Mama2c

Mama2c

czwartek, 5 listopada 2015

Przedszkole, choroby i inne historie...

Nie, to nie będzie post reklamujący tran firmy "x". Nie będzie to też post w stylu: "Jak poprawić odporność dziecka w dwa tygodnie". To będzie raczej post o tym, że będąc mamą dziewięciolatki i mając już za sobą jedną przedszkolną historię, nadal są rzeczy i zdarzenia, które mnie w tym temacie zaskakują. Tyle tytułem wstępu- teraz konkrety :)

Lila poszła do przedszkolu z początkiem sierpnia, na trzy miesiące przed swoimi trzecimi urodzinami. Do tej pory, jak wiecie, była ze mną w domu. W domu, w którym ma też starszą o ponad 6lat siostrę. I siostra ta, mimo, że zdążyła się już nachorować, czasami to i owo ze szkoły przyniosła. W związku z tym- częstowana przez siostrę, bądź też łapiąca te infekcje bez udziału Elizy, Lila zaliczyła już w swoim życiu kilka katarów, kilka infekcji z kaszlem, często katar i kaszel szły razem w parze, mieliśmy też "przyjemność" walczyć z wirusowym zapaleniem płuc i oskrzeli. A, i zapalenie gardła- dwukrotnie. Ze wszystkich tych mniejszych i większych opresji Lila wychodziła obronną ręką, bez konieczności podawania antybiotyków, co uważam, za nasz wielki sukces. Gdybym zapisała Ją do tej samej pediatry, do której początkowo zapisana była Eliza, myślę, że parę razy receptę na antybiotyk byśmy dostali. Jak widać- można inaczej.
Na tej podstawie, uznaję Lilę za dziecko mało chorowite. Jak dotąd, nie było sytuacji, żeby katar gonił katar, albo występował naprzemiennie z kaszlem.

Nie było do października... Nie wspominałam Wam, ale po imprezie urodzinowej, Lila spędziła poniedziałek i wtorek w domu. Powód? W piątek wieczorem pojawił się katar, a w niedzielę rano dość uporczywy kaszel. Znowu. Kolejna pauza w przedszkolu? Która to już z kolei? Tak, od początku października, nie było tygodnia, który Lila w całości spędziłaby w przedszkolu.
Fuck.

Pomijając oczywisty fakt, że jak każda mama, nie lubię, kiedy Jej dziecko choruje, żal mi zwyczajnie tych zajęć, które opuszcza Lila. Żal mi czasu, spędzonego z dziećmi, w grupie. Żal mi kawy wypijanej bez "mamoooo". 

A co robimy, kiedy mamy przymusowy "postój"? A to już zależy od przyczyny tego postoju. Przede wszystkim sięgamy po naturalnych sprzymierzeńców-miód, naturalny sok z malin, syrop z cebuli. Do tego- inhalacje z soli fizjologicznej- trzy razy dziennie po 2,5ml. Uderzeniowa dawka witaminy C też nie zaszkodzi. I najważniejsze- jeśli Lila nie gorączkuje- dużo czasu spędzamy na dworze. I to nas bardzo cieszy- niestety przedszkolaki wychodzą na dwór raz dziennie. To nie Norwegia :)

I właśnie- wychodząc na dwór często napotykamy "nasze" przedszkolaki. Za każdym razem, kiedy takie spotkanie ma miejsce, zastanawiam się, co też te Panie sobie myślą :) Oczywiście, podchodzę i wyjaśniam dlaczego Lili nie ma w przedszkolu. I tak, przy ostatnim takim spotkaniu, w poniedziałek, zostałam trochę zbita z tropu. Dzieci akurat bawiły się na placu zabaw (nasze przedszkole nie ma swojego terenu- Panie chodzą z Nimi na ogólnodostępny plac zabaw, albo do lasu), także zaszłyśmy tam i my. Wytłumaczyłam Pani Wioli, że Lila mocno kaszle, dlatego znowu jest w domu. Zażartowałam również, że coś często ma te przestoje. Na co Pani Wiola powiedziała mi, że no właśnie- tylko Lila tak "choruje". Cudzysłów to już ode mnie, bo mimo wszystko- takich infekcji nie nazwałabym chorobą.

