Mama2c

Mama2c

wtorek, 26 maja 2015

Marzenia do spełnienia...

Rzadko wracam już do TYCH wspomnień... Trauma tamtych dni, owszem- robi swoje, ale to nie dlatego. Zwyczajnie nie mam na to czasu. Dziś, być może nieprzypadkowo, a może tylko chcę tak myśleć, pojawiła mi się przed oczami ta scena, jak krótka migawka...

Mój pierwszy dzień mamy...
W sypialni, która teraz jest Jej pokojem...
Swoją drogą- jak cudnie byłoby mieć znów sypialnię :)
Ona- śpiąca w łóżeczku.
I my- na podłodze, obok tego łóżeczka, z kawą i czekoladowym tortem, który Marcin kupił z tej okazji... Wpatrzeni w tego małego, tak spokojnie i beztrosko śpiącego człowieka.
Ona tam JEST.
Nasza... Teraz i na zawsze- bez względu na to kiedy i gdzie się wyprowadzi...
Zawsze będę Jej mamą.
Sen się ziścił...

A potem... Wyśniłam sobie drugą Księżniczkę...
I tak czasami tylko myślę... Czy to już koniec moich/naszych marzeń...?








poniedziałek, 25 maja 2015

Sezon na...

Taki czas...

...kiedy cieszy mnie rabarbar w warzywniaku, bo mimo, że sama za nim nie przepadam, to wiem, że kompot z niego będzie smakował i dziewczynom i Marcinowi... I nawet, mimo, że i tak się do niego nie przekonam, wynajduję dwa świetne przepisy na ciasta z rabarbarem...

...kiedy wyjątkowo cieszy mnie poranne słońce, bo wiem, że już za moment, za chwileczkę wystawię na balkon suszarkę z praniem... I temu praniu, tej codziennej czynności, tak machinalnej, tak powszedniej poświęcam dłuższą chwilę zadumy... Przypominam sobie cały rytuał wieszania prania na skierniewickim podwórku mojej cioci. Myślę, jak dobrze by mi teraz było, mogąc tak jak Ona, rozwieszać to pranie między dwoma drzewami, niosąc je wcześniej w metalowej bali.

...kiedy nie mogę nacieszyć się bzami... I im również poświęcam więcej uwagi niż jeszcze rok wcześniej, zastanawiając się, która odmiana dobrze komponowała by się z całkiem już sporym drzewkiem działkowych sąsiadów. Patrzę na nasze małe drzewka... Ile jeszcze wiosen upłynie, zanim obsypią się taką ilością kwiatowych gałązek, jak drzewko które tak ekspansywnie wchodzi na naszą działkę... Ku naszej uciesze, oczywiście.

...kiedy z każdym kolejnym bukietem leśnych konwalii, zastanawiam się ze smutkiem, czy to już aby nie ostatni w tym roku...

...kiedy na działce sadzę, planuję, a jednocześnie cieszę oko tym, co już rośnie w najlepsze... Sprawdzam, doglądam, martwię się czasami, że coś po ziemie nie ruszyło, o choćby jak tułacz pstry, który jest tak marny, że chyba nic z niego nie będzie...

...kiedy drugi raz w tygodniu pozwalam, żeby zamiast węglowodanów złożonych, porcji chudego białka i warzyw, zjeść na obiad coś z działkowego grilla, gdzie w najlepszym wypadku obok białej, naładowanej spulchniaczami bułki, pojawi się ogórek małosolny. Albo i nie :)

...kiedy dzięki magii fb dostaję tyle życzeń, że aż muszę sprawdzać, czy ja tych wszystkich ludzi na pewno znam :p
I ta chwila refleksji, kiedy właśnie na fb, dostaję życzenia od koleżanki z liceum, mieszkającej aktualnie w Londynie, po angielsku... Miłe, ale...
Tym bardziej, Ania, dziękuję- za polskie życzenia, napisane odręcznie i za fatygę w drodze na pocztę :)

...kiedy skoro świt, mając sobie za nic wzrok sąsiadów, lecę na balkon, potykając się o własne i dzieci nogi, żeby podlać bratki i inne balkonowe roślinki...

