Mama2c

Mama2c

środa, 28 października 2015

Niczym Wałęsa... czyli do porzygu o Halloween

W tym roku, po raz pierwszy, miałam zamiar nie pisać o Halloween. Nie mylić z nie obchodzeniem :) Nikt mnie przez ten miniony rok nie wyprostował w tym temacie, a argumenty przeciwników? Nawet gdybym bardzo chciała- nie trafiają do mnie.

W każdym razie- miałam szczery zamiar upolować największego dyńka w okolicy, zasiąść  w czwórkę w naszej jadalni, dać się ponieść fantazji, pośmiać się, pożartować, przekomarzać się bez końca w kwestii imienia naszego dyniowego kolegi, a kiedy pomarańczowy stwór będzie już wystarczający strrrrrraszny i przerrrrrrażający, wystawić go ku radości dzieci na balkon. A potem, 31października, zaopatrzona w cukierki, lizaki i inne słodycze, miałam zamiar patrzeć jak się dzieciarnia bawi. Bo dzieciaki nie mają problemu z Halloween. O dziwo.
Do tego wrócę jednak za chwilę.

Co się więc stało, że jednak, że znowu, że do znudzenia? Gosia, to trochę Twoja wina :) Wpis Gosi TUTAJ. Zagotowałam się jednak już znacznie wcześniej. Ach, ten fejsbuczek, ile on mi krwi napsuje. Nie wiem czy to pod memy podciągnąć, czy pod co, bo z tym nazewnictwem jak się okazuje też mam problemy :) w każdym razie, już parę razy uderzyło mnie po oczach zdjęcie przekreślonej dyni z dwoma, jakże ważnymi, pytaniami... Pierwsze: Znowu małpujesz Amerykanów? I drugie: A znicz babci zapaliłeś?
I tym sposobem, kiedy już wyrównałam sobie ciśnienie krwi dwoma głębszymi i zjedzeniem połowy tabliczki czekolady, zrozumiałam, że jestem jak ten Wałęsa- On też kiedyś nie chciał, ale musiał. I ja mam tak, kurna, z tym Halloween. No nie chcem, nie chcem... Ale rady nie ma :)

No więc tak- na każde z tych pytań odpowiadam: "TAK". Chociaż nie, w zasadzie nie do końca. Bo tak jak już to rok temu sobie ustaliliśmy w tym wpisie, Halloween nie jest świętem amerykańskim. Mimo, że właśnie w tej okropnej, paskudnej, zepsutej do szpiku kości Ameryce obchodzone jest wyjątkowo hucznie. I chwała Wam, Amerykanie, za to. Aj law ju!

Natomiast, jeśli miałabym możliwość zadania jednego pytania do tej antyhalloweenowej nagonki, zadałabym następujące: A co ma jedno do drugiego? Albo jeszcze inaczej: Czy naprawdę jedno wyklucza drugie?

Jak powszechnie wiadomo, Halloween obchodzimy 31października. Na cmentarzu, u babci, dziadka, stryjka i męża ciotki, powinniśmy pojawić się nie 1 a 2listopada. Taka jestem genialna, że w końcu to odkryłam- można poluzować gumę w stringach (dzięki Ci Pink za ten tekst) i nie pienić się za każdym razem, kiedy słyszymy o Halloween, bo obchody tego święta, nie kolidują z naszą tradycją, którą tak wdzięcznie, szumnie i bardzo głośno przypominamy. Brawo ja!
A w kwestii obrony naszego Dnia Wszystkich Świętych, mam tylko jedną refleksję- gdzie są przez cały rok ci zagorzali obrońcy, kiedy odwiedzając latem grób dziadka, potykam się o znicze zapalone właśnie 1listopada... Ach, pewnie agitują na fejsie w innych, "ważnych" sprawach.

Tak, wiem z jakimi obrzędami wiązało się to święto w jego początkach. Pewnie, że tego nie pochwalam, nie kręci mnie to i nie mam ochoty tego "małpować". Ale na Boga- kiedy składano te ofiary z ludzi? I kto to robił? Te amerykańskie, chichoczące pięciolatki? Ile z tych obrzędów, tradycji zachowało się do dziś?

Tak, Eliza też zna historię tego święta. Wie, dlaczego kościół je potępia. Zna też nasze zdanie na ten temat. Nigdy na siłę nie wciskałam Jej w strój czarownicy. Nie wyganiałam Jej też z domu, z przykazaniem, że bez wora cukierków ma nie wracać. Nie kazałam obrzucać okien sąsiadów, którzy zamkną Jej drzwi przed nosem, jajkami. Ostrzegałam, że ani Strzały, ani Bututy (nasze świnki morskie)  nie pozwolę złożyć w ofierze, a wszystkie koty w okolicy dokładnie policzyłam :)

W zeszłym roku, to nawet żal mi Jej było. Jak wiecie, była wtedy w trakcie przygotowań do Pierwszej Komunii. Halloween, i słusznie, kojarzyło Jej się z zabawą, śmiechem, czasem spędzonym z rodzicami (wiecie- takie nasze małe rytuały- poszukiwanie dyni, wydrążanie jej, kupowanie cukierków) i rówieśnikami. Nie miała poczucia, że robi coś złego. A jednak- na lekcji religii i w kościele, nasłuchała się tyle, że uszy puchną.