Przyznam jednak, że dała mi kobieta do myślenia.
Ustalmy więc fakty- Lila nie ma problemów z odpornością, ani tejże odporność wyniszczonej przez ilość podawanych antybiotyków. Nie ma też żadnych problemów z jedzeniem- co prawda owoców zbyt wiele nie je, ale za to bardzo lubi warzywa. Je również kasze, pełnoziarniste makarony i chude mięso. Ma zatem zdrową, urozmaiconą dietę. Często wychodzimy na dwór i tam spędzamy aktywnie czas. Naszym ulubionym zajęciem nie jest zwiedzanie galerii handlowych... Nikt w naszej rodzinie nie pali. Nie wspomnę już, że Lila nadal jest na piersi. Zabawnie pisać to o 3latce. I zanim napiszecie, że "fuj", że to już dewiacja i że skrzywię Ją psychicznie (tu akurat to obawiam się, czy Ona mnie nie skrzywi tymi pobudkami w nocy :p) pamiętajcie, że to nie jest post o karmieniu piersią dużych dzieci :)
Idealne warunki dla idealnej odporności? No wydawałoby się, prawda? A tu klops.

Nie dawało mi to spokoju. Pojawiła się też oczywiście myśl, czy aby nie przesadzam? Szybko jednak porzuciłam ten tok myślenia, ale o tym za chwilę. Dziś jestem mądrzejsza o dwie sytuacje. Jedną z wczoraj- przyszłam po Lilę, kiedy dzieci dopiero czekały na zupkę (u nas pora tego posiłku jest ruchoma, bo Panie nie wybudzają dzieci z drzemki- każde śpi tyle, ile potrzebuje, chyba, że rodzic życzy sobie inaczej), także zostałam w sali i czekałam aż Mała zje. W tym czasie kolega siedzący po lewej stronie Lilci, ten sam słodki, mały K. który usnął w autobusie, kiedy wracaliśmy z filharmonii, kaszlał prawie nieprzerwanie, niemal wprost do Lilki talerza... Kolega siedzący naprzeciwko mojej córci, Jej ulubieniec- Mały I., wydawał się konkurować z K. Tyle, że Jego pole rażenia nie dosięgało Lilki talerza...
Sytuacja druga miała miejsce wcześniej, w piątek przed urodzinami Lili. Odbierałam Ją w tym samym czasie, co mama D. Jej córcia, prosto po drzemce, ze smarkami na całej buzi, pokładająca się, nie reagująca na to, co mówi do Niej mama, prawie nieobecna... Zaspana? Nie wydaje mi się. Prędzej chora. Nie zdziwiłabym się, gdyby wstała z tej drzemki z temperaturą. Hitem jednak był tekst mamy: "No, dobrze, że już piątek, to się teraz podleczymy"... Świetnie. Też lubię piątki. I takie sytuacje. Uwielbiam wręcz. A w poniedziałki lubię widzieć w szatni "podleczone" dzieci.

Teraz powinnam wygłosić tyradę na temat mam puszczających do przedszkola te wszystkie zasmarkane, kaszlące dzieci. Nie zrobię tego jednak. Nie, to nie przejaw wielkoduszności. I tak- wkurwia mnie to. Oczywiście, że tak. Wkurwiało jednak po stokroć bardziej, kiedy to Eliza, z taką przeszłością zdrowotną chodziła do przedszkola. Bo Ona była dzieckiem, które i z konieczności i niestety z wygody pediatry (dopóki nie pogoniliśmy baby w cholerę) wzięło więcej antybiotyków w ciągu pierwszych trzech lat życia, niż każdy przeciętny licealista. Mając trzy lata, byliśmy na etapie, kiedy Jej organizm uczył walczyć się z katarem bez antybiotyku. Kiedy, w końcu, nie miała miesiąc w miesiąc zapalenia oskrzeli. Albo anginy. A dzieci też przychodziły kaszlące jak gruźlicy.

Co się więc zmieniło w moim podejściu? Wyluzowałam. Wiem, że tego nie przeskoczę. Oczywiście- nadal pierwsza podniosę larum, kiedy odkryję, że przyprowadzane są dzieci z gorączką, albo na antybiotykach. Tego nie zaakceptuję nigdy. Ale jak Polska długa i szeroka, w każdym jednym przedszkolu, czy to nad morzem, czy w górach, dzieci będą kaszlały i będą smarkały. Tak jakoś do kwietnia.

W moim podejściu pojawiło się też coś innego. Wyrozumiałość... Będąc wyczerpaną psychicznie mamą Elizy, nie było we mnie za grosz zrozumienia, przyznaję. Widziałam tylko swoje dziecko, z Jej historią chorobową, z wiedzą ile razy budziły nas w środku nocy Jej wymioty przy 40stopniowej gorączce (taki sobie Jej organizm znalazł sposób reagowania na każdą infekcję...) i świadomością, że nie chcę już tego przeżywać po raz kolejny. Guzik mnie obchodziły inne dzieci, ich mamy. Tak, tak było.

