Mama2c

Mama2c

piątek, 27 listopada 2015

Życie po życiu, czyli o andrzejkach 2015

Wybrałam się dziś do fryzjera. Fryzjerki, znaczy się. Mojej. Ulubionej. Najlepszej. Takiej, u której na dzień przed Sylwestrem pije się we dwie całego szampana. Albo bez okazji nalewkę z pigwy, której smaku nie zapomnę nigdy. A kiedy się pić nie może, to się rozmawia- o dzieciach, mężach i... hortensjach.

Na bóstwo zrobić się chciałam. Bo tak jakoś mam, że brak makijażu przy moich nieułożonych włosach, to naprawdę pikuś. Niestety, na co dzień muszę jednak (próbować) ratować się makijażem. Z różnym skutkiem. Dziś jednak sytuacja była wyjątkowa ale o tym kiedy indziej. No to sobie zrobiłam wycieczkę- prawie godzina drogi w jedną stronę. Dziewczyny z babcią, także pełen luz. Zahaczam jeszcze o ulubioną kawiarnię, w końcu mam wychodne, także niech to będzie dla mnie maksimum przyjemności.

W końcu wchodzę. Justyna bez irokeza. Śmieje się, że pod czapką źle się układa. Zanim zwolni się umywalka, pyta, czy jutro gdzieś idziemy. Jak na inteligentną kobietę przystało, wydukałam trzy podstawowe pytania, jakie można zadać w takiej sytuacji: My? Jutro? Gdzie? Minę miałam przy tym taką, że Justyna, jak na inteligentną kobietą przystało, doprecyzowała: "Na andrzejki idziecie?"

"Aaaaa, andrzejki... To nie, nie idziemy."

Tak jak rok temu, i jeszcze rok temu i jakieś wszystkie lata wstecz od 2006 :)

Wbrew pozorom, to nie ma być smutny post o tym, jak zmienia się życie po narodzinach dziecka/dzieci. Bo przecież*... Zawsze jest jakieś wyjście- dziadkowie, ciocie, niania, impreza u nas w domu.

Chociaż mimo wszystko, nasze życie, chcąc nie chcąc, mogłabym podzielić (na razie) na trzy etapy: przedmałżeński (czyli niemal jedna niekończąca się impreza plus częste wyjazdy, kończące się imprezą), poślubny (imprezy od piątku do niedzieli rano, z których człowiek też niewiele pamięta, czasem ktoś u nas spał, czasem ktoś wymiotował i tak dalej) i ten, który trwa do dziś- po narodzinach Elizy.

Wracając jednak do rozwiązań- ech, zwłaszcza te ostatnie wspominam z rozrzewnieniem. Imprezy u nas w domu- niemal kultowe wydarzenia :) W każdym razie, kiedy tak Justyna wyskoczyła z tymi andrzejkami, to miałam taki krótki, bardzo króciutki przebłysk, że może, że my razem, że na miasto, że chociaż na drinka... Zapytać (babci) nie zaszkodzi, pomyślałam, i z takim zamierzeniem wracałam do domu.

Fryz zrobiony, znowu jestem królową życia, do mieszkania wchodzę niemal tanecznym krokiem... A tam... babcia wściekła niczym stado os, Eliza przewracająca oczami, Lila tradycyjnie śmiga przez całą długość mieszkania... W końcu córka starsza przemawia: "No mamo mówię ci, masakra z tym dzieckiem."

Oho...

W końcu babcia puszcza parę, a raczej całą litanię- co Lila zrobiła (chciała zjeść wszystkie pierniki, zaczepiała psa, zaczepiała Elizę, dokuczała psu, dokuczała Elizie, dokuczała babcia, rozebrała się i nie chciała ubrać- zawsze mówiłam, że rośnie nam tu ekshibicjonistka, w końcu te skarpetki ściągane z namaszczeniem w wieku pięciu miesięcy musiały to zwiastować) i czego Lila nie zrobiła (nie słuchała się, nie reagowała na prośby, groźby i polecenia).

