Mama2c

Mama2c

czwartek, 13 sierpnia 2015

Bez tytułu...

Późno już, także mam postanowienie o nie rozpisywaniu się, i krótkim wypisaniu faktów "ku pamięci"...

Lila zalicza właśnie pierwszy katar. Pierwszy, od kiedy zaczęła chodzić do przedszkola. Chociaż- z przedszkolem go nie wiążę- ot, takie pogody.

Jutro o tej porze Eliza będzie już w drodze do Zakopanego. Kolejne wakacje z Babcią. Kolejne w górach... Kolejne, których Im zazdroszczę. Jednocześnie cieszę się niezmiernie z tego Jej wyjazdu- raz, że obóz był zaraz po zakończeniu roku szkolnego, a cały ten czas po powrocie z niego spędziła w mieście- należy się dziecku odpoczynek. Dwa- atmosfera w domu jest taka, że lepiej niech tego nie ogląda, a tym bardziej- nie słucha.

Wskoczyliśmy niedawno na poziom wyżej- to, jak beznadziejnymi partnerami dla siebie byliśmy/jesteśmy już sobie "omówiliśmy", teraz pora na ocenę kto jakim był/jest rodzicem.

Zaczyna się jazda bez trzymanki. 

I tu z takich ciekawostek, dziś się na przykład dowiedziałam, że buntuję Elizę przeciwko tacie.
No, mocne. Nie ma co.

I coś mi to przypomina, i jak beznadziejnie znajomo brzmi. Gdzieś już się spotkałam z takim podejściem, że dzieci nie rosną. Że nie mają swojego zdania. Że nie widzą. Nie interpretują. Nie mogą oceniać. I że nigdy racji nie mają. Zaraz, zaraz... gdzie to kurczę było? Aaaaa, no tak- w domu rodzinnym mojego kochanego męża. Szkoda, wielka szkoda, że już zapomniał, jak Go to kiedyś u Jego rodziców irytowało. 

W każdym razie...

Żenujące?

Żałosne?

Dziecinne?

I to jeszcze jak.

A jednak...
Jednak żadne z nas nie zamierza odpuścić.

Ciekawe co będzie następne na tapecie... Może kto ile zrobił dla... Miśka? Kupowanie karmy kontra praca włożona w jego socjalizację...

Piszę to i nie wiem- czy chce mi się śmiać, czy płakać...

Śmiać? Tu trzeba płakać... Tylko i wyłącznie.
Chociaż, miałam dziś moment, że z tego wszystkiego dostałam typowej "głupawki"... Trzeba się w końcu jakoś ratować.

No to jeszcze sama sobie dowalę- 13 sierpnia- dziś mija 11lat od naszych zaręczyn. 11lat od dnia, kiedy podjęliśmy decyzję, która zmieniła nie tylko nasze życie...
I tak sobie myślę dziś, może oczywiście trochę rozżalona- i po co to było?
Jasne... Dzieci.
Tylko Ich dziś szkoda.
Lila szczęśliwie nic jeszcze nie rozumie. Poza tym, że jak zje swoje cukierki dołączone do jogurtu, i  będzie wystarczająco długo jęczeć Elizie, to jest cień szansy, że Ta się podzieli... Bo Eliza, która w każde wakacje nie ma czasu jeść, zawsze ma swój zapas w lodówce, kiedy Lila w ogóle nie pamięta, że taki jogurt tam kiedyś dla Niej był...

Eliza... Eliza rozumie już bardzo dużo, oczywiście nie wszystko. I bardzo dobrze.
I słucha ostatnio... Że jest taka jak mama. Czyli zła. Bardzo to budujące dla 9latki. Na pewno pomoże Jej to w swojej samoocenie, identyfikacji...

No nic- może się przez te ponad 10dni nie pozabijamy.
Może.




48 komentarzy:

  1. Martusiu chyba w każdym małżeństwie są te gorsze chwile, nie mniej jednak warto walczyć żeby było lepiej, warto stanąć obok i wysłuchać racji drugiej strony i spróbować je zrozumieć (chociaż zawsze człowieka szlag trafia, że druga strona pewne sprawy odbiera zupełnie inaczej niż my). Ja z perspektywy swojego 18-letniego stażu mogę powiedzieć, że chyba najgorsze kryzysy przechodziliśmy właśnie na takim etapie jak Wy jesteście: małe dzieci, dużo obowiązków, zmęczenie fizyczne i psychiczne plus kończący się etap wzajemnej fascynacji, który trzeba czymś zastąpić. Sama wychowywałam się bez ojca i widząc jaki to miało wpływ na moją osobę nigdy nie chciałam aby moje dziewczyny tego doświadczyły. Kto będzie bardziej kochał Twoje dzieci niż ich ojciec? O rodzinę trzeba walczyć i chociaż pojawią się pewnie tutaj głosy, że najwyższy czas coś zmienić, czy "życie ma się tylko jedno" itp ja osobiście uważam, że posiadanie pełnej rodziny jest wielkim przywilejem w naszych czasach i warto zawalczyć (oczywiście pomijam tutaj sytuacje patologiczne, kiedy lepiej uciekać). Rozmawiajcie i jeszcze raz rozmawiajcie pomimo, że czasem to boli... warto . Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam. Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam sie, bardzo madrze napisane.ja mam staz 8l, w zwiazku 13l. I rozne sa chwile. Faktycznie najgorzej jak sa male dzieci,natlok obowiazkow,zmeczenie,wtedyduzo nie trzeba by poruszyc kamien,ktory ruszy lawine. Warto walczyc, jesli nie ma osoby trzeciej tykko konflikt charakterow tozawsze warto probowac sie porozumiec.

