Mama2c

Mama2c

środa, 30 września 2015

...bo w Łącku fajnie jest!

A to za sprawą Ani, Wojtka i Ich synka- Przemka. O tej Trójce i naszej wizycie u Nich już za chwilę, a tymczasem parę słów co u nas... Gdyby ktoś był ciekawy :p

Przeziębienie powoli odpuszcza. Już nie rozsadza mi głowy, i wraca wena, żeby cokolwiek w tym domu zrobić. Trzy dni miałam tak ciężkie, że nic mnie nie obchodziło. No poza posiłkami dla dziewczyn, bo tego pewnie bym pilnowała nawet jedną nogą w grobie. I z jednej strony wstyd tak się mazać- toć to "tylko" katar i kaszel, a jednak- może człowieka przeczołgać.

Dziewczyny o niebo lepiej. U Elizy inhalacje dokonały cudu. W poniedziałek tak nam się rozkaszlała, że innej opcji jak wizyta u lekarza nie widziałam. A, że jak to sobie ostatnio z Gosią ustaliłyśmy- rozpoznać rodzaj kaszlu, to jest wyższy poziom wtajemniczenia, aplikowałam Jej jedynie syrop z cebuli, uderzające ilości witaminy C i inhalacje trzy razy dziennie. Coś mnie jednak tknęło, że ten kaszel brzmi jakoś tak znajomo chyba... Bingo! Tak samo Eliza kaszlała kiedy pani doktor skierowała Ją do szpitala z podejrzeniem zapalenia płuc. Przypomnieliśmy sobie z Marcinem historię leczenia, i byliśmy w domu. A samo leczenie? Banalnie proste... Inhalacje z samej soli co dwie godziny :) I być może gdybym nie miała tego pacjenta w domu, to bym nie uwierzyła- dzisiaj po kaszlu ani widu, ani słychu. Eliza wróciła do szkoły, a Lila pomaszerowała do przedszkola...
I życie wróciło do normy :) A skoro tak, to trzeba brać się za blogowe zaległości...

Ekhm... Z postów "bardzo zaległych" wciąż "wisi" mi post o pierwszym obozie Elizy, ale on nadal musi zaczekać na swoją premierę :) A tymczasem na warsztat bierzemy urlop. I trochę przewrotnie, bo zacznę od końca, czyli właśnie od wizyty u Ani i Jej rodzinki.

I cóż mam Wam napisać? Takich spotkań, na pierwszy raz poza blogowym światem, życzyłabym każdemu. Było serdecznie, sympatycznie i tak naturalnie, jakbyśmy widziały się z Anią już któryś raz z kolei. Ale Oni z Wojtkiem tak już chyba mają, bo Ślifka miała podobne odczucia, prawda? :)

Na spotkanie z Anią byłam umówiona już od dawna, trzeba było tylko zrealizować nasz urlop w Zakopcu, a ten jak pamiętacie przekładaliśmy milion razy :p
No ale... w końcu dotarliśmy w Tatry, z Anią raz dwa się spisałyśmy i... I okazało się, że nasz wyjazd do Nich może nie dojść do skutku. Do dzisiaj nie wiem, czy dopadł nas jakiś dziwny wirus, czy jakaś ostra niestrawność/zatrucie ale od czwartku wszyscy po kolei mieliśmy sensacje żołądkowo- jelitowe. Co ciekawe, chyba jednak poznanie się na żywo było nam pisane, bo o dziwo- w sobotę, w dniu kiedy miałyśmy się spotkać, wszystko było w porządku. Natomiast w niedzielę- u mnie znów pogorszenie. Także, jak tu nie wierzyć w przeznaczenie :)

Do Łącka jechaliśmy na luzie. Marcin to taki typ, o którego jestem spokojna- jeszcze się nie zdarzyło, żeby się z kimś nie dogadał :) Najbardziej obawiałam się o dziewczyny, że jak już trema Im minie, to pokażą na co Je stać, ale niepotrzebnie się martwiłam. Lila przykleiła się do Ani i Wojtka, a w wolnej chwili biegała za Przemkiem :) Takie to czasy nastały, że dziewczyny latają za chłopakami, a Ci zamiast młodszych wolą starsze :)

U Ani zjedliśmy przepyszny obiadek, wypiliśmy kawkę i udaliśmy się na spacer. Tak dobrze nam się chodziło od jednego placu zabaw do drugiego, że 6,5km minęło nie wiadomo kiedy :)
Bardzo, bardzo żałuję, że dzieli nas taki kawał drogi. Teraz czekamy na rewizytę, która mam nadzieję, nastąpi szybko! Ania, pakuj walizki i czekamy na Was :*












niedziela, 27 września 2015

3K...

...czyli: katar, kaszel, katastrofa.
Dosłownie.