Tiaaa, to o co ja chciałam zapytać?
Andrzejki?
Może za rok.
:)




* A jeszcze czasem jest tak, że... i tu właściwie nie wiem, jak to określić- wyrasta się z czegoś? Dorasta się do czegoś? Coś się nam przejada? Zmieniają się priorytety/wartości?
Bo dziś impreza jest dla mnie wtedy, kiedy mogę pójść z mężem do kina. Koniecznie na seans koło godziny 17.30, żebym to ja mogła położyć Lilę, a rano wstać wyspana i przytomna :)
I mimo, że gdybyśmy oboje się uparli, to pewnie znaleźlibyśmy i powód i sposób na to, żeby sobie "zabalować" jak kiedyś, to zwyczajnie... wizja poranka, a później całego dnia, który wymagałby ode mnie nie tylko spionizowanej pozycji ciała (a ta wyklucza zaleganie w łóżku) ale i przytomności umysłu, skutecznie weryfikuje moje marzenia :)
Także ja najbliższą imprezę mam w poniedziałek- babcia wybaczyła Lilce, rodzice idą do kina :) Tylko jeszcze muszę sprawdzić, o której grają Czerwonego Pająka...

czwartek, 26 listopada 2015

Dynia na słodko...

...i nie tylko :)

No to może od tego "nie tylko" zacznę tym razem. Placki z dyni, czyli czyszczenie szuflady z warzywami- gdzieś tam między marchewką a selerem zaplątał mi się mały kawałek dyni. No to co? No to placki- na podstawie TEGO przepisu.



Rogaliki dyniowe. I to w dwóch odsłonach... Czyli kupa śmiechu i całkiem niezły efekt końcowy.
Wersja pierwsza- rogaliki drożdżowe, w oryginalnej wersji do podglądnięcia TU. Nasze, jak widać, trochę odbiegają od oryginalnego przepisu :) Wyglądem na pewno, a smakiem? Nie wiem :) Nasze były przepyszne, mimo swoich gabarytów i kształtu :P



W międzyczasie robił się korzenny syrop dyniowy. Dziewczyny! przepadłam. I mimo, że w założeniu syrop zrobiłam do kawy, to w rezultacie dodaję go wszędzie tam, gdzie tylko mogę.
Jest obłędny. Trochę ulepszyłam przepis, z którego korzystałam- zamiast imbiru w proszku dodałam świeży (i nie żałowałam go :)), a także dałam dwa razy więcej puree z dyni.

 

 I gotowe :)

Syrop w międzyczasie odcedziłam i zamknęłam w słoiku, przypominając sobie jednocześnie o ekstrakcie z wanilii, który  miałam zamiar pokazać Wam już wcześniej. Podobno najlepszy jest ten dwumiesięczny. Na chwilę przed Świętami, mój taki właśnie będzie. Jednak jeśli zrobicie go teraz, też będzie dobry i wystarczająco mocny :)


 A tak wyglądał mój ekstrakt z poprzedniego roku, na etapie dojrzewania :) 


A oto odsłona druga dyniowych rogalików- tym razem w wersji kruchej. Korzystałam z TEGO przepisu. Dobre, całkiem, całkiem, ale nad kształtem wciąż trzeba jeszcze z kilka dyniowych sezonów popracować :)





Rogaliki drożdżowe, podejście numer dwa :)




I jest, deser bez którego sezon na dynię nie mógłby ot tak- po prostu minąć.  Resztki zdrowego rozsądku, kazały mi jednak nie przygotowywać go średnio raz w tygodniu- jak to miało miejsce w zeszłym roku.  Niestety, za aksamitny i ten niepowtarzalny dla mnie smak, trzeba zapłacić sporą ilością jakby nie było- pustych kalorii. Co ciekawe- do tego tiramisu również wykorzystałam korzenny syrop dyniowy :) Coś czuję, że niedługo trzeba będzie przygotować kolejną porcję.
A TU przepis na tiramisu dyniowe, od którego zaczęłam moją przygodę z tym deserem.


Odskocznia od słodkości, i to taka zdecydowana w smaku- carbonara dyniowa. Smaczna, ale żebym przepadła i planowała powtórkę? Niekoniecznie. Przepis TU.



