Mama2c

Mama2c

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

DUMNA/Giewont

Ostatni raz taka dumna byłam z mojego męża chyba wtedy, kiedy nie zemdlał przy narodzinach Elizy. Albo wtedy, kiedy zgodził się kupić różową koszulę i ani razu nie wspomniał, że taki kolor to tylko pedały. Ani razu! O, albo jeszcze wtedy, kiedy wydukał do swojej mamy: "...ale trochę racji Marta ma".

Gotowe? Mogę to już wszem i wobec ogłosić, bo pewnie po tytule się nie domyśliłyście, prawda? No to niech mam tą chwilę radości i sobie to napiszę: 23sierpnia Marcin wszedł na Giewont.
I nie spadł- ale o tym później.

I tak, tak- ja wiem, starzy wyjadacze teraz pewnie parskają śmiechem: "Na Giewont? Ale naprawdę? Ojejej, co za wyczyn". Spoko, za 10lat też tak będę :) W każdym razie- no dumna jestem z Niego jak nie wiem co, bo ja tam podzielność uczuć mam dobrą i potrafię wznieść się ponad swoje "ale" do tego pana :p

Właściwie to nie wiem, czy Marcin marzył o Giewoncie. Wiem, że mój brat, który w Tatrach był po raz pierwszy, stwierdził, że idą i już. Wiem także, że Marcin swoje pierwsze kroki w tym terenie stawiał zawsze z dzieckiem u boku. A to już robi różnicę, wierzcie mi na słowo. Przykład? Proszę bardzo.

Spotykam się z moją dobrą koleżanką po naszym pierwszym wyjeździe w Tatry. Pijemy kawę a ja z wypiekamy na twarzy, trzęsącym się głosem, co chwilę ocierając łzy wzruszenia, mówię: "Karolina! Masz pojęcie- myśmy całą Kościeliską przeszli z Elizą. Całą!" Na co Ona uśmiecha się, wtedy jeszcze myślę, że nieśmiało, ale to uśmiech politowania był, i mówi mimochodem: "A wiesz... My z Kamilem, pierwszego dnia po przyjeździe to na rozgrzewkę zawsze Giewont robiliśmy". Ekhm...

Nooo, same rozumiecie. Dziecko na stanie robi w górach różnicę. Oj tak.

W każdym razie... Marcin do Zakopanego przyjechał w sobotę rano i z marszu poszli z babcią i z dziećmi do Murowańca i na Czarny Staw Gąsienicowy. Popatrzyli sobie trochę na Giewont, trochę do nich pomrugał okiem, i... decyzja zapadła. Jak na mężczyzn przystało, najpierw wpadli na genialny (w ich mniemaniu) pomysł, że Oni pójdą z... dziećmi. Znacie mnie już trochę... Spokojna ze mnie kobieta... Do czasu. Chwilę po tym, jak mój mąż podzielił się ze mną tymi planami, zadzwoniłam do do mamy i najspokojniej jak tylko w tym momencie potrafiłam, powiedziałam Jej, że jeśli Im tego pomysłu z głowy nie wybije, to jak babcię kocham, ja się tam ^#@&*%^$^#@ teleportuję i Ich wszystkich ustawię do pionu. Poskutkowało. Nie no- nie żebym się martwiła. Ale, żeby 9latka była na Giewoncie, a ja nie? No to już przesada by była.

Przyszła niedziela, Panowie wyszli w góry. Jako, że mój mąż też ma podzielność uczuć, i nie jest egoistą, wysyłał mi co chwilę zdjęcia z postępów Ich wyprawy. Czy od tego było mi lepiej, czy nie, to już same oceńcie, i ja Wam nie będę podpowiadać, że macie sobie wyobrazić ulubiony kawałek ciasta w zamkniętej cukierni, albo wymarzoną sukienkę na koleżance z pracy... Nie no- cieszyłam się jak głupia z każdego mmsa. Co prawda im dalej w las, to znaczy im wyżej w górę, zaczęłam się zastanawiać, że jak tak naprawdę tego ubezpieczenia na życie mojego męża nigdy nie widziałam, i że szkoda, że tak spontanicznie na ten wypad wpadli, bo tak to w trybie pilnym podniosłoby się stawkę tego ubezpieczenia... Gdyby faktycznie istniało, oczywiście.

No nic- weszli, zeszli, i ja wiem, że dla ludzkości to może mały krok, ale nie macie pojęcia jaki to jest krok w rodzinie państwa K. Od tej pory nasze wycieczki w Tatry już nigdy nie będą takie same :) Mąż wie, że potrafi, ja wiem, że On potrafi... Wiem także, że ja tam się jednak boję :) I dopóki Lila jest mała, to mam usprawiedliwienie, dlaczego z Giewontem mierzyć się nie zamierzam.

