chwilę zeskakiwał z słupka, goniąc do toalety... Także ten, jak to było? Trzymaj się ramy, to się... :)


Aaaaaa! No i chwalić się będę- a jakże! Pamiętacie zdjęcia Elizy pracy na konkurs "Ogrody pływające- czyli Szczecin 2050"? Udało się! Elizy praca, po raz drugi, została zauważona. Tym razem, co prawda, jest to "tylko" trzecie miejsce, ale i tak pękamy z dumy!





No i jeszcze na koniec- perełka! Odnalazłam zdjęcia Elizy, z czasów, kiedy była dokładnie w takim wieku, w jakim jest teraz Lika- 2lata i 4miesiące.
Taaaa-dam, ktoś widzi podobieństwo?




I panna Lila:


niedziela, 22 lutego 2015

Robot

Jak inna jest ta niedziela od tej z zeszłego tygodnia...
Bez smaku cappuccino z Mc Donalds'a, które piłam w drodze do Kamienia...
Bez rozwrzeszczanych mew i szumu wzburzonego morza...
Bez rozgrzewania się kwaśnicą, która choć jedzona w ulubionej knajpce, i całkiem smaczna, nigdy nie będzie tak dobra, jak w górach... 

Jest za to kawa... dużo kawy, z domowego ekspresu. Słychać też co rusz odgłos uruchamianego inhalatora- łącznie: sześć razy dziennie... A my rozgrzewamy się rosołem- podobno idealnym na przeziębienia...

Zamiast towarzystwa taty, mamy babcię, która dogadza nam domowymi smakołykami...
A mama? Mama jak ten robot- szykuje inhalacje, kroi cebulę, otwiera kolejny słoik z sokiem malinowym, i drży... Bo chociaż działa jak automat, niczym ten tytułowy robot, to serce bije mocno, przepełnione troską...
O tą, która kaszle tak, że mury prawie drżą...
I o tą mniejszą, którą na razie męczy "tylko" katar.

Mama myśli...
Czy ten poranny stan podgorączkowy, to tylko znak- że organizm walczy?
Czy domowe sposoby, którym mama jest wierna odkąd na ich drodze stanął doktor Przemek, i tym razem jej nie zawiodą?
Czy jutro będziemy umawiać wizytę lekarską?

Mama wie, że za wiele nie wymyśli... Przez te wszystkie lata, kiedy razem z Elizą, a później i z Lilą, walczyły z niejedną infekcją, już się nauczyła, że na wszystko trzeba czasu. I na to, żeby choroba mogła się (ewentualnie) rozwinąć, i na to- żeby młody organizm miał szansę zawalczyć.

Zatem, popijając kolejną herbatę, czekamy...


******************** 

Agatka, która na bieżąco spisuje potyczki językowe Potworków, w końcu mnie zmotywowała- czas zacząć nadrabiać "lilkowe" zaległości. No cóż- pewnie kilka tekstów mojej młodszej Gwiazdy bezpowrotnie mi już umknęło, ale... Od czegoś trzeba zacząć, więc zaczynam od najświeższych- tych dzisiejszych:

Lila rysuje przy stole. Babcia pyta:
-Co rysujesz Lilciu?
-Coś innego.
-A co to jest "coś innego"?
-Ładne. 

Skromna niczym starsza siostra! 

Scenka z rana, zaraz po śniadaniu: 
Lila chodzi z paczką "Mieszanki studenckiej" i zajada (dosłownie!) rodzynki. Co chwilę, chyba sama do siebie, mówi: "Lubie". To dobre dziecko, także co raz, przychodzi do mnie i podając mi rodzynki, mówi: "Dam mamie". Oczywiście dziękuję, ale za którymś razem mówię: "Poczęstuj też babcię." Lila nie protestuje, zazwyczaj chętnie się dzieli (jedzeniem), ale dając rodzynki babci, oświadcza: "Elizie nie dam!" Babcia wygłasza więc mowę, że to nieładnie, że jej przykro i tak dalej. Lila obraca się na pięcie i mówi: "Tak, to nieładnie babcia!"
Eliza leżała zamknięta u siebie w pokoju... Poza tym... Rodzynki... I tak ich nie lubi :p

Kładę Lilkę na drzemkę. Młoda to geniusz, i wie doskonale, że przez najbliższe dwie godziny, poza żywym komentowaniem przez sen, tego co jej się akurat przyśni (Agatko, znasz to, prawda?!) będzie milczeć- musi więc "nagadać" się na zaś. Lila prawie nigdy nie mówi bez sensu, ale Jej opowieści hmm, bywają czasami oderwane od rzeczywistości. I tak, leżymy, a Mała nadaje:
"Jak pojade w góry (chwila zastanowienia) to kupie sobie konika." 
"Powiedziałam... pociągu... przyjedź do nas." 