Zwracam honor wszystkim wyśmiewanym, wytykanym palcami facetom, którzy podczas choroby stawali się tematów tych jakże żenujących żartów :) Łączę się z Wami w bólu, Panowie! I o zgrozo- ja nie miałam nawet tych słynnych 37stopni.

Miałam za to katar- zabójcę. Po dwóch dniach dołączył się kaszel- morderca. Nie, nie przesadzam. Kiedy zaczynam kaszleć, pies ucieka w najdalszy kąt mieszkania.

Żeby było śmieszniej- w takim samym stanie mam w domu dwoje dzieci. Wróć- z takimi samymi objawami, bo w stanie to są One o niebo, albo i dwa, lepszym ode mnie.  Eliza do grona naszych domowych gruźlików dołączyła dopiero dzisiaj, Lila już w czwartek nie poszła do przedszkola. I cóż- przez ten czas przeżyłam całą masę skrajnie różnych emocji- od: "Jak cudownie mieć znowu tego małego pysia w domu", po: "Matko boska, jak ja wcześniej żyłam bez tego przedszkola?!?!" Ale takie myśli miałam tylko wtedy, kiedy musiałam ściągać Lilę z sufitu, albo ratować Miśka, bo Lila zamarzyła sobie uprawiać z nim zapasy...

Moje dzieci kontra katar to jest w ogóle ciekawe zjawisko- w dzień kipią energią, kiedy ja konam, bo ból głowy nie daje mi żyć. Natomiast w nocy, kiedy ja, mam wrażenie, że zasypiam zanim dobrze się położę, One przypominają sobie, że są chore...

Na szczęście poza katarem i kaszlem nic innego nam nie dolega, toteż korzystamy z tego, że nie pada. Nie napiszę: "z uroków jesieni" bo tych wciąż nie dostrzegam, ale to chyba głównie przez moje kiepskie samopoczucie.

Dziś udaliśmy się do Smętowic- miejsca, gdzie moja mała chrześnica obchodziła swój roczek, a które bardzo lubimy, bo byliśmy już tam nie raz. Eliza okupowała trampoliny, a Lila... Lilki jak zwykle wszędzie było pełno... Ot, cała Ona :)












Lila jutro zostanie jeszcze ze mną w domu, choć u Niej widać już dużą poprawę. Na szczęście obiad na jutro mam już gotowy (drugie w ostatnim czasie leczo z dynią :)) także będę mogła biegać po suficie, ratować Miśka i bawić się z dzieciem w szkołę- bo Mała jest już na tym etapie :)
Eliza ma jutro siatkówkę i karate, ale te zajęcia stoją pod dużym znakiem zapytania. Zobaczymy jak tam katar i kaszel i będziemy decydować.

Cóż... z całą pewnością jesień byłaby piękniejsza bez tych smarków :)

środa, 23 września 2015

Jesień...

Tylko gdzie moja słynna radość z nastania ulubionej pory roku...?

Radości i entuzjazmu brak. I nie pomaga fakt, że za chwilę zrobi się pięknie, i że już jest smacznie, bo cieszymy się darami jesieni... Że może być jeszcze smaczniej i jednocześnie klimatycznie, bo planujemy kilka ognisk ze znajomymi na działce?

Wybieganie w przyszłość nie zawsze ma sens... Ja wybiegłam tak mocno, że już dziś widzę to, co po jesieni- zimę... z krótkim dniem, zimnem, toną ubrań, katarem... A nie, katar widzę już teraz- drugi w tak krótkim czasie :(

No nic- mam nadzieję, że jeszcze mnie ta jesień zachwyci, porwie, że znów skradnie moje serce.
Czekam.














Leczo z dynią, które dziś trochę z premedytacją ugotowałam, ma dwa zadania- rozgrzać mnie i... pocieszyć :) A na deser może zaserwuję nam ciasta francuskie z gruszką... Trzeba tą jesienną aurę jakoś oswoić, a dziś niestety daleko było jej do takich określeń jak: piękna, złota...
Dzień był szary i ponury, a ja nadal przetrawiam wczorajsze wyjście do kina na "Everest". Dawno żaden film nie dał mi tak do myślenia na temat wyborów, decyzji jakie podejmujemy... I tak sobie myślę, że decyzje, które podejmował Rob Hall to byłby świetny, wręcz fantastyczny temat na rozprawkę. Kurczę, tyle swoich przemyśleń chciałabym tu napisać, ale może ktoś z Was chce jeszcze pójść na ten film, a sama nie lubię wiedzieć "co będzie później", także moje odczucia jeszcze nie dziś :)

Zdrowotnie mam jakąś złą passę ostatnio- dziwna niestrawność/zatrucie pokarmowe na wyjeździe, wczoraj koszmarny ból głowy, który doprowadził mnie prawie do wymiotów, a dziś męczy mnie uporczywy kaszel...
Jesień, tak?

poniedziałek, 21 września 2015

Powrót...

