Mama2c

Mama2c

niedziela, 28 czerwca 2015

Na osłodę...

... że mnie tu nie ma- parę słodkich fotek :)

Ostatnio rozpieszczam nas tylko truskawkami. Trzeba korzystać- tak szybko się skończą :)


Na zdjęciach powyżej- truskawkowe crumble: truskawki, a na nich kruszonka, siup do piekarnika i... mamy niebo w gębie. Dosłownie!



Deserek- na samym dole pokruszone ciastka kakaowe, mus z truskawek a na górze bita śmietana plus starta z na nią gorzka czekolada. Dobre, ale szału nie było, tym bardziej, że wyjątkowo wodniste truskawki kupiłam.





I kolejne crumble... No dobrze, czerwiec upłynął nam właśnie pod znakiem crumble :) Przepadliśmy!

Truskawkowo smakują też nasze śniadania...


 
Mam nadzieję, że lada dzień tu wrócę... Póki co... przed nami ostatni tydzień Marcina urlopu, Lila bez drzemek w ciągu dnia, w dodatku nie chce nawet słyszeć o nocniku ( ale to już chyba temat na osobny post), a Eliza od soboty na obozie. Także, totalny miks emocji za mną, i pewnie taka sama mieszkanka przede mną. Na razie wciąż żyję Elizy wyjazdem- dziecko moje twierdzi, że jest fantastycznie. Według doświadczeń trenera Elizy- kryzys nadejdzie jutro, ewentualnie we wtorek... Oby jednak nie :) Dopóki Ona mówi, ze jest super, jest mi znacznie łatwiej. Gorzej jak zacznie chlipać, że mamy Ją zabrać... Trzymajcie kciuki, żeby było ok, a wtedy ciocia Marta powróci w starym, dobrym stylu, bo w końcu- dzieje się, dzieje :)

środa, 24 czerwca 2015

Wtorek, środa...

Miniony weekend, pod względem aktywności towarzyskiej, oraz jakiejkolwiek mobilności, był jak te flaki z olejem... Tata w pracy, auto z tatą, pogoda tragiczna... Nawet wychodzenie z Miśkiem przypominało wspinaczkę na Mount Everest, bo podobnie jak atakujący szczyt, ja również łapałam korzystne okno pogodowe. I nie, nie- nie chodziło o mnie, że moknąć nie lubię. Oczywiście- nie lubię, ale okazuje się, że pan Misiek nie lubi bardziej. O jakież było moje zdziwienie, kiedy wyszłam z nim pierwszy raz w deszczu... Wychodzimy- pada. Daję krok na przód, potem drugi, o... jakiś opór czuję- smycz się skończyła! Hrabia ani drgnął. Stoi..., nie- on się zapiera! Nie będzie w deszczu chodził i koniec.

Także weekend do jak najszybszego zapomnienia... A zważywszy na atrakcje fundowane mi przez dziewczynki, to w ogóle do wykreślenia z pamięci. Poniedziałek był dniem łapania (a raczej prób łapania) równowagi psychicznej. Za to wtorek zapowiadał się całkiem przyjemnie i dość intensywnie.

Jednak zanim przejdę do konkretów, nie mogę nie wspomnieć, że właśnie we wtorek minął miesiąc odkąd jest z nami Misiek! Bilans zysków i strat? Zdecydowanie same zyski, póki co- strat nie odnotowaliśmy. Póki co... Ale, ale- no aż tak pięknie nie jest. Oczywiście, Misiek wprowadził pewne ograniczenia- nadal nie zostawiamy go samego w domu. Na razie oswajamy jazdę autem, tak, żeby Misiek mógł nam towarzyszyć, kiedy wychodzimy.  Na resztę przyjdzie czas...





