Mama2c

Mama2c

piątek, 27 marca 2015

A Ty? Co przygotujesz na Święta?

No dobrze Dziewczynki, pora, żeby Wasze wielkanocne menu powoli się już krystalizowało...
Przy okazji Świąt nigdy nie mam problemu z tym co ugotować/upiec/przyrządzić. Mam za to zupełnie inne zmartwienie- jak w ramach rozsądku okroić listę, żeby nie okazało się, że robię sześć rodzajów faszerowanych jajek, piekę  cztery serniki, plus dwa robię na zimno, a do tego zobowiązuję się przygotować co najmniej trzy sałatki. Niestety- tak już mam, że kiedy zbliżają się Święta- wariuję. Mam ochotę spróbować nowych przepisów, bo to przecież świetna okazja ku temu, czuję mus powtórzenia tych, które sprawdziły się w zeszłych latach, bo przecież... tak wszystkim smakowały... No i bądź tu mądra i znajdź jakiś kompromis.

W tym roku mam silną motywację, żeby jednak nie poddać się temu świątecznemu szaleństwu... Przede wszystkim- do komunii zostanie ciut ponad miesiąc i szkoda byłoby, żebym jak po każdych świętach skończyła z trzema kilo (daj Boże z trzema...) na plusie. Poza tym- przed nami wydatki związane z komunią, także warto byłoby trochę oszczędzić nasz budżet... No nic- czy uda mi się trzymać swoje kulinarne zapędy w ryzach, to się okaże... Dziś, chciałabym Wam pokazać nowości, na które zwróciłam uwagę, i które biorę pod uwagę w naszym wielkanocnym menu.

To co? Zaczynamy od słodkości? :)

Mazurki...
U nas się ich nie piecze. Mam co prawda jakieś mgliste wspomnienie z tym rodzajem ciast, i nie jest ono zbyt dobre. Mazurki są potwornie słodkie- tak od dzieciństwa o nich myślę. I, zdaje się, że musiałam w dzieciństwie nie mieć problemów z cukrem, skoro uznałam je za ZA słodkie. Bo teraz- nie oszukujmy się- żadne ciasto nie wydaje mi się za słodkie :p
W tym roku, wyjątkowo, postanowiłam mazurka nam upiec. Oczywiście, zwróciłam uwagę na te trochę odbiegające od klasyki. Oto moje dwa typy:

Czekoladowy spód, kawowa (omomom) masa i do tego wiśnie w syropie... Czy to nie brzmi pysznie?! Przepis TU. Jedyne, co mnie zastanawia, to to, gdzie dostanę wiśnie we frużelinie. Macie jakieś pomysły? Kupujecie coś takiego? Pomóżcie!

Jeść na zdrowie? Jeśli upieczecie sobie TEGO mazurka, to tak właśnie będzie. Wiedziałyście, że kasza jaglana ma właściwości odkwaszające nasz organizm? Czy to nie jest wystarczający powód, żeby ten mazurek pojawił się na naszym wielkanocnym stole? I o ile mam w domu dwa granaty (hmm, cóż za wyznanie :)) i mleko kokosowe, o tyle mąka jaglana jakoś dziwnym trafem się skończyła :p No nic- jeśli wybiorę tego mazurka (zdecydowałam, że upiekę jednego z nich), to będę musiała się za nią rozejrzeć.

Serniki...
I tu, jak co roku, jestem w mentalnej pułapce, bo ja serniki bardzo lubię. Moimi faworytami są te pieczone, ale zdecydowanie nie te tradycyjne. Jednak mocno owocowym, zwieńczonym bitą śmietaną sernikiem na zimno też nie pogardzę... Do dziś rozpływam się na wspomnienie serników, które upiekłam na Boże Narodzenie. Dyniowy na spodzie brownie był prawdziwym hitem. W tym roku też upiekę dyniowy- muszę uporać się z dość sporą ilością zamrożonego dyniowego pure, ale dla Was mam inne propozycje:

Sernik cytrynowy to pewnego rodzaju klasyka, ale jeśli wykończyć go musem... bazyliowym? Przyznacie, że zielony to kolor, który idealnie wkomponowuje się w te Święta?
Przepis znajdziecie TU.

Jeśli jednak obawiacie się, że reszta rodziny nie podeszłaby do tego sernika z takim entuzjazmem jak ja- Wasza blogowa ciocia Marta, to mam dla Was bezpieczniejszą propozycję. Co prawda miód i pomarańcze to zestaw, który bardziej pasowałby na Święta Bożego Narodzenia, ale myślę, że ten fakt możemy po prostu pominąć :) Ten sernik upiekę na pewno- raczej nie na Wielkanoc, ponieważ założyłam sobie, że ograniczę się tylko do dyniowego wypieku, ale pewnie niebawem...
Jeśli macie ochotę, zerknijcie sobie na niego o TU.

Pokażę Wam jeszcze sernik, który piekłam już kilka razy. To jeden z moich ulubieńców- ten smak, konsystencja... Lubię do niego wracać. Dla wszystkich, którzy kochają kajmak, przepis o TU. Na którąś Wielkanoc też już u nas gościł...

Babki...
I tak jak lubię ciasta drożdżowe, tak babki na drożdżach nie skradły mojego serca. Tych Wam nie polecę, bo się zwyczajnie nie znam.
Sama planuję w tym roku upiec dwie- dyniową, i tą, z makowym środkiem. Jednak tak na 100% chyba jeszcze nie jestem zdecydowana, a że chodzi za mną jakaś czekoladowa babeczka, to różnie to może jeszcze być. A w temacie czekoladowych bab, też mam dla Was przepisy do sprawdzenia. O TU i TU.