      Usuń
  2. Martusiu jeśli masz siłę i ochotę jeszcze " walczyć " umówcie się na rozmowę poza domem . Bez dziewczynek . W miejscu publicznym . Kawiarnia , pub , restauracja .
    W takim miejscu nie wypada podnosić głosu . Nie mozna tak po prostu wyjsć trzaskając drzwiami . Zająć się pracami domowymi / oglądaniem telewizji / przeglądaniem internetu itp .

    W domu nie porozmawiacie . A przynajmniej nie tak jak poza nim .

    Ściskam mocno .
    Bardzo mocno !

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam i w głowie znowu mi.się tłucze myśl-" klony" ,czy więcej takich cudnych egzemplarzy chodzi po świecie. Odczucia takie same,wymiany zdań podobne....czy my też klonami.jesteśmy?:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytam i w głowie znowu mi.się tłucze myśl-" klony" ,czy więcej takich cudnych egzemplarzy chodzi po świecie. Odczucia takie same,wymiany zdań podobne....czy my też klonami.jesteśmy?:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Martuś, musisz być twarda. Niestety czasami tak jest ze malzenstwo ma skutek uboczny który jest żywym przykladem z domu rodzinnego. Musicie jednak jakoś dojść do porozumienia. Może to te upaly, przegrzanie zwojów.. wierze ze Wam minie. Najważniejsze żeby dziewczynek nie dotknela ta toksyczna atmosfera. I pamiętaj my kobiety zawsze mamy racje :) no prawie zawsze ;) Bądź silna i pod żadnym pozorem nie placz! Pokaz ze to ty masz jaja w tym związku, ze to ty dobrze wychowujesz dzieci i to ty idealnie opiekujesz się psem ;) Trzymaj się. Buziaki ;*
    P.s.Nie dość ze tesciowa kosmitka, to jeszcze maz nie do zniesienia?- to juz za wiele ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amelko, muszę kończyć odpisywanie. Wrócę do Waszych komentarzy. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Marta, nie złość się ale ja myślę że w takich sytuacjach prawda zawsze leży po środku. I póki obydwoje się do tego nie przyznacie to nic z tego nie będzie. I podzielam opinię Pani z komentarza wyżej. Warto rozmawiać i warto walczyć. Bo jest o co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanno! Oczywiście. Swoje błędy widzę chyba równie dobrze, jak męża. Nigdy nie odważyłabym się w naszym przypadku zwalić całej winy na Marcina.
      Aczkolwiek, takich sytuacji pewnie nie miałaś na myśli, ale są przypadki, gdzie ciężko mówić o winie po środku- alkoholizm, molestowanie dzieci, często nawet zdrada to nie jest wina żony. Myślę, że każda para to tak indywidualna historia, że ciężko uogólniać. U nas na pewno to wina rozkłada się na dwoje.
      Pozdrawiam

      Usuń
  7. No tak to się nie dziwię, że nie masz głowy do "kulek".
    Ale podobieństwo widzę. Młody też po obozie z babcią wyjechał na wczasy :)). Wprawdzie niedaleko, bo do Antonina, i coś czuję, że jak go dziś odwiedzimy będzie chciał wracać z Nami, hehe, ale spoko, już się za nim stęskniłam (choć śmiałam się do męża że po 10 minutach mi przejdzie :PP).
    Smutne to co piszesz o relacjach z małżem, nie będę się wymądrzać pod postem, napisze emaila o swoich doświadczeniach i co nam pomogło :))
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. email poszedł. jak masz pytania pisz. dziś lub jutro odpisze...ściskam

      Usuń
    2. Dzięki Gosiu :* Za każde słowo, za poświęcony czas. Buziaki
      Ps. No i jak- z synem, czy bez?

      Usuń
    3. hehe, z Synem...i jeszcze nie ma go dość...dobry objaw :))

      Usuń
  8. Marta przykro mi czytać, że znowu u Was ciężko i nieciekawie :-( Bardzo szkoda, ze nie umiecie sie dogadac, bo jestescie taka fajna rodzinka. Mam nadzieje, ze ""burza" przejdzie i sie dogadacie. Tego życze i trzymam kciuki!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Inesko. No zobaczymy.
      Co u Was, dawno nie pisałaś.

