Mama2c

Mama2c

czwartek, 30 kwietnia 2015

Optymizmu nie zaplanujesz....

Nie każdy rodzi się optymistą... Każdy może jednak (s)próbować się nim stać. No, może w moim przypadku o takim optymizmie z prawdziwego zdarzenia, nigdy nie będzie mowy, ale... Staram się- naprawdę. I widzę pierwsze zmiany, choć są one małe, i dla wielu pewnie niezauważalne.

Czego te zmiany dotyczą? Choćby moich postów... Kiedyś, mimo, że nie było wtedy jeszcze tak źle, jak jest teraz, znacznie bardziej lubiłam koncentrować się na tym co mnie irytuje, z czym mi źle, co u nas nie gra... Dziś już wiem, że takie posty zwyczajnie mi nie pomagają... To znaczy nie- może i pomagają, ale na krótką chwilę. Faktycznie, może to i dobrze, móc te wszystkie (??) emocje z siebie tu wyrzucić, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma obok kogoś, kto by nas wysłuchał...
Można ten post później przeczytać, i jeszcze raz przeczytać... Czasami przyjdzie coś do głowy, jakaś myśl, refleksja...

No i Wasze komentarze- bezcenne. Już to pisałam- jesteście najlepszą grupą wsparcia. Czy mi jednak lepiej, wiedząc, że części z Was jest równie źle jak mnie? NIE. Czy choremu na raka pomaga fakt, że sąsiadka z piętra niżej też choruje? Nie sądzę... Jest... jest po prostu raźniej, ale nie pociesza mnie fakt, że gdzieś tam- na drugim końcu Polski, jest kobieta równie samotna jak ja. Nie jest mi lepiej, kiedy wiem, że wieczorem, gdy dziewczyny już śpią, nie tylko ja nie mam z kim pogadać... To tak nie działa. Przynajmniej nie u mnie.

A jednak właśnie- komentarze... Mimo, że wymieniając doświadczenia z innymi Dziewczynami (która czuje się urażona, nie użyciem określenia "blogerka"- od razu przepraszam :)), wiem, że i tak mam masę szczęścia, bo naprawdę- nie mam tu żadnego maniakalnego hejtera, trolla, czy jak tam ich jeszcze zwał, to fakt faktem- było kilka komentarzy, które "wyleczyły" mnie ze szczerości, takiej "do końca"... Przynajmniej  do czasu, kiedy ten blog jest blogiem otwartym.

Przyznacie, że ktoś kto już leży, nie potrzebuje jeszcze kopniaków od kogoś, kto jest tutaj albo pierwszy raz, albo brakuje mu empatii i wyobraźni, albo nie stać go na minimum delikatności i wyczucia... Czym innym jest inny punkt widzenia, inne spojrzenie na cały problem, wreszcie- czym innym jest motywacyjny kopniak w tyłek, od kogoś, kto tu zagląda co jakiś czas, a czym innym zwykłe chamstwo i bezczelność zupełnie przypadkowej osoby. Dziękuję, tego mi teraz naprawdę nie potrzeba...

No ale do brzegu, bo odbiegłam od tematu...
Poprzedni post... Nie wiem, po co go napisałam. Może z irracjonalnego- jak dziś to widzę- przekonania, że muszę coś napisać, bo dawno nie pisałam. Blogowanie/pisanie to nie przymus, nie obowiązek... No, a że nastrój mam taki, jaki mam, i dzieje się to, co się dzieje- powstał więc taki, a nie inny post. Nie, nie żałuję, że go napisałam. Tyle, że zaraz po tym jak powstał, pomyślałam sobie, że dość tego użalania się, to przecież niczego nie zmienia, i pora żeby miejsce poświęcone z założenia głównie dziewczynkom, wreszcie zaczęło kipieć optymizmem. O! Tak sobie właśnie pomyślałam... I wybrałam sobie nawet zdjęcia z działki, które chciałam Wam pokazać, bo te z Was, które już mnie znają, wiedzą, że mam dwa zboczenia- fotografowanie jedzenia i kwiatów :) A potem przyszedł wczorajszy poranek i... całe optymistyczne założenie o epatowaniu właśnie optymizmem w moim wydaniu- szlag jasny trafił.

Lila wstała z bólem zęba, co wpłynęło na Jej samopoczucie ogólne, i przełożyło się na dźwięki, które z siebie wydawała, a panna Eliza wstała chwilę po Niej, zdecydowanie lewą nogą.
Po godzinie... Po godzinie, kiedy poszłam siku, chciało mi się płakać. Wyć. Łkać. Chciałam zapaść się do środka tej muszli, i sama się spłukać...