Taki czas... tylko w maju.

Dla mnie to najpiękniejszy miesiąc wiosny.
















Ktoś jest zawiedziony brakiem wzmianki o wynikach wyborów?
Nie?
To dobrze, bo ja też mam już dziś chwilowy przesyt :)
Najbardziej rozbawił mnie mąż mojej kuzynki- tuż po pierwszej turze ostro publikował wszystko, co tylko można było podciągnąć pod hasło: "Anty-Bronek", a dziś? Dziś zamieszcza memy ośmieszające Dudę i wnoszące o tym, co nas teraz czeka... Hmm, oświećcie mnie- o co tu chodzi?!

No nic, Ania pisała na fb, że zapija czekoladę wódką, ja natomiast wzniosłam się poziom wyżej, i do wódki zrobiłam nam tiramisu :p

piątek, 22 maja 2015

O przygotowaniach do Pierwszej Komunii słów kilka...

Obiecałam Wam te posty komunijne... No obiecałam- wiem. Tylko... Jakoś tak nie bardzo chce mi się je pisać :) I kurczę- no sama nie wiem dlaczego, bo nie mam żadnej traumy, nie uruchomiłam mechanizmu wyparcia...
Myślami, sercem jestem teraz na działce :) I już.
No ale słowo się rzekło, także proszę bardzo... Rozsiądźcie się wygodnie :)

Nie, nie- elaborat to to nie będzie- z całą pewnością. I pamiętajcie, że piszę tylko i wyłącznie o naszej parafii, bo z rozmów z innymi mamami wiem, że nawet na terenie tego samego miasta, te przygotowania mogą wyglądać inaczej.

Z początkiem roku szkolnego, na jednej z mszy świętych proboszcz ustalił mszę o 10.30 mszą dla dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii. No cóż- w naszej parafii mogłaby to być równie dobrze każda inna msza, ponieważ do tej pory nie było i nie ma u nas mszy typowo dla dzieci. I z całą pewnością jest to coś, nad czym ubolewam, i co chciałabym, żeby zostało zmienione. I prawdopodobnie wkrótce tak się stanie, no ale- czas przygotowań do Komunii upłynął dzieciakom wielokrotnie na słuchaniu rzeczy, których totalnie nie rozumiały. Ba! Powiem więcej- w wielu przypadkach uważam, że mimo swoich cały zawrotnych prawie 9lat- słuchać nie powinny.

Sama pamiętam msze dziecięce ze swojej parafii- krótsze, z udziałem dzieci, księdza grającego na gitarze, dzieciaki śpiewające, język i tematy- proste i przystępne dla dzieci... Nie no- nie oszukujmy się- nie ma w ogóle o czym mówić. Owszem, 9latkowi można już wiele rzeczy wytłumaczyć. Tylko, czy wszystkie trzeba, i czy każdy z problemów poruszonych na mszy, takie dziecko zrozumie? Dla mnie dodatkowo był to problem natury osobistej, bo z wieloma stanowiskami księży się nie zgadzam, co uważam, wcale nie dyskredytuje mnie jako katoliczki.I niejednokrotnie zastanawiałam się, czy aby na pewno dany temat/problem powinien w ogóle być roztrząsany w kościele... No ale to już refleksje na zupełnie inne posty.

W każdym razie- zostaliśmy poinformowani, że po tej właśnie mszy, proboszcz będzie sprawdzał obecność, i to jest chyba praktyka stosowana w każdej parafii.

Oczywiście, jeśli z jakiś względów nie mogliśmy być w kościele o 10.30, to nie byliśmy, i szliśmy na tą godzinę, na którą akurat mogliśmy, i tu problemu żadnego nie było.