      Usuń
  9. To okropnie przykre,ze w malzenstwiemaja miejsce takie sytuacje. Bo tuchyba chodzi o roznice charakterow.dopoki tylko o to, a w gre nie wchodzi osoba trzecia to jsst o co powalczyc. Kryzysy zdarzaja sie wszedzie, nie wierze w malzenstwa idealne,sama w takim nie zyje, a moja ciaza toczas ciaglych klotni o.... sprzatanie, moze wydawac sie to smieszne,ale krwi mi i nam napsulo pelno, bo ilez mozna ciagle o o samo, bo jak ja nie pokaze palcem to nie zrobi sam od siebie nic,uzna ze zmyl naczynia to jest czysto,szkoda gadac. A mi puszczaja nerwy i wtedy zaczynam wrzuty od leni smierdzacych itp,a on dluzny nie zostaje, i bez sensu to.

    Mimo wszystko sprobujcie sie dogadac. Macie dzieci, wziac rozwod jest bardzo latwo,a straty dla dzieci nie do odrobienia.

    Ne mowie o przypadkach patologicznych w stylu alkohol czy przemoc, wtedy jasna sprawa. Wy postarajcie sie dogadac, warto. I moze koniec z wyrzucaniem pretensji, trzeba sieskupic na tym co laczy a nie co dzieli. I fajnienktos wyrzej podpowiedzial, by probowac poza domem na neutralnym gruncie siedogadac. Modlitwa moze pomoc,czasem tak jest,ze nic nie pomaga,a Bog przyjmuje nazza wyciagnieta reke. Sw.Juda Tadeusz jest od spraw trudnych i beznadziejnych. Moze rekolekcje dla malzenstw, sa takie wyjazdy weekendowe,moze warto o tym pocxytac,przemyslec.

    Trzymam kciuki by sie udalo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Madziu, u nas to raczej nie różnica charakterów. Nie chodzi też o osobę trzecią, chociaż jakkolwiek to zabrzmi- uważam, że jest też sporo innych zbrodni przeciwko związkowi/małżeństwu, które mogłyby je trwale rozbić. Zdrada w moim światopoglądzie nie jest jedyną "rzeczą" jakiej bym nie wybaczyła. Chociaż- i tu nie mam pewności, czy bym nie wybaczyła. Tego po prostu nie wiem. Myślę, że ludzie i po zdradzie mogą się podnieść, a mogą się nie podnieść po czymś innym- że tak to nazwę.

      Sprzątanie to u nas temat rzeka. Dlatego rozumiem Cię bardzo dobrze. Z tym, że ja nie uważam, żeby to było bez sensu. I chociaż sama już przestałam walczyć- to znaczy "chwilowo" bo pomijając fakt, jak się u nas rozwinie cała sytuacja, to jeśli będziemy dalej razem, a ja pójdę w końcu do pracy, to sprawy sprzątania i być może gotowania już tak nie zostawię.

      Wiesz, jasne- trzeba pamiętać o co łączy, to jest podstawa. Tylko nas dzielą naprawdę poważne rzeczy, zamiatanie ich pod dywan się nie sprawdziło- one i tak wylezą i zatrują życie. Nie da się powiedzieć: od dzisiaj koniec, nie rozmawiamy o tym. To nie sprawi, że problem zniknie. Przerabialiśmy już to...

      Dzięki Madziu.
      Pozdrawiam

      Usuń
  10. Mata, jak czytam te słowa to widzę swoje małżeństwo.... byłe.....
    też starałam sie aby w domu było jak najlepiej, pies wyprowadzony, obiad na zawołanie....i co ? za duzo się poświęcałam...zrozumiałam to dopiero teraz mając ponad 60 lat...
    teraz widzę, że to był błąd....
    trzeba umieć przede wszystkim zadbać o własne zdrowie psychiczne, nie kłócic się tylko rozmawiać, a kiedy twój mąż krzyczy....ty go wycisz....powiedz - dlaczego krzyczysz? porozmawiajmy spokojnie..
    mysle że i on nie daje sobie ze soba rady, dlatego atakuje, a to najgorszy scenariusz.....
    próbuj na spokojnie usiąść i wygarnąć sobie wszystkie złe emocje, a jeżeli nie to napisz to wszystko co cię boli i daj mu do przeczytania....
    może i on podobnie zrobi.....
    trzeba się oczyścic ze złych emocji.....
    ja tez słyszałam ,ze buntuję córkę przeciw ojcu, że go nie szanuje, ale ona to wszystko widiała i słyszała , teraz ma 22 lata, poprawne stosunki z ojcem, mieszka sama a ja daleko od niej po powtórnym małżeństwie.
    też nie jest czasami rózowo, ale jestem mądrzejsza, wiem, że krzykiem nic nie wskuram, czekam ...aż dojdzie do spokojnej rozmowy.
    nie wiem czy moge ci polecic modlitwę, bo nie chcę urazić twoich uczuć których nie znam, ale ja sprawdziłam na samej sobie w jaki cudowny sposób pomaga Nowenna Pompejańska....
    i nie chodzi o to, że znikną problemy, ale również o to że dostrzegam również i swoje błędy..... o których nie miałam pojęcia....
    dla mnie ta modlitwa rozświetla umysł i ukazuje drogę jaką należy iść ... bo przecież prawda leży gdzieś tam pośrodku..a czas odmawiania przez 54 dni pozwala spojrzeć na problem już z pewnego dystansu...