Przechodzimy do meritum, czyli do jajek :p Symbol życia, i bardzo smakowity akcent na naszych wielkanocnych stołach. U nas, odkąd pamiętam, robi się jaja faszerowane w skorupkach- takie na ciepło. Uwielbiałam je, i zawsze z utęsknieniem na nie czekałam, bo jadamy je raz w roku. Jednak od pewnego czasu widzę, że już nie wzbudzają we mnie takiego entuzjazmu, choć ciężko przecież powiedzieć, żeby mi się przejadły. Z kolei ja, już wiele razy robiłam na Wielkanoc jajka faszerowane pieczarkami, oraz z farszem z tuńczyka. W tym roku mam jednak ochotę na coś jeszcze :p A, że nieprzerwanie trwa moja faza na awokado, to TEN przepis, spadł mi z Nieba.
Na pewno bliżej przyjrzę się także propozycjom Asi z Kwestii Smaku na to, co można jeszcze z tych jajek zrobić :) Wstępnie zainteresowały mnie jajka z pastą z mascarpone, ale... muszę jeszcze je przemyśleć :)

Jedyne, z czym mam w tym roku problem, to moje ukochane sałatki. Tak, tak- kompletnie nie mam na nie pomysłu. Dotychczas było tak, że już jakiś czas przed Świętami, wiedziałam, czy mam ochotę na sałatkę z mięsem czy z serem. Czy ma być lekka, czy dodam do niej makaron, albo ryż... W tym roku? Pustka w głowie. Pewnie przeglądnę propozycje Juti, i coś wymyślę. A Was serdecznie zapraszam na Jej bloga, gdzie w sałatkach będziecie mogły przebierać do woli.

Obiad to zawsze dzieło mojej mamy. I kiedyś faktycznie- szalała z kaczkami, królikami, ale... zawsze musiała zrobić osobno coś dla dzieci, bo one ani kaczki, ani królika tknąć nie chciały. Co ciekawe- wegetarianką przecież nie jestem, ale królika nie przełknę. No nie mam pojęcia w czym rzecz, przecież króliczego pupila też nigdy nie miałam, ale jakoś nie mogę. Moja mama nie dawała za wygraną- myślała, że zmięknę, kiedy udusi królika w winie, ale nie ze mną te numery. Wino tak, ale bez królika... I nasza babcia też się uczy, i teraz się już nie spina- robi dla wszystkich jeden obiad, czyli zazwyczaj jemy coś z kurczaka, albo z wołowiny.

No dobrze- mam nadzieję, że przydadzą Wam się te linki, ale... Coś za coś :) Nie mam kompletnie pomysłu na pieczoną białą kiełbasę, a ochotę- i owszem. Jeśli macie swoje sprawdzone na nią przepisy/pomysły- piszcie w komentarzach. Będę niewymownie wdzięczna :p

A skoro tak sobie fajnie o jedzonku piszemy, to mam jeszcze dla Was fotki moich ostatnich sałatek, które powstały przy "czyszczeniu" lodówki. Taaadam:



I kolejna:







środa, 25 marca 2015

Nasze dni...

Mówią, że macierzyństwo odmładza...
Tej wiosny mam chyba (tylko) ze dwadzieścia lat... Lila-odkrywca zmusza mnie do spojrzenia na świat Jej oczami. A jest na co patrzeć: powracające do kraju ptaki, pierwsze motyle, pierwszy bąk w autobusie, nasze działkowe roślinki, które powoli "ruszają" po zimie, i te, które wystrzeliły z cebul sadzonych jesienią...

Ornitologiem jestem słabym- jedynie zaprzeczam, że to na pewno nie "wlobelki" i nie gołębie... Wielkiego, wciąż dobrze nierozbudzonego bąka przeżywamy potem wspólnie jeszcze długo. A kwiatki? Mam wrażenie, że zaangażowanie Lilki w sprawy działki, przewyższa nawet moje... No i Ona skłonna jest do (mimowolnych) poświęceń- dziś tak ochoczo i zamaszyście podlewała żonkile, że spodnie można było wyżymać :p Za to na pewno nie można Lilce odmówić przeświadczenia o własnej świetności. Jak inaczej skwitować fakt, że podczas podlewania, co chwilę- sama do siebie mówiła: "Ładnie podlewam. Pięknie podlewam"...

Za to mentalnie, dzięki Elizie, jestem na etapie rozterek około komunijnych. Pamiętam, miałam dokładnie te same lęki i obawy. O pierwszą spowiedź, o to, czy buzi nie otworzę za szeroko, czy ten opłatek wolno pogryźć... Eliza żyje już komunią na całego, a ja razem z Nią. I zrobię wszystko, żeby mogła przeżyć ją jak typowa 9latka... Przykre, kiedy z dziecka na siłę próbuje zrobić się dorosłego.

Ta wiosna, to zdecydowanie nasz czas. Wyciśniemy ją jak cytrynkę :p
To czas pierwszych razów- dziś padło na przejażdżkę autobusem. Taka z Lilki burżujka, proszę Państwa! 2lata i 5miesięcy, a panienka Lila pierwszy raz jechała komunikacją miejską :) Za to przejęcie i radość- nie do opisania :)
Wysiadłyśmy, idziemy w milczeniu za rękę, na małej buzi maluje się uśmiech, a po chwili słyszę: "Mamo, fajnie było w ambutusie". Motywacja, aby dać Jej więcej przeżyć tego kalibru, również nie do opisania!

Codziennie, w naszym wiosenny dzienniczku, odhaczamy wizytę na placu zabaw. Tam jest dopiero frajda! Lila biega od drabinek do karuzeli, huśtawek i zjeżdżalni, jakby nie mogła zdecydować się, gdzie najbardziej chciałaby się pobawić. Także na początku jest rekonesans, a potem eksploatowanie poszczególnych atrakcji. Wszystkie są fajne, nic więc dziwnego, że godzina to minimum jakie muszę przeznaczyć na zabawę. Godzina, to naprawdę niewiele, kiedy mogę podziwiać jak moja córcia rozwija się i fizycznie i społecznie. Jeszcze w styczniu/lutym nie było mowy, żeby sama wchodziła po drabince na ślizgawkę. Dziś? Albo tylko Ją asekuruję, albo delikatnie trzymam za rękę... A Ona? Kombinuje jak może :) Tam, gdzie boi się iść normalnie, idzie na czworaka. Ograniczenia? Nie istnieją :P

Lila ma też nowego kolegę. Spotykają się na placu zabaw codziennie, ale póki co- zabawa przebiega bardziej obok siebie, niż wspólnie. Nieśmiałe ściganie się kto pierwszy się ześlizgnie, pilnowanie, żeby Jasiek broń Boże nie zabrał naszego wózka. Btw- mały Jan w ogóle się nim nie interesuje, co usilnie wmawia Mu Lila :) Natomiast dziś, kiedy Jasia nie było, Lila posmutniała, i zapytała: "Jak się nazywa mój kolega" :) Także- obok siebie, ale... :)

A dziś po południu otworzyłyśmy na działce sezon piknikowy! Był kocyk, paluszki, picie a dla mamy termosik z herbatą... I, jak można było w zasadzie przypuszczać, choć na siedzenie czasu Lilce już nie starczyło, to na swoich małych nóżkach przemierzyła działkę w wzdłuż i wszerz chyba z 10razy :) A jaka była przy tym szczęśliwa! Tylko bliźniaków z naprzeciwka dziś nie było... A Lila tak na Nich czekała... Ze swoją śmieciarką. Tak- nie przewidziało Wam się :)

Ach, jak nam dobrze!
Jest moc.
Jestem mamą.
I mam moc :)

Jakoś tak na przekór temu, co dzieje się u Marty- nie mamy, mimo wszystko wciąż mam ochotę się śmiać. I korzystać z tej wiosny. Czasami właśnie śmiech jest jedyną słuszną rzeczą, jaką możemy zrobić.