O 16 u Elizy w szkole odbywały się występy z okazji dnia rodziny.  Zważywszy na fakt, że występowały dwie klasy, a czas trwania imprezy przewidziany był na pół godziny (!!!) byliśmy z Marcinem trochę zdumieni... Co równie zadziwiające- faktycznie wszystko zamknęło się w tych 30minutach...  I taka mnie jeszcze tylko refleksja naszła, że ci ojcowie to faktycznie są dyskryminowani. U Elizy w klasie jest taki zwyczaj, że jeśli jednego roku obchodzony jest dzień mamy, to w kolejnym świętowany jest dzień rodziny... Typowego dnia taty... nie obchodzi się...





Po szkole szybko wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, przebraliśmy się i pojechaliśmy na rozdanie certyfikatów z karate. Poprzednie było w grudniu, i było bardzo fajnie- ognisko, lodogryf- Eliza była zachwycona. Tym razem pogoda nas przerażała- każda strona internetowa do sprawdzania pogody, zapowiadała deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Czekaliśmy na informację o odwołaniu spotkania, ale... nie doczekaliśmy się jej. No to pojechaliśmy... Ognisko w deszczu? Czemu nie... 





Tak- Julcia, moja trzecia córcia, pojechała z nami :) To ostatnie przed wakacjami spotkanie dziewczynek, także chcieliśmy, żeby się sobą nacieszyły! Na zdjęciach z ogniska widoczny jest sensei Radek- czarny pas i trzeci dan... Strach się bać- dosłownie. Chociaż facet szalenie sympatyczny i wesoły.


A tu nasz tata- bohater ogniska- w deszczu piekł kiełbaski dla trzech głodnych dziewczyn :)

A po powrocie- szaleństwa dziewczynek w domu. Jak widać- motyw deszczu towarzyszył Im do końca dnia :)


Były też letnie akcenty- dziewczynki nic się nie zmieniają- nadal uwielbiają się przebierać!



A co poza tym? Zacznę od pogody, bo ta irytuje mnie chyba nawet bardziej niż dzieci :) Ja, proszę państwa, protestuję. Deszcz? Ok, trudno. W końcu i on bywa potrzebny... Ale 14stopni?! O tej porze roku? No to już jest jakaś farsa. 

I w związku z tą "fantastyczną" pogodą urlop taty, póki co, mija nam w domu :( A, że dłuższe siedzenie w domu, przy takiej pogodzie nie wróży niczego dobrego... To już się boję, co to będzie dalej. 

Dziewczyny na każdym kroku przypominają mi, że jestem mamą dwóch rozdarciuchów, ale od wczoraj prym wiedzie chyba Lila... Klasyczny bunt dwulatka... Tak klasyczny, że ja chyba klasycznie zwariuję. I chociaż na ogół pomaga mi przypomnienie sobie w myślach, że ten mały człowiek, męczy się może nawet bardziej niż my, bo zupełnie nie ogarnia tych targających nim emocji, to jednak przychodzi taka chwila jak dzisiaj, kiedy krzyczę w środku: DOŚĆ!!! I kiedy Eliza oświadczyła mi w ciągu dnia, że to ze mną chce iść dzisiaj do kościoła (zakończenie roku szkolnego)- no przyznaję- średnio się z tego wyróżnienia ucieszyłam. Miałam niecny plan oddelegowania Marcina... No ale ok, mamusia pójdzie, no problem... Natomiast, kiedy zbliżała się godzina wyjścia, a Lila była w epicentrum swojego: "NIE, NIE, NIE, WSZYSTKO NIE I <NIE> TEŻ NIE" myślałam, że do tego kościoła pobiegnę w podskokach, a po mszy zaliczę jeszcze różaniec, czerwcowe, wszystkie możliwie litanie i spowiedź życia... I kto wie, czy z rozpędu nie pójdę na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. 