W tym roku Eliza dostała zaproszenie do koleżanki na imprezę halloweenową. Ucieszyła się bardzo. Jest o rok starsza, o rok mądrzejsza. Już wie, że NA PEWNO nie robi nic złego. Zna swoje intencje- nie ma w nich żądzy krwi i chęci na wywoływanie duchów. Eliza, jak i Jej rówieśnicy, widzi w tym dniu okazję do dobrej, wspólnej zabawy. Czy naprawdę takie intencję mogą nosić znamiona grzechu? W czym, do jasnej cholery, czai się tu to ZŁO? Błagam, nie przesadzajmy. Czy nie zakrawa już o ignorancję, nie zauważanie faktu, że Halloween i sposób jego obchodzenia ewaluowały DOŚĆ ZNACZĄCO przez te wszystkie lata?

I nie, nikogo do Halloween nie przekonuję. Nigdy nie było to moim zamiarem. Eliza, podobnie jak w zeszłym roku, wie, że nie wszyscy obchodzą to święto, i mają do tego prawo. Zresztą umówmy się- dzieciaki najczęściej wiedzą do kogo mają pukać, a takim umownym symbolem, znakiem rozpoznawczym, jest właśnie ta nieszczęsna dynia...

Kiedy więc czytam u Gosi, że w przedszkolu, wśród 3latków, nie można urządzić święta dyni... Myślę sobie wtedy jakie to polskie. Jacy my jesteśmy prawi, jacy porządni, jacy czyści i nieskazitelni. I jacy jednocześnie w tym wszystkim żałośni. Rozumiem, że ze względu na przekonania niektórych rodziców, dyrekcja nie odważy się zezwolić na obchody Halloween. Rozumiem, naprawdę, choć to decyzja mocno zachowawcza, ale w pewnym sensie rozsądna. Rozumiem także, że 3letni Staś, z gilem po pas i w stroju kościotrupa mógłby swoim widokiem oburzać i obrażać uczucia religijne dorosłych. Natomiast zupełnie nie rozumiem, co jest złego w zajęciach manualnych, plastycznych, w których motywem przewodnim byłaby właśnie dynia. Nie mogę pojąć, co byłoby złego, gdyby dzieci wraz z rodzicami przygotowały jakieś dyniowe przebrania i potupały przez chwilę nóżką z tej okazji. Kogo by to uraziło? Kogo zabolało? Może w takim razie pójdźmy o krok dalej i wycofajmy dynię ze sklepów. Mądre głowy z aktualnie rządzącej partii na pewno by to jakoś sensownie uargumentowały...

A teraz pojadę Jurkiem Owsiakiem i na koniec napiszę Wam tak: (A) Róbta co chceta :)

Co prawda dzieci z mojego osiedla tu nie zaglądają (i może dobrze), ale mam do Nich dwa słowa- nie krępujcie się- dzwońcie, pukajcie, ciocia Marta już zrobiła zakupy w Biedronce. Tylko pamiętajcie- umyjcie potem dokładnie zęby. Mogę mieć na sumieniu Wasze dusze, ale nie uzębienie. Bo nawet ja mam swoje priorytety :)

A tak spacerowałam prawie samotnie, bo jednak z Miśkiem, podczas weekendu. Lila pauzowała w domu- zapalnie gardła. A jutro, całą rodziną, idziemy na pasowanie na przedszkolaka. Tata już przeżywa :) Mama wzięła się na sposób i nie myśli...








Wasze komentarze... Well... Jutro?

poniedziałek, 26 października 2015

Dzień kundelka, czyli adoptuj psa, a nawet dwa :)

Dzięki Tosinkowym Opowieściom dowiedziałam się, że wczoraj obchodziliśmy to psie święto. Szkoda, naprawdę szkoda, że dopiero dziś było mi dane to odkryć- przynajmniej miałabym wczoraj jakiś powodów do świętowania :) Nie, nie- nie będę płakać za PO. Nie cieszy mnie też wygrana PIS-u. Ot, taka sytuacja :) I to by było tyle o polityce, bo jak wiecie- na tym blogu nie ma nią miejsca. Prędzej Wam tu machnę post o karmieniu piersią (Boże, uchowaj!), albo o tym, że "mamy cesarkowe" też mogą czuć się dumne (Boże, uchowaj po raz drugi) niż wdam się w polityczne dyskusje :)

Wracamy więc do czterech łap, merdającego ogona i głośnego szczekania czyli, przybliżę Wam dzisiaj trochę postać naszego kundelka. Jednak nie- to nie będzie TEN obiecany post pt. "Prawdziwa historia Miśka".

