Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Ostatni dzień wakacji...

Kto może uwierzyć, że już dobiegły końca? Zdecydowanie nie ja! I pomyśleć, że dopiero co w bardzooooo nerwowej atmosferze szykowaliśmy się na zakończenie roku szkolnego. Pamiętacie- towarzyszył nam na nim Misiek, a następnego dnia Eliza wyjeżdżała na obóz z karate. Tak, tak- na ten sam obóz, co to miałam go Wam opisać :) I zrobię to. Może nawet zdążę przed kolejnymi wakacjami? Bo Eliza, mimo, że prawie wykończyła nas nerwowo swoimi telefonami pt. "Zabierzcie mnie stąd", oczywiście na kolejny obóz się wybiera :)

I tak- za nami dwa miesiące wolnego od szkoły. Za chwilę na nowo wskoczymy w ten cały rytm zadań domowych, zajęć pozalekcyjnych, treningów, znienawidzonego (przez Elizę) dodatkowego angielskiego... Co się zmieni/zmieniło? Ano to, że Lila awansowała na przedszkola, ja niedługo (miejmy nadzieję) pójdę do pracy, a Misiek nie musi już wszędzie jeździć z nami, bo mimo żałosnych protestów przy naszym wyjściu, chłopak dzielnie czeka aż wrócimy.

Wakacje pożegnaliśmy z przytupem- jadąc... nad morze :) Pierwszy raz w sezonie- to cali my!

Nie mogliśmy nie zahaczyć o Kamień Pomorski... Mamy do niego jakąś słabość... I nie- nie ma ona pewnie nic wspólnego z fenomenalnymi lodami o smaku... żywicy, albo kasztana :)




A to już nasze "ukochane" morze :p
 





No i co? Dzieci w wakacje nad morzem były? Były! :)

A jeśli bym Wam teraz napisała, że plan na ostatni dzień wakacji był zupełnie inny? Że dla nas to wcale nie miał być ostatni dzień wakacji? Że budzik miał dziś zadzwonić o nieludzkiej godzinie, żebyśmy część dalekiej drogi, którą na dziś zaplanowaliśmy, odbyli przy względnej temperaturze powietrza? Gdybym Wam napisała, że po przystanku w Opolu u Marcina kuzyna, mieliśmy ruszyć w stronę... Zakopanego?
Tak.
Dziś mieliśmy zacząć nasz urlop. Ten sam, który już trzy razy przekładaliśmy. A wczoraj przełożyliśmy go po raz czwarty. Od jakiś dwóch tygodni czekałam już jak na szpilkach. Pomału planowałam- co zabrać, o której wyjechać, gdzie ewentualnie pójść z Lilą... Obiecałam sobie, że nie będę sprawdzać prognozy pogody. Głupota! To i tak nic nie dało. Pierwszy raz na naszą sprawdzoną norweską stronę zerknęłam w piątek- powiedzmy, że zapowiadało się jako tako, choć mój entuzjazm trochę już wtedy zmalał. W sobotę prognozy zaczęły się mocno pogarszać. W niedzielę, zanim wzięłam dziewczynki nad wodę, było już źle. Po powrocie z plaży- perspektywy były tylko i wyłącznie chujowe. Jeszcze bardziej obrazowo? Od środy do wtorku włącznie cały czas deszcz. Z ulewami w weekend. Identyczna pogoda w Krakowie, który teoretycznie mógłby być jakąś alternatywą.
Co robić?
Co robić???
Łzy same napłynęły mi do oczu. Nagle poczułam jak bardzo na ten urlop czekałam, całe to zmęczenie, te wszystkie emocje z ostatniego roku albo i dłużej, doszły do głosu.
Nie wierzę. Pierwszy prawdziwy urlop od trzech lat i poza jednym dniem tylko deszcz? Deszcz w górach z trzylatką? Deszcz w moich ukochanych Tatrach? Kiedy ja się chciałam zmęczyć, chciałam potu płynącego po tyłku, chciałam satysfakcji, że doszliśmy, że daliśmy radę...
Chciałam odpocząć, ale nie siedząc w pokoju i słuchając deszczu. (W domyśle- napierdalającego o szyby.)
Nie, nie, nie.
Na dodatek Marcina nie ma- jest w trakcie powrotu z Warszawy. Esemes ze esemesem. Telefony. Nerwy. Złość. Żal. Wkurwienie. Choć wiem, że tak bywa. Wiem, bo już taki urlop w Zakopanem przerabialiśmy. Gorączkowe zastanawianie się, czy możemy coś zrobić...
Możemy.
Możemy spróbować przełożyć urlop raz jeszcze.
W końcu coś działa na naszą korzyść- ja i Lila możemy jechać w każdej chwili. U Marcina w pracy jest już poza sezonem urlopowym. Dla Elizy nawet w połowie września, to wciąż będzie początek roku szkolnego. W górach też nie ma już takiego oblężenia Turyści nie bombardują już telefonami każdej kwatery.... Na szczęście nocleg mamy opłacony w pensjonacie, w którym byliśmy już kilka razy- nie jesteśmy więc anonimowi. Zresztą- tydzień wcześnie była tam nasza babcia z dzieciakami.
Wraca Marcin.
Dzwoni.
Umawiamy się, że jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Pogoda się poprawia- my stawiamy się w Zakopanem.
Dzień kończę lekko wstawiona.
Reset.