Teraz, kiedy sama mam nadzieję być za chwilę pracownikiem, w dodatku takim, który dopiero zaczyna swoją drogę zawodową, patrzę na to wszystko jednak trochę inaczej. Jak? Bardziej realnie. Nie każdy ma babcią, ciocię, nianię na telefon, która będzie mogła siedzieć w domu z dzieckiem, aż przestanie smarkać. Takie są realia. Póki co, ja mogę sobie na to pozwolić, i korzystam z tego przywileju. Traktuję to jako czas, kiedy Lila może budować swoją odporność. Bo każda infekcja jest niczym innym, jak swoistym treningiem dla organizmu. Póki co, cieszę się, że Lila "trenować" może w domu- popijając ciepłą herbatę z malinami i robiąc inhalacje na moich kolanach. Jednocześnie mając nadzieję, że jednak już za chwilę, za momencik zacznę pracować, bo moja pewność siebie, której nigdy nie miałam zbyt wiele, teraz osiąga już wartości ujemne, a wizje własnej przyszłości mam takie, że najlepsze sciente fiction się przy nich chowa...
Wtedy, pracując, stanę po drugiej stronie. Wiem, że będą przede mną niełatwe wybory. Ewidentnie mam coś z kwoki. I choć bardzo bym nie chciała, bo wiem, że dla mojego dobra, koniecznie jest (w końcu) wyjście do ludzi, to dla spokoju mojego, jako mamy, najlepsza byłaby praca w domu. To takie niemodne, ale napiszę to- tak, jakaś część mnie lubi bycie tym drobiem domowym. Lubię nasze poranne rytuały, świadomość, że nie muszę przed 7 ciągnąć Lilki do przedszkola, lubię gotować codziennie świeży obiad. Lubię czekać z nim na wszystkich... A świadomość tego, że kiedy moje dziecko, całą noc budzi się z płaczem z powodu zapchanego nosa, a ja nie muszę skoro świt nigdzie dzwonić, tłumaczyć, prosić, daje mnie-mamie niesamowity spokój.
To się jednak zmieni, i choć pewnie nie raz będzie mi trudno, najwyższa już pora na to, aby przyszło nowe. Tyle, że nowe nie chce nadejść.

A co do przedszkola- jestem naprawdę zadowolona. W listopadzie, dzieci pojadą do Muzeum Narodowego na zajęcia dla przedszkolaków. Natomiast dziś, dzieci rozmawiają o przetworach na zimę, dlatego zaniosłyśmy z Lilą słoik soku z czerwonej porzeczki własnej produkcji :) Na początku grudnia, odwiedzi nasze dzieci Mikołaj, który rozda Im prezenty, a zamówiony na ten dzień fotograf zrobi Im wtedy zdjęcia. Dzieje się. I dobrze.

No to co? Może to dobra okazja, żeby pokazać Wam zdjęcia z pasowania?






Ja było? Jak to napisać, żeby się znowu nie rozkleić :) Pięknie było. Dokładnie tak, jak powinno być w grupie trzylatków. Były więc łzy, wygłupy, śmiechy, pomyłki, ziewanie, dłubanie w nosie (tu Lila wiodła prym, co ciekawe- w domu tego nie robi), zawstydzenie, skrępowanie, kiecka podniesiona do góry i wiele, wiele innych. Była świetna oprawa muzyczna przygotowana przez Panią Artemidę, która prowadzi rytmikę. Było pasowanie z prawdziwego zdarzenia, z egzaminem i przysięgą nie tylko dzieci, ale i Ich rodziców, dzięki Panią Wioli-wychowawczyni. Była Pani Stasia- Anioł Stróż wszystkich dzieci. Bo u nas tak to w przedszkolu jest (a wiem to doskonale, bo Eliza też do niego chodziła), że dzieci najpierw przechodzą przez ręce i kolana p.Stasi, a kiedy już się oswoją, wtedy idą do grupy :)







48 komentarzy:

  1. Tez mnie wkurzaja mamy przyproadzajace chore dzieci. Wiadomo jednoz infekcja zaraziwszystkie. Ale po tm co przeszlam z malą jestem mega przewrazliwiona.

    Mieliscie duzo zmartwien z chorowaniem Elizy.kiedys tego bym nie zrozumiala... ile nerwow kosztuje matke wysoka goraczka u dziecka. Mojsyn zanim nie pszedl do przedszkola chorowal dwa razy, raz antybiotyk i raz obylo sie bez. Katarow zadnych. A jak ppszedl do przedszkola to w zasadzie caly pazdziernikw domu,jak o wykurowalam syropami, to po 3 dniach wrocilz goraczka. Lipa...ja wiem,ze dziecko musi zbudowac odpornosc,a to potdzeba czasu.mysle ze bardzo dobrze robisz zabierajac Lilke zanim rozchoruje sie na donre. Uprzedzasz chorobe. Inhalujesz,spacerki itp,to buduje naturalnie odpornosc jak piszesz. Poki macie mozliwosc to korzystajcie:-)
    Ps.jeszcze sie napracujemy w zyciu:-).
    Ps2.mam takie skrzywienie ze dopoero 2 mce na macierzynskim siedze a juz wkrada sie obawa czy przyjma mnie z powrotem do pracy. I to nie tak,ze sie dusze w domu,ale ze wzgledow finansowych mi zalezy.ech..

