Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 27 lipca 2015

Owocowe używanie

Eh, ja Wam tu dziś letnie smaki, a za oknem... No właśnie- co dziś u Was za oknem? U nas przelotny deszcz (co w rezultacie oznacza, że siąpi od rana nieprzerwanie...), mega ponuro i, no nie oszukujmy się- jak na środek lata, to zimno!!! Zupełnie dla siebie niespodziewanie... brakuje mi słońca! Tak, tak- mnie! Nie sądzę, żebym dożyła dnia, kiedy obwieszczę światu, że lato to moja ulubiona pora roku, ale do licha, no to co się dzieje w tym roku, to już przesada. Co do moich pomidorów na działce, to już straciłam nadzieję- od jakiś 2-3tygodni trwają w jednym rozmiarze i jednym kolorze. Nie muszę dodawać, że nie mam na myśli ognistej czerwieni? I zważywszy na fakt, że zaplanowaliśmy na działce duże zmiany pt. "To tu teraz będą grządki, tu miejsce dla dzieciaków, a tam będziemy pić kawę w cieniu", to najzwyczajniej w świecie mam ochotę te pomidory powyrywać w cholerę, i brać się do pracy. A tak? Ani pomidorów, ani działkowych zmian. 

Weekend poza piątkiem, o którym pewnie wspomnę w najbliższym czasie, upłynął nam na "codziennych zmaganiach z życiem", czyli dzieci dały do wiwatu, kasy zawsze okazuje się być za mało, przeziębienie, które męczy mnie już od ponad tygodnia nie chce ustąpić, a w niedzielę w nocy nawet się zaostrzyło, Misiek po dość długiej przerwie znów puścił pawia w aucie... Ot, proza życia. 

Z soboty na niedzielę miał miejsce debiut wspólnego spania sióstr. Do 4.41 było w porządku, a potem... Lila domagała się cyca od Elizy :D I tak wylądowała u mnie w łóżku, bo jak wspominałam- ze względu na męczące przeziębienie nie miałam siły z Nią walczyć, a odmowa mleczka właśnie tym by się skończyła. Nie miałam na to ani nerwów, ani zdrowia. Nie tej nocy. Dobrze rokuje, że Lila była nawet chętna na takie rozwiązanie, choć przy usypianiu wybierała się oczywiście do mnie do łóżka, ale jakoś Ją przekonałam, żeby została jednak z Elizą :)

Teoretycznie, już w następny poniedziałek, Lila idzie do przedszkola. Teoretycznie, bo... Mam ogromną nadzieję, że jednak okaże się, że w sierpniu nie będzie jeszcze dzieci, i my też Lilki wtedy nie damy. Sama siebie zaskakuję, a może nawet przerażam, ale coś, na co przecież czekałam już od jakiegoś czasu, napawa mnie teraz całą gamą odczuć wszelakich, i chyba żadne z nich nie jest pozytywne... Gdzieś tam... część myśląca mnie, wie, że tak trzeba, że muszę rozluźnić ten kurczowy splot z małą rączką, że właśnie to jest dla Niej najlepsze... I jeszcze nie wiem, dlaczego sama myśl o tym, że Ona tam naprawdę pójdzie, czy to w sierpniu, czy w wrześniu doprowadza mnie prawie do łez. Muszę przeprowadzić dogłębną autoanalizę swoich reakcji i myśli. A potem już tylko spakować się i do psychiatryka... :) Wstępna diagnoza jest taka, że może za dużo zmian się w naszym życiu szykuje... A zmiany średnio lubię. Zmiany powinny się (w moim świecie) odbywać powoli, stopniowo... I jeszcze głowa pełna myśli i obaw jak to będzie- Eliza w szkole, Lila w przedszkolu, ja w pracy (jak już takową znajdę), Misiek w domu... Jak zmieni się nasze życie w tygodniu? Jak będzie wyglądało w weekendy? Jak się w tym wszyscy odnajdziemy? Wiem, że tak właśnie wygląda życie większości rodzin 2+2, tylko... nasze tak jeszcze nigdy nie wyglądało... A moje (za) długie bycie w domu odbiło się echem na mojej pewności siebie i wierze w swoje umiejętności. Te organizacyjne również, choć tu nie powinnam chyba mieć obaw. Za dużo ostatnio myślę, za dużo...