Wiem, wiem- nie ma szans, na pogodę na zawołanie. Nie w Polsce, nie w Tatrach... Mam tylko nadzieję, że niebawem poprawi się ona na tyle, że wyjścia z dziećmi w góry staną się możliwe. Nie oczekuję słońca, przyjemnego wiaterku i optymalnej dla nas temperatury, na poziomie 20stopni. Chciałabym tylko, żeby nie padało przez większość naszego pobytu. Tylko tyle...

Moje chłopaki na Giewoncie :)


sobota, 29 sierpnia 2015

Kto szuka ten (już) znajdzie...

Tak, tak... Pierwsze, nieśmiałe sygnały, że jesień jest już w drodze... Na razie idzie powoli, nie spieszy się, próbuje nas zmylić tą słoneczną aurą.

Jednak tych, którzy przez lata o tej porze roku wypatrywali jej z utęsknieniem, nie zmyli- inne powietrze, inne zapachy, inny owocowy asortyment w osiedlowym sklepiku, słońce, choć wciąż nam towarzyszy, już tak nie przypieka...

I tylko ja mam problem ze sobą... W tym roku, pierwszy raz od lat, nie czekam... Chciałabym to lato zatrzymać jak najdłużej. Tym razem nie napiszę: "Nie wiem co mi się stało". Wiem, wiem. Siebie nie oszukam. Jesień to zmiany. Ich się tak boję. To one mnie tak przerażają, że żołądek regularnie pochodzi do gardła.

Praca... Ale nie "powrót do pracy". Przecież nie mam gdzie wracać. I jak zawsze nieoceniony w takich chwilach Marcin, który z beztroską pyta: "Ale gdzie ty chciałabyś pracować". Wybucham śmiechem. Gdzie? Ach, zapomniałam, że mogę wybierać :)

Kiedy zostaję sama ze swoimi myślami, uświadamiam sobie, że w tym całym super planie o moim pozostaniu z dziećmi w domu, trochę zbagatelizowałam jeden malutki szkopuł- że nie zostaję w nim na zawsze. Oboje wiedzieliśmy, że kiedyś jednak do tej pracy pójdę. I to "kiedyś" właśnie się zbliża. A ja, choć decyzji nie żałuję, bo podjęłam ją w pełni świadomie, wiem, że "kiedyś" byłoby lepsze kilka lat temu. Wtedy dziś nie miałabym ściśniętego gardła i paraliżujących myśli pt. "Jak to będzie?"

Nie, nie dostałam pracy. Jeszcze nie. Na razie zaczyna do mnie docierać, że to mogą być moje ostatnie miesiące/tygodnie/dni w domu, z dziewczynkami... I choć wiem, że praca to w mojej sytuacji mus absolutny, to... no wiecie- boję się :) Tak zwyczajnie...








A póki co...
Póki co, gdzieś tam po cichu liczę, że zdążę się jeszcze nacieszyć kawą na działce...



... i że pojedziemy jeszcze wszyscy razem w nasze ulubione miejsca... Tak jak tu- do Kamienia na lody :)


 I, że z Miśkiem pospaceruję zaraz po zaprowadzeniu Lilki do przedszkola- och, jak my to obydwoje lubimy!


Z drugiej strony, niech tego czasu abym nacieszyła się przywilejami niepracującej mamy nie mam znowu aż tyle, bym zdążyła zacząć się martwić, że czas mija, a ja wciąż w domu :)
No nie dogodzisz :p

piątek, 28 sierpnia 2015

W bólach, ale napiszę...

... czyli ten nieszczęsny, zaległy post komunijny :)
Dlaczego tak niechętnie? Tak bez zapału, ociągając się ile wlezie? I to o tak ważnym dniu w życiu naszego dziecka i naszym? Ano niestety- nie wszystko poszło tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, nie wszystko wyszło tak, jak miało wyjść... Marnie pociesza mnie fakt, że to nie my nawaliliśmy, bo cóż z tego?

"Przyjęcie" po Komunii zdecydowaliśmy się zrobić w lokalu- z różnych względów. Rozsądniej byłoby w naszej sytuacji w domu, bo nikt mnie nie przekona, że to na jedno wychodzi. Pewnie- jeśli będziemy robić pięć sałatek, trzy alternatywne zupy, i tyleż samo zestawów drugiego dania, to wyjdzie nam kwota podobna do tej w lokalu- plus własna praca i niemożność posadzenia szanownej pupy wraz z gośćmi. U nas przeważył rozsądek w kwestii powierzchni. Może nie mamy małego mieszkania, ale nasi goście mają razem dużo dzieci :) Rozumiecie? Te dzieci, to oprócz 9letniej Elizy i 10letniego Dawida, same przedszkolaki. Nie byłam gotowana na ten tajfun po mieszkaniu- ani fizycznie, ani psychicznie.

Salę wybraliśmy stosunkowo blisko nas, choć można było jeszcze bliżej, ale tamta, która miała idealną lokalizację, rezerwowana jest na dwa lata wcześniej. I nie- nie żartuję.
W związku z tym, że tam, gdzie dokonaliśmy rezerwacji, byliśmy pierwsi (właściciele mają trzy sale w jednym pomieszczeniu) dostaliśmy Ich największą salę, i dobrze się stało :) Zwłaszcza, przy tej ilości dzieci, które okazały się dość niesforne.