A co się zaś tyczy konika, i gór...

Eliza, z każdej wyprawy w góry, zazwyczaj wracała z nowym koniem. Ale spokojnie- tego akurat Lilce jeszcze nie opowiadaliśmy :) Natomiast poniżej, dowód na to, że tak było: 

Konik o wdzięcznym imieniu "Izunia" był równie często fotografowany, co reszta familii... Tu- przed Murowańcem.


A jeśli tylko zdrowie dopisze, i nic nieoczekiwanego się nie wydarzy, już w sierpniu znów będziemy kroczyć ukochanymi górskimi szlakami! Termin zaklepany, miejscówka- ta sama co zwykle, jutro wpłacamy zaliczkę i... skreślamy dni!


Pierwsze wakacje Elizy w Zakopanem
W Murowańcu czekając na obiad :)






Cieszę się jak dziecko, a nawet jak dwoje dzieci! I nic mnie nie przeraża- ani fakt, że pogoda w Zakopanem bywa kapryśna (doświadczyliśmy na własnej skórze...), ani szerząca się tandeta i chińszczyzna na Krupówkach i Gubałówce- jestem nawet w stanie zdzierżyć fakt, że moje córki się tym chłamem zachwycą :) Byleby ta znowu być... A na Krupówki pójdziemy dwa razy- pierwszego i ostatniego dnia pobytu... 

Ps. Dziękuję (tradycyjnie) za Wasze komentarze pod poprzednim postem. Odpowiem na nie wieczorem, ewentualnie jutro... Buziaki!


piątek, 20 lutego 2015

Uffff....

Piątek.
Tak na niego czekałam.
Pierwsza, od jakiegoś czasu, w całości przespana noc... Chciałoby się napisać- bezcenne.
Nocne pobudki (poza tymi, które standardowo funduje mi Lila), kiedy powracają natrętne myśli, nie są niczyim marzeniem. Przecież rano, jak co dzień, trzeba wstać...
Wstałam jakieś 15kilo lżejsza. Tak mentalnie- dla jasności, bo w związku z tym, że mam jakiś nienazwany jak dotąd defekt (ja podejrzewam mutację jakiegoś genu :p) i w przeciwieństwie do normalnych ludzi, którzy w stresujących sytuacjach nie potrafią nic przełknąć, ja najchętniej przełykałabym (jedzenie) non stop.

Nie, nie będę trzymała Was dłużej w niepewności. Budowanie napięcia nie było moim celem... Nie miałam natomiast potrzeby przetrawienia tego tutaj, w tym miejscu. Zresztą dziś- nadal nie jestem pewna, czy mam. Raz, że cała sprawa nie dotyczy tak zupełnie bezpośrednio nas, a dwa- mimo, że ten blog to mój kawałek podłogi, czuję się jednak zobowiązana (mimo, że nikt ze znajomych o blogu nie wie) do uszanowania prywatności innych osób...

Dlatego, dziś napiszę bardzo ogólnikowo, bo gdyby wdawać się w szczegóły, i maglować temat tak, jak na to zasługuje- mogłabym go "ugryźć" na tyle sposobów, że nie jedna rozprawka by mi z tego wyszła.

Rozwód...

Definitywne rozstanie kolejnych znajomych...

I choć zabrzmi to jak czarny humor, to do śmiechu wcale mi nie jest, ale mam dziś ochotę spytać: Kto następny?

Tak, tylu naszych znajomych, i nie tylko- rodzina wcale nie jest "gorsza", już się rozstało.

Czy ja jestem zwolenniczką rozwodów?
Nie, ale...
Jako ktoś, kto pół swojego życia zastanawia się, dlaczego moi rodzice nigdy nie zdecydowali się na ten krok, nie jestem tez ich przeciwniczką.
Tak, uważam, że czasem tak jest właśnie lepiej. Nawet jeśli są dzieci. Może to właśnie ze względu na nie, czasem warto podjąć tą, jak się domyślam- jedną z trudniejszych, życiowych decyzji. Moja mama nigdy na to nie wpadła... Nie, dziś już nie mam Jej tego za złe... Dziś, mimo, że to bardzo trudne (o ile w ogóle możliwe) staram się Ją jednak zrozumieć...
Ojca rozumiem dużo lepiej... Kto by rezygnował z darmowej kucharki, sprzątaczki, praczki i niańki w jednym? Zwłaszcza, jeśli można było, od czasu do czasu, wyładować na niej swoje frustracje...