Od października zaczęły się dla dzieci przygotowania do Komunii w kościele, podczas co tygodniowych spotkań z księdzem. Rodzice, jeśli chcieli, mogli w nich również uczestniczyć. U nas te spotkania odbywały się w każdą środę o 16.30 i trwały różnie- od 30 do 45minut. Wiele z tych spotkań nie doszło do skutku- z różnych względów: proboszcz miał kilka wyjazdów m.in. do Kurii, sporo także chorował, łącznie z dwoma lub trzema pobytami w szpitalu...

Jednocześnie, dzieci miały w szkole lekcje religii w liczbie dwóch godzin tygodniowo, na których pani katechetka również przygotowywała Ich do tego sakramentu. Zaraz na początku roku szkolnego, dzieciaki dostały wykaz modlitw, których zdanie miało być warunkiem przystąpienia do Komunii. Trochę ich było, ale przyznaję- z pamięci ich Wam nie wymienię. Oczywiście były tam takie podstawy jak: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, 10 Przykazań Bożych... Tak jak wspomniałam- dzieciaki miały czego się uczyć, ale... miały na to prawie cały rok szkolny, także każde dziecko- nawet to najmniej zdolne, uważam, że miało wystarczająco dużo czasu, żeby tak sobie rozłożyć te zaliczenia, żeby podołać im we własnym tempie. Eliza, pamiętam, że większość z tych modlitw zaliczyła dość szybko, ale były też takie, przy których więcej się myliła- i te zostawiła sobie na sam koniec, także zdawała je chyba zaraz po Świętach Wielkanocnych.

Przed feriami zimowymi, dzieci dostały od pani katechetki listę pytań- trzydzieści, albo trzydzieści parę ich było, do zaliczenia. Termin- chyba do końca kwietnia, także znowu to powtórzę- było naprawdę sporo czasu, aby się ich nauczyć. Zwłaszcza, że owszem- przy paru z nich odpowiedź składała się z całych dwóch zdań, ale w większość to były pytania, na które Lilka nauczyłaby się szybko odpowiedzi. 

Nie wiem skąd ta zmiana, przypuszczam, że rodzice oponowali, ale jeszcze dwa lata temu, tych pytań było prawie trzy razy więcej...

Także nie powiem- mając tą świadomość, że jeszcze dwa lata wcześnie tych pytań było tak dużo, wiedząc także ile czasu na przygotowanie się miały nasze dzieci, wkurwiało mnie to rozczulanie się i biadolenie, jakie One są biedne. No, i że te spotkania raz w tygodniu, no i co jeszcze...
Nie! Rzadko kiedy bronię kościoła i księży, choć uogólnień też nie lubię, bo wśród tych wszystkich czarnych owiec, są i zawsze będą porządni księża, z prawdziwym czystym powołaniem, ale nie lubię też takiego bezsensownego gadania. Po pierwsze- każdy z nas chyba wiedział do czego się zobowiązuje, kiedy chrzcił dziecko? Wiedzieliśmy. Pierwsza Komunia Święta wynika niejako z naszej decyzji o chrzcie, tak? A jeśli gdzieś tam po drodze zmieniliśmy zdanie, odwidziało nam się, zwątpiliśmy, to było to pierwsze spotkanie z księdzem, na którym On sam powiedział, że nikogo nie zmusza, że to decyzja rodziców, że zawsze można za rok, jeśli z jakiś powodów uznamy, że tak będzie lepiej...