Awokado to owoc? No to proszę bardzo- na pierwszy rzut sałatka z awokado, tuńczykiem, imitacją brązowego ryżu, czerwoną cebulą i suszonymi pomidorami.


Przepis na domową frużelinę widziałam już w zeszłym roku, i o ile zwrócił moją uwagę od razu, to jednak nie przeszłam od zachwytu do czynów... I to był błąd. Jestem cały rok do tyłu w smakowaniu czegoś absolutnie fantastycznego!
Przepis na to cudo TUTAJ. A poniżej zobaczycie do czego może nam taka frużelina posłużyć :)



Na przykład jako smarowidło do naleśników :)


...i do rogali.


Będąc już na jednym z moich ulubionych, nie mogłam przegapić tego serniczka.
Jeśli macie nadal dostęp do czarnej porzeczki- nie zawahajcie się jej użyć właśnie do tego sernika.
Przepis TU.


I znowu frużelina, tym razem z goframi- linku Wam nie podaję- nasz znaleziony naprędce przepis okazał się być słaby, a Wy na pewno macie swoje sprawdzone receptury :)


Crumble z owocami lata...
Ach, ach... 


Czekoladowy torcik z kremem kawowym ukoronowany owocowymi dobrami :)
Zresztą- nie trzeba mu tak wyszukanych opisów, i tak jest pyszny :)
Przepis podstawowy TUTAJ.



No to udanego tygodnia Dziewczyny! Wieczorem postaram się usiąść do komentarzy.

czwartek, 23 lipca 2015

W męskim towarzystwie...

Cóż- synka nie mam, i prawdopodobnie mieć (już) nie będę, jednak na deficyt testosteronu w najbliższym otoczeniu nie narzekam :) A już ostatnie dwa dni, to prawdziwa kumulacja! I wiecie co? Sami przystojniacy mnie otaczali :) Jedyny problem to taki, że najstarszy z Nich nie miał nawet skończonych 9lat... :)

Na środę zostaliśmy zaproszeni na urodziny Filipa- uroczego, radosnego, pogodnego i bardzo śmiałego 5latka. Jeśli właśnie wyobraziłyście sobie coś na kształt rodzicielskiej sielanki przy tak fajnym synku, to może dodam, że Filip urodził się z dwoma bardzo poważnymi wadami genetycznymi, oraz to, że dwukrotnie niewiele brakowało, żeby Go dziś z nami nie było...
A jednak! Wczoraj Filipek zdmuchnął na swoim torcie pięć świeczek. Nie wiem, co czuła Jego Mama, mogę się jedynie domyślać... Ja natomiast czułam się bardzo wzruszona, widząc jakim fantastycznym chłopcem jest Filip, i w jak wielkiej miłości mijają Jego dni. Od naszego ostatniego spotkania minęły 4lata (Filip z mamą i bratem mieszka za granicą) i to, co od tego czasu się nie zmieniło- to to, że ten Blondas non stop czaruje uśmiechem :D

Urodziny były wyjątkowe, bo na takich moje Dziewczyny jeszcze nie były- urządzone w pizzerii, gdzie dzieci pod okiem fachowca (mąż mnie poinstruował, że to nie kucharz a pizzerman :p) przygotowywały od podstaw swoją pizzę. Super zabawa i kupa śmiechu. No a ten smak chwilę później- wyborny! Dodam tylko, że Babcia Filipa, która jest tutaj na miejscu, przygotowała to całe przyjęcie, które było dla Filipa niespodzianką. Uwielbiam takie akcje!

Robimy pizzę :)


Z niewielką pomocą mamy :)


Sto lat, sto lat!