    OdpowiedzUsuń
  2. Zacznę od końca. Tego mi zabrakło u mojej Zojki kiedy poszła do norweskiego przedszkola. Pasowania na przedszkolaka i tego mojego wzruszenia dumnej mamy.
    Martuś wydaje mi się że nie przesadzasz. Większość mam [ niestety tylko większość} zna swoje dzieci i wie kiedy zostawić w domu. Kiedy moja Starsza chodziła do polskiego przedszkola nie było opcji żeby zasmarkane dziecko zostawić w przedszkolu Babeczki były twarde Szacun im.
    Sama wiesz ze norweskie przedszkole różni się od polskiego Tutaj dzieciaki siedzą na zewnątrz pól dnia i nikt nie zwraca uwagi na gluty i kaszel. Pierwszy rok mojej gwiazdy to był koszmar dwa razy w miesiącu angina. Po roku moje dziecko NARESZCIE uzbroiło się w odporność i prawie nie choruje. Może Twoja Lileczka potrzebuje też trochę czasu żeby "zaprzyjaźnić" się z cudzymi wirusami;}}}.
    Na pocieszenie powiem Ci że znajdziesz pracę;}. Ja stara dupa, z byle jakim norweskim mam ale nie wiem czy jestem bardziej szczęśliwa. Matki kwoki tak mają Bo jak moje dzieci bez mamusi sobie poradzą;}}}

    OdpowiedzUsuń
  3. Martus, jest jedna rzecz, o której nie pamiętają/nie wiedzą często ludzie - kaszel może trwać nawet do dwóch tygodni po zakończonej/wyleczonej infekcji, oskrzela po prost muszą dojść do siebie. Tak nam mówi nasz pediatra i wierzę jej - jeśli dziecko nie gorączkuje i nie ma baktryjnego gila ( słowem w nosie raczej sucho) - a kaszle - spokojnie może iść do przedszkola. Co nie zmienia faktu, że do nas też notorycznie matki przyprowadzają chore dzieci - kiedyś się wnerwiałam, teraz - rozumiem w jakiś sposób. Sama wiem, jaki miałam problem, z kim zostawić dziecko, jak pracowałam. Teraz mam urlop macierzyński, więc mogę z nią siedzieć, jak choruje. To faktycznie luksus, więc siedzimy... trzeci tydzień. Następny pewnie spędzę w wariatkowie jak w końcu nie pójdzie do tego przedszkola :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja pochodzs do tego inaczej.
    U Nas co drugie dziecko zasmarkane jest I dopoki nie ma goraczki lub nie jest na antybiotyku to nie widzd problemu, by do przedszkola uczeszczalo.
    Kaszel tez nie jest objawem choroby. Moze spowodowany byc suchoscia albo chrypka.
    Moi chlopcy kilka dni kaszleli I samo przeszlo.
    Za granica zyje sie bardziej "na luzie". Nikt na inne dziecko nie wytyka palcow, ze jest obsmarkane, a rodzicow wyzywa od nieodpowiedzialnych.
    Dopoki dziecko jest w formie , dobrze je, a katar nie przeszkadza w niczym to nie ma problemu. Jakos my dorosli ciagle chodzimy z chusteczkami zagilowanymi w reku, psikamy, chruchlamy I do pracg chodzimy I nikt zlego slowa nie mowi....

    OdpowiedzUsuń
  5. Marta, powiem Ci tak...ja też się wkurwiałam gdy słyszałam za sobą kaszlące i smarkające dziecko w przedszkolu podczas rozbierania Hani.
    Młoda od początku września ma wieczny katar...raz biały, raz zielony. Kaszel raz suchy, raz mokry. I wierz mi..co tydzień chodzę z nią do przychodni...przed 8 smą aby nie złapała gorszego świństwa. Pani doktor się smieje, że Hanka powinna mieć już kartę VIP - tak często się widzą. I co? i nic...oskrzela czyste, gardło czyste. nie ma gorączki ma chodzić do przedszkola i na spacery.
    Dlatego tak walczyłam o spacery w przedszkolu,. Bo prawda jest taka, ze gdy dzieci nie wychodzą to zarazki mają idealne warunki do rozwoju.
    Co innego osłabienie, ból brzuszka, gorączka...nie wyobrażam sobie puścić dziecka w takim stanie do przedszkola. Wtedy trudno, dzwonię do pracy, nie przyjdę bo nie mam z kim jej zostawić.
    Myslę nawet, że chyba lepiej znosi te wirusy w przedszkolu bo gdy ją podleczałam w domu to wracała z większym kaszlem lub katarem. teraz jest to mniej intensywne...nie uniknie się chorób w takim skupisku dzieci...zresztą Panie też chore przychodzą i co zrobisz?...
    trzymam kciuki za szybki powrót do zdrowia...