Do brzegu...
Tak, jak napisałam- na rozstania znajomych już się napatrzeliśmy. Nie jest to na pewno przyjemny widok. Równie nieprzyjemnie jest słuchać, kiedy gruchająca dotąd para, próbuje Cię przekonać kto jest bardziej winny, kto bardziej pokrzywdzony i tak dalej... Zazwyczaj nie daję się w takie zwierzenia wciągać. I mimo, że jako socjolog rozumiem ten mechanizm doskonale, to ja- Marta, chcę nadal móc szanować i lubić Ich oboje, nie musieć wybierać, opowiadać się po jednej ze stron... I udaje mi się to- jak choćby z moim kuzynem i Jego byłą żoną. Bardzo lubię Ich oboje- świetni ludzie. Powiem więcej- według mnie byli fantastyczną parą. No ale- albo kiepski ze mnie obserwator, albo- czasami widzimy to, co chcemy widzieć... Ich rozwód był dla mnie zaskoczeniem. Tyle, że jako jedni z nielicznych, mimo początkowych żali, rozstali się z prawdziwą klasą. I oboje zgodnie twierdzą, że po rozwodzie dogadują się dużo lepiej, niż przed...

Jednak, nie zawsze można pozostać bezstronnym, i nie zawsze- jest mi dane, mieć nadal dwoje znajomych. Tak właśnie jest z parą, dzięki której miałam kilka nocy z głowy, i mam... kilka kilo do przodu...

Ten post, równie dobrze, mógłby nosić tytuł: Między lojalnością, a powinnością... Tak, dokładnie z takimi dylematami borykałam się w ostatnim czasie. To znaczy nie- w zasadzie nie miałam dylematu, czy powinnam pozostać lojalna, czy powinnam powiedzieć prawdę. Odkąd z opłakanym skutkiem próbowałam chyba w 3klasie podstawówki, okłamać mamę, że zjadłam kanapkę (dałam ją bezdomnemu psu)- wiedziałam, że nie tylko rację mają ci, którzy twierdzą, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale że ja- kłamać nie potrafię. To tak z przymrużeniem oka oczywiście, bo choć nie czuję się w obowiązku, to jednak dla jasności to napiszę- nie wyobrażam sobie pójść do sądu, i kłamać w żywe oczy. W jakiejkolwiek sprawie. 

Powiecie: Wielka afera i takie nerwy, a to tylko zeznania w sądzie.
Niby tak...
Tyle, że...
Nie samymi zeznaniami się denerwowałam. Ktoś, kto idzie z zamiarem mówienia prawdy, nie ma się czym stresować.
Mnie przygniotło zupełnie co innego.

Ona- dziewczyna, którą znam prawie 30lat. Niemal całe moje życie... Miała być chrzestną Lilki... Moja bliska koleżanka.

On- Jej mąż. Jeden z bardziej w porządku facetów, jakich znam. Pomocny, uczynny, dobry ojciec, fajny kumpel- taki do tańca, i do różańca...

I teraz wyobraźcie sobie sytuację, że to Ona jest tą stroną "nie w porządku", a prosi mnie, żebym zeznawała przeciwko Niemu...

Jak dla mnie- absurd, na który nie mam zamiaru się godzić. Odmawiam, tłumacząc jednocześnie dlaczego. Naiwnie myślę, że Ona to zrozumie. Nie rozumie. Obraża się śmiertelnie, i tym samym- kończy się nasza wieloletnia znajomość.

W międzyczasie, mój mąż godzi się zostać Jego świadkiem, bo widział i słyszał niejedno, może tym samym zaświadczyć, że- jak to się mówi, kolega nie jest wielbłądem...

I kiedy ja przetrawiam to, co się stało, dostaję... wezwanie w charakterze świadka. Tak, człowiek uczy się całe życie, i właśnie wtedy odkryłam, że można powołać mnie na świadka, mimo mojej wyraźnej odmowy. Akurat działanie prawa w tej kwestii jestem w stanie zrozumieć. Tupetu i bezczelności koleżanki- już nie.

Nie powiem- trudne to było dla mnie tak z czysto emocjonalnych pobudek, ale...
Byłam.
Przeżyłam.
Mam czyste sumienie.
Dziś rano mogłam spokojnie spojrzeć w lustro.
To dla mnie ważne. 