Eliza oczywiście nie pomaga, bo choć miewa ludzko-siostrzane odruchu ("No nie rycz już", "Chodź ci te gluty wytrę"), najczęściej dolewa oliwy do ognia, warcząc: "Czy ona kiedyś skończy ryczeć?!", "Zamkniesz się w końcu", "Ja pierniczę, zabierzcie ją stąd"...  I niech mi tylko jeszcze raz ktoś powie, albo napisze, że kiedyś będę się z tego śmiała, to serio- zaproszę na wakacje do nas :) W programie emocjonalny survival :)

Żeby jednak nie było, że TYLKO narzekam (no dobra- sama wiem, że ostatnio naprawdę TYLKO narzekam, no ale co zrobić- taki czas), dodam, że Lila nawet w trakcie mega jazdy z siostrą, odzywa się do niej nie inaczej, jak "Elizko". Słodka jest przy tym niesamowicie, szczególnie, kiedy deklaruje: "Ty jedna Elizko, zaraz cie ubije i polecisz". Co do deklaracji, że "polecisz", to już wszyscy mamy ten bliżej niezdefiniowany lot obiecany...

Także, "lecę bo chcę" i do następnego :)







poniedziałek, 22 czerwca 2015

Hurraaaa, w końcu... poniedziałek!




Myślicie, że zwariowałam, co?
Nic z tych rzeczy :)
Cały weekend czekałam na... Na poniedziałek właśnie!

Zgodnie z moim osobistym prawem blogowej równowagi, dziś byłaby pora na post pod tytułem: "Jak mi ciężko, jak mi źle"... No i jak na ironię- calutki miniony weekend byłby idealnym materiałem na taki gorzki tekst, ale... Ale głowa do góry- jest poniedziałek, jest lepiej, i chwilowo tego się trzymam.

A co mnie tak właściwie cieszy w tym poniedziałku, w tym samym, tak szczerze znienawidzonym przez resztę społeczeństwa? No na pewno nie to, że o 6 rano mogłam założyć ołówkową spódnicę (aha,chyba wbić się w nią), i nie to, że mogłam założyć moje niebotycznie wysokie szpilki (kurczę! nawet takich nie mam...) i również nie to, że na przykład z aktówką (taaa, też nie mam!), prawie tanecznym krokiem pognałam do auta autobusu...

Poniedziałek niewiele zmieniał, zmieniając jednocześnie wszystko- nadal byłam kurą domową, mamą zbuntowanej 9latki, i przechodzącej równie intensywny bunt dwulatka, Lilki... Swoją drogą- te bunty to się kiedyś kończą?! Nadal musiałam działać według schematu: pobudka, śniadanie, szkoła, spacer, zupa, drzemka, obiad i tak dalej... Nadal... No dobrze, nie będę już Was dłużej trzymać w niepewności- tata ma od dziś wolne. Dodatkowa para rąk do pomocy, dodatkowa głowa do radzenia sobie z Elizą, dodatkowa para uszu do wysłuchiwania wrzasków Lilki :) Yes, yes, yes!!!

I tylko Wam zdradzę, że gdyby nie "akcja Misiek", to teraz Kochane, moje oczy podziwiałyby zakopiańskie doliny, tamtejszą architekturę, te szczyty, tak jeszcze nieosiągalne dla nas... No ale- podobno co się odwlecze... I te same oczy podziwiać będą- a i owszem, tylko że we wrześniu...

O zmienianiu naszych planów urlopowych to może nawet wspomnę coś więcej, przy okazji pisania postu o Miśku. Jednak, jako że u nas niewiele rzeczy może być ot tak- prostymi, a żeby opisać sprawy, delikatnie mówiąc, zagmatwane potrzeba nieco więcej czasu... Także, cierpliwości :)

A tymczasem- fotorelacja, czyli krótka opowieść o tym, co matkę przed wariactwem w ten weekend uratowało. Recepta jest prosta- truskawki i aparat. A na końcu konsumpcja :) Tylko, i aż tyle!
