    OdpowiedzUsuń
  6. Powiem tak-mieszkajac w polsce jako mloda mama ,mialam podobne podejscie do twojego. Chuchalam,dmuchalam na dziecko(dzieci) ,ktore wydawalo mi sie ciagle chorowaly,kaszlaly,smarkaly. Po 8 smiu latach emigracji moje podejscie do tematu jest juz bardzo angielskie,luzackie takie. Moje dzieciaki sa bardzo zahartowane,szczegolnie najstarsza.(biegaja caly rok po dworze w krotkich rekawkach albo bluzach a w domu przewaznie tylko na boso) Z byle katarem czy lekkim kaszelkiem nie latam do przychodni. Dlaczego? Z prostej przyczyny-i tak dostane tylko paracetamol od lekarza. Tak samo sie tyczy tematu puszczania do szkoly?przedszkola z lekkim katarem czy kaszlem wlasnie. Widze kiedy moje dzieci sie zle czuja,nie puszczam ich na sile. Ale wybacz-nie wytrzymalabym w domu dobrze czujacego sie,znudzonego dziecka z lekkim katarem. ;) Zreszta,tu nikt z takich powodow nie robi problemow.

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas w p-kolu to samo kaszlące i smarkające dzieci to (prawie) codzienność. Ale już się przyzwyczaiłam i tak jak Ty wyluzowałam w tym temacie, bo i tak nic nie zmienię. Niby na każdym zebraniu jest o tym mowa i przedszkolaków proszą, aby nie przeprowadzać chorych i przeziębionych dzieci, ale nic to nie daje. Rodzice tłumaczą się pracą albo wymyślają, że to alergia albo, że to nic takiego.. Ręce opadają.

    A na pasowaniu u nas dokładnie to samo. Mogłabym skopiować twój tekst u siebie ;) I też się wzruszyłam, choć to był już drugi raz Juniora ☺

    Twoja Lila nie lubi owoców, a mój W. uwielbia, a za to warzyw nie za bardzo. Jest tylko kilka, które zje. Ale za to mięsko też bardzo lubi zwłaszcza od kurczaka ;)

    Ps. Drzemki w przedszkolu.. dobrze, że u nas tego nie ma, bo mój Junior nie śpi w dzień już od prawie 2lat i gdyby pospał w p-kolu to do 22-giej pewnie by nie zasnął potem w domu ;) A obiadek (2dania) mają codziennie o 12,0, a najkrócej dzieci zapisane są do 13,0, więc nie ma takiego problemu, źe dziecko nie zdąży zjeść obiadu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedszkolanki na zebraniu miało być ;)

      Aha i zdrówka dla Lilki!

      Usuń
  8. Chciałam sobie przypomnieć jak to było u mnie z przedszkolem ale normalnie juz nie pamiętam. Czy bylo pasowanie naście lat temu - chyba nie. Za to chore dzieci były są i będą. Tego nie zmienisz. Ja moich nie posyłałam jak smarkały ale ja tez nie pracowałam. Za to chorowaly na potęgę,były takie tygodnie że bylam trzy razy w przychodni. Rekordem był tydzień gdzie zaliczyłam jeszcze dwie wizyty na SORZE oprócz przychodni .Nie skończyłabym pisać żeby to opowiedzieć (wstrząs mózgu ,rtg rąk i głowy,oczodołu,szycie powieki nawet) Teraz nie chorują i Twoje gwiazdki tez kiedyś przestaną,powodzenia 😊