Jeśli chodzi o menu, to dostaliśmy trzy zestawy do wyboru- różniły się oczywiście ceną, i tym, co w tej cenie było zawarte. Jako, że chcieliśmy posiedzieć z naszymi gośćmi dłużej (salę mieliśmy zarezerwowaną do 19) zdecydowaliśmy się na opcję obiad plus zimne przystawki, tort, ciasta, napoje zimne i gorące. Co jedliśmy to Was pewnie nie interesuje, a i ja nie mam potrzeby o tym pisać- choć i tak obszerne relacje widywałam :) No i cóż- tu się pojawia pierwsze "ale", bo gdybyśmy wiedzieli, jak zachowają się nasi goście, to byśmy zaserwowali Im tylko obiad... Na tylu osobach plus dzieciach zawsze to byłaby jakaś oszczędność i może obyłoby się bez tego niesmaku, który czuję do dziś.

Błąd na pewno popełniła także obsługa, i jestem szczerze zdumiona takim "zagraniem", ponieważ wiem, że takie imprezy robią od dawna, także moje zaskoczenie jest tym większe. Otóż wszystkie zimne przystawki kelnerki przyniosły natychmiast po obiedzie. Bez żadnej przerwy na spacer, kawę, ciasto... Na chwilę oddechu, rozmowę. Na chwilę na to, żeby to nasze dziecko mogło dłużej nacieszyć się tym swoim dniem.

I cóż mam napisać- goście zjedli obiad, zjedli przystawki, tort i inne ciast i... pojechali do domu. Smutne jest to, że na sali byliśmy dobrze po 12, a już chwilę po 15 chrzestna Elizy z rodziną opuściła imprezę. No nie powiem- zawiodłam się trochę. Dla niektórych był to sygnał, że już można wychodzić, i tak się impreza powoli skończyła.

Na szczęście byli i tacy, którzy na tę okoliczność zarezerwowali sobie więcej czasu, dlatego przenieśliśmy się do domu i tam przy kawie i cieście posiedzieliśmy jeszcze z dobre dwie godziny.

Temat prezentów przemilczę, bo... Tak, tak- wszyscy wiemy, że to nie o to w tym dniu chodzi. Uważam dokładnie tak samo, ale... W naszej rodzinie prezenty się daje. Taki zwyczaj. I o prezentach jakie dostała Eliza mogłabym pisać długo, ale zwyczajnie szkoda mi nerwów.
Na wysokości zadania jak zwykle stanęła Babcia. A ja? Ja może mało po katolicku, ale w swoim czasie zamierzam działać wobec powiedzenia: "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie". I wszystko na temat prezentów :)

Mam tylko nadzieję, że dla Elizy mimo moich odczuć i spostrzeżeń to był wielki i ważny dzień. Bo chyba o to w tym wszystkim chodzi.

Zdjęć wrzucam niewiele- niech niektórzy goście pozostaną anonimowi. Trochę widoku na salę mam nadzieję jest. O, i właśnie- dzieci na sali zostały puszczone praktycznie samopas, a ja byłam wiecznie upominana przez panie z obsługi, żeby rodzice bardziej interesowali się tym, co robią ich dzieci. I pomyśleć, że tym tak wspaniale wychowywanym (nie, nie- to nie o moich :p) ciężko było zrozumieć, że nie mogą skakać po kanapach... Moje oczywiście też skakały, ale po pierwszej uwadze jakoś dotarło, że nie wolno. Do niektórych niestety nie.












Ufff, przebrnęłam przez to :)

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

DUMNA/Giewont

Ostatni raz taka dumna byłam z mojego męża chyba wtedy, kiedy nie zemdlał przy narodzinach Elizy. Albo wtedy, kiedy zgodził się kupić różową koszulę i ani razu nie wspomniał, że taki kolor to tylko pedały. Ani razu! O, albo jeszcze wtedy, kiedy wydukał do swojej mamy: "...ale trochę racji Marta ma".

Gotowe? Mogę to już wszem i wobec ogłosić, bo pewnie po tytule się nie domyśliłyście, prawda? No to niech mam tą chwilę radości i sobie to napiszę: 23sierpnia Marcin wszedł na Giewont.
I nie spadł- ale o tym później.

I tak, tak- ja wiem, starzy wyjadacze teraz pewnie parskają śmiechem: "Na Giewont? Ale naprawdę? Ojejej, co za wyczyn". Spoko, za 10lat też tak będę :) W każdym razie- no dumna jestem z Niego jak nie wiem co, bo ja tam podzielność uczuć mam dobrą i potrafię wznieść się ponad swoje "ale" do tego pana :p

Właściwie to nie wiem, czy Marcin marzył o Giewoncie. Wiem, że mój brat, który w Tatrach był po raz pierwszy, stwierdził, że idą i już. Wiem także, że Marcin swoje pierwsze kroki w tym terenie stawiał zawsze z dzieckiem u boku. A to już robi różnicę, wierzcie mi na słowo. Przykład? Proszę bardzo.

Spotykam się z moją dobrą koleżanką po naszym pierwszym wyjeździe w Tatry. Pijemy kawę a ja z wypiekamy na twarzy, trzęsącym się głosem, co chwilę ocierając łzy wzruszenia, mówię: "Karolina! Masz pojęcie- myśmy całą Kościeliską przeszli z Elizą. Całą!" Na co Ona uśmiecha się, wtedy jeszcze myślę, że nieśmiało, ale to uśmiech politowania był, i mówi mimochodem: "A wiesz... My z Kamilem, pierwszego dnia po przyjeździe to na rozgrzewkę zawsze Giewont robiliśmy". Ekhm...