Nie wiem, czy dość jasno udaje mi się wyrazić to, co myślę i co chciałabym Wam przekazać. Bo to nawet można wyjaśnić abstrahując od kościoła, wiary itd. Załóżmy, że dziecko chce zdawać na kartę rowerową, albo chce się nauczyć nurkować. Musi się do tego przygotować, prawda? Musi się czegoś nauczyć, musi poświęcić swój czas, dać coś z siebie... Ma swój jasno określony cel, ma obraną drogę, którą musi pójść, aby go osiągnąć. I to jest ok, prawda? I my tak samo podchodziliśmy do kwestii Komunii. Zwłaszcza, że zaraz na początku roku szkolnego dużo z Elizą na ten temat rozmawialiśmy, upewnialiśmy się, czy na pewno tego chce, czy wie, co z tego wynika...
Irytowały mnie więc niemiłosiernie te gadki, że te dzieci takie biedne... No serio? Biedne maluszki? Bez przesady. Może to był też dobry moment, żeby pokazać dzieciom, że nie ma nic za darmo?
A te spotkania- raz w tygodniu... To naprawdę, aż takie poświęcenie, i taki wyczyn ze strony dzieci, i nas rodziców również? Owszem, ostatnie 2-3 tygodnie przed Komunią to był armagedon, bo w pewnym momencie były trzy próby w tygodniu, no ale jak to się ma do całego roku luzu?
Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi :)

Zdaje się, że na miesiąc przed zaczęły się próby w kościele, które prowadziła pani katechetka. Dzieci dostały swoje teksty i zadania. Bardzo, ale to bardzo podobało nam się to, że każde dziecko- bez wyjątków, miało swój wkład w całą uroczystość. Nie było takiego wybierania, że ktoś ładnie czyta, ktoś ładnie śpiewa, a jeszcze ktoś inny ładnie wygląda i na pewno ładnie dygnie przed proboszczem. Wszystkie dzieci czuły się ważne, docenione i zaangażowane.

Rodzice też dostali do wyboru teksty do czytania i pewne zadania (jak na przykład wręczanie słynnego już kosza z darami)- ale tutaj- to już się podzieliliśmy, bo wiadomo nie od dziś- jedni lubią błyszczeć i brylować, inni absolutnie nie, a jeszcze inni uwielbiają kokietować, że oni wcale nie chcieli, no ale jak już nikt nie chce tego czytać, no to oni już to zrobią... Ja zdecydowanie byłam w obozie "nie udzielającym się i nie wychylającym się" :) I dobrze mi z tym :)

W październiku, kiedy zaczęły się te spotkanie w kościele, została także poruszona kwestia finansowa, bo jak pewnie większość z Was już wie, albo się domyśla- Komunia z całą pewnością nie jest za darmo :) Jednak pozwólcie, że zagadnienie: "Ile kosztuje Pierwsza Komunia Święta" zostawię sobie na osobny post :) Zdradzę tylko, że u nas od lat praktykuje się co miesięczne składki. A na koniec i tak zawsze okazuje się, że na coś tam brakuje...

W międzyczasie został nam wręczony katalog z albami, opatrzony uwagą, że do wyboru mamy tylko wzory od 1 do 5... No cóż- tu mogłabym właściwie osobny post napisać co ja o tym sądzę... I nie- generalnie nie mam nic przeciwko albom. Nie mam też nic przeciwko temu, aby wszystkie dzieci wyglądały tak samo... I tak- jestem też za tym, żeby z dwojga złego stawiać na skromność, niż na przepych, ale... Z drugiej strony- dlaczego sugeruje się, że jeżeli dziewczynka pójdzie ubrana w ładną sukienkę, to nie przyjmie Pana Jezusa do serca z taką samą powagą i świadomością, jak jej koleżanka ubrana w albę? Dlaczego, gdzieś tam między wierszami, czuję, że to będzie uważane za mniej wartościowe? Czy to nie jest robienie z takiej 9latki pustej, infantylnej lali, która już z założenia nie może ładnie wyglądać i być jednocześnie mądrą, dojrzałą do tego sakramentu dziewczynką? Przesadzam? Być może, ale tak to właśnie wszystko odebrałam.

I tak- gdyby któraś z tych alb zaproponowanych w tym konkretnym katalogu nam się spodobała, to nie byłoby problemu- kupilibyśmy ją. No ale niestety. Dla mnie były one paskudne, a naprawdę nie widziałam żadnego powodu, dla którego moja córka nie miałaby w tym dniu wyglądać ładnie. Powiem więcej- uważam, że nawet gdyby poszła w sukni wysadzanej diamentami, to także niczego by nie zmieniało- Eliza wiedziała co i kto jest w tym dniu najważniejszy. Była bardzo dobrze przygotowana do tego sakramentu, i żaden strój, fryzura, czy buty na minimalnym obcasiku tego nie umniejszały.