    przytulam i życzę spokojnej rozmowy, może nie jednej z mężem.. na pewno dojdziecie do porozumienia.....
    leptir

    http://leptir-visanna7.blogspot.com/

    http://pompejanska.rosemaria.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim- nie, nie urazisz mnie. Chęć pomocy nie mogłaby mnie urazić.
      Poświęcanie się to nie jest dobra droga- dla nikogo. Bo nie tylko kobiety popełniają ten błąd. Poświęcam się, i gdzieś tam oczekuję jakiegoś docenienia, uznania, oczekuję, że to coś da. Jeśli tak nie jest- zaczynam mieć pretensje, bo przecież ja się tak poświęcam. I co wtedy słyszę? Ale przecież nie musiałaś/nie musiałeś. Nikt cię o to nie prosił, nikt ci nie kazał. Często ten sam błąd popełniamy z dziećmi. Mój mąż jest tu specjalistą. Poświęcenie, a potem wypominanie.
      U nas stroną, która częściej wybucha jestem ja. I faktycznie- może sam wybuch nie jest dobry, ani nie jest najlepszą metodą, ale to, co mam na swoją obronę to to, że przynajmniej zawsze szybko wiadomo o co mi chodzi i w czym rzecz, i to, że jestem w tym szczera. Przez "nie wybuchy" mojego męża mogę powiedzieć, że przez 10lat byłabym okłamywana. Ustalaliśmy coś razem, obieraliśmy jakiś kierunek. Myślałam, że to jesz nasza wspólna decyzja, że On też tak chce, tak uważa... A w ostatnim czasie dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, że czasem trudno to udźwignąć.
      Dziękuję Leptir za każde słowo.

      Ps. Co do buntowania dzieci- nie mam już siły tego nawet komentować. Myślę, że tak jest panom po prostu wygodniej sądzić, że to mamy dzieci buntują. Bo przecież Oni w oczach dzieci chcą uchodzić za bohaterów, nieskalane postacie. I potem szok- no jak to? Nie jestem najlepszym tatą? No od razu wiadomo, że matka musiała dziecku nagadać!

      Usuń
  11. Smutne to i żałosne że tak potrafimy iść w zaparte i jak w grach zawsze osiągamy poziom wyżej. Szczęście że Eliza jedzie do babci. Życzę w tej sytuacji żeby stał się cud .Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ewa. Cud się nie wydarzył. Ale żyjemy, także jeszcze wszystko przed nami.
      Pozdrawiam

      Usuń
  12. Właściwie nie mam już nic do dodania. Dziewczyny sporo Ci powiedziały. Wiesz co Martuś my jesteśmy małżeństwem 20 lat i mieliśmy dokładnie taka samą fazę "oko za oko". Udało nam się dogadać [trochę to trwało;}} ] i teraz jest dobrze spokojnie, bez awantur. Jeżeli coś nas złości to omawiamy to na gorąco i nie ma trzymania żalów na zaś- bo tak fajnie po czasie dokopać.
    Trzymam za Was kciuki. Najprościej jest odpuścić a potem szkoda że się nie porozmawiało, nie próbowało posklejać.
    Mocno ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i u nas to jednak przejdzie...
      Omawiamy na gorąco- no tego mój mąż się chyba nigdy nie nauczy. I potem mamy taką kumulację Jego żali po 10latach, że lista długa, jak stąd do Krakowa...
      Oczywiście, też uważam, że najprościej się poddać. Tylko, żeby walczyć, to trzeba gdzieś widzieć to światełko w tunelu, ten sens... A nie oszukujmy się- czasami go po prostu nie ma, i nie będzie. Nie wiem, czy tak już jest z nami. Niewiele wiem.

      Usuń
    2. Moim zdaniem to jeszcze za świeże emocje Marta! Trzeba ochłonąć -zarówno Ty i on!