Nooo, same rozumiecie. Dziecko na stanie robi w górach różnicę. Oj tak.

W każdym razie... Marcin do Zakopanego przyjechał w sobotę rano i z marszu poszli z babcią i z dziećmi do Murowańca i na Czarny Staw Gąsienicowy. Popatrzyli sobie trochę na Giewont, trochę do nich pomrugał okiem, i... decyzja zapadła. Jak na mężczyzn przystało, najpierw wpadli na genialny (w ich mniemaniu) pomysł, że Oni pójdą z... dziećmi. Znacie mnie już trochę... Spokojna ze mnie kobieta... Do czasu. Chwilę po tym, jak mój mąż podzielił się ze mną tymi planami, zadzwoniłam do do mamy i najspokojniej jak tylko w tym momencie potrafiłam, powiedziałam Jej, że jeśli Im tego pomysłu z głowy nie wybije, to jak babcię kocham, ja się tam ^#@&*%^$^#@ teleportuję i Ich wszystkich ustawię do pionu. Poskutkowało. Nie no- nie żebym się martwiła. Ale, żeby 9latka była na Giewoncie, a ja nie? No to już przesada by była.

Przyszła niedziela, Panowie wyszli w góry. Jako, że mój mąż też ma podzielność uczuć, i nie jest egoistą, wysyłał mi co chwilę zdjęcia z postępów Ich wyprawy. Czy od tego było mi lepiej, czy nie, to już same oceńcie, i ja Wam nie będę podpowiadać, że macie sobie wyobrazić ulubiony kawałek ciasta w zamkniętej cukierni, albo wymarzoną sukienkę na koleżance z pracy... Nie no- cieszyłam się jak głupia z każdego mmsa. Co prawda im dalej w las, to znaczy im wyżej w górę, zaczęłam się zastanawiać, że jak tak naprawdę tego ubezpieczenia na życie mojego męża nigdy nie widziałam, i że szkoda, że tak spontanicznie na ten wypad wpadli, bo tak to w trybie pilnym podniosłoby się stawkę tego ubezpieczenia... Gdyby faktycznie istniało, oczywiście.

No nic- weszli, zeszli, i ja wiem, że dla ludzkości to może mały krok, ale nie macie pojęcia jaki to jest krok w rodzinie państwa K. Od tej pory nasze wycieczki w Tatry już nigdy nie będą takie same :) Mąż wie, że potrafi, ja wiem, że On potrafi... Wiem także, że ja tam się jednak boję :) I dopóki Lila jest mała, to mam usprawiedliwienie, dlaczego z Giewontem mierzyć się nie zamierzam.

Zdjęć z aparatu niestety nie mam- Babcia oddawszy dzieci ojcom, została w Zakopanem z koleżanką i szaleją na całego. To znaczy- po górach szaleją, żeby nie było. Mam zdjęcia w telefonie, ale jak na żonę informatyka przystało i farbowaną blondynkę w jednym, rozumiecie dlaczego ich tu nie wrzucę. No nie umiem no. A przecież prosić się dziada nie będę, nie? Jeszcze pomyśl, że na Giewont wszedł, i taki ważny :) Żeby wiedział na jakie wyżyny ja się w ten weekend wzbijałam... Młodsze dziecko na plaże zabrałam. A znając moje "uwielbienie" do tej formy wypoczynku, to to Mont Everest kurna był, a nie tylko jakiś tam Giewont.

Ale zdjęcia Wam pokażę, a co- popatrzcie sobie do jakich poświęceń zdolna jest matka.









No dobrze- dwie uwagi, co do naszego wyjazdu na plażę. Po pierwsze- już byłam gotowa z niego zrezygnować. I nie, nie dlatego, że jak tylko usiadłam za kierownicą, to pomyślałam: "Kurwa, nie dam rady". Nie, nie... Dramat zaczął się już wcześniej, bo w domu. Teraz powinnam napisać, że nie mogłam znaleźć kluczyków, ale to by było za proste :) Chodzi o Miśka. Jak już pisałam- uczymy go zostawania samemu w domu. No cóż- zanim będziemy mogli nakręcić psią wersję "Kevin sam w domu", to jeszcze trochę minie. O ile w ogóle. W każdym razie- dopóki miałam wychodzić na 5-7minut było ok. A dalej była i jest tylko masakra. I pół biedy, jeśli muszę wyjść z domu sama. Wtedy przynajmniej wyjść bez dramaturgii w wykonaniu Miśka się udaje. A teraz wyobraźcie sobie wyjście z Lilą.. Bo Lila ma nie tylko wejścia smoka, Ona ma takie same wyjścia- drzwi na oścież, i uwaga- księżniczka Lila wychodzi. O, przepraszam- jeszcze na chwilę wraca, bo... zapomniała- pluszaka, torebki, czegoś tam jeszcze. I nie wytłumaczysz, że to trzeba szybko, że raz dwa, że no trzeba przeciskać się przez szczelinę w drzwiach najlepiej... Nie wiem ile razy zawracałam Miśka z korytarza, ale uwierzcie- w pewnym momencie miałam już dość. W końcu rzuciłam w kuchni kawałek kiełbasy, wzięłam Lilę za fraki i... udało się. Nie tak to powinno wyglądać, wiem. Wiem też, że czasami trzeba sobie radzić :)

Druga sprawa... Przyznaję- wcale się aż tak nie poświęciłam z tą plażą. Mnie się tam... podobało. No i dziwić się, że z mężem nie mogę się dogadać, skoro mnie się wszystko poprzestawiało... Lato mnie nie męczy, na plaży fajnie spędzam czas...

sobota, 22 sierpnia 2015

Plan był taki...