Tak, wyłamaliśmy się i kupiliśmy Jej sukienkę. Do bólu prostą, z hostią na klatce piersiowej, skromną i jednocześnie bardzo dziewczęcą.

I jak się okazało- nie my jedni. Czasami warto mieć swoje zdanie. A ja, szczególnie nie lubię, gdy mi się coś narzuca. Chociaż- jak czas pokazał, ksiądz nie robił żadnego problemu z powodu ubioru dzieci, więc może warto było poszukać gdzieś dalej, niż poza tym jednym katalogiem...

W ostatnim tygodniu przed Komunią ksiądz umawiał się indywidualnie z każdym dzieckiem i Jego rodzicami, i odpytywał z tych pytań, które dzieci dostały do nauczenia. Były też do nich pytania dodatkowe- takie trochę ma myślenie, i sprawdzenie, czy dzieci aby na pewno rozumieją sens tego wszystkiego. Z Elizą na to spotkanie poszedł Marcin, i tak jak On ma naprawdę duży dystans do naszego proboszcza, tak wrócił bardzo zadowolony i mile zaskoczony atmosferą, podejściem księdza...

W piątek przed Komunią odbyło się sprzątanie kościoła przez rodziców dzieci komunijnych, i przez same dzieci również, bo zaczęło się od jednej dziewczynki, która przyszła z mamą, i już po chwili były prawie wszystkie dzieciaki :) Fajne i miłe to było. No i dzieci czuły się takie ważne, zaangażowane, bo to przecież dla Nich to sprzątanie, to Ich święto...

W sobotę z samego rana była próba generalna z udziałem dzieci i rodziców, a po niej pierwsza spowiedź. A potem wielkie oczekiwanie na niedzielę ;)

Ufff- no to w skrócie to by było na tyle :)







środa, 20 maja 2015

Lubię to!

I pomyśleć, że kiedyś, kiedyś posiadanie działki jawiło mi się jako zło. Zło w najczystszej postaci bo to przecież zjadacz czasu (sadzenie, pielenie, podlewanie), uziemienie dla posiadających ów kawałek ziemi (i tu znowu: sadzenie, pielenie, podlewanie...) i w ogóle działki są dla (starych) nudziarzy. Tak, tak- w takim przekonaniu żyłam jeszcze 10lat temu. Co mam na swoje usprawiedliwienie? No... niewiele, niewiele... Może jedynie to, że za takie moje wyobrażenie o posiadaniu działki odpowiadała moja przyszła teściowa? Zresztą- nie tylko posiadanie działki mi obrzydziła, ale że gwiazda na tym blogu może być tylko jedna, także mamusię zostawmy w spokoju.

Tak czy siak, żyłam sobie w błogim przekonaniu, że nawet kiedy będę już tą starą nudziarą, to nudzić i starzeć się, będę z całą pewnością w innym miejscu, niż działka.

I cóż mogę napisać? Wcale nie trzeba się zestarzeć, żeby zapragnąć mieć swój kawałek "czegoś zielonego"... Wystarczy zostać... mamą :) Ubolewam jedynie nad tym, że nie udało nam się kupić działki, kiedy Elizka była mała. Bo owszem, teraz czasami tam z nami pójdzie, czasami nawet dobrze się tam bawi, ale... w większość wybiera zabawy poza działką. Mam nadzieję, że latem to się jednak choć trochę zmieni...