Zdjęć z aparatu niestety nie mam- Babcia oddawszy dzieci ojcom, została w Zakopanem z koleżanką i szaleją na całego. To znaczy- po górach szaleją, żeby nie było. Mam zdjęcia w telefonie, ale jak na żonę informatyka przystało i farbowaną blondynkę w jednym, rozumiecie dlaczego ich tu nie wrzucę. No nie umiem no. A przecież prosić się dziada nie będę, nie? Jeszcze pomyśl, że na Giewont wszedł, i taki ważny :) Żeby wiedział na jakie wyżyny ja się w ten weekend wzbijałam... Młodsze dziecko na plaże zabrałam. A znając moje "uwielbienie" do tej formy wypoczynku, to to Mont Everest kurna był, a nie tylko jakiś tam Giewont.

Ale zdjęcia Wam pokażę, a co- popatrzcie sobie do jakich poświęceń zdolna jest matka.









No dobrze- dwie uwagi, co do naszego wyjazdu na plażę. Po pierwsze- już byłam gotowa z niego zrezygnować. I nie, nie dlatego, że jak tylko usiadłam za kierownicą, to pomyślałam: "Kurwa, nie dam rady". Nie, nie... Dramat zaczął się już wcześniej, bo w domu. Teraz powinnam napisać, że nie mogłam znaleźć kluczyków, ale to by było za proste :) Chodzi o Miśka. Jak już pisałam- uczymy go zostawania samemu w domu. No cóż- zanim będziemy mogli nakręcić psią wersję "Kevin sam w domu", to jeszcze trochę minie. O ile w ogóle. W każdym razie- dopóki miałam wychodzić na 5-7minut było ok. A dalej była i jest tylko masakra. I pół biedy, jeśli muszę wyjść z domu sama. Wtedy przynajmniej wyjść bez dramaturgii w wykonaniu Miśka się udaje. A teraz wyobraźcie sobie wyjście z Lilą.. Bo Lila ma nie tylko wejścia smoka, Ona ma takie same wyjścia- drzwi na oścież, i uwaga- księżniczka Lila wychodzi. O, przepraszam- jeszcze na chwilę wraca, bo... zapomniała- pluszaka, torebki, czegoś tam jeszcze. I nie wytłumaczysz, że to trzeba szybko, że raz dwa, że no trzeba przeciskać się przez szczelinę w drzwiach najlepiej... Nie wiem ile razy zawracałam Miśka z korytarza, ale uwierzcie- w pewnym momencie miałam już dość. W końcu rzuciłam w kuchni kawałek kiełbasy, wzięłam Lilę za fraki i... udało się. Nie tak to powinno wyglądać, wiem. Wiem też, że czasami trzeba sobie radzić :)

Druga sprawa... Przyznaję- wcale się aż tak nie poświęciłam z tą plażą. Mnie się tam... podobało. No i dziwić się, że z mężem nie mogę się dogadać, skoro mnie się wszystko poprzestawiało... Lato mnie nie męczy, na plaży fajnie spędzam czas...

18 komentarzy:

  1. Popatrz jaka to prawda ludowa: "Cudze chwalicie, swego nie znacie". Ja bym się za plażę teraz zaraz natychmiast dała pokroić (taką pustą plażę, jaką widzę u Ciebie na zdjęciach), za to na Giewont w szczycie sezonu bym nie wyszła za dopłatą. Mówił Marcin czy długa kolejka na szczyt się wiła? Na Giewoncie bywam zwykle jesienią, a i tak ten tłum mnie straszy później po nocach...
    Buziaki!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratki dla chlopakow za udane wyjscie:-) Marta,od czegos zaczac trzeba,a Giewont jest okej,jedyny minus to te tlumy ludzi i zgiełk,bo gora sama w sobie jest piekna. moj brat jak byl pierwszy raz w Tatrach,tez wyszedl na Giewont,ten szczyt przyciaga ludzi.
    pierwsz gora na która wyszlismy z mezem to Koscielec,i przyznam troche za trudno bylo i takie wrazenie,ze na szczycie tylko przysiadlam za jakims glazem i balam sie wstac na nogi;-) tej pierwszej gory sie nie zapomina.

    mam nadzieje,ze Giewont zapoczatkuje wieksze akcje gorskie w Waszym wydaniu. bo potencjał jest;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Giewont to jeszcze przede mną. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulację dla dzielnych Facetów ! :) My niby zawsze dużo jeździliśmy, zwiedzaliśmy i generalnie wszędzie nas było pełno, ale akurat na Giewoncie jeszcze nie zawitaliśmy. Ze wspólnie zdobytych "szczytów" możemy pochwalić się jedynie górą Ślężą w okolicach Wrocławia, natomiast nasza spontaniczna wyprawa na Śnieżkę zakończyła się zawracaniem z połowy drogi, ponieważ ja (również bardzo spontanicznie i "adekwatnie" do warunków i pogody) wybrałam się w balerinach i cienkim, eleganckim płaszczyku i wyglądałam bardziej, jakbym szła do cioci na imieniny ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. My jak na razie tylko do Morskiego Oka poszliśmy w zeszłym roku z Mimiskiem śpiącym w wózku. Cóż 3 dni to za mało na inne wyprawy, ale nadrobimy. Gratulacje dla Marcina :D
    A z Miśkiem jak z dziećmi. POWOLI hehe Doczekasz się normalnego wyjścia. P.S. Nie znam 3 latka który nie robił by wejścia ani wyjścia smoka także nie przejmuj się z czasem się chyba nauczy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie no fajnie dostać takiego mmsa z gór . A jeszcze lepiej dwa . A trzy to juz w ogóle mistrzostwo świata !
    No super super ...
    Czyli Marcin urlop miał ...
    W ukochanych górach Marty .
    Tez super .
    Jak dobrze , że wszystko jest super ...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ehh ci faceci... Empatią to ci oni nie grzeszą... A wiesz, ze ja z Giewontem tez się jeszcze nie zmierzyłam? No i co tu dużo mówić, długo jeszcze nie będę miała okazji... H. w życiu się na to nie zdecyduje, dzieć mały... Może jakiś babski wypad gdzieś, kiedyś? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. bardzo fajna plaża, a do tego pusta, co ja natomiast uwielbiam :) Gdzie tak fajnie jest jeśli mogę spytać?