I Święta, choć pewnie będą takie, jakie już bywały, i tak mnie cieszą. Zrobiłam już przegląd przepisów, którymi warto się z Wami podzielić, także niedługo spodziewajcie się postu z linkami do wielkanocnych smakowitości. Jednak- znacie mnie już trochę... Nie spodziewajcie się tradycyjnego mazurka, jajek w majonezie i sernika krakowskiego :) A póki co- zapisuję kolejne perełki moich Dziewczyn do kolejnych "Dialogów rodzinnych" :) Chcecie próbkę? Proszę bardzo!

Dzisiejszy poranek, Eliza wpada do kuchni i pyta: "Mamo, dziewczyny są z Marsa czy z Wenusa?"

No i jak tu się nie śmiać! No może nie z "Wenusa", ale na pewno nie jesteśmy z tej samej planety co panowie :)

ŚCISKAMY!


niedziela, 22 marca 2015

Dialogi rodzinne cz.2

Słońce! Jest słońce... Tyle, że jakoś tak... no mroźno jest!
Och, niech ta wiosna już się rozkręci na dobre...
Chwila relaksu mamy (starsza córcia na urodzinach koleżanki, młodsza w objęciach Morfeusza) to idealny czas aby spisać nasze rozmówki.

Chyba... Ale czy na pewno?!

Jakiś czas temu u dziadków...
Lilce spadła spinka do włosów, i biegnie do dziadka po pomoc.
L:Zapnij Andziej.
Dz: Ja? Ja nie umiem, idź do babci.
L: Babcia zapnij. Adziej nie umie. Chyba jest głupi*.

Przewrażliwiona

Eliza robi coś przy biurku, Lila dzielnie waruje przy Niej. Nagle, po tym jak Elizie (zapewne) coś się nie udało, słychać:
E: No cholera jasna!!!
L: Nie mów tak do mnie Eliza. Ja nie jestem cholela. Mamooo Eliza tak na mnie powiedziała.

Zamiana ról

Przewijam Lilkę przed drzemką, Mała jest już mega śpiąca, wkłada mi rękę pod bluzkę i mówi:
L: Tam jest mleko.
M: Tak, tam jest mleko.
L: Dla Lilci.
M: Tak, dla Lilci.
L: Dla Elizy nie.
M: Nie, dla Elizy już nie.
L: I dla babci też nie.
M: (?!?!) Nieeee. Babcia piła mleczko od swojej mamy jak była mała.
L: Taaa. Pokazując na mnie palcem Od tej mamy.

Dobre pytanie

Przed zupą.
L: Mama daj ciastko. Jestem głodna na ciastko.
M: Jak zjesz zupę to dostaniesz. Najpierw zupka, potem smakołyki.
L: Z płaczem... Gdzie schowałaś smakołyki mamo?

Problemy z tożsamością

L: Jestem lodzicem.
M: Nie jesteś. Jesteś dzieckiem.
L: Mama jest dzieckiem.
M: Jestem rodzicem.
L: Eliza jest dzieckiem.
M: Tak, Eliza jest dzieckiem, i Ty jesteś dzieckiem.
L: Jestem Basia.
(Wczoraj była Martynką)

Dawno, dawno temu...

Lila widząc, że robię sobie herbatę z imbirem, przypomina:
L: Nie lubię imbiru.
M: Wiem, jest za ostry dla takich małych dzieci.
L: Taaa. Jak byłam mniejsza to lubiłam.
Jasne!

Cwaniara

Od wielkiego dzwonu zdarza nam się ulec Elizie i kupić Jej chipsy. Lila ma na nie kategoryczny zakaz, także staramy się, aby ich w ogóle nie widziała. W zeszłą niedzielę jednak, Eliza przesypała je do miseczki, i postawiła w zasięgu rąk Lilki... Ta wyrwała do nich jak z procy (jakby jakimś siódmym zmysłem czuła, że to jest dobre!), w ostatniej chwili powstrzymana przez nas przed konsumpcją. Lila tak łatwo się nie poddaje:
L: Tylko potrzymam.
M: No dobrze, potrzymaj i zaraz postaw na stół.
L: Poczęstuje tatą i mamę.
M: Dobrze.
Jak to się stało, że poczęstowała tylko tatę, a drugi chips wylądowałam w lilkowej buźce? Who knows? 
M: Lila! Nie wolno. Chipsy są bardzo, bardzo niezdrowe. Mają strasznie dużo soli.
L: Taaaa.

Po tygodniu

Lila je lizaka, ale widzi na blacie ciastka.
L: Lizak jest fuj. Chce ciastka.
M: Chciałaś lizaka, zjedz go do końca.
L: Nie moge. On ma sól.
Oklaski!

Budzik

Miniona środa, ostatni dzień rekolekcji, zbiórka przed szkołą o 8.40. Budzę Elizę odpowiednio wcześniej, a nawet ciut za wcześnie, wychodzę więc na chwilę z pokoju, i idę umyć naczynia. Mimo odkręconej wody, słyszę jakieś wrzaski. Tak, a to nowość! Idę do pokoju. Co widzę?!
Eliza z poduszką i kołdrą na głowie, a nad Nią stoi Lilka i krzyczy: "Wstawaj, słyszysz?! Wstawaj!"

Stop goliźnie

Lila ma taki ulubioną bajkę w odcinkach, w języku rosyjskim: Mawa i kawa. Wszyscy ją zresztą lubimy. Jest tam taki odcinek, w którym miś i dziewczynka zajmują się jajem, z którego potem wykluwa się pingwin.
Oglądamy po raz 1874:
L: Ja sie nie wyklułam. Ja sie ulodziłam.
M: Tak, byłaś u mnie w brzuszku.
L: Pokazując na siebie W tej bluzce pływałam.