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie przypomniał mi się nasz koszmar przedszkolny . Kuba tak chorował że ja nieraz płakałam z bezsilności , miał wieczny katar,kaszel krtań i ucho i tak w kółko do tego od czasu do czasu rota wirus
    Na początku trzymałam go w domu żeby wyleczyć,ale inne matki posyłały dzieci chore kaszlące zasmarkane. Kolejny lekarz doradził mi żeby się tym tak nie przejmować i o ile nie gorączkuje ma iść do przedszkola bo tak naprawdę to wtedy nabiera odporności. Tak robiłam i już sama nie wiem czy to pomogło bo co roku chorował mniej czy po prostu wyrósł i choroby goszczą u nas rzadko. Tak samo będzie z Lilką musi odchorować i wiem że każdego dnia opuszczonego żal to najpiękniejszy okres w życiu dziecka. Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja na pocieszenie powiem tyle, że gdzieś tak do siódmego roku życia byłam mega chorowitym dzieckiem - wiecznie na antybiotykach, aż na wiele z nich się mój organizm zupełnie uodpornił i już lekarze nie mieli mi czego przepisywać. Tyłek miałam natomiast po zastrzykach jak jeden wielki zrost - ciągle tylko okłady z kapusty, a i tak na bolących czterech literach siadałam z wielkim trudem. Potem przyszedł czas podstawówki i wszystkie choroby minęły mi jak ręką odjął - chyba już normę z nadwyżką wcześniej wyrobiłam ;) Znam też sporo innych dzieciaków, które kiedyś non stop jeździły po sanatoriach i innych tego typu przybytkach, a teraz - okazy zdrowia. Także z chorowania się chyba po prosu wyrasta - i tego zarówno Elizie, jak i Lilce z całego serca życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. ja ostatnio miałam taki dylemat Młody dostał gorączkę wieczorem rano był rześki i zadowolony ale dla świętego spokoju poszłam do lekarza rano, przyjęła mnie zaraz osłuchała czysto gardło tez bez zaczerwienień. Kazała iść do przedszkola. Poszłam lekko z opóźnieniem akurat na śniadanie weszliśmy. I ja się zastanawiałam czy go dać a tam dzieci jedno przez drugie kaszlące tak że płuca chciały wyrwać. Więc stwierdziłam że jak nie ma gorączki to chodzimy. Katar mamy od kiedy chodzimy do przedszkola czyli do sierpnia....biały płyn na zmianę z zielonym. Wiadomo jak to jest matki pracują nie mają co zrobić z dzieckiem dają. Nam udało się jeszcze bez antybiotyku i jakoś się trzymamy jak długo? się okaże.
    ps: jaki tatus na zdjęciu uśmiechniety:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja tylko z buziakami wpadam... Ale naprawdę myślę i szukam czasu...

    OdpowiedzUsuń
  13. Marysia poszła do żłobka jak miała niespełna rok.
    Do tego czasu nie miała ani jednego kataru.
    Od tego czasu na palcach jednej ręki mogę policzyć dni, kiedy akurat nie miała kataru :)
    Na początku też mi się wydawało, że jak tak można chore, kaszlące i zakatarzone dzieci przyprowadzać, ale szybko mi się myślenie poprzestawiało.
    Nie mamy na miejscu nikogo, kto mógłby się dziećmi zająć, oboje pracujemy i zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić na wolne z powodu kaszlu czy kataru.
    Do dziś mówię, że białą kredą w kominie zapiszę, jak Marysia będzie bez kataru akurat ;) co ciekawe, tfu tfu tfu, na psa urok! Antek na razie niczego od Małej nie łapie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Chyba tylko u.nas w przedszkolu nie ma " pasowania":(. Najbardziej z całego.postu podobało mi się to skreślone zdanie;) a tak prawdę mówuąc- moja Paula też chodzi z katarwm i kaszlem ale tym któey przechodzi po.lekach. P/ alergicznych mimo.iż nie brzmi pięknie czasami. ..

    OdpowiedzUsuń
  15. Chyba tylko u.nas w przedszkolu nie ma " pasowania":(. Najbardziej z całego.postu podobało mi się to skreślone zdanie;) a tak prawdę mówuąc- moja Paula też chodzi z katarwm i kaszlem ale tym któey przechodzi po.lekach. P/ alergicznych mimo.iż nie brzmi pięknie czasami. ..

    OdpowiedzUsuń
  16. Piękna uroczystość. Widać, że panie się postarały. I te nakrycia głowy, napis na ścianie, część artystyczna. A te dodatkowe efekty w wykonaniu przedszkolaków tylko dodają uroku. Pięknie się dziewczyny prezentowały w tych jednakowych żakiecikach.
    Co do przedszkola, na razie nie jestem mocno w temacie. Może tylko tyle, że zanim uodporniłam się na zarazki dzieciaków minęło kilka lat. Jak zaczynał się sezon chorobowy i miałam do czynienia z kichającymi i smarkającymi maluchami, za chwilę sama byłam chora. Czyli obowiązkowo wiosną i jesienią. Najczęściej kończyło się zapaleniem gardła i odebraniem głosu. Po kilku latach nie rusza mnie to. I oby tak dalej. Na razie Tygrysa też omijają choróbska. Odpukać. Za nami chyba dwa katary, które w miarę szybko udało się opanować. Jedno wiem - Chłopak nie lubi ciepła, więc staram się go nie przegrzewać. Gorzej z babcią, ale mam nadzieję, że do marca popracujemy nad tym, bo potem zostaje w rękach babci na 8 h dziennie.
    Zdrówka dla Lilci