Mało tego... Nie tylko podniecam się tą działką jak głupia, ale- przyznaję- widzę tu siebie za lat, powiedzmy, 30+... Serio. A miały być ciepłe plaże, zimne drinki, młodzi kelnerzy, seksturystyka :)

Plany wobec naszej działeczki na najbliższe miesiące mamy ambitne, i jeśli uda nam się choć połowę z nich zrealizować, to już będzie ogromny sukces :) Głównie to zadania dla Marcina (i dlatego obawiam się o ich pomyślną realizację :p), bo ja swój wkład w postaci wsadzenia cebulek, mam już za sobą :) Teraz tylko czekam na efekty.

Marzy mi się wyprawienie moich imienin na działce... Taka grillowa imprezka z prawdziwego zdarzenia... My przy stole (a stół mamy słusznych rozmiarów :p), zastawionym pysznym mięskiem z grilla, wszędzie ten apetyczny, kuszący zapach, sałatki- do wyboru do koloru, soczysty arbuz, który w środku lata smakuje najlepiej (zawsze jest hitem na moich imieninach :p), domowe ciasta, które z niekłamaną przyjemnością zawsze piekę na ten dzień, dzieciaki szalejące na ślizgawkach i w basenie... Ktoś się pisze na imprezkę?!
No zobaczymy, zobaczymy co mi z tego wyjdzie :)

A tymczasem- jeszcze wiosennie, ale równie przyjemnie i pysznie :)

Dzięki Lilce mogłabym pisać nowego bloga pt."Sekretne życie ślimaków"... Zdjęcia do jakiś 50 pierwszych postów mam już obrobione :)








Spontanicznie, prosto i pysznie...





Ps. Obawiam się, że takich postów w stylu: "Oda do działki" będzie w najbliższym czasie znacznie więcej :)

Ps.2 "Nic" wypowiedziane przez dziecko na działce, poprzedzone oczywistym pytaniem rodzica: "Co robisz", powinno być jeszcze bardziej alarmujące, aniżeli to samo: "Nic" wypowiedziane w domu... A ja głupia dałam się dziś nabrać! "Nic" i jakieś sto potencjalnych owoców wiśni oberwanych w ciągu pięciu minut... I jedno ciasto z wiśniami mniej :(

poniedziałek, 18 maja 2015

Spieszę donieść...

No nie wiem- albo będziecie rozczarowane, albo odetchniecie z ulgą (jak ja), ale cyrku/szopki/festiwalu prezentów nie było. I dobrze! Rodzice, bo raczej nie sądzę, żeby dzieci, podeszli do sprawy raczej z dużą dozą rozsądku, i owszem, ktoś tam przyprowadził rower, ktoś przyniósł telefon, ale w większości święcone były pamiątki i medaliki.

I tak sobie tylko myślę, bo po piątkowym zagotowaniu się, straciłam chyba chwilowo zdolność trzeźwej oceny sytuacji- przecież cały ten pomysł zupełnie nie pasuje mi do naszego proboszcza! Nie, nie- daleka jestem od stawania w Jego obronie (bardzo specyficzna postać), ale taka inicjatywa to naprawdę mocno nie w Jego stylu. A, że ja zazwyczaj nie lubię nie wiedzieć, no to stworzyłam sobie własną teorię tej tradycji :) Czy jest ona prawdziwa? To akurat zamierzam sprawdzić w najbliższym czasie. Mianowicie, wymyśliłam, że skoro większość mam (bo z wrodzoną dociekliwością przepytałam na tę okoliczność jeszcze kilka z Nich) jako jedyny słuszny argument podało mi ten, traktujący o tym, że "tak zawsze tu było", a my mieszkamy tu raptem niecałe 10lat (proboszcz "urzęduje" tu dłużej niż my mieszkamy), czyli ta tradycja musiała narodzić się dużo wcześniej. A co dzieci wtedy dostawały na Komunię? No pewnie znacznie częściej niż teraz, właśnie medaliki, Pismo Święte itp... Z czasem te prezenty zaczęły się zmieniać, a zwyczaj ich święcenia pozostał... Tak to widzę :)

Pewnie, że jeżeli mam rację, to proboszcz mógłby zaznaczyć, że jeśli ktoś ma ochotę poświęcić medalik, biblię czy jakąś pamiątkę, to może ją przynieść tego i tego dnia, bo jak wiemy- niektórzy biorą wszystko dosłownie, i jeśli pada hasło: przynosimy prezenty do poświęcenia, no to przynosimy je... wszystkie.