No i co mam Wam napisać? Tata cały weekend spędził w pracy, w zasadzie to można śmiało napisać, że wrócił już w poniedziałek, dzieci na przemian "fazowały", albo kłóciły się niemiłosiernie ("Nie możesz Elizko patrzeć na mnie!", "Nie patrzę na ciebie", "Patrzysz, widzem przecież", "Lilka do cholery wynoś się z mojego pokoju", "Ja tu mogem być prawda mamo?"... i takie tam inne), pogoda do bani, a matka ze stoickim spokojem (taaaa, ze spokojem :)) najpierw zrobiła z truskawek sałatkę, potem upiekła ciasto (na które załapała się też Julcia, która w końcu był na weekend u taty), a na końcu, dla wszystkich trzech dziewczynek, wyczarowała deser, biegając w międzyczasie z aparatem, bo choć efekty różne, jak na amatora przystało, to nie ukrywam, że robienie zdjęć bardzo mnie relaksuje... A w sytuacji, kiedy średnio co pół godziny wydawało mi się, że tym razem to już na pewno eksploduję, relaks był mi wyjątkowo potrzebny...

Ku pamięci dodam jeszcze tylko, że od dziś zabraliśmy się za oswajanie Miśka z jazdą autem. No cóż- podróż ze schroniska do najprzyjemniejszych nie należała, ale że Miśkowi- podobnie jak dzieciom, dużo możemy wybaczyć, to mąż posprzątał, to co trzeba było sprzątnąć, i nawet słowem nie skomentował :) Dziś zdecydowanie skróciliśmy długość przejechanej trasy, Misiek nie był także bezpośrednio po jedzeniu, no i... wpadki nie było :) Była za to hiper mega radość, bo pańcia na zachętę wsadziła do kieszeni kiełbasę :)

Zaczęliśmy także ostatni tydzień roku szkolnego... Rety, rety- w piątek zakończenie roku, a w sobotę... W sobotę Eliza wyjeżdża na obóz... Relanium, melisa, butelka wina i będzie dobrze.
BĘDZIE DOBRZE. Cholera, no będzie dobrze, nie?!

piątek, 19 czerwca 2015

Z drugiego bieguna...

No to dziś, tak dla równowagi, coś lżejszego :)

Zanim jednak "zaleję" (dosłownie) Was masą zdjęć, kilka refleksji po ostatnim poście i komentarzach pod nim. Przede wszystkim, każdej z Was, chciałam podziękować za te kilka zdań, które napisałyście. I paradoksalnie, mimo, że złotego środka jak postępować z dzieckiem, nadal nie odkryłyśmy, to jednak Wasze komentarze w jakiś sposób pomogły mi się trochę zdystansować.

Nie odkryłam z czym mamy problem- w zasadzie z czym to wiem, zastanawiam się bardziej nad podłożem tych problemów, ale uświadomiłam sobie, czego w związku z tym wszystkim najbardziej się boję...

Naprawdę, dziękuję Wam raz jeszcze. A, że mam jeszcze jeden temat do obgadania na dniach, także kochane mamy- szykujcie się :)

No ale... Dziś miało być tylko lekko i przyjemnie, jak to przed weekendem, więc zaczynam :)
Tekst (będzie go niewiele) chyba głównie dla takich zafiksowanych amatorów-działkowców jak ja, także Agatko, Inesko, Ewo, Lux, Aniu (na szpilkach)*- czytajcie i dzielcie się ze mną swoimi uwagami :)

Na początek- odrobina słodyczy. Truskawkowe crumble hitem ostatnich dni... Co prawda truskawki nie z naszej działki (choć jakieś maluszki też u nas już zrywamy), co prawda sam deser znałam już wcześniej, ale... to mój debiut, i nieskromnie przyznam, że szalenie udany. Także, jakbym miałam wątpliwości, dlaczego w to lato również nie powrócę do wagi sprzed ciąży, to przynajmniej wiem dlaczego :)

Za to dekoracja pochodzi już prosto z działki- przy wsadzaniu nowej ostróżki złamał się nam jeden kwiat...