    OdpowiedzUsuń
  17. Oj te katarki i inne paskudztwa :( niestety tylko stwierdzenie:"z tego sie wyrasta" przychodzi mi na mysl. Przerabialismy wszystko-i te zasmarkane nosy innych dzieciakow , moje szybkie telefony do pracy: "Mlody/ Mloda chorzy nie moge przyjsc jak i te: "pamietaj wycieraj nosek- mama zaraz po pracy Cie odbierze"
    Pamietam, ze najgorsze wtedy poza choroba dziecka bylo dla mnie placenie pelnej kwoty za przedszkole a zarazem zmniejszona pensja z powodu kolejnej nieobecnosci- podwojnie d....pa
    Przechodzac do milszych sytuacji: Lilcia to juz calkowity, fajny przedszkolak! Te trzy latka w metryce to nic- na zdjeciach wyglada na duzo starsza i co najwazniesze szczesliwa!!
    Zdrowka dla Was i milych, kawkowych porankow!!!

    OdpowiedzUsuń
  18. To ja napisze odnośnie katarków i kaszelków od strony mamy-pracownika, której 3,5 letnie dziecko chodzi do przedszkola a 8 m-czne do żłobka. Wg mnie katar to nie choroba i o ile nie jest "zielony" posyłam dzieci do przedszkola. Starsza córka ma alergie i jeśli lekarz powie ze 'zielony" katar od alergii biorę zaświadczenie i tez posyłam. Przyznam ze czasami jest tak że dzieci "muszą" przeczekać do weekendu, bo zwyczajnie nie mam co nimi zrobić (chociaż teraz mamy awaryjną nianię, która zostaje z dziećmi), ale patrząc na to, że dopiero co wróciłam do pracy katarki i kaszelki mogą być problemem. Ale jeżeli matki przyprowadzają dzieci z wirusówką, czyt. wymioty i biegunka i mówią, ze podały leki to już jest przesada, na szczęście Panie nie przyjmują takich dzieci, ale co by było jakby matka się nie przyznała? i dziecko pozarażało by inne? a wiadomo jak łatwo dziecko się odwadnia. Podsumowując muszę napisać, żeby nie przesadzać z trzymaniem z katarkiem dzieci w domu, ale też żeby pomyśleć o innych dzieciach zwłaszcza przy wirusówkach.

    OdpowiedzUsuń
  19. Wiesz, moja córka od września nie chorowała aż do połowy października. Poszła do przedszkola gdy miała 2,5 roku i bałam się, że znowu się zacznie, gdyż rok wcześniej była przez miesiąc w żłobku i zabrałam ją z tego miejsca bo nie było tygodnia by nie chorowała. Tym razem było inaczej....miała katarek, kaszelek ale wszystko mijało i udawało mi się po konsultacjach z lekarką obywać się bez "okienek przedszkolnych". Niestety w październiku rozłożyło ją z zapaleniem oskrzeli. Zdziwiło mnie, że u lekarki spotkaliśmy dwójkę dzieci z jej grupy, jeszcze młodszych niż córeczka (to prywatne przedszkole i mała chodzi do najmłodszej grupy nazywanej żłobkową. więc są nawet 1,5 roczne bobaski. Wymógł jest taki, ze w 2015 r.muszą skończyć 2 lata). Porozmawiałyśmy z mamami i okazało się, że jesteśmy jedyne z tej grupy przedszkolnej , które zaraz po objawach infekcji "biegają" do lekarza w celu wykluczenia jakieś groźniejszej infekcji i zatrzymują w domu dzieci jak coś widzą...inne dzieci kasłają, mają katar i nikt sobie z tego nie robi. Ja pracuję zawodowo i teoretycznie nie jest mi na rękę bym ciągle brała zwolnienia bo nie mam z kim zostawić córki ale nie chcę narażać dziecka i innych dzieci na skutki choróbska nieleczonego prawidłowo. Skutek takiego podjeścia rodziców było, że pod koniec ubiegłego tygodnia w grupie córki została trójka dzieci również zainfekowanych ale rodzice stwierdzili "byle do weekendu". Na moją uwagę, że dlaczego dyrekcja nie wymaga od rodziców ,że mają przeprowadzać zdrowe dzieci do przedszkola usłyszałam, ze to niewykonalne :(
    Pasowanie piękna uroczystość , gratulacje dla córeczki :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Cudnie na pasowaniu było!!! Jak już kiedys pisałam uwielbiam te żakieciki :) Co do słów Pani z przedszkola.....nie tylko Lilka ma takie przestoje, nie wierzę, u na stak nie było i myslę, że u was też nie. Swoją drogą może ma na myśli to, ze jak Lilka smarka i strasznie kaszle to ty zwyczajnie zostawiasz ją w domu w przeciwieństwie do tych rodziców co to wysyłają dzieci do przedszkola nawet jak zielone gile wiszą tym dzieciaczkom az do kolan!! Byłam kiedyś w przedszkolu córki, widziałam takie dzieci, które smarki miały tak gęste że aż przyklejone do twarzy :( Ale skoro chodzi do przedszkola, znaczy się - nie choruje.......

