Mama2c

Mama2c

czwartek, 22 października 2015

Mobilizacja, czyli jedziemy z tą dynią :)

Nie, nie... Nie tylko o dyni dziś będzie, ale podobno są tu wśród Was i takie osóbki, które czekają na inspiracje z pomarańczowym warzywkiem w tle :) A, że przypomniało mi się danie, które jakiś czas temu nam wyczarowałam, a które jutro mam zamiar powtórzyć... Jednym słowem- byłabym wredną małpą, gdybym Wam go tutaj nie pokazała :p

Skoro mamy tu takich samych dyniowych fanatyków jak ja, teraz odpowiedzmy sobie na kolejne, bardzo ważne pytanie :) Mianowicie: kto ma ochotę na rybę? Lubię takie dania, w których jest dużo dobrego :) Tu mamy sporo warzyw (u mnie: cebula, marchewka, papryka czerwona, pomidory koktajlowe, dynia i dużo natki pietruszki) i zdrową rybkę- czego chcieć więcej?

A teraz- jak to wyglądało:




Mi i Marcinowi baaaardzo smakowało. Lila tylko spojrzała i z pogardą oświadczyła: "Nie lubię dyni". I to jest akurat prawda- no nie lubi i już. Eliza natomiast... Tak, reakcja Elizy, to jest zdecydowanie temat na osoby post :)

Linku do przepisu nie ma, bo to wypadkowa iluś tam przepisów podejrzanych w sieci plus moja sprawdzona receptura na curry warzywne.

A skoro jesteśmy już przy dyni... Pisałam już, że orzechy dostaliśmy? Dużo orzechów...
A, że ja lubię łączyć przyjemne z... przyjemnym, tak oto wynalazłam przepis na te muffinki:




 Przepis TUTAJ.

I cóż... Tu już Lila nie odgrażała się, że miłością do dyni nie pała :) Także, gdyby Wam szczególnie zależało na tym, żeby dzieciakom trochę dyni przemycić- upieczcie muffinki. Od razu uprzedzam- w przypadku takich dzieci jak Eliza- nie przejdzie. Ona ma jakiś wewnętrzny wykrywacz wszystkiego co zdrowe :)

W każdym razie muffinki wyszły całkiem, całkiem- takie trochę już w klimacie Świąt Bożego Narodzenia. A, że ja zdecydowanie jeszcze w tych klimatach nie jestem- wymyśliłam sobie jeszcze lepsze połączenie dyni i orzechów. Przepis na to ciasto już był na blogu, ale nie zaszkodzi go tu odświeżyć. Także inspiracji czerpałam z TEJ oto strony. Z tą różnicą, że ja nie piekę z tego przepisu muffinek, a ciasto... Tym razem sypnęłam do niego sporo orzechów, przygotowałam polewę jak do ciasta, które pokazywałam Wam ostatnio (tak, tak Iwonko- pamiętam o przepisie :)) i udekorowałam je również znaczną ilością orzechów...
No i wszystko fajnie, ale to łuskanie już mi bokiem wychodzi :)






W temacie dyni... Od wczoraj, w kawiarniach Columbus Coffe, możecie spróbować nowej latte- cynamonowa dynia. I teraz powinnam napisać: "Na hasło <mama2c> 50% rabatu na dowolną latte z oferty jesiennej>", ale nie napiszę :) Opiszę Wam natomiast moją małą "przygodę" z wypadem do innej kawowej sieciówki, na ich słynny dyniowy napój serwowany w tym szczególnym okresie, jakim są okolice Halloween.