Na to, żeby Wam ją opowiedzieć, potrzebuję czasu. Chcę budować napięcie, grać emocjami i wyciskać łzy :) Sama, chcę przeżyć to jeszcze raz. Zapisać toczka w toczkę tak jak było, żeby kiedyś, kiedyś móc do tego wrócić, wyć jak bóbr i... pojechać do schroniska po kolejnego psa.

Tyle czasu spędzonego przed laptopem w poszukiwaniu TEJ rasy. Rasy, która spełni nasze oczekiwania pod względem wielkości, temperamentu, potrzeb, predyspozycji... Rasy, której my będziemy mogli dać od siebie tyle samo, ile ona nam. Tyle godzin na poszukiwaniu psa idealnego. Nie do końca chciany kompromis, bo jednak ze względu na Lilę z marszu odrzuciliśmy rasy duże, a te "kręcą"nas chyba najbardziej. Kilkanaście telefonów, jeszcze więcej maili, ulga, że trafiamy na uczciwych, kompetentnych hodowców, a nie na handlarzy. Bo i hodowca może być jedynie handlarzem, ale tu już musiałabym rozwinąć myśl. Dzięki temu szczęściu, nie "ładujemy" się w rasę, która Elizie podobała się bardzo, a która mimo, że na pozór sprawiała inne wrażenie, nie byłaby dla nas odpowiednia. Odpowiedzialność- to takie ważne słowo. Zarówno z perspektywy przyszłych właścicieli, jak i właściciela, który ma oddać zupełnie obcym, przecież, ludziom szczeniaka...

W końcu jest. Wybraliśmy. Decyzja zapadła... Oczekujemy razem z hodowczynią z Poznania. Fantastyczna kobieta, wielka miłośniczka psów. Wymieniamy maile. Prześwietla nas na wylot, nie boi się pytać. Chce, żebyśmy i my pytali. Mówi, że wtedy mniej się boi oddać szczeniaka. Wiem, że lepiej wybrać nie mogliśmy.

I właśnie wtedy, kiedy niemal odliczamy z Kasią tygodnie do końca ciąży Jej suczki, w naszym życiu pojawia się ON.

Pojawia się zupełnie normalnie, jak kilkadziesiąt innych psów, które widywaliśmy już pod naszym blokiem- podczas cieczki suczek naszej sąsiadki z naprzeciwka.

I nigdy, przenigdy nie spodziewałabym się, że po ponad dwóch miesiącach od chwili, kiedy zaczęłam GO w ogóle zauważać, adoptujemy GO ze szczecińskiego schroniska.

Misiek, Michula, Misiasty... Tak bardzo nierasowy, a tak bardzo nasz.

Tu zaraz po adopcji- także Lila jeszcze ze smokiem (tak, tak :p) a Misiek jeszcze bez... futra :) Kiedy GO poznaliśmy był strasznie zarośnięty, w większości sfilcowany, brudny i śmierdzący. A "Miśkiem" został właśnie ze względu na tą Jego sierść... W schronisku obcięli Go bardzo krótko, i dobrze- raz, że uporali się w ten sposób z filcem i zaniedbaną sierścią, a dwa- lato ma swoje prawa. My wraz z nadejściem wiosny też zabierzemy Go do psiego salonu piękności... Ciekawe, czy będzie tak samo niezadowolony, jak podczas kąpieli :)



A tu już przypomina naszego Misia :)
Tyle, że bez kołtunów, filcu i smrodu... 
A psi zapaszek- no tego chyba nie da rady uniknąć. Zwłaszcza po deszczu...
 



czwartek, 22 października 2015

Mobilizacja, czyli jedziemy z tą dynią :)

Nie, nie... Nie tylko o dyni dziś będzie, ale podobno są tu wśród Was i takie osóbki, które czekają na inspiracje z pomarańczowym warzywkiem w tle :) A, że przypomniało mi się danie, które jakiś czas temu nam wyczarowałam, a które jutro mam zamiar powtórzyć... Jednym słowem- byłabym wredną małpą, gdybym Wam go tutaj nie pokazała :p

Skoro mamy tu takich samych dyniowych fanatyków jak ja, teraz odpowiedzmy sobie na kolejne, bardzo ważne pytanie :) Mianowicie: kto ma ochotę na rybę? Lubię takie dania, w których jest dużo dobrego :) Tu mamy sporo warzyw (u mnie: cebula, marchewka, papryka czerwona, pomidory koktajlowe, dynia i dużo natki pietruszki) i zdrową rybkę- czego chcieć więcej?