Minęły już trzy tygodnie przedszkolnej edukacji mojej młodszej córki.
Córci, córeńki...
I wiecie co Wam powiem, Mamy? Nie bójcie się. Nie obiecam Wam, że Wasze dziecko nie będzie płakać. Nie obiecam Wam także, że nie będzie co rano czepiało się Waszej nogi, ewentualnie ogrodzenia/siatki czy czegoś tam innego. Nie dam Wam słowa, że nie zbojkotuje posiłków. Nie poręczę głową, że nigdy nie usłyszycie: "Nie chcę TAM iść". Jednak jedno mogę Wam obiecać- przedszkole zmęczy Wam dziecko. Tak, tak- zmęczy. Przeczołga, wypruje z sił. Przez te trzy tygodnie ani razu nie usypiałam Lilki dłużej niż pięć minut. Czujecie to? P-I-Ę-Ć minut.

I mimo, że tego po Lilce nie widać, to tak- Ona jest po przedszkolu zmęczona. Jako, że ten post ma być taki pół żartem, pół serio, to daruję sobie wywody na temat wielkich emocji targających małym człowiekiem, i przejdę do części pisanej żartem.

Jak pewnie wiecie, bo myślę, że macie tak samo, a jeśli nie macie, to przynajmniej wiedzcie, że ja tak mam- człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. I kiedy dziś rano piłam kawę, a w tle co rusz słychać było: "Mamooooo...", to wierzcie- zatęskniłam za poniedziałkiem :) Podobnie rzecz ma się z usypianiem i co najważniejsze- porą, kiedy oddam to młodsze pod opiekę Morfeuszowi. Starsze nadal z Babcią, więc niech Ona decyduje do której chce być na posterunku :)

I właśnie dziś rano mnie olśniło- jeśli chcę położyć Lilę jak zawsze, to chciał nie chciał- muszę Ją wcześniej zmęczyć. Na szczęście mama swoje sposoby ma, i mamy tu taką sprawdzoną atrakcję, która na bank dziecko pokona. Nic wielkiego, żebyście sobie przypadkiem nie wyobrażały nie wiadomo czego ;) Ot- atrakcja pt. "Lila idziemy na pociągi". A, żeby oczom małego człowieka ukazały się pociągi, trzeba iść do lasu, minąć kościół i jeszcze "kawałek" przejść. Nie, nie- dla dorosłego to żadna odległość, no ale nie zapominajmy, że chcemy zmęczyć niespełna trzylatkę :) Męczy się przy okazji także pies, no ale ten to już na własne życzenie: najpierw biegnie taki z 20metrów w przód, potem odbija w bok, następnie w drugi, żeby cofnąć się ze 30metrów, bo ot, nagle poczuł coś interesującego...

O 19 Lila je kolacje, więc o 17 oznajmiam, że wycieczka nas czeka :) Nieświadoma celu tych wypraw Mała zawsze cieszy się jak potłuczona na taką eskapadę. Misiek też, ale on z kolei każdą wyprawę do lasu traktuje jako nadzieję, że tym razem już na pewno złapie tego zająca... No niech mu będzie. Może kiedyś :)

Pierwsze "na co mi to było" przeżywam przy kościele. Ślub... Jasna cholera, u nas w parafii są może trzy śluby w roku, i akurat dzisiaj musiał być jeden z nich! Nie, nie- ja tam śluby uwielbiam. Tylko nie wtedy, kiedy moje młodsze dziecko chce być "pasazerem tego autokaru mamusiu"... Jakoś Jej wytłumaczyłam, że nie dzisiaj... idziemy więc dalej. Już, już mam Miśka spuścić ze smyczy, kiedy widzę tuż przed skrętem "na pociągi" jakąś wyjątkowo podejrzaną grupkę młodzieży płci męskiej... I nie, nie- gdzież ja tam bym się bała, no ale jakoś tak- nieswojo mi się zrobiło na myśl, żeby tam do nich podejść. Co prawda byłyśmy z psem, który poza genami myśliwskimi przejawia jeszcze wiele innych cech- o, choćby psa stróżującego. A przekonują się o tym wszyscy, którzy mijają naszą działkę. Jedna pani to się nawet tak głośno przekonała, że loda z ręki wypuściła... Próbowałam Miśka tłumaczyć, że jego teren, że stado, no że nas tak wariat pilnuje, ale pan, który szedł z tą panią zaczął coś po łacinie mówić- niewiele zrozumiałam, a że poliglotka ze mnie żadna, to się zwyczajnie wycofałam. No w każdym razie- w głowie znów powtarzam: "na co mi ta było" oraz "co teraz, co teraz", bo przecież pociągi dziecku obiecałam, a Ona nie wie, że chodzić w celu zmęczenia, to możemy wszędzie, więc będzie jęczeć o te pociągi i jęczeć.