Z kolei na dziś, dość spontanicznie, umówiliśmy się na spotkanie z Marcina chrześniakiem, rówieśnikiem naszej Elizy. Marcin ostatni raz widział Go w listopadzie- na Jego urodzinach, ja... jakieś 3lata temu. Także ciocia Marta szok przeżyła, jak nic :) Aż mi żal tych dzieci, że One się tak szybko starzeją :)

Z Justyną, mamą Alana, poznaliśmy się, kiedy nasze dzieci naprawdę miały mleko pod nosem :) Choć okoliczności w jakich przyszło nam się spotkać po raz pierwszy raczej do przyjemnych nie należały- my kolejny raz leżeliśmy z Elizą w szpitalu (tym razem wreszcie z diagnozą!) a Oni trafili z Alanem na obserwację również w związku z problemami z brzuszkiem. I pomyśleć, że pamiętam wszystko tak, jakby to było wczoraj, a dziś wymieniamy się wrażeniami w związku z wyjazdami naszych dzieci na obozy, szkołę, i Ich zainteresowania pozaszkolne... Mamy także po drugim dziecku, i parę zmarszczek więcej... Eliza poszalała z chłopakami, momentami przyprawiając mnie o zawał serca- jednak przyzwyczajona jestem do innych zabaw :) Lila natomiast zachwyciła się świeżo poznaną ciocią- chciała siedzieć u Niej na kolanach, chodzić z Nią za rękę...

W oczekiwaniu na resztę ekipy...


...dziewczyny pokłóciły się o to, która będzie trzymała psa :) Kto wygrał?
 

Wzajemne czarowanie :)


W trakcie okazało się, że chętnych do prowadzenia Miśka jest więcej :)
 

Atak na pomnik. A mieli się tylko ustawić do zdjęcia :)


Od Nich wszystko się zaczęło...


Przed nami weekend, ale sami jeszcze nie do końca wiemy, co będziemy robić. Na sobotę mamy umówione spotkanie z psim behawiorystą. Fajnie, kiedy Misiek nam towarzyszy, no ale- nie wszędzie możemy, i tak naprawdę nie wszędzie chcemy go zabierać. Pora coś z tym zrobić. A i tak- jak zawsze, wszystko zależy od pogody. Także plany będziemy tworzyć na bieżąco :)

wtorek, 21 lipca 2015

Matkę nosi...

Czyli post z cyklu "Podróże małe i... jeszcze mniejsze". 
Korzystamy...
Korzystamy z pogody (choć ta jest tego lata wyjątkowo kapryśna), korzystamy z obecności taty, korzystamy z tego, że nam się chce... Bo ta ostatnia kwestia, to przecież nie taka oczywista jest. Jakie będzie kolejne lato- kiedy będę już pracującą (mam nadzieję) mamą? Czy po ośmiu godzinach w pracy nadal będzie mi się chciało? Nadal będę tym motorkiem napędzającym naszą rodzinną aktywność? Tego nie wiem... Wiem jednak, że to ostatnie takie lato, także... korzystam. Choć myśli związanych z pójściem do pracy coraz więcej...

No dobrze, na smęcenie przyjdzie jeszcze czas, a dziś- nasze dwie ostatnie wycieczki.

Jezioro Szmaragdowe 

Teraz mam do niego niemal rzut beretem, kiedyś to była cała wyprawa. Miejsce rozpoznawalne w naszym mieście, i chętnie odwiedzane. Rok temu w wakacje deszcz zaskoczył nas zaraz, kiedy podeszliśmy do tafli jeziora. Ostatnim razem pogoda nie zawiodła.








Szczecin Dąbie 

Czasami wystarczy wsiąść do auta, i przemieścić się do innej części miasta. W naszym wypadku- do kolejnej dzielnicy Szczecina. A co tam było dla nas atrakcyjnego? Ulubione lody kręcone Elizy, dworzec kolejowy- czyli coś dla Lilki, plac zabaw w parku- nagroda dla wszystkich :)












A już jutro wybieramy się na wyjątkowe urodziny, do pewnego wyjątkowego chłopczyka :) Nie mogę się doczekać... Myślę, że dziewczyny będą zachwycone, ale to, co dokładnie czeka Je na miejscu, będzie dla Nich do końca tajemnicą.