A teraz- jak to wyglądało:




Mi i Marcinowi baaaardzo smakowało. Lila tylko spojrzała i z pogardą oświadczyła: "Nie lubię dyni". I to jest akurat prawda- no nie lubi i już. Eliza natomiast... Tak, reakcja Elizy, to jest zdecydowanie temat na osoby post :)

Linku do przepisu nie ma, bo to wypadkowa iluś tam przepisów podejrzanych w sieci plus moja sprawdzona receptura na curry warzywne.

A skoro jesteśmy już przy dyni... Pisałam już, że orzechy dostaliśmy? Dużo orzechów...
A, że ja lubię łączyć przyjemne z... przyjemnym, tak oto wynalazłam przepis na te muffinki:




 Przepis TUTAJ.

I cóż... Tu już Lila nie odgrażała się, że miłością do dyni nie pała :) Także, gdyby Wam szczególnie zależało na tym, żeby dzieciakom trochę dyni przemycić- upieczcie muffinki. Od razu uprzedzam- w przypadku takich dzieci jak Eliza- nie przejdzie. Ona ma jakiś wewnętrzny wykrywacz wszystkiego co zdrowe :)

W każdym razie muffinki wyszły całkiem, całkiem- takie trochę już w klimacie Świąt Bożego Narodzenia. A, że ja zdecydowanie jeszcze w tych klimatach nie jestem- wymyśliłam sobie jeszcze lepsze połączenie dyni i orzechów. Przepis na to ciasto już był na blogu, ale nie zaszkodzi go tu odświeżyć. Także inspiracji czerpałam z TEJ oto strony. Z tą różnicą, że ja nie piekę z tego przepisu muffinek, a ciasto... Tym razem sypnęłam do niego sporo orzechów, przygotowałam polewę jak do ciasta, które pokazywałam Wam ostatnio (tak, tak Iwonko- pamiętam o przepisie :)) i udekorowałam je również znaczną ilością orzechów...
No i wszystko fajnie, ale to łuskanie już mi bokiem wychodzi :)






W temacie dyni... Od wczoraj, w kawiarniach Columbus Coffe, możecie spróbować nowej latte- cynamonowa dynia. I teraz powinnam napisać: "Na hasło <mama2c> 50% rabatu na dowolną latte z oferty jesiennej>", ale nie napiszę :) Opiszę Wam natomiast moją małą "przygodę" z wypadem do innej kawowej sieciówki, na ich słynny dyniowy napój serwowany w tym szczególnym okresie, jakim są okolice Halloween.

Było to dokładnie dwa lata temu, i w tym momencie muszę popełnić małą dygresję. Okazuje się bowiem, że niewiele w moich upodobaniach i formach spędzania wolnego czasu się zmieniło- tak jak i wtedy, tak i teraz uwielbiam przeglądać blogi kulinarne... Tu mamy natomiast prostą i szybką odpowiedź, dlaczego i wtedy i dziś mam na plusie niechciane co najmniej 5kilo...
I na tych blogach, co i rusz kuszono właśnie tą słynną dyniową latte. Większość kulinarnych blogerek proponowała wtedy swoją wersję tej kawki, ale ja, kiedy wreszcie doszłam do tego, jaka to kawiarnia mieści się pod tajemniczą literą "S" (tak- może nie jestem naturalną blondynką, ale mentalną już na pewno) zapragnęłam spróbować pierwowzoru, oryginału, sięgnąć do źródeł...

I tu po raz kolejny wychodzi ta moja "blondynkowatość", bo nie wiedzieć czemu- uparłam się, że na tą dyniową latte pojadę z mężem. I teraz za cholerę przypomnieć sobie nie mogę, po co ja Go tam ciągnęłam. Chociaż, w ostatecznym rozrachunku, dobrze się stało, ale o tym- za chwilę. W każdym razie, jakoś tak się wtedy składało, że umówić się z własnym mężem na kawę, graniczyło w moim przypadku z cudem. Ze trzy razy przekładaliśmy to wyjście, bo zawsze coś tam wypadało.

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Tyle, że... był to już początek grudnia. Wiele razy pisałam to już tutaj- Księciunio to optymista. On by nawet w marcu wierzył, że podadzą mu sezonową dyniową latte bez mrugnięcia okiem. Że gdzieś tam, w jakiejś małej szafce na zapleczu, pokrytej pajęczynami, ktoś trzyma te wszystkie sezonowe syropy, na wypadek wizyty jakiejś zbłąkanej duszyczki, która np. zimą ma ochotę na mrożoną kawę, albo latem na dyniową... W związku z tym jak to- że w grudniu mogą nie mieć jej już w swojej ofercie? No dobre sobie...