W godzinach rannych odbyłam jeszcze rozmowę z mężem, za pomocą komunikatora GG (czy ktoś jeszcze z niego korzysta?), po której stwierdziłam, że bez wątpienia któreś z nas jest nienormalne, pytanie tylko które... Albo inaczej- kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa, a mój mąż jest z jakiejś trzeciej planety, na której psychika osobników ją zamieszkujących nie została jeszcze zbadana, także wskazówek jak z tą formą życia postępować- brak. I nie- nie śmiejcie się, bo ja to teraz naprawdę próbuje obrócić w żart, ale śmiać się nie ma z czego- uwierzcie mi na słowo.

Po południu Eliza urządziła mi istny cyrk, właśnie w sprawie... cyrku, do którego chciała pójść zamiast treningu karate. Niestety- matka jest nieugięta, i za lat 8-9, kiedy zaczną się pierwsze wyjścia na dyskoteki, ja chcę spać spokojnie, wiedząc, że moje dziecko z półobrotu, prawym sierpowym i co tam jeszcze oni ćwiczą (:p) jest w stanie się obronić przed jakimś "dresem" albo mało Jej przychylną koleżanką... A tak serio- dzieciaki w czerwcu mają kolejny egzamin, a Elizę ominą treningi podczas białego tygodnia, także starczy tych nieobecności...

Jeśli wczoraj choć przez chwilę myślałam, że gorzej już być nie może, to tak- myliłam się jak zwykle... Dzisiaj przed 11 Lilka nie mając żadnych objawów jakiejkolwiek infekcji, miała 38,2...

Część z Was dziś już zacznie majówkę... Ja też... z chorym dzieckiem, i bez męża, który wyjeżdża dziś po pracy na sędziowanie. Wróci, wróci... W niedzielę wieczorem. I tak- On to robi dla nas- wiem to. Naprawdę...

A zdjęcia z działki i tak Wam pokażę :)









Mimo wszystko... Miłej majówki Wam życzę! Niech to będzie przede wszystkim rodzinny czas... Czas na bliskość, śmiech, żarty, wspólną kawę... Czas na ważne i mniej ważne rozmowy, na wspólne milczenie, które nie oznacza nic niepokojącego... Grillujcie, idźcie na spacer, pijcie wino... Zróbcie to wszystko, czego my w tym roku nie zrobimy.
Odpocznijcie!




poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Parę słów...

Może tym razem się uda...
Chyba z piąty raz zaczynam pisać ten post.
I nie, to nie perfekcjonizm każe mi wszystko kasować, i zaczynać od początku.
To także nie kryzys twórczy, ani nie brak weny.
To nie potrzeba przerwy od blogosfery...

Są tematy, które warto "ugryźć" na gorąco, i takie, do których lepiej zabrać się, kiedy ostygną...
Są sprawy, o których trudno pisać bez względu na upływ czasu.

Moja "sprawa" wciąż jest świeża. Wciąż za bardzo boli, żeby pisać wprost. Zresztą... Nie wiem, czy kiedykolwiek będę chciała to zrobić. Dla postronnego czytającego, to pewnie "nic takiego"...
Nie chcę też ułatwiać innym zadania...
Czytanie bloga, to nie rozmowa.
A jeśli nie ma potrzeby rozmowy w realnym świecie, to... To po co odsłaniać się tu?

Założenie było (chyba) proste:
Decyzja.
Wykonanie.
Po problemie.

PO PROBLEMIE?!

Można też inaczej, w myśl zasady, że jeśli o czymś nie rozmawiamy, to tego czegoś nie ma.
Czyli, że: PO PROBLEMIE?!

A co poza tym? Po mistrzowsku bawimy się w normalność. Przecież nic się nie dzieje, życie toczy się dalej...
Każde z nas ma swoją rolę, w końcu sami się w nich obsadziliśmy, choć pewnie oboje jesteśmy już nimi znudzeni.

Na wycieczkę nawet ostatnio pojechaliśmy. Tak jest "normalnie"...
I całkiem fajnie było.
Latem na urlop pojedziemy... Chyba.
I pewnie też będzie fajnie.

Komunia Elizy już za niecałe dwa tygodnie...
Spektakl, który trzeba będzie odegrać przed szerszą publicznością.
Damy radę- dobrzy z nas aktorzy.
Od lat na scenie...