    Giewont - góry lubię, ale oglądać, bo są piękne, "wspinaczka" mnie nie pociąga, ale dla męża moc gratulacji :) giewont giewontem, najważniejsze, że się nie leni, lubię tak :) Tylko czemu bez Ciebie???

    Lila jak zawsze cudne słoneczko :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Podzielność uczuć - genialne! Też to chyba mam;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mi to jednak ta plaza do gustu przypadla taki typ. Pieknie no pieknie tam macie. Ale wielkie gratulacje dla mezusia ze sie wspiol na wyzyny! A Ty kiedy bedziesz w koncu w Zakopcu?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ogromne gratulacje dla Marcina!!! Giewont, no no...
    Moj malzonek powtarza czesto, ze kiedy znow zawitamy w Zakopanem, to MUSIMY na ten Giewont wlezc. Ja sie jednak chyba nie pisze... Po pierwsze, z wiekiem poglebia mi sie lek wysokosci i z gor pozostaly mi chyba tylko dolinki. A po tym jak w polowie drogi do Morskiego Oka siadlam na szlaku i prawie placzac oznajmilam, ze ja juz nie moge i chce wracac (fakt, ze M. narzucil takie tempo, ze z mojego szwagra, ktoremu przypadl zaszczyt pchania wozka z corka, pot nawet nie kapal, a lecial ciurkiem), to nie wiem czy w ogole dalabym rade fizycznie... ;)
    Dla ciebie tez szacun, bo czytam zes pojechala na plaze AUTEM!!! Pisalas wielokrotnie jaki to dla Ciebie stres, wiec ode mnie gleboki uklon w strone matki TAK poswiecajacej sie, zeby dziecku sprawic przyjemnosc. Przy tym ten caly Giewont to pryszcz! :D
    Plaze macie piekna i tak jak pisza dziewczyny, cudownie pusta! Ja chyba nigdy nie zdecyduje sie co wole: morze czy gory. W gorach kocham ich piekno i lubie tez aktywny wypoczynek. Ale jednak slony wiatr od morza, cieply piasek i gorace slonce tez lubie. ;)

    PS. Tak czytam i z tonu posta wnioskuje niesmialo, ze cos tam sie miedzy Wami poprawia? Mam nadzieje, ze sie nie myle...

    OdpowiedzUsuń
  12. Moja Droga, korcisz tym Szczecinem... :)
    Gratulacje dla Marcina, choc mam nadzieje, ze juz niedlugo razem ruszycie na taka wyprawe. Moze gdy Lilcia zrezygnuje z cyca udaloby sie Wam , tylko w dwojke wyjachac na dwa- trzy dni?? Moze potrzebujecie takiej odskoczni??
    Co do psiaka- moje mama rowniez przerabiala ta "psia" samotnosc z ujadaniem, wyciem i niszczeniem sprzetow... mam nadzieje, ze jestescie konsekwentni i Misiek sie nauczy. Soja droga w Niemcowie mozna prawie wszedzie isc, wejsc i zwiedzac z psem- tak dla informacji gdybyscie kiedys cos planowali.
    Pozdrowka dla Was!! :**

    OdpowiedzUsuń
  13. Super pozytywnie u Was :) Aby więcej Giewontów i plaż :))

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam góry. Moja miłość. Dziś zdobędzie Giewont, jutro Kasprowy:P

    OdpowiedzUsuń
  15. Jesteś niesamowita ;D Zawsze jak Ciebie czytam to śmieję się do monitora ;)
    Dobra jesteś ;)
    Wyczyn męża to pikuś ... twoja wyprawa na plażę to dopiero osiągniecie ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Podzielność uczuć :D Lepiej bym tego nie ujęła :D
    Gratulacje dla Męża :):) choć ja i tak całym sercem kocham morze :D
    Buziaki :):):**

    OdpowiedzUsuń
  17. :)))
    Ale się uśmiałam :) A wstęp the best! :)

    OdpowiedzUsuń
  18. A dlaczego tak osobno, ty morze, on gory? Przez miska?
    Ja uwoelbiam gory (Giewont zaliczalam dwa razy) tak samo jak morze.
    No to zmierzylas się sama z sobą!
    Super i gratuluje :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!