Tak, straciłam koleżankę...
To jest cena, którą "zapłaciłam".
Czy wysoka?
Nie wiem, pewnie nie...
Trochę jednak boli to wszystko...
A niesmak jaki czuję, to rzecz trudna i do nazwania i do opisania.

Jest mi wstyd.
Tak- mnie jest wstyd!
Za Nią.
Za to co robiła...
Za to, co zrobiła Jemu i Ich dziecku...
I mam dziś żal do siebie- bo owszem, wczoraj niczego nie zataiłam. Powiedziałam wszystko, tak jak było...
Ale wiedziałam wcześniej.
Słuchałam. 
Nigdy do końca nie zareagowałam tak, jak powinnam.
I z tym jest mi źle.
Czy moja reakcja coś by zmieniła? Pewnie w Jej zachowaniach, i tym co robiła- nie.
Tyle, że dziś czułabym się dużo lepiej.

Agatko... Dziękuję za zainteresowanie :*




poniedziałek, 16 lutego 2015

Dwie niedziele...

Tydzień temu, niedziela, była dniem przestoju w domu. Eliza, po zaproszeniu Jej na domowe urodziny koleżanki z klasy, sama zapragnęła zrobić podobny spęd u nas, tyle, że bez okazji :) Nie mieliśmy nic przeciwko. A, kiedy ogarnęła pokój na błysk, byłam gotowa powiedzieć Jej, że koleżanki mogą odwiedzać Ją co niedzielę :p

Nie no... Tak dobrze to nie będzie- często niedziela jest jedynym dniem, który możemy spędzić w całości razem (w sezonie Marcin prawie co sobotę ma sędziowania, a to oznacza większość dnia poza domem) i wtedy- jeśli pogoda, zdrowie i inne niezależne od nas czynniki sprzyjają- dajemy dyla z osiedla :)

Cieszę się, że Eliza zaprasza do siebie koleżanki. Niby to takie naturalne i oczywiste, prawda? My, współcześni rodzice, wiele byśmy dali, żeby nasze dzieciaki jak najdłużej przyprowadzały swoich znajomych do domu... Niepokój rodziców rośnie wprost proporcjonalnie do zmniejszenia się częstotliwości tych odwiedzin... To ciekawe- bo na przykład mój ojciec nigdy nie miał tego typu problemów- dla Niego nasze mieszkanie było azylem, w którym nikt nie miał prawa zakłócić Mu spokoju- łącznie z nami. Do dziś pamiętam, jaki był zawsze "szczęśliwy", kiedy zaraz po wyprowadzce od Babci, już na nowym mieszkaniu, odwiedzał nas Jego brat, czy siostra... Jego nieopisana "radość" z tych odwiedzin szybko i skutecznie zniechęciły całą bliższą i dalszą rodzinę, tak, że byliśmy jak te odludki... Ku wielkiej uciesze pana taty.

Wychowywani w przeświadczeniu, że taty lepiej nie denerwować, nie mieliśmy nigdy tak szalonych pomysłów, żeby do domu przyprowadzić koleżankę lub kolegę. Na palcach jednej ręki, mogę policzyć razy, kiedy pod nieobecność ojca wpuściłam kogoś do domu... Wolałam nie ryzykować.
Oczywiście, kiedy podrosłam, i zaczęłam buntować się przeciwko takim, a nie innym porządkom w naszym domu, dalej długo nikogo do nas nie przyprowadzałam- wizja wstydu, jakiego może narobić mi ojciec, skutecznie mnie zniechęcała...

A to, "kilka" migawek z przygotowań, do odwiedzin koleżanek:








A co stanowiło największy problem podczas wizyty dziewczynek? Ano to, czym w tym czasie zająć Lilę... I niech mi nikt więcej nie mówi, że nie jestem optymistką! Jestem! I to tak wielką, że optymistycznie, założyłam sobie, że wilczą część czasu, kiedy Eliza będzie miała gości, któreś z nas spędzi z Lilą na dworze. W sensie- mieliśmy się wymieniać, w końcu to luty, i w przeciwieństwie do Małej, my już po niespełna godzinie na dworze, marzymy o kubku gorącej herbaty...
Taaaak, planować, to ja sobie mogę... Wiało tak, że mało człowiekowi głowy nie urwało, do tego wyjątkowa zimna ta niedziela była. I w ten sposób wyciągnęliśmy nieśmiertelne klocki, i "walczyliśmy"... Bo Lila, jak chyba większość młodszego rodzeństwa, żyje w głębokim przeświadczeniu, że koleżanki Elizy, to także Jej koleżanki...