 

Do Ogrodu Dendrologicznego w Przelewicach wybieraliśmy się już od dawna... Tyle, że zawsze budziliśmy się po czasie, czyli wtedy, kiedy magnolie, dla których chcieliśmy tam jechać, zrzucały już kwiaty... Tym razem- dzięki tacie, przybyliśmy w samą porę, co miałyście okazję zobaczyć na zdjęciach powyżej. Sama wycieczka, jak wspomniałam- całkiem fajna, jednak... No cóż- z dzieckiem w wieku podobnym do tego, w jakim jest Eliza- polecam jak najbardziej, ale już z takim w wieku Lilki- niekoniecznie. I nie ma się oczywiście co dziwić- kiedy początkowo próbowałam rozbudzić w Lilce wrażliwość na piękno, okazywało się, że i owszem- Mała jest zainteresowana, ale tym, żeby przesadzić roślinki w inne miejsce na przykład... Także- szybko odpuściłam, i puściłam dziecię wolno, co było dużo lepszym rozwiązaniem, niż tłumaczenie, że tu gdzie jesteśmy, to nie działka, i tu na pewno nikt nie będzie przyklaskiwał Jej pomysłom rodem z pierwszego roku architektury krajobrazu... Zaliczyliśmy także kilka ryków w niebo głosy, ponieważ młodsze dziecko nie wierzyło nam na słowo, że w tych stawach może być głęboko, a że stawów było trzy albo cztery- także rozumiecie :p No i wyjątkowo zgodnie stwierdziliśmy, że wyjazd w góry może być nie lada wyzwaniem emocjonalnym dla nas wszystkich. 
 
A w temacie młodszego dziecka- następnym razem, kiedy usiądę do pisania, napiszę Wam dlaczego zawsze preferowałam zakupy bez dzieci, czyli "O siarze w Rossmannie"...

U Was staram się bywać regularnie, może czasem nie skomentuje... Miewam stany pustki w głowie, a wtedy chyba lepiej nic nie pisać...

piątek, 17 kwietnia 2015

Mam szansę...

... na naprawdę fajny weekend, także trzymajcie kciuki!
A! No i żeby Was przypadkiem fantazja nie poniosła co to za FAJNE rzeczy/wydarzenia mnie czekają :)

Ten tydzień przeczołgał mnie niemiłosiernie. Fizycznie też, ale znacznie bardziej od strony emocjonalnej. Kilka razy porządnie się zagotowałam (ach te komunijne klimaty...), przekonałam się, że na moje dzieci zawsze mogę liczyć, i wtedy, kiedy potrzebowałabym, żeby chociaż One nie dokładały mi do pieca, to zawsze odwiną coś takiego, że dziękuję bardzo, i po pewnym dość spektakularnym sukcesie, odniosłam sromotną porażkę, ale o tym napiszę Wam za jakiś czas...

Co się zaś tyczy dzieci...
Lilka od świąt odstawia takie cyrki, że jeszcze dzień, dwa i będzie o nas głośno w Interwencjach, Uwadze i Dlaczego Ja... I nie- naprawdę nie jest mi do śmiechu. Poziom mojej frustracji, wynikającej z Jej nastrojów, przybiera bardzo niebezpieczne rozmiary. Mam wrażenie, że ktoś mi dziecko podmienił. Lilka, która była zawsze taką radosną iskierką mojego życia, teraz całe dnie albo się drze (DOSŁOWNIE), albo wyje- też DOSŁOWNIE. A wyje o wszystko... Przypomina mi moją mamę z okresu przekwitania- Ona też płakała na zawołanie... Bo świeci słońce, bo deszcz pada, bo (rzekomo) źle się spojrzałam... Nie, nie- nie ironizuję teraz, ale tak to właśnie u Lilki wygląda- ten sam mechanizm...

Eliza...
Właściwie nie wiem po co Jej my- rodzice, skoro Ona wszystko już wie (of kors- lepiej od nas), nasze ustalenia, zasady przepuszcza przez jakieś własne sito, dostosowując się tylko do tych, które Jej odpowiadają... A dziś odstawiła taki numer w związku z powrotem ze szkoły z tatą Jej kolegi z klasy (który na zmianę z Marcinem wozi i odbiera dzieciaki), że miałam ochotę Ją powiesić. A Marcin prawie to zrobił...

Ten pośpiech, totalny brak czasu, nieobecność Marcina nikomu nie wychodzą na dobre... Mam nadzieję, że się w tym do końca nie pogubimy, bo mam wrażenie, że jesteśmy już blisko sytuacji, że każdy sobie...

Dlatego, przez "fajny weekend" rozumiem obecność męża w domu przez całe długie dwa dni- wspólne śniadania, obiady, spacery, wspólne decyzje odnośnie komunii, wyjście na działkę... Tak niewiele, a dla mnie to ostatnio szczyt marzeń... Nawet nie mam kiedy się z Nim pokłócić :p

I mimo wszystko, kończę ten post pozytywnie :) Jakoś tak czuję, że przez te dwa dni może nie do końca się zresetuję, ale może choć trochę odpocznę? A potem to już znowu mogę walczyć z demonami, to znaczy z potwor(k)ami...







 Ps. Mam nadzieję, że te fotki oddały moje pozytywne nastawienie? :)