W każdym razie- to już za nami. Podobnie jak biały tydzień. Teraz pora żebym skoncentrowała się na czymś innym... na przykład na działce :) Bo mimo, że owszem- regularnie tam z Lilą bywałyśmy, i fotki również tu "wrzucałam", to zrobienie ich tak, żeby nie ujawniać (całego) stanu faktycznego- było już nie lada wyzwaniem... A sytuacja na działce w rzeczywistości wygląda tak, że trawy nawet jeszcze w tym roku nie skosiliśmy... Nowa beczka na wodę leży gdzieś pod płotem... Chwasty rosną sobie w najlepsze... Kwiaty, które miałam poprzesadzać, nadal rosną tam, gdzie rosnąć nie powinny...

Tulipany późne pełne- moje zeszłoroczne odkrycie... mój hit :)





Ewa, Ania- Wasze zeszłoroczne przesyłki mają się świetnie, co (mam nadzieję) dobrze widać :)


Jednak od dzisiaj- pełna mobilizacja :)
W weekend mieliśmy jeszcze gości ze Skierniewic- moją chrzestną z wnuczką, także miło spędziliśmy czas. Powiedziałabym nawet, że miło i pożytecznie, ponieważ akurat w weekend odbywał się na Wałach Chrobrego kolejny już kiermasz "Pamiętajcie o ogrodach", na który w końcu udało mi się dotrzeć. Co roku coś stawało na przeszkodzie- a to Marcina nie było w Szczecinie, a to wszyscy wyjechaliśmy... I nie powiem- zawsze jakiś tam żal czułam, bo uwielbiam takie imprezy: z jednej strony kwiaty/drzewka/krzewy, które kocham, z drugiej: stragany z regionalnym jedzeniem, dobra kawa, atrakcje dla dzieci... Cóż- tym razem udało nam się tylko tam być i nawet kupić to, na czym mi zależało (dalie, mieczyki, lilie, hortensje), Eliza zjadła w biegu oscypka, Lila dostała balonika i... już musieliśmy uciekać, bo raz, że Marcin musiał jechać na sędziowanie (tak, tak :P), dwa- pogoda, a konkretnie wiatr nie sprzyjał dłuższemu chodzeniu, a trzy- tyle ludzi kontra mała Lilka- kiepska sprawa.

"Moi" nadciągają :)



Także w sobotę obkupiłam się w cebule, kłącza i inne zielsko- jak to skwitował mój brat, a w niedzielę już tylko się gościliśmy. Miło było, jednak przy gościach zawsze jest tak jakoś inaczej- fajna odskocznia jednym słowem :)

Mam też kilka pomysłów co do balkonu, ale że to wymaga już zaangażowania pana Marcina, to może w przyszłym roku pokażę Wam efekty :) Chyba, że któraś z Was nauczy mnie kłaść kafelki na balkonie, bo materiały mam- leżą sobie spokojnie, zajmują miejsce, i czekają na swoją kolej :) Marzy mi się też drabina na kwiaty. Biała, z kolorowymi doniczkami... A w tych doniczkach koniecznie (między innymi) maciejka, żeby mi wieczorem pachniała, jak usiądę sobie przy moim balkonowym stoliku... Ach, no tak... Stolik to też na razie w sferze marzeń i planów ;)

Z nowości jeszcze tylko dodam- potyczki językowe Lilki. Nasza gaduła, którą się tak zachwycałyście, ma od jakiegoś czasu problem z czasami. To podobnie jak ja w angielskim :)
I tak na przykład brzmią Jej rozmowy z tatą:

"Będziesz jadłeś z nami obiadek?"
"Będziesz jechałeś do babci autem?"

Gdzie najlepiej smakuje serek? Wiadomo- na działce :)