A jednak. Wyobrażacie sobie moją minę, kiedy z tą informacją wrócił do stolika? Z jednej strony triumf- a nie mówiłam! A z drugiej- no szkoda trochę. Zwłaszcza, że to był taki czas, kiedy byłam naprawdę mocno zafiksowana na wszystko co dyniowe. Nie wiem- jakieś szczególne braki w organizmie? Patrząc na moje blade nogi obstawiałabym deficyt beta-karatenu, ale jakoś do marchewki nigdy szczególnie mnie nie ciągnęło...

W każdym razie, teraz zdradzę Wam coś jeszcze o Księciuniu. Mój mąż tak łatwo się nie poddaje. Pan od kawy twierdzi, że już nie robią dyniowej latte, ponieważ weszła właśnie oferta świąteczna. A co na to mój mąż? Nie, nie- On jest (prawie) zawsze bardzo kulturalny. Nie powiedział, że w dupie ma świąteczną ofertę. Nawet jeśli tak pomyślał... Zapytał tylko grzecznie, czy na pewno nie mają już tego syropu, na bazie którego robią tą latte. Pan odpowiedział, że nie. I tu już nie pamiętam, co mój mąż Mu powiedział, nie sądzę, żeby wziął Go na litość, że żona, że jazdę zrobi, że foch będzie, bo nawet ani razu nie odwrócił się w moją stronę. Natomiast wymusił na panu, że ten zadzwoni do kawiarni w innym miejscu, i zapyta, czy może oni mają jeszcze trochę tego syropu. I tu stał się cud, a nawet dwa :) W tamtej kawiarni mieli jeszcze ten syrop, a w tej, w której byliśmy... też się znalazł :) Tu powinnam napisać jakże oczywistą puentę- że kto pyta nie błądzi, albo- że nigdy nie należy się poddawać, jednak... To nie koniec historii.

Mąż wrócił z kawami do stolika. Dla mnie słynna dyniowa, dla Niego- piernikowa. Emocje sięgają zenitu... Biorę pierwszego łyka, który... ledwo przechodzi mi przez gardło. Marcin, który prawie od pół roku wysłuchiwał, jaką mam ochotę na tą kawę, jaka musi być fantastyczna, jak ją zachwalają, uważnie obserwuje moją reakcję. A ja? Myślę: "Nie wierzę!". Biorę jeszcze jednego łyka... Może mi się tylko wydaje... Nie, nie wydaje mi się. Tego się nie da pić. Ja najlepiej znam nasze dzieci, a mnie- mąż. "Co, nie smakuje ci."- bardziej stwierdza, niż pyta... Finał anegdotki jest taki, że ja wypiłam Jego, całkiem dobrą piernikową, a dyniowa latte? Na mnie wrażenia nie zrobiła :)

Tymczasem... Przeziębienie niestety nie odpuszcza, a za chwilę weekend... Mam nadzieję, że przestanę smarkać, bo powinnam odwiedzić chrześniaka (miał w tym tygodniu urodziny) a i z mamą znowu umówiliśmy się na niedzielny obiadek. Jesień jest naprawdę paskudna w tym roku- ktoś widział słońce? U nas owszem- pięknie przebarwiające się drzewa, kolorowe liście, ale... tak szaro i ponuro przy tym. Przeziębienie trochę krzyżuje mi plany, bo czas zrobić porządek na balkonie, a i na działce trzeba zlikwidować kwiaty w doniczkach. Wierzyć się nie chce, że lada moment przestaniemy tam w ogóle chodzić, bo nie będzie po co :)

Dopisek: 

Pisanie posta na raty, kończy się tym, że mogę dokonać aktualizacji: balkon częściowo sprzątnięty, surfinie z działki wyniesione, a Lila... właśnie dostaje gorączki :(
K...! No teraz zaczynam się już naprawdę niepokoić. Bakteria w moczu, CRP poniżej 1, a gorączka wraca... Pytanie tylko, czy właśnie wraca, czy to coś zupełnie nowego. Od ostatniej temperatury minęło 1,5tygodnia, a w tym czasie mogło się przecież zdarzyć wszystko. Dodatkowo- ja jestem dość mocno przeziębiona... Przy wszystkich blaskach macierzyństwa, ochach i achach to, jest coś, co mnie w byciu mamą dobija, przerasta... To właśnie ten olbrzymi strach o zdrowie dzieci...
Żeby było zabawniej, dziś będąc po Lilę, wyczytałam, że 29października mamy pasowanie na przedszkolaka...

Dziewczyny! Na Wasze komentarze odpowiem w wolnej chwili.