      Usuń
  13. Coś chyba jest w tym timingu...kryzys 10-lecia. My z H. też jesteśmy dokładnie 10 lat razem i choć tylko 4 lata małżeństwa za nami, to od strony praktycznej tym małżeństwem jesteśmy właśnie 10 lat. I wiesz co? Jest mega ciężko. Tak jak dziewczyny powyżej piszą, jest zmęczenie, monotonia, obowiązki, dziecko, praca, a wzajemnej fascynacji i cierpliwości chwilami mocno brakuje... To już nie jest ten facet, na którego wcześniej patrzyłam w różowych okularach i z wyrozumiałością znosiłam wszystkie jego wady. Teraz w takich chwilach od razu dostaję wkurwa, bo sama jestem zmęczona/znudzona/wykończona/po zarwanej nocy. U nas jest jeszcze temat zarabiania pieniędzy, który zawsze (zawsze!) wytaczany jest przeciwko mnie niczym ciężka artyleria... Ale wierzę głęboko w to, że warto walczyć, rozmawiać, czasem nawet pomilczeć jeśli tylko zaoszczędzi nam to przykrych słów, których potem się żałuje. Jest mi chwilami mega ciężko, bo z natury typowy ze mnie choleryk - wrzask&wyzwiska&płacz to mój chleb powszedni i wciąż z nim walczę, czasem z większym, czasem z mniejszym powodzeniem. Czasem, gdy jest tak bardzo bardzo źle, patrzę na niego i myślę sobie co do niego czuję, czy jest jeszcze miłość. A jeśli jest, to warto dalej walczyć, negocjować, tłumaczyć i wymagać, by druga strona też się starała i nie odpuszczała. Dajcie sobie tylko ciut czasu by emocje opadły, a potem rozmawiajcie. Przecież są u Was też dobre dni, dla których warto powalczyć, nie tylko dla dzieci, ale i dla Was. Przecież to Twój Księciunio, pamiętasz? :) Przesyłam Ci uściski, dużo siły i wytrwałości :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kasiu za ten komentarz.
      O kasie to już mi się nawet nie chce pisać... Znam to aż za dobrze, od każdej strony. Mogę z drugiej zaś strony mieć w tym temacie pretensje też do siebie. Podjęłam takie, a nie inne decyzje, podjęliśmy je razem, ale konsekwencje ponoszę ja.

      Księciunio... Tak, pamiętam. Teraz to książę z służącą u boku.

      Usuń
  14. Kurcze co z tymi facetami?? Ja przy każdej próbie sił taty z dziećmi słyszę, źe są zbuntowane przeze mnie, źe im na ojca nadaję. Żałosne to bo sama wyrosłam w domu gdzie rodzice wiecznie toczyli ze sobą walki więc bardzo chcę tego oszczędzić moim dzieciom.
    Współczuję Ci Martuś bardzo, bo my żony sobie z tym poradzimy ale chcemy żeby nasze córki miały szczęśliwe dzieciństwo. Czasami mam wrażenie, że tylko mi na tym zależy a mój mąż kopiuje na luzaka swoje nie do końca beztroskie dzieciństwo, bi non stop krzyczy do dzuevi: nie rusz, nie dotykaj, zostaw, nie biegnij. Ręce mi juź od tego opadają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, przykre, przykre. Wiem, że dzieci jeszcze w ten sposób nie myślą, ale tacy tatusiowie, którzy zarzucają żonom buntowanie dzieci przeciwko nim, to tal trochę słabo myślą o swoich dzieciach- no bo niby, że co- dzieci mózgu nie mają? Oczu i uszu też nie mają?

      Z tym kopiowaniem to chyba coś jest na rzeczy. Mam wrażenie, że mój mąż, który też od swojego dzieciństwa chciałby uciec jak najdalej, zaraz zafunduje takie samo Elizie. No niestety- niby sobie obiecujemy, że będziemy innymi rodzicami, że nie powtórzymy błędów naszych rodziców, a potem? Potem słabo jakoś wychodzi.