No nic- matka spietrała. Odbiłam z watahą w lewo zamiast w prawo i poszliśmy okrężną drogą... Okrężną, czyli dziecko będzie już nie tylko zmęczone, ale zmordowane normalnie. Na bank uśnie mi przy kolacji. Albo w kąpieli. Żebym tylko psa nie musiała reanimować.

W końcu- pociągi zaliczone. Nawet udało się trzy zobaczyć. Bo wiedzieć musicie, że czasami żaden nie przejeżdża i wtedy jest dopiero problem... Idziemy do domu. Lila co chwilę podpytuje czy mam siłę, ale wiedząc po co pyta, uparcie twierdzę, że a skąd. Niesienie dziecka na rękach mija się z celem tej wyprawy :)

Wchodzimy do mieszkania. Pies kładzie się prawie w drzwiach, czyli daleko od swojego ulubionego miejsca, ale nie musi nic mówić- też mi łapy nogi do tyłka wchodzą. Godzina 18.50, czyli myjemy rączki i robimy kolacje. I właśnie przy myciu rąk, kiedy w głowie oddaję się bezwstydnym myślom, jakie mnie błogie chwile czekają od 20, Lila mówi: "Mamusiu nie podlałam swojego kwiatka rano, musimy iść na działkę".

Jaki z tego wniosek? Wykończyłam psa. A wcale nie było takiej potrzeby. Bo nie dość, że myśliwski, nie dość, że stróżujący, to w domu prawdziwy kanapowiec- uwali się to, i tylko go głaszcz. Zmęczony, czy nie, Misiek poleżeć sobie lubi :)

Wczoraj Marcin pojechał do Zakopanego, do Elizy. Wrócą w poniedziałek i będziemy w komplecie. Już czekam na te oscypki :)




czwartek, 20 sierpnia 2015

Dialogi rodzinne cz.3

Zbieram się do tego posta komunijnego, zbieram... I zebrać się w sobie nie mogę. W sumie- sama siebie rozgrzeszam, bo szczególnie miłe wspomnienia to niestety nie będą. A kto by tam chciał narzekać w wakacje :) Na pewno nie ja :p

Agatka ostatnio proponowała, żeby pośmiać się razem, także dziś może ja Wam zafunduję dawkę dobrego humoru. A przynajmniej- postaram się!

Niestety, pewnie od ostatnich "Dialogów..." umknęło mi kilka perełek, i nie, nie- to nie z systematycznością mam problem, ale z tym przeklętym brakiem czasu :(

Te, które przeczytacie zaraz spisywałam chyba ze trzy miesiące, i to widać jak na dłoni- komunia, szpital Elizy, teraz Jej pobyt górach...

No to zaczynamy...

Małpa w kąpieli

Jakiś czas temu...
Dziewczyny siedzą razem w wannie- nie ukrywam, że Ich wspólna kąpiel to dla mnie znaczna oszczędność czasu i zwyczajnie- wygoda. Niestety- moje panny mają diametralnie różne preferencje co do temperatury wody. Lilce wystarczy letnia- dosłownie! Eliza, jak Jej mamusia, najchętniej kąpałaby się w ukropie.

Tak jak wspominałam- One się moczą, ja podziwiam w łazienkowym lustrze, ile to zmarszczek jest w stanie człowiekowi przybyć w tak krótkim czasie, kiedy nagle słyszę wrzask Lilki:
-Mama boję się!
-Co się stało Lilciu?!
-Mama, Eliza dociepliła wodę! Wyciąg mnie!

Rarytas/Zakazany owoc

Chipsy... Przyznać się- kto kupuje dzieciom? Kto pozwala, a kto bezwzględnie zakazuje?
Eliza chipsy uwielbia, i tu się w mamę nie wdała, bo dla mnie mogą nie istnieć. Marcin lubi, ale to nie On dał Jej posmakować tego- bądź co bądź- żywieniowego syfu. W każdym razie- rzadko bo rzadko, ale od wielkiego dzwonu pozwalamy Elizie kupić sobie małą paczkę chipsów.

Jakiś czas temu Eliza była na urodzinach u koleżanki, po których z pełną powagą oświadczyła:
-Wiesz mamo... Czuję się nieusatysfakcjonowana po tych urodzinach.
Ekhm... Jaka się czujesz Elizko?! 
No ale żeby nie zaniżać poziomu rozmowy, równie poważnie pytam:
-Taaaak? A dlaczego tak się czujesz?
-No bo wiesz- na każdych urodzinach zawsze było tyyyle chipsów a dzisiaj nie było w ogóle.
Zonk.

Cała prawda o hipisach

Rozmawiam z Elizą o tym, dlaczego wieczorem może wychodzić z domu tylko z nami. Pojętne dziecko, więc łapie w mig, ale żeby się upewnić, że zrozumiała, mówi do mnie:
-Aha... To lepiej, żebym sama nie wychodziła, bo będzie szedł jakiś menel albo hipis?
-Kto?!?!
-No wiem, że tak się nie powinno mówić, ale wiesz, no to taki facet co śmierdzi alkoholem i grzebie w śmietnikach...
-Nie, nie- nie o menela mi chodziło. Hipis?! Skąd ty wzięłaś tego hipisa? Wiesz w ogóle kto to jest hipis?
-Nooo... No nie wiem.
I tu zaczynam tłumaczyć, mgliście bo mgliście, ale się staram... Na co Eliza mówi:
-Dobra zaraz sobie tego hipisa znajdę w necie.