A tu- dziś podczas zmiany podłoża świnkom... I tak było fajnie, spokojnie, bez nerwów... Ech :(













wtorek, 20 października 2015

Kino, CRP, "skejterka", filharmonia...

Jak widać- kreatywność w budowaniu napięcia tematem posta- bliska zeru :) No chyba, że ktoś umiera z ciekawości, co ja- mama dwóch córek, robiłam w filharmonii :)
Niestety, kreatywność wymaga także zaistnienia pewnych okoliczności, a okoliczności są dziś takie, że marzę tylko o ciepłym kocyku, paczce chusteczek, i kimś pod ręką, kto będzie mi przynosił gorącą herbatkę.
No, to się dopiero rozmarzyłam...

Czas na "raport" :)

Kto zna lepiej dziecko, niż mama? No kto? Czy to w kwestii kaloszy, czy kina...
Tak jak przypuszczałam, z wyjściami do kina możemy jeszcze spokojnie zaczekać :) Owszem, pierwsze 20minut było Lilki- podobno nawet z zainteresowaniem oglądała. A potem było już tylko gorzej...

Nie, nie- nie, żeby tam jakieś sceny dantejskie się działy. Zwyczajnie- limit koncentracji uwagi został wyczerpany, a Lilę interesowało tylko to, kiedy wyjdą z tej dziwnej sali :)

Przed kinem...


Po kinie...
 
Zaraz po kinie, z duszą trochę na ramieniu, pojechaliśmy na pobranie krwi. Każde z nas stresowało się czymś innym- Marcin wynikiem (czułam, że będzie dobrze), a ja samym pobraniem- nie wiedziałam, jaka będzie reakcja Lilki. Okazało się, że Ona miała z nas największy luz. W trakcie, kiedy pani pielęgniarka "męczyła" Jej paluszka, Mała tylko spytała, czy już jedziemy- ot, i tyle zainteresowania :)

Wyniki, tak jak podejrzewałam, były dobre. CRP nie przekraczające 1, także wielkie UFFFF :)

Musieliśmy się jednak zrelaksować. A jak relaksują się trzy dziewczyny, jeśli nie mogą uspokoić skołatanych nerwów zakupami? Pojechaliśmy na kawę :)



W niedzielę, tak jak mieliśmy w planach, pojechaliśmy do dziadków. Układ jest fantastyczny- ja ciasto, mama obiad :) Niestety, zapomniałam aparatu, także wszystkie zdjęcia w tym poście, zostały zrobione telefonem. Jakość jakością, ale smaku i wyglądu tego ciasta, na pewno nie oddadzą:



Chyba powtórzę je na Lilki urodziny...
Przy okazji wizyty u dziadków, odwiedziliśmy też mojego brata- chrzestnego Lilki.
Lila poszalała na nowym placu, koło Ich bloku, a Eliza dostała w spadku po Dawidzie deskorolkę. Bardzo Ją ten prezent ucieszył, i widzę, że złapała nowego bakcyla :)



Natomiast w poniedziałek zgodziłam się towarzyszyć przedszkolakom w wyjeździe do Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie. Brzmi dumnie, prawda? I słusznie :)
Jechaliśmy w obie strony autobusem, co początkowo trochę mnie przerażało, ale dzieciaki były naprawdę świetne. Zarówno w podróży jak i na miejscu. I bynajmniej nie piszę tego, bo chodzi o "nasze" dzieciaki. Jak wiecie- daleka jestem od takiego słodzenia, realnie i dość krytycznie oceniając poczynania własnych, osobistych dzieci :)
W każdym razie było dobrze. Dzieci zainteresowane, skupione. Fakt, że formuła takiego spotkania dla maluchów, była fantastyczna. Owszem, wysłuchały kilku utworów, ale każdy jeden poprzedzony był rozmową, opowiadaniem (przystosowanym do możliwości poznawczych i wyobraźni najmłodszych) o danym instrumencie, klaskaniem i tak dalej. Dziewczyna, która prowadziła całe to spotkanie, skradła moje serce. Chyba pierwszy raz w życiu spotkałam taką animatorkę. To, w jaki sposób mówiła do dzieci, jak zachęcała Je do rozmowy, do aktywnego udziału- no coś wspaniałego, i mód na matczyne serce :)




Natomiast jeśli miałabym napisać, jak to było być opiekunką w grupie Lilci...
Cóż... Byłam na każdym jednym wyjeździe, kiedy to Eliza chodziła do przedszkola. I muszę przyznać, że Elizka po stokroć lepiej się wtedy odnajdywała. Owszem, cieszyła się, że jestem, ale... była przy tym zupełnie normalna. Lila natomiast zachowywała się tak, że nawet pani zauważyła, że w przedszkolu, jeszcze nigdy czegoś takiego nie pokazała :) Kłóciła się z dziewczynkami (od początku miałam wrażenie, że Ona zdecydowanie lepiej dogaduje się z chłopcami), była taka totalnie "niedotykalsa"- podnosiła larum, gdy tylko któraś z Nich Ją dotknęła... No cuda wianki. I szczerze mówiąc- mocno zastanowię się, czy następnym razem pojadę z Nimi.