Śniadanie z dyniowym akcentem? Kto chętny, kto? Pyszna dyniowa owsianka. I tu zdecydowanie będą powtórki. Przepis TU. W mojej wersji nie dodałam miodu do mleka, a "słodzikiem" był... korzenny syrop dyniowy, którym hojnie polałam swoją owsiankę. 


Czyszczenie lodówki, część któraś tam- pierś z kurczaka, pieczarki, dynia...



I kolejna propozycja na słodkie, dyniowe śniadanie- naleśniki. Fajne, fajne- polecam. U mnie z karmelem i orzechami laskowymi. A przepis znalazłam TU.



Na blogu, na którym odkryłam naleśniki dyniowe, był także przepis na fajne smarowidło do chlebka z... dyni. A jakże :) Czy ja mogłabym przejść koło niego obojętnie? Wyszło pysznie, na pewno do powtórzenia. Przepis TU.



Jestem fanką domowych ciast drożdżowych, choć niewiele się w tej materii zmieniło- ja i ciasto drożdżowe średnio się lubimy. Te w wersji z dynią też nie wyszło tak, jak miało wyjść. Było cięższe i bardziej mięsiste niż te, które zauroczyło mnie na zdjęciu. Jednak w smaku- rewelacja. TU oryginalny przepis.

I w zasadzie to na tym dyniowym cieście drożdżowym skończyłabym moją tegoroczną przygodę z dynią, gdyby nie pewien przebłysk... A ten z kolei nastąpił dokładnie wtedy, kiedy sięgałam po kolejną karmę dla Miśka. Moim oczom ukazały się powidła. Śliwkowe. Z dodatkiem soku i skórki z pomarańczy. Zaraz, zaraz... Czy ja przypadkiem nie zrobiłam ich z jakimś specjalnym przeznaczeniem?? Taaaaaak, jasne, że tak. I tak oto kolejny dyniowy sernik na moim blogu. Tym razem zwieńczony polewą z powideł śliwkowych, zagotowanych z dodatkową porcją świeżego soku z pomarańczy. Czy to już nie brzmi wystarczająco dobrze? No to dodam tylko, że to pierwszy sernik, do którego dodawałam mascarpone. Nie muszę pisać jak dobrze wpłynęło to na jego smak i konsystencję? Nie powinnam, ale napiszę także, że... zniknął w oka mgnieniu, choć nikomu już nawet nie przyjdzie do głowy, żeby powiedzieć: "Marta, ale to dobre"...





Inspiracja oczywiście TU

Pod ostatnim postem pojawił się przepis dla tych, którzy zdecydowanie nie są miłośnikami dyni. Wtedy były to pierogi ze szpinakiem, fetą i pomidorami suszonymi. Tym razem mam propozycję na słodko :) Co powiecie na sernik kajmakowy? Nie muszę pisać, że jest pyszny? I, że zawsze szybko znika? Wracam do niego co jakiś czas. Świetny przepis autorstwa imienniczki mojej starszej córci, do zobaczenia TU

A co do zdjęć, to te poniżej może robić za gotową odpowiedź na pytanie, dlaczego cukiernicy wpadli na pomysł wykończenia ciasta polewą. Nie dajcie sobie wmówić, że to ma podnieść walory smakowe :) To zdecydowanie rola zatuszowania błędów i wpadek. Jak u mnie ;) 
Chociaż polewa w przepisie na sernik kajmakowy, nie oszukujmy się, ma też inną rolę- karmel plus prażone migały... O rety, rety, ale pysznie :)




Pod poprzednim postem Ania spytała, czy nie pęknie mi głowa bez przelewania myśli tu, na bloga... Ech... (wzdycha) 
Wywołana do tablicy, zaraz po tym jak podziękuję za zainteresowanie, napiszę tylko, że trochę podupadłam ostatnio na nastroju ;) Nie chcę tu tylko smucić, a to bym pewnie właśnie teraz robiła, także dam sobie jeszcze trochę czasu. Sobie i matce naturze, bo w głębokim listopadzie, gdzie albo pada deszcz, albo deszcz ze śniegiem (jak wczoraj) nastrój zdecydowanie leci na łeb, na szyję. Mój koziołkuje w dół z prędkością światła. 

Miłego weekendu :*

czwartek, 19 listopada 2015

Jak to w listopadzie...