Babci już dziękujemy

Babcia rozmawia z Elizą o swojej mamie, czyli o prababci dziewczynek. Lilka ożywia się na hasło: "prababcia Janina", a że Ona jest wyjątkowo dociekliwa na punkcie: "kto, z kim i dlaczego" musi od razu wiedzieć, kto to jest ta prababcia Janina... Niestety, prababci nie ma już z nami od dawna, w związku z czym moja mama rzuca takimi hasłami jak "bozia", "niebo", "aniołowie"... No i właśnie- Lilka szybko zapomina o prababci, i koniecznie chce wiedzieć wszystko o aniołach... Babcia zaczyna wywód- ewidentnie widać, że próbuje dopasować opowieść do możliwości poznawczych Lilki, co z kolei irytuje Elizę, która jak na świeżo upieczone dziecko komunijne przystało, przejmuje pałeczkę i zaczyna:
-No Lila, aniołowie to są duchy czyste, mające rozum i wolną wolę (cwaniara pamięta jeszcze tekst wykuty z kartki :p)... No wiesz Lilka- oni kumają tak jak my.
I wszystko jasne. 

Naprawdę!

Z dużego pokoju dobiega jakiś olbrzymi rumor, Pytam więc:
-Lila, co się stało?
-Ja nie skakłam mamo. Naprawdę.
Aha, na pewno :)

To się nazywa dyplomacja!

Mamy taką sąsiadkę, która zawsze widząc Lilę, daje Jej cukierki- takie a'la tic-taci. Jako, żem matka niedobra, zawsze jakoś te cukierki przechwytuję i chowam. Całkiem sporo się ich uzbierało. Ze względu na szpital Elizy, przed drzemką Lilki musiałam jeszcze wyprowadzić psa. A Małej opornie szła zupa- to znaczy jadła, ale najchętniej chodziłaby po całym mieszkaniu. Wpadłam na pomysł, że dam Jej te cukierki- niech się nimi pobawi i usiądzie w końcu na tym małym, kochanym tyłku :) Pomysł- super. Mała układała z nich wierzę, a ja łycha, za łychą- do buźki :) No tak, tak- wiem- źle, źle, źle- tak się dzieci karmić nie powinno, ale są sytuacje wyjątkowe. Ta właśnie taka była.
Nagle słyszę:
-A tych nie dam Elizie!!!
-Lilciu, dlaczego tak mówisz? Elizka jest w szpitalu, tęskni za nami, ty też za nią płakałaś... A teraz nie chcesz jej dać cukierków? Przecież masz ich tak dużo...
-Nie dam jej bo... bo są niezdrowe. Tylko Lila może takie niezdrowe.
No :)

Dyplomatka numer 2

Dzwonię do Elizy do szpitala, rozmawiamy, mówi, że właśnie je obiad.
- I co? Dobry? Ok, to było pytanie retoryczne... 
- No wiesz mamo... Cudów nie ma. 

Znawczyni 

Lila któryś raz z kolei domaga się piersi w ciągu dnia- wiem, że nie jest głodna, poza tym- mam już dość, więc odprawiam Ją z kwitkiem. Eliza kręci głową z dezaprobatą i mówi: "To karmienie cyckiem jest upierdliwe".

Laktacyjna terrorystka

Niby karmienie piersią jest upierdliwe, ale... Kiedy Eliza dowiedziała się, że moja kuzynka nie karmi już swojej 11miesięcznej córki, krzyknęła (tak, dosłownie- krzyknęła): "Jak to ciocia nie karmi już Basi?!?! Przecież ona jest jeszcze taka mała!"
Fiu, fiu... chyba rośnie mi w domu druga Hafija :)
Nie, nie- nic do kobiety nie mam.

Wszystko albo... nic

Luźna rozmowa taty z Lilą:
L: Ja lubię przejazdy kolejowe! (Często przez nie przejeżdżamy)
T: Tak? A co jest w nich takiego fajnego?
L: Nic!

Zwykła? Niezwykła? Po prostu... matka

Nakrzyczałam na Lilę, powiedziałam (albo i wykrzyczałam), że jestem na Nią zła i nie chcę z Nią na razie rozmawiać. Mała próbuje mnie zagadywać na wszelkie sposoby:
L: A jak ty się nazywasz?
M: Cisza
L: No jak się nazywasz?
M: Cisza
L: Zwykła matka się nazywasz!

Oburzona

Misiek w mig pojął do czego służą łóżka, także nie pytajcie mnie, gdzie śpi pies :) Nawet Marcin to jakoś przełknął. Niestety- Lila nie. Za każdym razem, kiedy Mała nakryje Miśka na łóżku jest to samo:

L: Mama zobacz gdzie on wlezł!
M: Wszedł.
L: Wlezł na łóżko! Niedobry pies.