A na koniec, zamiast pójść z dziećmi do przedszkola (wróciliśmy o 13), kategorycznie oświadczyła, że wraca ze mną do domu... Może to błąd, ale uległam- zwyczajnie nie chciało mi się za godzinę znów tam po Nią iść. 

Dziś za to czeka mnie wywiadówka u Elizy... "Uwielbiam" :) Dlatego, ostatkiem sił, zwlekę się do kuchni, upiekę dyniowe muffinki z orzechami, i zacznę się nastrajać na to jakże przeze mnie lubiane wydarzenie.






piątek, 16 października 2015

I po i przed...

Po wynikach, przed weekendem.
Słów kilka :)

Niestety, po 15 Marcin nie miał dobrych wiadomości- E.coli w posiewie. Ilość średnia, jak to określiła pani laborantka. Sms do naszego Pana doktora. Umawiamy się na telefon po 17. Uwielbiam tego faceta. Sam ton Jego głosu, nie wiem, może barwa? działają na mnie uspokajająco. Ustalamy fakty, które nie są tak złe, jak może wskazywać wynik. Jutro mamy zrobić CRP i wtedy podejmiemy decyzję co dalej. Jak dobrze, że są lekarze, który nie przepisują antybiotyków niczym witaminy C...
Nie mniej jednak spokój trochę zmącony. Mam jednak porównanie do tego, co było ponad rok temu, kiedy ZUM szalało na całego- teraz Lila jest w o Niebo lepszej formie.

Eliza popołudnie spędziła z koleżankami w kinie, dzięki uprzejmości mam jednej z Nich. Dziewczynki obejrzały "Hotel Transylwania 2". Mam nadzieję, że niedługo my się zrewanżujemy taką wyprawą :)

A jutro swój kinowy debiut zaliczy Lila :) Idziemy po raz pierwszy na Poranek. Z Elizą jakoś szybciej na nie chodziliśmy, a i tak mam wątpliwości, czy Lila wytrzyma... Wątpię :) Chociaż plany ma ambitne- Eliza po kinie przywiozła popcorn, także Mała też już oświadczyła, że Ona sobie taki kupi :) Ech, fajnie tak patrzeć, jak Eliza jest dla Lilki (czasami) wzorem, wyrocznią, przewodniczką :)

Kiedy tata z córcią, będą oglądać bajki, my z Elizą poszukamy dla Niej kaloszy... Prognozy na weekend nieciekawe, a i tak pewnie przydadzą się jeszcze nie raz. Lila swoje "ochrzciła" wczoraj, o tak:




Właściwie nie wiem dlaczego, ale ani rok temu, ani dwa lata temu, Lila takiego obuwia się nie dorobiła. Chociaż nie, wróć- wiem dlaczego. Przecież my Lilę dobrze znamy. Brak kaloszy oznaczał omijanie kałuż szerokim łukiem. O dziwo- działało. I tak jak mogłam się domyślać- ledwo Mała kalosze na nogi zapodała, a już była gotowa nie tylko chodzić po kałużach, ale nawet się w nich wykąpać. Znasz to Juti? No tak- latem może nawet by mi to nie przeszkadzało, ale przy 7-8stopniach...

W każdym razie zabawa była przednia, aż cud, że obiektyw aparatu nie uległ zniszczeniu.

I pomyśleć, że taka zabawa tylko dzięki tacie :) Pomyślałybyście, że nasz Księciunio przegląda gazetki z Lidla? I kiedy podesłał mi link do osprzętu na deszczowe dni, tylko wspomniałam, żeby w walce o kalosze i kurtkę przeciwdeszczową się szanował, bo nie mam zamiaru oglądać filmików z Jego udziałem w sieci...

W niedzielę jedziemy do mojej Mamy na obiad.
18październik... Jeden dzień, tyle wydarzeń:
15 urodziny Marcina chrześnicy
9 rocznica śmierci mojej Babci
7 rocznica ślubu mojej bardzo dobrej koleżanki

9lat... A czasami mam wrażenie, że nadal to do mnie nie dotarło.
Pamiętam jak dziś, kiedy jechałam pożegnać się z Babcią... Mama zadzwoniła, że to kwestia godzin, może jednego dnia... I tak dziwnie, a jednocześnie tak bardzo trudno było to zrobić, nosząc w sobie radość z nowego życia- Eliza miała wtedy 6tygodni. Tak smutna była świadomość tego, że Babcia nie będzie cieszyła się prawnuczką. Tak na Nią czekała. Jedyne czego żałuję, i czego nie mogę sobie darować, to to, że nie zrobiłam Elizie zdjęcia z Prababcią. Babcia już od kilku miesięcy nie była w domu, a ja myślałam jakoś tak naiwnie, że zdążę, że jeszcze mam czas...