Chyba coś Ci się pomyliło/ Nie za wcześnie?

Do śniadania, które jem z dziewczynami, robię sobie zawsze kawę z ekspresu. Dziś nie było inaczej. Włączyłam ekspres, po chwili słychać ten cudowny odgłos mielenia ziaren, ja- niczym w reklamie, krzątam się między kuchnią a jadalnią donosząc kolejne talerzyki z ulubionymi dodatkami dziewczyn, kiedy słyszę: "Zobacz Eliza, kawa sie lobi dla mnie"

Jest pewna

Oglądałam jakiś czas temu zdjęcia, które zrobiła moja mama podczas Jej ostatniego pobytu w Zakopanem. Kilka było specjalnie dla Lilci- a mogłyby nosić tytuł: Regionalny wypas owiec. Sielskie obrazki: białe owieczki, soczysta zielona trawka i błękitne niebo... Lila podchodzi, patrzy chwilę i stwierdza: "Tam biegałam. Z Dawidem."
Taaa! Ani Lila, ani Dawid jeszcze w Zakopanem nie byli :) 

Miłej niedzieli Dziewczyny! Ja tymczasem zmykam rozejrzeć się za świątecznymi przepisami- to jedna z moich ulubionych chwil przed świętami :) Rety, rety- już tylko dwa tygodnie! Ależ się cieszę!

* W naszej rodzinie dzieci zwracają się do rodziców per mama/tata, a do dziadków analogicznie-  babcia/dziadek. Tyle, że... Lila uparła się na "Andzieja", i nie ma zmiłuj. Tłumaczymy, poprawiamy... A Ona dalej swoje.

Mimo 1001 naszych błędów wychowawczych nie sugerowaliśmy, a tym bardziej nigdy nie mówiliśmy dziewczynom, że są głupie, bo czegoś nie potrafią. Nie wiem skąd u Lilki taki tok myślenia. Widać, przedszkole Jej nie potrzebne do tego, żeby sypać takimi tekstami :p

sobota, 21 marca 2015

Bye, bye...

Tytuł odnosi się do zimy, którą dziś oficjalnie pożegnaliśmy.




I chociaż akurat dzisiaj- ani za oknem, ani na termometrze wiosny nie widać, to... zdecydowanie słychać i czuć ją dobrze!

Mimo, że coś tam kropiło, postanowiłam z dziewczynami wyjść chociaż na krótki spacer. Eliza pobiegła pierwsza, Lila miała jeszcze kilka rzeczy do zrobienia przed wyjściem :) Nie pytajcie... No dobrze- jedną zdradzę :) Przyznacie, że pamiętać o tym, aby zabrać do swojego zabawkowego wózka pomidorka koktajlowego i czapkę dla pingwina, to poważna sprawa...
W każdym razie, kiedy w końcu wyszłyśmy z Lilą, Eliza podekscytowana zawołała: "Mamo, czujesz jak pachnie po tym deszczu?" Tak... Tak pachnie wiosna!A ptaki ćwierkają jak najęte.

I my mamy zamiar cieszyć się nią w pełni. Wyniki posiewu są w porządku. Nie wyobrażacie sobie, jak to dla mnie ulga, i jaka radość! I już nawet nie dołuje to, że po raz kolejny zmagamy się z jelitówką. Chociaż, mamy chyba najlżejszą z możliwych postaci, bo jedynym objawem jest lekko bolący brzuszek. Przypomniałam sobie, że w ostatnim miesiącu, na kilku blogach, czytałam o nawrotach jelitówki, także... tym bardziej jestem już spokojna.

Teraz czekamy tylko na poprawę pogody (właśnie znowu pada :() i na poprawę mojego samopoczucia. Tak, tak- teraz dla odmiany mnie coś "rozkłada"... Ale, jak mówi jedna z głupszych reklam, które kiedykolwiek słyszałam/oglądałam: mamy nie chorują, czy tam nie biorą zwolnienia- ja też się nie marzę, piję jakiegoś Gripexa, i tak mija już kolejny dzień.

Z Elizą znowu przyszło pogorszenia w naszych stosunkach. Nie wiem skąd się biorą te Jej cykliczne zachwiania... Czy Ona musi coś w ten sposób odreagować, czy taki ma po prostu charakter? Ciężko... czasami jest naprawdę ciężko. Nie ma się jednak co załamywać- w końcu- może banalnie to skwituję, ale... nikt nie mówił, że będzie lekko.

Może muszę lepiej przyjrzeć się sobie... Fakt, że miałam, i do tej pory mam fantastyczny kontakt z mamą, nie działa (o ironio!) na mnie budująco w kontekście tego, jak wyglądają dziś moje relacje z Elizą.

Póki co, zamiast czepiać się Jej, że jest roztrzepana, i że przepisuje z błędami, postanowiłam w końcu coś z tym zrobić, i przypilnować (bardziej siebie, niż Ją), żeby to nie był chwilowy zryw- codziennie daję Elizie tekst do przepisania. No cóż- na razie idzie jak po grudzie. Do dzisiaj, robiła i sporo błędów, i brzydko pisała. Dziś- estetyka pisma naprawdę super, za to błędy dalej są :p
No nic- to dopiero kilka dni. Z czasem będzie coraz lepiej.

Przed nami leniwy weekend, ale to dobrze- muszę się "wykurować", bo kiedy pogoda zrobi się iście wiosenna, zamierzam z dziewczynkami skwapliwie z niej korzystać.

Te przepisy testowałam co prawda już jakiś czas temu, ale przyznacie, że świetnie pasują na pierwszy dzień kalendarzowej wiosny?

Lekkie jak puch tiramisu kokosowe...




I wyjątkowe w smaku burgery z cukinią:



I mimo, że ja siedzę dziś w golfie, Lila wiosnę czuje już na całego:



I żeby była jasność... Mój udział w tej stylizacji, to... opaska na włosach :)

wtorek, 17 marca 2015

Czasami bywa i tak...

Po średnio udanym weekendzie, przyszedł czas na równie nieciekawy i przytłaczający tydzień... Tak dla równowagi, bo jak widać- za dobrze chyba (nam) było.