Liczba mnoga

Na przeciwko nas działkę mają rodzice z bliźniakami: Alanem i Dorianem. Nie wiem czy Lilka Ich rozpoznaje (ja, Marcin i Eliza nie), ale operuje dwoma imionami. Jakie było moje zdziwienie, kiedy któregoś dnia widząc kolegów, powiedziała: "O, Doriany idą" :)

Tak sobie wykombinowała

Niestety, Lilce gorączka nie mijała, a że zaliczyliśmy przecież z Elizą szpital, umówiłam się na wizytę z naszym panem doktorem. Mogłam wziąć Lilę przez zaskoczenie, ale nigdy tej metody nie stosowałam, także niedługo po tym, jak do Niego napisałam, poinformowałam Lilę o tym, co nas czeka. "Szczęściu" nie było końca... Jak już przestała ryczeć, zaczęła kombinować... To, co rozśmieszyło mnie najbardziej (bo próbowała też udawać, że idzie spać, i że już nie kaszle :p), to Jej tekst. Stoi przy oknie i mówi: "Pan doktor nie może tu przyjechać. Auty stoją, miejsca już nie ma..."

Matka brudaska

Wołam Lilę do wieczornego mycia zębów, a Ta mówi do taty:
L: Nie ide do mamy, bo jestem na nią zła.
T: Dlaczego jesteś zła na mamę.
L: Bo to jest wstrętna bałaganiara.
No. I wszystko jasne.

Niejasne drzewo genealogiczne

L: Misiek to jest nas pies?
M: Tak, nasz kochany piesek.
L: A ja jestem jego kochaną córcią!

Zdania są podzielone...

Eliza krzyczy do mnie ze swojego pokoju:
E: Ale ten Bututa jest głupi, wołam go, a ten nic.
Na co oburzona Lila mówi:
L: Oni nie są głupi, Elizko! Oni rozumią. Tak, rozumują i teraz są smutni.

Dzieci i Ich (absurdalne) żądania

Lila od jakiś dwóch miesięcy dość wyraźnie interesuje się różnicami w budowie anatomicznej kobiet i mężczyzn. Jako, że brata nie ma- za modela podglądowego najlepiej, żeby robił tata. I tak, pierwszy dzień urlopu, tata w toalecie, a Mała szarpie za klamkę, krzycząc: "Tata, pokaz mi siusiak. Chce teraz zobaczyć twój siusiak". I tak przez cały czas, dopóki tata nie wyszedł. Przypominało to skandowanie przed koncertem :)
 A i tak nie pokazał...

Od przybytku głowa nie boli/Kombinuje jak może

Pisałam ostatni w którymś poście, że Lila ma fioła na punkcie takich czekoladowych draży dodawanych do jogurtów. No wiem, wiem- niezdrowe to jak cholera, cukry proste, próchnica, w przyszłości otyłość i tak dalej. Wszystko racja, tylko... Zawsze starałam się być wobec dzieci szczera, no i cóż- tajemnicą nie jest, że mama Marta lubi wszystko, co słodkie. Moje dzieci częściej widzą mnie z ciastkiem w ręce, niż z brokułem. Chociaż- brokuły też lubię. Bardzo. I co ja mam Im powiedzieć, kiedy proszą o czekoladę, cukierki, lizaka? Idź zjedz łyżeczkę stewii? Napij się syropu klonowego? Same rozumiecie...

W każdym razie- pisałam też, że Lila zjada swój przydział od razu, Eliza- niekoniecznie. Absolutnie nie jest mi to na rękę, bo jeśli chodzi akurat o te jogurty to stosuję zasadę "po równo", i kiedy Lila zapomniała, że to w ogóle jadła, wtedy Eliza wyciąga z lodówki swój jogurt... Domyślacie się, co się w takim momencie dzieje??? I tak, oczywiście, niestrudzenie, niezmiennie tłumaczę, że miała swój, że już zjadła, bla, bla, bla, że nie można jeść tyle słodyczy, że frank znowu skoczył w górę i te Jej jogurty puszczą nas w końcu z torbami i takie tam inne. Podziałało, bo Mała wzięła się na sposób- mi już nie jęczy. Dobre i to. Teraz uderza prosto do Elizy... "Daj mi Elizko", "Podziel się Elizko", "No prosę cię Elizko". Widziałyście? "Elizko"- takie to cwane!

No a teraz do brzegu- ostatnia taka akcja, Lila jęczy, Lila błaga, Eliza kapituluje i mówi: "Dobra, dam ci trzy cukierki i idź stąd wreszcie". Na co Lila uradowana krzyczy: "Mamuś słysałaś! Eliza da mi siedem cukierków! Siedem mi da, naprawdę!"...

To jednak nie koniec, bo okazuje się, że jeśli chodzi o cukier pod każdą jedną postacią, Lila nie zna umiaru. Ostatnio jest na etapie, kiedy we wszystkim chce nam pomagać. Ze szczególnym uwielbieniem mieszania. Robimy kilka dni temu budyń, Lila zwarta i gotowa. Czytam Jej przepis: "... i dodamy dwie łyżki cukru". Na to Lila: "Daj tsy, na pewno tsy" :)

Zdjąć, nie zdjąć...

Babcia oznajmiła mi dziś, że jutro czeka Ich spływ przełomem Dunajca. Lilce nic by to nie powiedziało, także opowiadam Jej bardziej zrozumiale: "... a wiesz, że jutro Elizka będzie płynąć po takiej rzece w górach". Na co Lila, zupełnie serio: "A zdejmie majtki?"
I tym sposobem ja i mąż zaczęliśmy się śmiać- może jeszcze nie do siebie, ale w jednym czasie :) 

Jeśli ktoś miałby ochotę skomentować, że... okna brudne, to... zapraszam- można umyć ;)