      Usuń
  15. Kazde malzenstwo jest inne, bo tworza go inni/rozni ludzie, a wiec wszystkie "zrob tak, bo mnie pomoglo" mozna sobie miedzy bajki wlozyc.
    Znam ludzi juz doroslych, ktorzy przyznaja ze w czasie dziecinstwa wrecz modlili sie zeby ich rodzice sie rozeszli, bo mieli dosc awantur, strachu i niepewnosci. Obawa i niepewnosc zwiazana z tym, ze nigdy nie bylo wiadomo co sie stanie i kiedy sie stanie byla gorsza od tego zeby sie wreszcie stalo.
    Czy to znaczy, ze masz wybrac droge rozwodu?
    Nie, bo ja nie wiem czy to dla Ciebie odpowiednia droga.
    Dla mnie byla odpowiednia, dla Ciebie nie musi.
    Natomiast teraz zyjac ze Wspanialym prawie 12 lat pod jednym dachem, w tym ponad 10 lat w malzenstwie wiem, ze moga byc malzenstwa idealne, bo takie mam.
    Nigdy nie poklocilismy sie, bo nawet jak jest jakas roznica zdan, czy chwila wkurwa to potrafimy w tym pierwszym przypadku rozmawiac pozniej (nie na goraco) spokojnie.
    W tym drugim potrafimy wybuchnac oboje histerycznym smiechem, bo chwilowe wkurwy sa po prostu smieszne.
    Pamietam natomiast kiedy go poznalam i jakos calkiem wczesnie na etapie randkowania powiedzial "jesli kiedys bedziemy szukac kompromisu to ja uciekam".
    Wydawalo mi sie to nierozsadne, glupio dzieciece, bo ciagle we mnie tkwilo przeswiadczenie, ze zwiazek to kompromis.
    Ale teraz, po tylu latach wiem, ze jak zwiazek jest oparty nie tylko na milosci, ktora badzmy szczerzy jest niczym wiecej niz fascynacja, ktora sie bardzo szybko w dlugoterminowych zwiazkach zuzywa to taki zwiazek wczesniej lub pozniej sie albo rozpadnie, albo przetrwa kosztem ofiar z obu stron.
    Bo kompromis wlasnie tego wymaga, rezygnacji z czastki siebie na rzecz "wyzszego" dobra.
    Tylko co niby ma byc tym wyzszym dobrem i na ile rezygnacja z walsnej osobowosci, planow i pragnien jest oplacalna?
    Wielokrotnie czlowiek budzi sie po 30 latach takich kompromisow i pyta "a gdzie w tym jestem ja? co sie ze mna stalo po drodze?".
    Moje malzenstwo jest oparte na oprocz milosci, ktora juz gdzies jak kazda fascynacja wyblakla, rowniez na wzajemnej akceptacji.
    Akceptacji odrebnosci charakterow, pogladow (to akurat bardzo wzbogaca zwiazek bo uczymy sie wzajemnie od siebie patrzenia na te same zjawiska z roznych stron), temperamentow itp.
    Ot ja wiem, ze on jest inny niz ja i wzajemnie on wie, ze ja jestem inna niz on. Oboje wiemy, ze ja to wulkan,ktorego nie da sie okielzac, ktory wybucha nagle ale nieszkodliwie i kilka sekund pozniej sam sie smieje ze swojego wybuchu. Oboje tez wiemy, ze on jest ostoja w najgorszym kryzysie. Jestesmy bardzo rozni ale akceptacja, pelna akceptacja tych roznic, bo przeciez te roznice to nie tylko pozytywy, ale i negatywy, pozwolila nam na stworzenie idelanego zwiazku, w ktorym nie ma miejsca na klotnie i awantury ale jest miejsce na zrozumienie i porozumienie.
    Ty wiesz, bo czytasz i naprawde nie wyobrazam sobie w mojej obecnej sytuacji ile awantur i kompromisow kosztowalo by mnie malzenstwo z innym partnerem.
    A juz skora mi na tylku cierpnie jak pomysle jak te kompromisy odbily by sie na moim zdrowiu.
    Marto, podsumowujac, szukaj wlasnych drog, takich ktore sa dobre dla CIEBIE a nie nas czytelniczek.
    To TY bedziesz zyla ze skutkami decyzji a nie my i to jest nawazniejsze.
    Kazda rozsadna osoba bedzie Cie tylko wspierac w Twoich decyzjach a nie oceniac i wyrzucac dlaczego nie poszlas droga ktora ona podpowiadala. Przynajmniej na mnie mozesz na pewno liczyc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam jeszcze, ze wlasnie akceptujac te roznice on doskonale wie, ze ja robie wszystko szybko, ale "po lebkach" a wiec nie oczekuje ode mnie dokladnosci. Ja z kolei sie nie wsciekam jak moj maz sprzata w kaciku lazienki za pomoca szczoteczki do zebow (starej) przez godzine:)
      Na szczescie mamy dwie lazienki:)))
      Jak mnie to nawet chwilowo wkurza to jego guzdranie to zaraz sama sobie przypominam, ze "widzialy galy co braly". A zaraz potem wiem, ze gdyby nie on musiala bym kogos wynajac do sprzatania, bo ja sie do tego nie nadaje, ani nie lubie. On natomiast jest lepszy od wszystkich czterech sprzataczek jakie mialam wczesniej.
      Nie oczekiwalam i nie oczekuje zeby nagle stal sie kims kim nie byl wczesniej czy tez nie chce byc.
      Jest kim jest, takiego go kocham i akceptuje. Odwrotnie jest to samo. Ot i cala receptura na idealne malzenstwo.
      Tak, istnieja takie i fakt, ze ktos takiego nie ma nie znaczy, ze nie istnieja:)))
      Bo na tej samej zasadzie ktos kto nie ma samochodu moze powiedziec, ze samochody nie istnieja:))))))
      Ja takie mam od lekko ponad 10 lat.

      Usuń
    2. Zacznę od końca- myślę, że ludzie mówią "nie ma związków/małżeństw idealnych" bo błędnie interpretują tą idealność. Bo czym ona jest? Jest idealnie kiedy się nie kłócimy? Kiedy się we wszystkim zgadzamy? Lubimy to samo jeść, oglądać, mamy ten sam gust jeśli chodzi o urządzanie domu?

      A teraz cała reszta.
      Tak, to ja właśnie jestem takim dzieckiem, które niemal przez całe dzieciństwo marzyło o rozwodzie rodziców. Później przestałam, już marzyć, bo wiedziałam, że mama na ten krok się nigdy nie zdecyduje. Tym bardziej ojciec- kto by zrezygnował ze sprzątaczki, kucharki, niani, która w dodatku pracuje i do domu przynosi więcej kasy niż on sam.