Było to dokładnie dwa lata temu, i w tym momencie muszę popełnić małą dygresję. Okazuje się bowiem, że niewiele w moich upodobaniach i formach spędzania wolnego czasu się zmieniło- tak jak i wtedy, tak i teraz uwielbiam przeglądać blogi kulinarne... Tu mamy natomiast prostą i szybką odpowiedź, dlaczego i wtedy i dziś mam na plusie niechciane co najmniej 5kilo...
I na tych blogach, co i rusz kuszono właśnie tą słynną dyniową latte. Większość kulinarnych blogerek proponowała wtedy swoją wersję tej kawki, ale ja, kiedy wreszcie doszłam do tego, jaka to kawiarnia mieści się pod tajemniczą literą "S" (tak- może nie jestem naturalną blondynką, ale mentalną już na pewno) zapragnęłam spróbować pierwowzoru, oryginału, sięgnąć do źródeł...

I tu po raz kolejny wychodzi ta moja "blondynkowatość", bo nie wiedzieć czemu- uparłam się, że na tą dyniową latte pojadę z mężem. I teraz za cholerę przypomnieć sobie nie mogę, po co ja Go tam ciągnęłam. Chociaż, w ostatecznym rozrachunku, dobrze się stało, ale o tym- za chwilę. W każdym razie, jakoś tak się wtedy składało, że umówić się z własnym mężem na kawę, graniczyło w moim przypadku z cudem. Ze trzy razy przekładaliśmy to wyjście, bo zawsze coś tam wypadało.

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Tyle, że... był to już początek grudnia. Wiele razy pisałam to już tutaj- Księciunio to optymista. On by nawet w marcu wierzył, że podadzą mu sezonową dyniową latte bez mrugnięcia okiem. Że gdzieś tam, w jakiejś małej szafce na zapleczu, pokrytej pajęczynami, ktoś trzyma te wszystkie sezonowe syropy, na wypadek wizyty jakiejś zbłąkanej duszyczki, która np. zimą ma ochotę na mrożoną kawę, albo latem na dyniową... W związku z tym jak to- że w grudniu mogą nie mieć jej już w swojej ofercie? No dobre sobie...

A jednak. Wyobrażacie sobie moją minę, kiedy z tą informacją wrócił do stolika? Z jednej strony triumf- a nie mówiłam! A z drugiej- no szkoda trochę. Zwłaszcza, że to był taki czas, kiedy byłam naprawdę mocno zafiksowana na wszystko co dyniowe. Nie wiem- jakieś szczególne braki w organizmie? Patrząc na moje blade nogi obstawiałabym deficyt beta-karatenu, ale jakoś do marchewki nigdy szczególnie mnie nie ciągnęło...

W każdym razie, teraz zdradzę Wam coś jeszcze o Księciuniu. Mój mąż tak łatwo się nie poddaje. Pan od kawy twierdzi, że już nie robią dyniowej latte, ponieważ weszła właśnie oferta świąteczna. A co na to mój mąż? Nie, nie- On jest (prawie) zawsze bardzo kulturalny. Nie powiedział, że w dupie ma świąteczną ofertę. Nawet jeśli tak pomyślał... Zapytał tylko grzecznie, czy na pewno nie mają już tego syropu, na bazie którego robią tą latte. Pan odpowiedział, że nie. I tu już nie pamiętam, co mój mąż Mu powiedział, nie sądzę, żeby wziął Go na litość, że żona, że jazdę zrobi, że foch będzie, bo nawet ani razu nie odwrócił się w moją stronę. Natomiast wymusił na panu, że ten zadzwoni do kawiarni w innym miejscu, i zapyta, czy może oni mają jeszcze trochę tego syropu. I tu stał się cud, a nawet dwa :) W tamtej kawiarni mieli jeszcze ten syrop, a w tej, w której byliśmy... też się znalazł :) Tu powinnam napisać jakże oczywistą puentę- że kto pyta nie błądzi, albo- że nigdy nie należy się poddawać, jednak... To nie koniec historii.