Z początku, Eliza jeszcze jakoś tolerowała wpadającą do dużego pokoju, Lilę... Jednak w miarę upływu czasu, musieliśmy wzmóc czujność, i wzmocnić ochronę, bo jeszcze z kilka takich lilkowych wejść smoka, i jak przypuszczam, wyleciałaby w końcu stamtąd  z wielkim hukiem i... głośnym płaczem.




Tak było tydzień temu...
Za to wczoraj, postanowiliśmy, że nie ma zmiłuj- wsiadamy w auto i jedziemy. Plany były różne. Od randki rodziców, po eskapadę całą rodziną, a skończyło się na... czasie rodziców tylko dla Elizy. I wiem, że ten "projekt" może wydawać się dość dziwny, może budzić mieszane uczucia (sama w tej kwestii takie miewam...), to jednak kiedy widzimy radość Elizy, czuję, że to ma sens. Nie wiem, czy to jest regułą w przypadku dzieci, które wilczą część swojego dotychczasowego życia miały rodziców tylko dla siebie, czy to nasza wina, jednak Eliza ewidentnie potrzebuje nas, bez towarzystwa w postaci swojej młodszej siostry. Mam oczywiście świadomość, że mimo świetnego przygotowania teoretycznego, popełniliśmy masę błędów, które popełnia większość rodziców, kiedy rodzi się młodsze dziecko. Ba! My pewnie popełniliśmy błędy, których jeszcze nikt nie uwzględnił na kartkach podręczników psychologii rozwojowej dziecka, czy psychologii rodziny...
W każdym razie... Błędy mają to do siebie, że odbijają się dość mocno na życiu tych, którzy je popełniają. I- chciał nie chciał- trzeba je naprawiać. Szczęście w nieszczęściu, że nasz projekt naprawczy jest w zasadzie bardzo przyjemny. Mamy cudowną, wręcz fantastyczną Babcię, z którą nie zawahałabym się zostawić nawet trojaczków, gdyby je miała. Babcia, jeśli tylko nie pracuje, i nie ma innych planów, zawsze jest chętna do pomocy, z czego- nie powiem- chętnie czasami korzystamy.
I tak, wczoraj, zostawiliśmy Lilę, chłopaków i Babcię, a sami ruszyliśmy... nad wodę :)

Kamień Pomorski <3
Uwielbiamy oboje.
Właśnie odkryłam, że nie mogę, z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, wrzucić Wam zdjęcia latte z solonym karmelem, które zamówił mój mąż... No cóż- może to i lepiej :p








A tu już Dziwnów... Na plaży strasznie wiało, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że zostawienie Lilki w domu (de facto większość czasu spędziła nie w domu, a na działce), to był dobry pomysł.

Odwiedziliśmy także znajomych z nadmorskiej okolicy, z którymi widujemy się raz, może dwa razy do roku...








Dziwnów zimą, jak większość nadmorskich miejscowości, jest po prostu wyludniony. I za to uwielbiam zimowe/wiosenne/jesienne wyjazdy nad morze :p Oczywiście, zimą ludzi jest najmniej, ale wiosną oraz jesienią, turyści są w ilości przez nas akceptowanej :)
Dlatego, Drogie Córki, jeśli to czytacie, i przypomnicie sobie każdy jeden wyjazd nad morze "w sezonie", to zapłaczcie głośno, bo to wielkie poświęcenie ze strony Waszych staruszków było...

Wszystko co dobre... i przyszedł czas na powrót do domu. Przede mną mega stresujący czwartek- jak go przeżyję, to... wszyscy na tym zyskamy :) Na razie żyję w takim dziwnym zawieszeniu pt. "Chciałabym, żeby już było po..." Niestety- póki co, jeszcze "po" nie jest, a ja... sparaliżowana nerwami tkwię w niemocy. Zajadam stresy (dlatego mam dla Was masę zdjęć kanapek, sałatek i kaszy- a to wszystko już niebawem :p), piję hektolitry kawy, którą już dziś zamierzam zamienić na melisę, źle sypiam, i "truję" w kółko Marcinowi o tym, jak się stresuję. Domyślam się, że to pewnie Jemu bardziej zależy na tym, żeby było już piątek, niż mnie :)

Miłego tygodnia i... oby do piątku...