Żeby nie kończyć tym smutnym akcentem... może ciasto na weekend?
Te co prawda piekłam w tamtą sobotę- w ten weekend u nas klimaty będą zdecydowanie orzechowe. Zostaliśmy tak hojnie obdarowani, że trzeba zacząć je upychać w ciastach, sałatkach, pastach na kanapki, wszędzie... :)

Tymczasem- typowy ucierany "zwyklak", ale jak smakował... Z ostatnimi malinami. Przepyszny!



środa, 14 października 2015

Typowe, jesienne rozkminki :)

Przy moim sceptycznym w tym roku nastawieniu do jesieni, ta, którą od dwóch dni widzę za oknem, jeszcze bardziej nastawia mnie na "NIE"... 

Chcąc nie chcąc (no dobra- bardziej nie chcąc) pogodziłam się już z tym, że lato odeszło bezpowrotnie i przyjdzie nam teraz czekać na nie kilka baaaaardzo długich miesięcy. Ostatnie dni, choć już dużo chłodniejsze, niż przed naszym weekendem w Gdańsku, rozpieszczały nas jednak słońcem. Nie mniej jednak- nadal daleko mi do tego wielkiego jesiennego "wow" jakie wybuchało w mojej głowie wraz z pierwszym przyuważonym żółtym liściem. I chyba już tego wybuchu nie mam co się spodziewać :) Mimo wszystko, słysząc co się dzieje u Dziewczyn w Krakowie i górskich okolicach, cieszę się, że u nas wciąż jesień... Nawet ta szaro-bura :)

Do tego uruchamia mi się typowa dla tego okresu melancholia i nostalgia pt. "Urodziny Lili", a w wolnym tłumaczeniu- kiedy ta moja mała dziewczynka tak urosła i dlaczego tak szybko... Powoli zaczynam myśleć o torcie, na którym ma się w tym roku znaleźć pingwinek. W zeszłym roku towarzyszył nam ten sam motyw przewodni :) Ciekawe przy których urodzinach Lila zażąda różu i księżniczek :p A może nigdy tego nie zrobi? Może to nie ten typ?
Mam już co prawda pewien pomysł na dekorację tortu (nie, nie- matka się tego zadania nie podejmie :P), jednak biję się trochę z myślami, czy biało- czarny tort będzie odpowiedni dla 3latki...

Wracając do jesieni- jakby nie patrzeć, to chyba najpiękniejsza pora roku do fotografowania.  Chojna także w kuchni- tyle wariacji crumble, ile już upiekłam, że drżyjcie pośladki ;) Dynię także "męczę"- niby jak co roku, ale jakoś brak mi weny do wyszukiwania nowych przepisów. Tu akurat liczę, że w listopadzie jednak weźmie mnie na całego, i dyniowo przepadnę :) Na razie raczę się mega gęstymi dyniowy zupkami, i powoli zaczynam szukać nowych przepisów.





















Jeśli chodzi o zdrowie Lilci, to... Wiemy, że nic nie wiemy. W poniedziałek był pan doktor, zbadał Małą bardzo dokładnie (tak długo osłuchiwał plecki, że byłam zaniepokojona, czy to nie przypadkiem znowu jakieś ukryte zapalanie płuc- Lila nadal ani nie smarkała, ani nie kaszlała), sprawdził uszy, gardło, podotykał brzuszek... I nic nie znalazł. Ostatnią gorączkę Mała miała w poniedziałek rano. Zalecił posiew moczu i mamy być z Nim w kontakcie. Posiew... Ech, po zeszłorocznym zakażeniu układu moczowego to słowo zawsze będzie przyprawiało mnie o dreszcze :( Mam nadzieję, że żadna bakteria nam się nie przyplątała. Choć gorączek bez przyczyny też nie lubię- mimo wszystko są jednak niepokojące. 

Wczoraj jeszcze zatrzymałam Małą w domku, ja i tak w nim jestem, więc dałam Jej ten dodatkowy dzień na dojście do siebie. Nie powiem, koło 17 miałam ochotę pójść na długi spacer z Miśkiem i machać dzieciom przez okno... ale jakoś wszystkie trzy przeżyłyśmy. Tata był w tym czasie na szkoleniu w Gdańsku. 

No to może zanim zacznę odpisywać na Wasze komentarze, pochwalę się, że udało mi się sklecić część pierwszą postu o obozie Elizy, a niedługo przedstawię Wam historię naszego Miśka :) Czyli- uwijam się ;)