Mąż wrócił z kawami do stolika. Dla mnie słynna dyniowa, dla Niego- piernikowa. Emocje sięgają zenitu... Biorę pierwszego łyka, który... ledwo przechodzi mi przez gardło. Marcin, który prawie od pół roku wysłuchiwał, jaką mam ochotę na tą kawę, jaka musi być fantastyczna, jak ją zachwalają, uważnie obserwuje moją reakcję. A ja? Myślę: "Nie wierzę!". Biorę jeszcze jednego łyka... Może mi się tylko wydaje... Nie, nie wydaje mi się. Tego się nie da pić. Ja najlepiej znam nasze dzieci, a mnie- mąż. "Co, nie smakuje ci."- bardziej stwierdza, niż pyta... Finał anegdotki jest taki, że ja wypiłam Jego, całkiem dobrą piernikową, a dyniowa latte? Na mnie wrażenia nie zrobiła :)

Tymczasem... Przeziębienie niestety nie odpuszcza, a za chwilę weekend... Mam nadzieję, że przestanę smarkać, bo powinnam odwiedzić chrześniaka (miał w tym tygodniu urodziny) a i z mamą znowu umówiliśmy się na niedzielny obiadek. Jesień jest naprawdę paskudna w tym roku- ktoś widział słońce? U nas owszem- pięknie przebarwiające się drzewa, kolorowe liście, ale... tak szaro i ponuro przy tym. Przeziębienie trochę krzyżuje mi plany, bo czas zrobić porządek na balkonie, a i na działce trzeba zlikwidować kwiaty w doniczkach. Wierzyć się nie chce, że lada moment przestaniemy tam w ogóle chodzić, bo nie będzie po co :)

Dopisek: 

Pisanie posta na raty, kończy się tym, że mogę dokonać aktualizacji: balkon częściowo sprzątnięty, surfinie z działki wyniesione, a Lila... właśnie dostaje gorączki :(
K...! No teraz zaczynam się już naprawdę niepokoić. Bakteria w moczu, CRP poniżej 1, a gorączka wraca... Pytanie tylko, czy właśnie wraca, czy to coś zupełnie nowego. Od ostatniej temperatury minęło 1,5tygodnia, a w tym czasie mogło się przecież zdarzyć wszystko. Dodatkowo- ja jestem dość mocno przeziębiona... Przy wszystkich blaskach macierzyństwa, ochach i achach to, jest coś, co mnie w byciu mamą dobija, przerasta... To właśnie ten olbrzymi strach o zdrowie dzieci...
Żeby było zabawniej, dziś będąc po Lilę, wyczytałam, że 29października mamy pasowanie na przedszkolaka...

Dziewczyny! Na Wasze komentarze odpowiem w wolnej chwili.

A tu- dziś podczas zmiany podłoża świnkom... I tak było fajnie, spokojnie, bez nerwów... Ech :(













20 komentarzy:

  1. Jezu! Z tymi chorobami,wspolczuje, rozumiem.... uroki przedszkola, czeka nas obie ciezk rok....

    Zdrowia zyze Wam, duzo. Moj konczy antybiotyk,mnie drapie w gardle, moj men zdesperowany zajada czosnek,ktorego nienawidzi,bo tez go gardlo nawala a nic nie pomaga. Ech...

    OdpowiedzUsuń
  2. a widzisz, jednak to możliwe - zimą ma ochotę na mrożoną kawę, albo latem na dyniową... hahaha ale szczerze uśmiałam się z tej historyjki :) :) I szalenie ciekawa byłam Twoich odczuć względem tej dyniowej kawy, bo mnie jakoś już samą nazwą nie zachęcała i proszę, Ciebie też rozczarowała :) Czyli jednak..

    jak zobaczyłam zdjęcia dania, wymiękłam, ale jak już zjechałam w dół, krzyknęłam prawie "o Boże...!" i o mały włos nie pogryzłam monitora, tak bardzo przemówiło do mnie to ciasto :) :) No i jak miło, że pamietasz o mnie ;) Od jutra chyba szukam domu do kupienia pod Szczecinem, żeby móc być częstym Twoim gościem i wtedy to nie przybędzie mi tylko 5 kg hehe ;)

    Zmartwiłas na sam koniec tą wiadomością o Lilci, kurczę, trzymam kciuki i rozumiem ten strach, ale trzeba być dobrej myśli, zrób szybciutko jutro samo badanie oczu, nawet bez posiewu. Chuchaj na zimne, przytulam i kciuki wielkie trzymam :*

    OdpowiedzUsuń
  3. oczywiście miało być badanie MOCZU..