W niedzielę, w ramach atrakcji, pojechaliśmy do babci na obiad... Fakt faktem- długo już się u mamusi nie stołowaliśmy, ale jeśli mam być szczera- wolałabym jakiś wypad za miasto. Nic nie poradzę, że ta wiosna w powietrzu budzi we mnie Jasia wędrowniczka...

Mocno u nas wiało, także Lila została uziemiona u babci i dziadka z tatą, a my- trzy pokolenia kobiet, poszłyśmy na kawę. Lubię takie wyjścia. Widzę, że Eliza także...
W ogóle całkiem sympatycznie było na tym obiadku. Był także mój brat i wstępnie umówiliśmy się na przyszłą sobotę, ale zobaczymy co z tego wyjdzie...

W drodze do domu Lila nie usnęła w aucie, czym bardzo nas zaskoczyła, bo tego dnia wstała przed 7! Jednak w domu miała już ewidentne spadki formy, także po szybkiej kolacji i kąpieli, poszłam Ją położyć...  I kolejne zaskoczenie- Mała nie padła jak zawsze, ale jeszcze dobrą chwilę mi w tym łóżku wojowała... Dzieci są niezniszczalne, serio!

Jednak mój wolny czas wieczorową porą, przerwała pobudka Lilki koło godziny 22... Myślałam, że to tylko alarm "na cyca" (kolacji nie zjadła zbyt obfitej, a obiad u babci też tak sobie), ale nie... Przebudziła się, bo miała temperaturę :( I tu już się podłamałam, bo kurczę- jak nie chorowaliśmy, to nie chorowaliśmy, a teraz?! Chyba z miesiąc ciągnie się już to ustrojstwo, i końca nie widać!

Co do Lilki, to byłam przekonana, że złapała coś od Marcina, bo przecież On był ostatnim chorującym w naszym domu. Po 8 napisałam do naszego pana doktora, i umówiliśmy się na wizytę. I tak miałam zamiar się do Niego odezwać tego dnia, ponieważ cały poprzedni tydzień Mała mówiła, że boli Ją brzuszek. Pierwsze 2-3dni myślałam, że to może jeszcze skutki przebytej jelitówki, no ale kiedy i w piątek i w sobotę nadal narzekała, postanowiłam, że w poniedziałek zadzwonię do lekarza i zapytam Go, jakie badania powinniśmy Jej w związku z tymi bólami zrobić. 

Nie spanikowałam jakoś szczególnie z tym brzuszkiem, bo nic nie wskazywała na to, że to coś poważnego- Lila nie gorączkowała, miała świetny apetyt, wypróżniała się normalnie, i poza tym, że w biegu zakomunikowała mi ze 3razy dziennie o tym bolącym brzuszku, to w ogóle nie wpływało to na Jej zachowanie, czy aktywność... Nie mniej jednak- za długo to już trwało, i myślałam nawet o tym, że może trzeba będzie zrobić Jej usg.

Pan doktor Ją osłuchał i obejrzał- żadnej infekcji nie ma, ale... Brzuszek jest bardzo niespokojny, mocno wszystko się w nim przelewa, i jest nieco wzdęty. Diagnoza? Na dwoje babka wróżyła- albo mamy kolejny epizod jelitówki (mogą też być takie bez wymiotów i gorszej kupy), albo (NIESTETY) to zakażenie układu moczowego. I ta druga opcja przeraża mnie szczególnie, bo przecież już to przerabialiśmy... Dziś rano złapaliśmy mocz na badanie, i w czwartek albo w piątek będziemy już wiedzieli, czy jest się czym martwić. To znaczy wróć- ja martwię się oczywiście już- tak na zapas. I wiem, że to irracjonalne, bezsensowne, i tak dalej... No ale- ułomna ze mnie kobieta, i mam swoje prawa...

I nie wiem, co przeraża mnie bardziej- czy wspomnienie pobytu w szpitalu, choć absolutnie nie mogę narzekać- ani na warunki, ani na ludzi, którzy wtedy się nami zajmowali- no może poza małomówną i mało wylewną panią doktor, która prowadziła Lilę, czy fakt, że to będzie już druga infekcja- myślę o nerkach, o jakiś dodatkowych badaniach...
No nic- muszę czekać na wynik posiewu.

Eliza od wczoraj znowu mocno irytująca... Była już chwila spokoju z Jej "zaciachami", a teraz od nowa to samo... Teksty, sposób odzywania się, postawa... Wiem, że wychowanie to między innymi powtarzanie do skutku, ale... Czasami zastanawiam się ile można, i czy aby 9latka nie powinna jakoś szybciej przyswajać wiedzy i zasad... Bywają takie dni, że autentycznie, mam ochotę wywiesić flagę z napisem: PODDAJĘ SIĘ! Nie wiem jak do Niej dotrzeć- prośbą nie działa, groźbą tym bardziej... O, choćby sytuacja z dzisiaj. Wychowawczyni na zebraniu rozdała sprawdziany dzieci z lutego i z marca. Wszystkie ok- Eliza ma dobrą pamięć, i naprawdę- niewiele nauki w domu Jej trzeba, żeby "jechać" na samych piątkach. No ale- dziś były i czwórki, jednak nie o to chodzi. Bardziej o to- za co te czwórki dostała. Jedno z zadań polegało na tym, że dzieci miały przepisać zdanie, które miały podane w tekście. I co? I Eliza zrobiła w tym (krótkim) zdaniu dwa błędy!

I nie- nie mam problemu z tym, że Ona dostała czwórkę. Jasne, to też dobra ocena, tylko... Co innego, jeśli dziecko czegoś do końca nie rozumie, i nauczy się na tą czwórkę. A co innego, jeśli dostaje ją przez swoje roztrzepanie i nieuwagę.

Jednak tekst, jakim uraczyło nas nasze dziecko, pobił chyba wszystko: "Ja nie mam z tym problemu, że dostałam czwórkę"... Świetnie. Teraz mamy drugą klasę i czwórki nie robią na Niej wrażenia... Zaraz będą klasy wyżej i okaże się, że trójki też są super...

Nie wiem, co mnie bardziej wkurza- to, że Eliza nie ma chyba tak naprawdę ambicji, czy to, że jest tak różna w tej kwestii od nas? Chodzi mi konkretnie o lata szkolne, bo wiadomo- z czasem i u mnie z tą ambicją "nieco" się pozmieniało...