      Czy ja sobie wtedy obiecałam, że moje dzieci będą miały inny dom? Nie wiem. Chciałam być po prostu szczęśliwa.

      A wiesz, że teorią o wyższości akceptacji nad kompromisem rozwalasz jakiś odwieczny porządek świata? :) Bo czy jest wśród nas ktoś, kto nie słyszał, albo nie żył w przekonaniu, że właśnie- związek=kompromis.

      I może wreszcie odnalazłam odpowiedź dlaczego mi tak trudno było godzić się na pewne kompromisy. Może podświadomie buntowałam się przeciwko pogubieniu siebie na drodze uzyskiwania kompromisów.

      Akceptacja. To brzmi bardzo logicznie. I jak rzadko to się jednak praktykuje. Chcemy siebie zmieniać... Pytanie tylko, czy z takim zamierzeniem wchodziliśmy w związek? To w nim/w niej zmienię, to poprawię? Tu wyprostuję, tam naciągnę i będzie dobrze?

      Nie wiem Star, czy kiedykolwiek osiągnę taki poziom mądrości życiowej jak Ty, żeby stworzyć normalny, szczęśliwy związek. Mam nadzieję, że mam jeszcze trochę czasu, i że jednak mi się to uda.
      Dzięki. Buziaki

      Usuń
    3. Tak mi się nasunęło odnośnie akceptacji, że dokładnie ją widzę w małżeństwie mojej mamy - drugim, bo bardzo młodo jeszcze przed 30-ką została wdową z dwójką dzieci. Dzieci odchowała i postanowiła zadbać o siebie. Na początku wkurzała mnie ta jej akceptacja, którą często odbierałam jako uległość. Dzisiaj z perspektywy czasu widzę w tym ogromną mądrość i dojrzałość, ale do tego trzeba chyba dorosnąć i nie obrażam tutaj nikogo, bo sama jeszcze nie osiągnęłam tego etapu. Z drugiej strony może łatwiej o taką akceptację gdy się już dzieci nie wychowuje, gdy jest się całkowicie niezależnym i wolnym. Sama nie wiem, to takie luźne rozważania... Pozdrawiam Renata

      Usuń
  16. Kazdy zwiazek ma lepsze I gorsze dni. U mnie te gorsze zaczynaja sie, gdy chodze nabuzowana przed @ :/
    Mi sie wydaje, ze moi chlopcy duzo rozumieja , a sa tacy mali, a co dopiero Eliza.
    Trzymaj sie mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miniu, tak bym chciała, żeby to było tylko chwilowe, związane z moim pms... No u nas to jednak trochę bardziej skomplikowane.
      Pozdrawiam

      Usuń
  17. Kochana, chyba najlepiej (i najpelniej) napisala to Stardust. Chociaz jej malzensto jest chyba jedynym idealnym, o jakim slyszalam. ;)
    Musicie sami to miedzy soba rozpracowac. W taki sposob jaki Wam najbardziej pasuje... Moze wyjazd Elizki to dobra ku temu okazja? Czasem pomaga spokojna, rzeczowa rozmowa, czasem trzepniecie patelnia przez lepetyne, czasem milczenie przez 2 tygodnie, a czasem, jak pisza dziewczyny - modlitwa. ;) To Wy musicie znalezc do siebie droge. Ja nadal utrzymuje, ze zbyt fajne z Was malzenstwo, zebyscie mieli sie teraz rozstac. :*

    Elizie tez wyjazd dobrze zrobi. Odpocznie, bo nawet jesli nie wszystko rozumie, to atmosfere napewno wyczuwa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyczuwa na pewno, i wiem, że się martwi. Pytała się babci, czy się nie rozwiedziemy...
      Nie wiem, co u nas pomogłoby trwale... Bo powrót po takich akcjach do normalności, udawanie, że nic się nie stało, u nas się nie sprawdza- bo za chwilę wszystkie trupy dalej wypadają z szafy. Tylko z głośniejszym pierdyknięciem o podłogę, jeśli mogę tak napisać. Chyba sami przegapiliśmy moment, że jest już tak źle. I nie wiem, czy jeszcze będzie lepiej.

      Usuń
  18. Nic mnie tak nie rani i jednocześnie doprowadza do szewskiej pasji jak imputowanie mi, że jestem złą matką. Także chyba umiem sobie wyobrazić tę atmosferę u Was. Przykro mi, że tak się porobiło. Nie udzielę żadnej rady, bo z własnym związkiem kiepsko sobie radzę...
    Mam nadzieję, że atmosfera się oczyści wkrótce, żeby dziewczynki mniej lub bardziej świadomie nie odczuwaly tego napięcia i po prostu, żebys Ty była szczęśliwa! Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że jeśli zarzuca mi to ktoś obcy, albo ktoś, kto dla mnie nic nie znaczy, to jakoś puszczam takie rzeczy mimo uszu? Przeżyłam już uwagi teściowej (oczywiście nigdy nie wyrażone bezpośrednio do mnie- taka chyba chciała być delikatna), przeżyłam moją dobrą koleżankę, która uważała, że nie dam Im dziecka na spacer bo jestem przewrażliwiona, przeżyłam inne sytuacje, kiedy od bliższej i dalszej rodziny słyszałam, że przesadzam z lękiem o zdrowie Elizy. To wszystko przeżyłam i miałam to w dupie, szczerze mówiąc. Jeśli jednak człowiek, który jest przy mnie odkąd zaszłam w ciążę, który wie, jak ważne są dla mnie dzieci zaczyna wyskakiwać z takimi "kwiatkami"- no boli, bardzo boli. Bardziej niż tysiąc innych uwag.