    OdpowiedzUsuń
  4. Przede wszystkim życzę Wam powrotu do zdrowia, Dziewczyny - abyście na pasowanie poszły już zupełnie wyleczone i w świetnych nastrojach !

    Historia z dyniową latte strasznie mnie ubawiła i muszę przyznać, że trochę skojarzyła mi się z moją przygodą z kurczakiem w czekoladzie, którego sama przyrządziłam kiedyś w domu, sugerując się pochlebną opinią jednej z blogerek kulinarnych właśnie ;) Jak się potem (już po fakcie) okazało, opinii mega negatywnych było w internecie zdecydowanie więcej - i faktycznie kurczak w takim połączeniu okazał się dla wszystkich po prostu niejadalny ;) Tylko ja udawałam, że jednak mi smakuje, bo wcześniej przez miesiąc czasu chodziłam i trąbiłam, jakie to kulinarne cudo udało mi się wyszukać ;)

    Dla Twojego Męża - gratulacje za upór w dążeniu do celu i dar przekonywania :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja młoda od tygodnia ma dziwny stolec. To ze się w przedszkolu nie wypróżnia to zauwazylam bo mi maz mowil , który ja wcześniej odbieral. Tydzien temu była jelitowka u dzieci w przedszkolu. mloda nic. jeden epizod w sobote z haftem. zadnej goraczki. super. za to ma luźne, zolte stolce od dwóch dni. i najgorsze jest to ze od wczoraj nie chce robic siku. prędzej się posika niż usiądzie na nocnik. dziś histeria w przedszkolu jak ja zostawiałam. chyba się cos zapowiada i nie wygląda to rozowo :(.
    a u nas pasowanie dopiero w lutym. pewnie dlatego ze to grupa maluszkow i potrzebują więcej czasu aby je ogarnąć i nauczyć wierszyków..

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale z Ciebie żona....tak się Księciunio postarał, wywlókł prawie ten syrop z dna piekieł ,a ty co? Nie smakowało? Jakoś czytając ten tekst juz się z wyprzedzeniem uśmiechałam, bo jakos czułam , ze tak będzie :))))) Mocarna jesteś :) Ja szczerze mówiąc fanką dyni absolutnie nie jestem!!! Co do gorączki Lilki....jesli ma tak niskie CRP to łapie niestety wszystko i myślę, że to niestety może być coś całkiem nowego :( WSPÓŁCZUJĘ i ściskam mocno!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ma niskie CRP do łapania wszystkiego? Niskie CRP oznacza, że nie ma stanu zapalnego i tyle.

      Usuń
  7. Tylko 5 kg ? Ja ma podejrzenie że tyko fotkę pstrykasz i upychasz do konsumpcji innymi ,może wywalasz? Ukłony w stronę męża zdobył a że było wredne to tym bardziej trzeba docenić to co zrobił.Lilce dużo zdrowia życzę.Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie jakoś kawa o smaku warzyw nie kusi, za to mufinki już bardziej, a jeszcze bardziej ciasto. :)
    Mam nadzieję, że gorączka tylko postraszy i sobie pójdzie. Ja tez nie umiem tego ogarnąć, każdy skok temperatury przeżywam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czy to pierwsze danie to to samo, co w ktoryms z poprzednich postow mialas z krewetkami? ;)

    Reakcja Elizy na dynie, ktora zasluguje na kolejny post... Hmm... Albo sie zachwycila i zjadla caly garnek, albo urzadzila awanture, w ktorej zarzucila Wam, ze jestescie wyrodnymi rodzicami, bo usilujecie zdrowo ja karmic. :D