Do tego dzień w dzień męczy mnie z tematem pod tytułem: "pies". Nie, nie o to, czy może go mieć, bo na to zgodę już ma. To znaczy- pan tata się zgodził. I pewnie wydaje Mu się, że to taki akt łaski z Jego strony, że już nic więcej może Go nie obchodzić. A ja, dzień w dzień, zostaję zasypywana pytaniami: "A możemy kupić takiego?"...

Naprawdę rozumiem Jej podekscytowanie, niecierpliwość... Rozumiem nawet to, że Ona (nadal) nie rozumie, że nie każdego psa możemy kupić, ale... Jestem już tym trochę zmęczona. Co najmniej trzy razy dziennie tłumaczę, dlaczego pies myśliwski to nie jest najlepszy pomysł. Z pięć razy dziennie uświadamiam, że rasa na którą się zdecydujemy, musi spełniać określone warunki, i że jeśli wczoraj mówiłam, że nie możemy wziąć dużego psa, to dziś, nic się w tej kwestii nie zmieniło... Ze cztery razy dziennie przypominam, że fajnie by jednak było, żeby ten piesek podobał się nam wszystkim...

A już najbardziej męczy mnie chyba to, że niemal codziennie Eliza zdecydowana jest na inną rasę. I tak, pewnikiem w ostatnich trzech dnia był już: cocker spaniel czarny, albo czarno-biały, samojed, buldożek francuski... Dziś wymyśliła... białego owczarka szwajcarskiego... Pies piękny- to fakt. Zwłaszcza ten długowłosy... Tyle, że... no może jest mniejszy od wymarzonego berneńczyka, ale... niedużo.

Psa mamy zamiar kupić po wakacjach... Ras, do wyboru, jest jeszcze wiele... Aż sama jestem ciekawa na jaką ostatecznie się zdecydujemy :)

Jeśli macie jakieś pomysły na średniej wielkości pieska, przyjaznego dzieciakom i lubiącego długie spacery, to dajcie znać- może podsunę Elizie pomysł...Zanim, sama pomyśli o jakiś krzyżówkach, bo ostatnio zabiła mnie tekstem, że właściwie cocker spaniel byłby ok, ale musiałby mieć krótsze uszy...

Lila, jeśli chodzi o psa, jest już zdecydowana. Ona chce pieska... małego, bo ma małą smycz :) Logiczne, prawda? I to są autentycznie Jej słowa, i Jej własna dedukcja. Babcia przywiozła Im kiedyś taką wyciąganą smycz do zabawy z maskotkami, i teraz głównie Lila używa Jej do poskramiania pluszowego bernardyna...

Dziewczyny! Bardzo dziękujemy za wszystkie gratulacje dla Elizy. Chciałabym Wam wszystkim odpisać, ale dzisiejsza noc z ponad godzinną przerwą w spaniu z powodu gorączki u Liki, swoje zrobiła, a dwa... Znowu mamy ciche dni z panem tatą, i zwyczajnie nie jestem w najlepszej kondycji. Nasze małżeństwo zaczyna ostatnio przypominać sinusoidę... Albo- rewelacyjnie, albo -równie źle.

A, i jeszcze mi się przypomniało. Pytanie dotyczące psa, zadane mi ostatnio przez Elizę: "Mamo, a czy psy często miewają jelitówki?" I, jak sądzę, nie ma ono nic wspólnego z tym, że w poniedziałkowy poranek, pierwsze co zobaczyła Eliza po przebudzeniu, to mnie latającą z zabrudzoną przez Lilkę pościelą... Także- nie wiem jak często psy miewają dolegliwości gastryczne, ale... wiem, że jeśli takowe się pojawią- ktoś będzie musiał je posprzątać. Chyba zaczniemy ciągnąć losy :)

I już na sam koniec- uwaga, uwaga- drugi dzień nie jem słodyczy! Tak, tak- imponujący rezultat póki co, ale... Każdy kiedyś zaczynał, prawda?
Dieta?! Nie no skądże! Ja już nawet pokochałam te moje fałdki, wałeczki, te masywne uda... I jak zwykle, coś, a raczej- ktoś, musiał zmącić mój błogi spokój. I to właśnie wtedy, kiedy jadłam kolejnego wafelka! "Mamoooo, a ty się wciśniesz w jakąś sukienkę na moją komunię?"
Pewnie córciu, przecież w rozmiarze L i większym, też szyją sukienki- to była moja pierwsza myśl. A kolejna: "Ja?! Ja się nie wcisnę? No chyba żart"
Także- zamierzam nie tylko "się wcisnąć", ale normalnie ubrać sukienkę w rozmiarze M :)

A tak na marginesie- zawsze mam problem z określeniem kształtu własnej sylwetki... Jabłko? Gruszka? Klepsydra? Cholera wie... Jakieś podpowiedzi?  Ten grubszy wyraźniejszy cień to ja ;)





piątek, 13 marca 2015

Dzień wielkich emocji...

Tak, taki był właśnie wczorajszy dzień- bardzo emocjonalny. Zresztą, od kiedy jestem mamą, mam wrażenie, że niemal każdy dzień jest taki :) Może nie zawsze te emocje są tak wielkie, nie mniej jednak- nie brakuje powodów ani sytuacji do ich przeżywania.

Wczoraj, po raz drugi, mieliśmy zaszczyt towarzyszyć Elizce na uroczystym wręczeniu nagród z okazji V edycji konkursu: "Ogrody pływające- czyli Szczecin 2050"...


Tym razem, nagrodę wręczał Elizce sam dyrektor szkoły- pan Duda:




I po raz kolejny było to oczywiście niesamowite przeżycie...
A prace innych dzieci (i młodzieży)? N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-E!!! Najchętniej sfotografowałabym każdą, i Wam je tu wszystkie pokazała :) To są mali wielcy artyści! Nie będzie w tym cienia przesady, jeśli napiszę, że wiele prac zatkało mi dech w piersiach. W tym roku, na konkurs wpłynęło 70 prac literackich- ich też jestem ciekawa. Może kiedyś, mając ciut więcej wolnego czasu, uda mi się część z nich przeczytać.