      Co do atmosfery... Nie wiem, oboje mamy trudne charaktery, a jak się okazuje przez te 10lat odkładały się gdzieś w każdym z nas mniejsze i większe żale, które teraz wyłażą przy każdej okazji.

      Najbardziej brakuje mi... takiej zwykłej radości. Nie ma jej we mnie. Czuję się od dłuższego czasu jakbym była na... wojnie.

      Dzięki Isa, buziaki.
      No i mam nadzieję, że u Was sprawy nie zabrną tak daleko. Trudno jest potem wrócić na wspólne tory.

      Usuń
  19. Chciałabym napisać coś mądrego i pocieszającego zarazem, ale nie wiem, czy umiem. Zawsze jest mi smutno, gdy czytam takie notki. Chciałoby się, żeby związki były takie jak w filmach lub telenowelach, a proza dnia codzinnego wygląda inaczej. Mam nadzieję, że znajdziecie wspólną drogę. Jesteście rodziną :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proza życia nie jest taka zła, jeśli ludzi łączy miłość. Nie zawsze może być "wow" i super.
      Sama nie wiem, co mądrego napisać :) Może tylko to, że czas pokaże co to będzie. Zaczynam przygotowywać się na to, że może być różnie.

      Usuń
  20. Martuś... Przykro mi, że tak jest i mam nadzieję, że się dogadacie i jeszcze będzie tak, jak podczas zaręczyn, tylko lepiej... Widziałam już takie małżeństwa, które były na granicy rozpadu i się sklejały po latach, także wszystko jest możliwe. A nie myślałaś o jakiejś pomocy z zewnątrz? Warsztaty, terapia, rekolekcje? Jak nie razem, to chociaż jedno niech zacznie... Takie rzeczy bardzo pomagają, samemu czasem nie da się rady. A dzieciom nic tak dobrze nie zrobi, jak dobre małżeństwo rodziców. Eliza widzi, jak jest - ale jeśli zobaczy, że się pogodzicie w tej sytuacji, to też to będzie dla niej lepsza lekcja, niż gdybyście się w ogóle nie kłócili i zawsze byli idealni :) Ważne żeby się przepraszać, nawet jeśli to druga strona ewidentnie zawiniła. I wiem, jakie to jest trudne w praktyce, ale bardzo ważne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda- (niby) wszystko jest jeszcze możliwe. Pytanie, co dla nas i dla naszych dzieci będzie lepsze.
      Eliza i tak za dużo tych lekcji z nami odbyła. Oczywiście- nie jestem za tym, żeby przed dziećmi udawać i prowadzić jakąś grę, ale też nie wszystkich rozmów powinny być świadkami.
      "Przepraszam"... tak, jest ważne. Gorzej, jak każde czeka na to, aby zostało pierwsze przeproszone. Nie wiem, czy w takim zacietrzewieniu i zawziętości jest w ogóle miejsce na to, żeby mówić o miłości.

      Usuń
  21. Straszna szkoda że się nie dogadujecie, mam nadzieję ze to tylko przejściowe i szybko się zmieni, Eliza odpocznie na wakacjach i wróci rozpromieniona góry to super sprawa, trzymam kciuki za wasze małżeństwo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Czasami trudno się dogadać, czasami jest o krok za daleko, o jedno słowo za dużo, o kilka lat za długo.
      Pozdrawiam

      Usuń
  22. Marta. Kolejny raz podchodzę do komentarza i nie wiem co napisać. Jest mi naprawdę przykro. Mam nadzieję, że uda Wam się wszystko jakoś posklejać. Może faktycznie przydałaby się pomoc z zewnątrz, bo chyba daleko już zabrnęliście.
    Przesyłam dobre myśli

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że Ci przykro. Mnie również. I wiem także, że ciężko w takiej sytuacji czasami coś napisać.
      Dziękuję za dobre myśli- na pewno się przydadzą.
      Pozdrawiam Was gorąco.

      Usuń
  23. Oj. Nie tylko u Was jest gorąco. Trzeba przetrwać. Spróbować naprawić relacje. Warto w takich chwila wspominać te cudowne pełne szczęścia momenty z przeszłości...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ta, w całej Polsce chyba tak gorąco było. U nas z pogodą dziś już lepiej- bardziej do życia.
      Pozdrawiam.

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!