    Bede musiala zaczac pomalu przerabiac moje dynki. Jedna sama kupilam i aktualnie ozdabia frontowe wejscie. Druga Bi dostala wczoraj w przedszkolu z okazji Jesiennego Festiwalu. Ale ja zostane raczej przy ciasteczkach oraz muffinkach. :)

    Nie wiem czy pamietasz, ze w zeszlym roku tez naszla mnie taka ochota na dyniowa kawe? Tylko, ze sieci na "S" nie lubie, wiec kupilam ja w sieci na "D". I tez byla obrzydliwa. Chyba pierwsza kawa, ktorej nie dalam rady wipic i wylalam do zlewu. :)

    U nas mrozona kawe mozna dostac caly rok, bo Hamerykanie sa w tym wzgledzie popieprzeni i niektorzy przyjmuja kofeine tylko w takiej wlasnie formie. :)

    Co do Lilci, ja zakladam jednak, ze to cos nowego sie "wykluwa". Zreszta, to samo pytanie zadaje sobie, bo Nik, ktory od ponad tygodnia kaszlal juz tylko jak sie zbytnio zdyszal, poprzednia noc znow budzil sie niemal co godzine... :/ Ale u niego ani goraczki, ani nic innego podejrzanego, tylko ten kaszel...

    OdpowiedzUsuń
  10. Jej. Mam nadzieję, że choróbska Wam w końcu odpuszczą. Pasowanie przed Wami, więc dobrze by było stawić się w pełni sił. Najgorsza jest pewnie ta niewiadoma. Wyniki w porządku, a przyplątuje się gorączka. Zdrowia dla Lilci.
    U mojej mamy też wysyp orzechów, więc trzeba je spożytkować, tym bardziej, że oferuje już potłuczone. Muffiny wyglądają apetycznie. Ciasto jeszcze bardziej.
    Czasem warto być przez moment taką "blondynką", żeby zobaczyć, jak nasz Miły stara się dla nas.
    Zdrówka i spokoju

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja chcę to ciasto czekoladowe!!!
    Serca nie masz, że takie rzeczy głodnym człowiekom pokazujesz... ;)
    Trzymam kciuki za Lilę, żeby szybko wróciła do formy :)

    OdpowiedzUsuń
  12. dyniowa kawa?? no proszę Cię:P
    pasowanie mam nadzieje ze Lilka szybko dojdzie do siebie i zobaczymy piekna relację z tej imprezy:*

    OdpowiedzUsuń
  13. Przesadziłaś... ja naprawdę już teraz nie powinnam jeść.
    A chyba pójdę...

    OdpowiedzUsuń
  14. Jesteś niesamowita :) Uwielbiam Cie czytać :*
    Dobrze ze nie zagladam na blogi kulinarne - nie wiedzialam ze można od tego przytyc 5 kg :D :D

    Może dyniowe potworki przegoniłyby choroby od Was?! Znając Ciebie to na bank jakiś zagości w Waszym domu.
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Całe szczęście, że nie lubię dyni. :D (chyba jako jedna z nielicznych tutaj) Gdyby nie to, to przybyłoby mi zapewne kilka(naście) kilo. ;P

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja nie specjalnie przepadam za dynią, ale te fotki wyglądają rewelacyjnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakie fajne świnki :) Kocham te zwierzaki, sama miałam łącznie cztery :) A co do dyni to uwielbiam !!

    OdpowiedzUsuń
  18. Alez tu pieknie u Ciebie. I pyszne przepisy i to cieplo rodzinne :) Dynie uwielbiam w kazdej postaci chociaz przyznam,ze dyniowej kawy nigdy jeszcze nie pilam. Fajne macie te swinki:) My tez mielismy dwie,bardzo sympatyczne zwierzatka. Coreczce zycze duzo zdrowia .

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!