Patrząc na to, co za oknem, wcale się nie dziwię, że ten nieszczęsny listopad nie cieszy się szczególną sympatią społeczeństwa...

W zasadzie moją również nie, bo poza Lilci urodzinami (i Alicji!), które przypadają na pierwszy jego dzień, to potem jest już tylko gorzej. I tak, po kilku słonecznych dniach, suchych spacerach z szuraniem w liściach, wesołym bieganiem Miśka wśród traw, przyszły typowe dla tego okresu wiatry (a raczej wichury) i deszcze. Pogoda, nawet na upartego, nie stwarza warunków do wyjścia z domu. 

Eliza nadal całkowicie uziemiona, ale angina obeszła się z Nią wyjątkowo łagodnie. Grunt, że szybko dostała antybiotyk i się nie męczyła. Lila ma całe dwa spacery dziennie- w drodze do i w drodze z przedszkola. Mało, strasznie mało i nad tym ubolewam, bo zwyczajnie nie jesteśmy stworzeni do siedzenia w domu. Nie muszę pisać, że energia w związku z tym Ją roznosi... zupełnie niewspółmiernie do tego, jakimi siłami witalnymi dysponują teraz mama i tata.

Właśnie... Mama i tata dużo ostatnio rozmawiają. O polityce głównie, co jest do nich zupełnie nie podobne. Mama nawet odnajduje w sobie ukryte dotąd pokłady optymizmu... O, choćby wtedy, kiedy mówi: "W końcu cztery lata to nie tak długo. Zleci, zleci... Zobaczysz."

Wracając do Elizy... Rozwinęła nam się przez te kilka dni kulinarnie, że aż miło :) Któregoś dnia, wyszliśmy na chwilę z domu, a po powrocie czekała na nas kolacja! Dzisiaj natomiast, tylko z niewielką pomocą babci, usmażyła swoje pierwsze naleśniki. Prawda, że apetyczne?


Z wielką ciekawością i uwagą oglądała wszystkie kulinarne programy typu Master Chef i Piekielna Kuchnia :) Szczególnie podobał Jej się p. Modest Amaro w niegrzecznej wersji :) Zobaczymy czym jeszcze ten chwilowy kulinarny zryw zaowocuje. W miniony weekend, zanim angina zupełnie mi zmogła córcię, Eliza miała ambitne plany przygotować z tatą sobotnie śniadanie... No, no- nie miałabym nic przeciwko :) Choć na dłuższą metę? Czy ja sobie wyobrażam weekendy bez tego porannego krzątania się w kuchni? Bo dodać muszę, że Eliza zapowiedziała mi, że ja mam w tym czasie nie wychodzić z łóżka :) Hmm, pominęła chyba jednak jeden drobny szczegół- zapomniała, że mamy tu na stanie taką jedną trzylatkę :)

Lila w poniedziałek i wtorek zafundowała mi takie sceny przy wychodzeniu z przedszkola, że przysięgam- gotowa byłam wrócić do domu bez Niej, wziąć solidny łyk wina, i dopiero wrócić pertraktować ze smarkulą  z Nią. Nie ruszają mnie zazwyczaj takie sceny, bo przyjmuję je jako integralną część rozwoju dziecka (ależ to ładnie napisałam :)), ale przyznaję- w te dwa dni, jakby diabeł wstąpił w Lilę. Pierwszego dnia uparła się, że wróci do domu w krótkim rękawie, natomiast we wtorek stwierdziła, że Ona kupiła ten zabawkowy telefon, który mocno ściskała w rączce, i że idzie z nim do domu... Także takie kwiatki :) Trochę treningu cierpliwości mnie te sceny w szatni kosztowały, ale... Dałyśmy radę.

A jutro już piątek, piąteczek, piątunio... Tym bardziej się na niego cieszę, bo ten ostatni spędziłyśmy prawie bez taty, a teraz zapowiada się trochę bardziej optymistycznie- niedziela będzie nasza :)
A co do taty... Tata był dziś na rozmowie kwalifikacyjnej i... I kamień z serca, bo ma już nową pracę. Ufff. Nie muszę pisać, jaka jestem dumna?
Tylko... z moją pracą bez zmian.