A tymczasem, obejrzyjcie tylko "kilka" prac:









Niezmiennie jestem pod wrażeniem zdolności, talentu, ogromu pracy, pomysłów... Chodząc wśród tych prac, wyobrażałam sobie te dzieciaki, kiedy te małe dzieła sztuki powstawały... U nas, tym razem, warsztat pracy był w dużym pokoju na stole :)

Ale zanim pojechaliśmy na rozdanie nagród (zaczęłam od niego, bo to w końcu b.ważny dzień dla Elizki, a rozdanie nagród, było zdecydowanie wydarzeniem priorytetowym), odebrałam Elizę ze szkoły (tak, tak Moje Drogie- po ponad 2latach znowu prowadziłam auto :p), wróciłyśmy po Lilcię i udałyśmy się... do byłego przedszkola naszej starszej córci. To był więc również ważny dzień dla Lilki- pierwszy raz zobaczyła miejsce, gdzie swoją edukację zaczęła Eliza, a w którym i Ona, od września będzie spędzała kilka godzin dziennie. 

Dziewczyny- przyznaję się bez bicia- macierzyństwo po 30-tce (mnie) rozkleja. Oczywiście- kiedy byłam zapisać do przedszkola Elizę, również towarzyszyły temu wielkie emocje i równie wielkie lęki :p ale... Mimo wszystko było jakoś inaczej. Wczoraj, ewidentnie musiałam spiąć pośladki, żeby stamtąd nie zwiać, rzucając tylko na pożegnanie tekst, że pomyliłam roczniki... I z nas dwóch, to ja kurczowo trzymałam Lilę za rękę :) 

Jestem klasycznym przykładem matki-wariatki i matki- histeryczki :D 
Z jednej strony unosiłam się z jakieś 3metry nad ziemią, kiedy obie panie (ta sama kadra, co za czasów Elizki- także o to, że Lilce będzie tam dobrze, mogę być spokojna) zachwycały się Małą- że taka duża, że taka śmiała, że tak pięknie mówi... A z drugiej- klucha w gardle, trzepotanie rzęsami, żeby nie zalać się łzami, i tylko jedna myśl w głowie: "Kiedy... Kiedy Ona nam tak urosła... Przecież jeszcze pamiętam ostatnie dni z brzuszkiem, jeszcze pamiętam to ciepłe ciałko w pampersie new born..." 

Taaaak... Tak niedawno miałyśmy przed sobą całe trzy lata, zanim nastanie TEN dzień. A teraz? Teraz na komodzie w jadalni leży podanie o przyjęcie do przedszkola, a ja za każdym razem kiedy na nie zerkam, myślę: Jak JA dam radę się z Nią rozstać... 
Myślicie, że to się już powinno leczyć? 

Lila, jak było do przewidzenia, z przedszkola dobrowolnie wyjść nie zamierzała. A, że był z nami pan pingwin (ten sam, który przeżył z nami bilans dwulatka), to i on zdawał się protestować. Mała zachwycona była przedszkolnymi wózkami- po włożeniu do każdego z nich pingwina, testowała je bardzo dokładnie... Trafiłyśmy akurat na rytmikę, także pani Stasia zabrała Lilę do dzieci, i w tym momencie wymiękłam- kiedy Ją tam zobaczyłam, u pani Stasi na kolanach, taką przejętą, choć trochę zawstydzoną... 
Ale... że serio? 
To się dzieje naprawdę? 
Moja mała córeczka...
Niech ktoś mi zaparzy melisę...

A żeby było jeszcze "zabawniej"- Eliza idzie jutro rano na dni otwarte swojej podstawówki, w charakterze... opiekunki/dziewczynki do zabawiania Maluchów, które od września rozpoczną naukę w naszej szkole, w oddziale "0"... Czujecie to?! Przecież tak niedawno to my z Nią byliśmy na takich właśnie dniach otwartych... 

Zdecydowanie za dużo tych emocji jak na jeden dzień! 
Trzeba się więc było szybko pocieszyć... czymś słodkim :) 

Wiedziałam co robię, zamawiając Elizce tort, z okazji Jej kolejnego sukcesu :p 
Po powrocie z części oficjalnej urządziliśmy sobie nasze prywatne, kameralne mini-przyjęcie :) Niestety- bez taty, bo biedak rozłożył się na całego. I tak- ja wiem, też znam te wszystkie memy, że facet przy katarze umiera... Tyle, że Marcin nie musiał dramatyzować- On naprawdę czuł się fatalnie. Jednak, na szczęście, wszystkie znaki na niebie i ziemi, wskazują na to, że będzie żył :)






Zakochałam się w tych zdjęciach, na których One są we dwie... 
Tak, zdecydowanie macierzyństwo = emocje.

Miłego weekendu!

wtorek, 10 marca 2015

Jak się nie ma co się lubi...

... to się jeździ nad morze :p
A właśnie tak! Jednak- po kolei...

Można powiedzieć, że w tym roku, z okazji dnia kobiet, rozpieściłam się sama- od a do z. Począwszy od zaproszenia do nas wiosny:





Po przygotowanie nam czegoś wielokrotnie już sprawdzonego, ale jakże smacznego: 



A skończywszy na błyskotliwym pomyśle na krótką wycieczkę w niedzielny poranek:


I w tym miejscu dochodzimy do tytułowego- jak się nie ma co się lubi...
Eh, ileż to razy pomstowałam w myślach: "... dlaczego nie Wrocław?! Toć to rzut beretem, i co weekend jedlibyśmy najlepszą kwaśnicę ever w Strzesze Akademickiej. Albo jeszcze lepiej- Kraków! I nasze ukochane Tatry już niemal na wyciągnięcie ręki!"
Ileż to razy, niczym sadomasochistka, znęcałam się sama nad sobą, wyobrażeniami, jak to właśnie w tym Krakowie, w piątkowe popołudnie, zaraz po pracy, wsiadamy w auto, i sru... I już nawet nie musi być to Zakopane.
Murzasichle...
Małe Ciche...
Wszystko jedno gdzie, byleby te Tatry mieć bliżej!
Ile razy, zipiąc niczym husky w upalne szczecińskie lato, gramoliliśmy się z Marcinem, na jakiś śmiesznie wysoki dla wytrawnych taterników szczyt, i zastanawialiśmy się, jak często i jak wielu mieszkańców Zakopanego chodzi po górach...
Tak, lubimy się nad sobą znęcać :)
Fakty są takie, że jesteśmy zakotwiczeni (jakże wspaniale to słowo pasuje, w kontekście tego, co za chwilę napiszę) tu- w Szczecinie- mieście, według niektórych, leżącym nad morzem...