... czyli skok z planety "urlop" na planetę "codzienność" :)
Ok, ok... Skok nie był, aż tak bolesny, bo nad naszymi czterema kątami czuwała Babcia, jednak mimo wszystko trzeba było się przestawić. No a to już bywa dotkliwe :) Znów trzeba pilnować świeżego pieczywa, pór spacerów z psem, zadań domowych, szkolnych i przedszkolnych spraw...
A było nam tak dobrze :)

Właśnie tak- dobrze... Do urlopu idealnego, trochę jednak zabrakło (o tym kiedy indziej) ale wyjazd zdecydowanie oceniamy na plus. My- to znaczy ja i Księciunio. Dzieci jeszcze nie pytaliśmy :p Aczkolwiek Lila wydaje się być zadowolona- na pytanie co zwiedziła, z rozanieleniem w głosie wyznała, że była w... Rossmannie :)

No to może od siebie dodam, że jednak byliśmy też w paru innych miejscach, a o Rossmanna tylko zahaczyliśmy. A poniżej dowody:

Zatrzymaliśmy się w "naszym" Pasibrzuchu, czyli miejscu, do którego mamy olbrzymi sentyment... I jak za każdym razem dobrze nas tam nakarmiono. Wrócimy na pewno :)




 ... dojechaliśmy szczęśliwie do Skierniewic, gdzie Dziewczyny zwiedziły miejsca, w których mama bywała kiedyś co roku...



 ... i spotkały się z kuzynkami, również- jak to mama kiedyś robiła.


Ze Skierniewic udaliśmy się już prosto do Zakopanego, gdzie dotarliśmy koło 20, żeby następnego dnia, niemal skoro świt, wyruszyć w góry. A raczej... w doliny :)













Plany są po to, żeby je zmieniać- tak mawiają. I chyba coś w tym jest, bo kiedy w czwartek Lila już dość mocno buntowała się przeciwko dalszym górskim wędrówkom, postanowiliśmy następnego dnia udać się do Krakowa...




Natomiast ostatniego dnia, zafundowaliśmy sobie jedną z milszych atrakcji tego urlopu- wycieczkę do Łącka. A co zapadnie nam w pamięć z tego miejsca? Na pewno place zabaw i ćwiczenia pod chmurką...
 

 ... piękne sady owocowe...



... ale najcieplej będziemy wspominać spotkanie z Anią, Wojtkiem i Ich synkiem. Jednak takie wydarzenie, jak moje pierwsze spotkanie na żywo z Kimś poznanym tu, w blogosferze, zdecydowanie zasługuje na osobny wpis :)


Na dziś to tyle "wspomnień"- bo choć ciałem i częściowo umysłem również, jestem już w domu, to wcale nie znaczy, że już zupełnie zeszłam na ziemię :) Na szczęście to był baaaardzo udany poniedziałek, i tu wielki ukłon dla mojego męża, który został jeszcze dziś ze mną w domu. Przez kilka godzin mieliśmy nawet wolną chatę :) Wykorzystaliśmy to, a i owszem :) Ot, takie życie, że człowiek podnieca się na samą myśl, że jednocześnie nie ma w domu żadnej z córek... :p No i nie muszę pisać, że ten urlop był potrzebny głównie nam- rodzicom? Choć pewne kwestie poukładaliśmy już sobie przed wyjazdem, to jednak ten czas poza domem, myślę, że dobrze zrobił nam jako parze. 

Jednak skoro jestem już na tej planecie "codzienność", to mam pytanie do moich Czytelniczek- ogrodniczek: potrzebuję na wczoraj sprawdzony sposób na pozbycie się nornic/kretów z działki. Ja pier... mam wrażenie, że nasza kochana działeczka to jeden wielki kopiec kreta, czy ch... wie czego! Wsadzałam dziś część cebul, i naprawdę przeżyłam szok, jak bardzo wszystko mam rozryte przez te małe cholery. Podejrzewam głównie nornice, bo co ciekawe- kopiec na działce zauważyłam tylko jeden, natomiast kiedy kopałam w ziemi, pełno było czegoś na kształt korytarzy. Głupia ja, bo jednak te cebule wsadziłam, a teraz zachodzę w głowę co to będzie jak te paskudy się nimi poczęstują. Oczywiście najpierw skonsultowałam się z wujkiem "g", ale tam akurat same sprzeczne informacje. Jedni piszą, że nornice zjadły im tylko cebule żonkili i narcyzów, oszczędzając tulipany, inni- że wpierdzieliły tulipany jak świeże bułeczki, oszczędzając żonkile... Dodam tylko, że ja wsadziłam jedne i drugie w liczbie dobrze przekraczającej setkę (a drugie tyle czeka w domu), także hmmm... wolałabym jednak podjąć jakieś działania, żeby moja praca (i kasa) nie poszły na marne. Ludzie polecają różne preparaty (nazwy już sobie pospisywałam) ale tutaj jak wyżej- u jednych się sprawdziły, u innych nie... Pomóżcie :)