W tamtym roku Ania podarowała mi piwonie... Wiosną wyszło spod ziemi chyba z siedem sztuk. Zakwitła jedna, i to całym jednym kwiatem :) Za to ma przepiękny śnieżnobiały kolor i pachnie obłędnie!  I teraz pytanie do Was- macie jakie doświadczenie z piwoniami? Czy w przyszłym roku mogę spodziewać się większej ilości kwiatów?
W tle lilie od Ewy...


Jabłoń za to całkiem nieźle obrodziła, a jabłka rosną niemal w oczach...
Dalia miniaturowa-  identyczna jak w zeszłym roku, nabyta nawet w tym samym sklepie. Jeśli będzie kwitła tak samo jak jej poprzedniczka- świeże kwiaty w wazonie będę miała do października.


Porzeczka... Mamy kilka krzaczków, ale ewidentnie to już stare egzemplarze... Powoli rosną ich następcy, jednak zanim zaczną owocować, to pewnie jeszcze trochę...


Dzika róża... Posadzona w tamtym roku, mocno reanimowana, dziś ma się całkiem nieźle i rośnie jak szalona...
W związku z tym, że gdyby mnie nie pilnować, to pewnie wszystko obsadziłabym kwiatami, Marcin w końcu zaprotestował... I wtedy przypomniałam sobie o patencie mojej fryzjerki- kiaty w doniczkach! Na zdjęciu: dalia, begonia i pelargonia.


A teraz moje ukochane żurawki. Zdecydowanie moja wielka miłość i słabość :) Póki co, mam jedynie chyba z siedem odmian, a wtajemniczeni wiedzą, jak wiele ich jeszcze jest :) Na mojej osobistej liście tych, które MUSZĘ mieć u siebie jest na razie dziesięć. To jednak mocno okrojona lista, bo najchętniej kupiłabym je wszystkie :)

To maleństwo na pierwszym planie nosi wdzięczną nazwę "Tiramisu". Na tym zdjęciu wygląda jeszcze całkiem nieźle, ale ostatnio miałam wrażenie, że jakoś mocno mi ta roślina wyblakła. Stanowisko ma zgodne z potrzebami, także nie wiem... No nic, młody egzemplarz- dam mu jeszcze czas.






Ostróżki... I kolejna miłość :) Teraz choruję na białą i taką z bardzo jasnymi, niebieskimi kwiatami.
Ta lilia to pamiątka po dawnej właścicielce działki. Niestety, poza paroma liliami i latriami, nie było niczego, co by mnie zachwyciło.


Pergola... Fantastyczne miejsce do zawieszenia kolejnych doniczek :)
Dzieło Marcina i Elizy, która dzielnie ją malowała :)



...i dalej żurawki:


Serduszki, jak widać, mają się nieźle...



A to nasze "plony" :)
Za rok będzie lepiej!


Niestety, w ten weekend chyba nie oddamy się błogiemu lenistwu na działce- jest bardzo zimno, wietrznie, i co chwilę pada :( Przypomina mi to trochę sytuację sprzed roku, kiedy pierwszego dnia lata, moje dziewczyny szły ubrane jakby to był , nie czerwiec... I nie- nic się nie zmieniło- upałów nadal nie lubię, ale marznąć w czerwcu?! No zdecydowanie też nie... 

W dodatku żal mi Elizy- Jej klasa pojechała dziś na wycieczkę do Międzyzdrojów... i taką mają przechlapaną pogodę :( Skoro u nas wieje i padało, to nawet nie chcę myśleć, co dzieje się nad morzem... 

* Określenie "amator" najbardziej pasuje oczywiście do mnie- mam nadzieję, że żadnej z Was nie uraziłam :p I jeśli poza szanownym gronem, które wymieniłam, ktoś jeszcze może gadać o kwiatkach godzinami i podziwiać je na zdjęciach- piszcie w komentarzach :)