Godzina jazdy... to prawie jakbyśmy faktycznie mieszkali nad morzem :p
Wiem, że są osoby, które wiele by za ten "luksus" oddały... Ale nie my :) O naszej wątpliwej miłości do morza już pisałam, także powtarzać się nie będę. Co nas zatem przygnało tam po raz kolejny, w tak krótkim czasie? Chyba brak fantazji, bo jakbyśmy tak o 4 nad ranem wystartowali do tego Karpacza... :) A tak serio? No a gdzie my możemy jechać- las mamy przed blokiem- dosłownie. Zbiornik wodny w postaci części Zalewu Szczecińskiego- jakieś 15minut jazdy autem... Na takie jednodniowe eskapady pozostaje więc tylko morze, a że pogoda w niedzielę była na taką wycieczkę wymarzona, to grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Zwłaszcza, że babcia i Lila miały w planach urzędowanie na działce...

Po kościele ruszyliśmy więc w stronę Kamienia Pomorskiego, bo lody jakie tam teraz serwują... No nie można przejechać koło nich obojętnie :)


  

Następnie obraliśmy kierunek Międzyzdroje, a że Eliza nam zaniemogła (witaj z powrotem chorobo lokomocyjna), to szybko stawaliśmy w Dziwnowie... 

Jednak szczęśliwie dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia, a tam... Tłoczno od takich jak my- jednodniowych turystów. I fajnie, choć miny nam zrzedły, kiedy szukaliśmy miejsca, żeby coś zjeść... Uratowała nas restauracja, której wcześniej nie znałam, i to tylko dlatego, że miała dwa stoliki wystawione też na zewnątrz- z jednego korzystało małżeństwo z maluszkiem w wózku, z drugiego- my, z trochę większym, ale równie głodnym, maluszkiem...


Cały wypad naprawdę udany, pogoda nas rozpieściła i rozochociła, bo kiedy w poniedziałkowy poranek przywitało nas znaczne ochłodzenie, jakiś taki żal mnie ścisnął, że jak to?! To nie będzie już teraz z każdym dniem coraz cieplej?!

Niestety- już w drodze powrotnej zaczęłam się jakoś dziwnie czuć, gdzie "dziwnie" jest naprawdę jedynym słusznym określeniem... Nie bolała mnie głowa, a jednak jakoś dziwnie ją czułam. Nie chciało mi się wymiotować, a jednak żołądek jakiś taki... dziwnie niespokojny. Lila stęskniona, co prawda nie wiem, czy bardziej za mną, czy za mlekiem... Zajęłam się Nią, czując się jednocześnie coraz gorzej, ale że Mała nie spała w dzień (chociaż podobno... próbowała namówić babcię na drzemkę, i na to, żeby... dała Jej cyca :)), to wiedziałam, że już za chwilę będę mogła się też położyć. I tak też zrobiłam. I wtedy się zaczęło :( Szczegóły zostawię jednak dla siebie, ale Dziewczyny, serio- był moment, że naprawdę się wystraszyłam. W ciąży bardzo często bolała mnie głowa. Potwornie- jak mi się wtedy wydawało. I to jest prawda- wydawało mi się, że bardzo mnie boli głowa. To, co przeżyłam w ten niedzielny wieczór, to jakiś kosmos, apokalipsa i cholera wie, co jeszcze... I co ciekawe- nie mam pojęcia co to było. Co nie zmienia faktu, że wstałam rano jak z krzyża zdjęta, nieprzytomna, i średnio kojarząca to, co się wokół dzieje. A działo się, działo... Bo tak na marginesie, to po tej nocy z piekła rodem, obudził mnie Marcina kaszel. Byłam tak zakręcona, że nie wiedziałam co się dzieje- gdzieś tam mi kołatało z tyłu głowy, że przecież On powinien być w pracy... Potem miałam problem, żeby uświadomić sobie, jaki naprawdę mamy dzień tygodnia, bo... może ma wolne? Co się okazało? Rozłożyła Go grypa, i nie poszedł do pracy... Także- wyjazd udany, ale skutki bolesne :p 

A co nowego, bo nie wiem, kiedy się tu znów pojawię... Dziś dzielą nas dokładnie 2 miesiące od komunii Elizy... Bardzo mocno musiałam się powstrzymywać, żeby z tej okazji nie machnąć jakiegoś mocno ckliwego postu, o tym, jak szybko te dzieci rosną... No zresztą same zobaczcie- dopiero co tą księżniczkę chrzciliśmy:


I w zasadzie, to dzięki tej właśnie księżniczce, w końcu tego rzewnego postu nie napisałam, bo... Nasze dziecko wróciło dziś do domu z połową kropki w kolorze pomarańczowym, co znaczy mniej więcej tyle, że Jej zachowanie w szkole nie było idealne... I może ten dzisiejszy kolor, aż tak by mnie z tego rozrzewnienia nie wyleczył, gdyby nie fakt, jakie zachowanie Elizy zanim stało... Otóż nasza Elizka... groziła koleżance z klasy. Tak, dokładnie- groziła. W zasadzie, to mogłabym napisać na ten temat osobny post, o wiele mówiącym tytule: Od ofiary do kata... 

Mimo, że wcale mnie to nie cieszy, to prawda jest taka, że dzisiejsze zachowanie Elizy, to efekt "ciężkiej pracy" koleżanki, której Eliza groziła. Najpierw Jej dokuczała, wyzywała Ją, buntowała dziewczynki przeciwko Niej, potem zaczęły się poszturchiwania, popychania.... A dziś... Dziś moje dziecko od dawna nie jest ofiarą, a ja momentami (serio!!!) zastanawiam się, co było lepsze. O ile "lepsze" jest tu właściwym określeniem. 

Do tego, chyba na złość, podczas dzisiejszego popołudniowego spaceru w lesie, spotkaliśmy mamę tamtej dziewczynki, i ucięłyśmy sobie "miłą" pogawędkę, także... Muszę się z tym wszystkim przespać i ochłonąć, bo jak to mówią: Małe dzieci- mały kłopot... I im dalej w las, tym ja się pod tym coraz wyraźniej podpisuję.

Tam gdzie mnie jeszcze nie było- zaległości niedługo nadrobię, a Wam tradycyjnie dziękuję, że tu zaglądacie. Ściskamy, i mam nadzieję, że u Was bardziej wiosennie niż u nas!