    OdpowiedzUsuń
  21. Poruszyłaś ciekawy temat Martuniu - w większości się z Tobą zgadzam, ale tak jak niektóre mamy zauważyły, nie każdy katar lub kaszel muszą być objawami zakażenia bakteryjnego czy wirusowego. W dzisiejszych czasach mnóstwo ludzi (w tym ogromny procent dzieci) choruje na alergię, np. mój syn każdego dnia ma katar, a jeśli już się zdarzy, że jakimś cudem ma dzień bez kataru to uznajemy ten dzień za święto :D
    Ma też astmę oskrzelową, więc kaszel również Mu towarzyszy - jednak o wiele rzadziej niż katarek ;)
    Co do wysyłania dzieci do szkoły z objawami choroby - jestem absolutnie na nie. Takie dziecko nie dość, że zaraża inne dzieci to jeszcze samo się męczy. Dorośli ludzie chodząc do pracy z przeziębieniem też przecież czują się niekomfortowo, a co tu dopiero mówić o małym dziecku...
    Hitem w zerówce była sama przedszkolanka, która KAZAŁA przyjść Neli na próbę do przedstawienia, podczas gdy Mała miała zapalenie spojówek. Dodała jeszcze, że to choroba zaraźliwa i wszystkie dzieci w przedszkolu ją miały lub mają :/ A przecież można by by było tego uniknąć, zostawiając chore dziecko w domu.

    U nas nie było pasowania na przedszkolaka, niestety, ale za to mamy już za sobą pasowanie na pierwszoklasistę ;)
    Buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  22. U nas nie było pasowania, a bardzo szkoda :( Oglądam u Was zdjęcia, aż zazdroszczę :))

    Co to chorób, u nas też dzieci smarkają i kaszlą, ale nie bardzo. Jak dzieci rano przychodzą to ciotki patrzą bacznym okiem i myślę że gdyby było coś poważniejszego, to pewnie by odesłały. Wiem, że po jedną mamę dzwoniły bo dziecko "rozłożyło". Ja cieszę się, że mam taką szansę, że gdy Mila jest przeziębiona, może zostać ze mną w domu. I nawet nie o to chodzi, żeby od razu lecieć do lekarza, ale po prostu cieszę się, że nie zmarznie mi po drodze czy siedząc na przystanku. I w sumie na te dwa miesiące tylko dwa tygodnie były dziurawe albo opuszczone, na tle innych dzieci "skromnie". Ale co będzie dalej to się zobaczy. Teraz niby jest zdrowa ale jak rano wstaje to odkaszluje. I syropy dalej jej daję.

    OdpowiedzUsuń
  23. Dziewczynki Kochane!
    Odpowiem Wam zbiorczo, bo właściwie pod każdym komentarzem musiałabym się powtarzać, a same rozumiecie- obiad, sprzątanie- to się samo nigdy nie chce robić :)
    Przede wszystkim- dzięki za tak liczny odzew. Dobrze było poznać Wasze zdanie i Wasze doświadczenia.
    Brytusia słusznie przypomniała mi, to co również wiedziałam od naszego lekarza- po niektórych infekcjach kaszel faktycznie nie mija z dnia na dzień. Nie jestem lekarzem, jak już nie raz pisałam- nadal mam problem, żeby rozpoznać kaszel u własnych dzieci (w związku z czym, jak w niedzielę o 15podałam Lilce flegaminę, tak bidulka kaszlała do 22...), także nie będę się mądrzyć, czy te kaszlące dzieci, to była infekcja, która się skończyła, czy jakaś świeża historia.
    Mamy alergików- i Wy macie rację!
    Zgodzicie się ze mną jednak, że co prawda nie wiem jak to teraz jest, ale kiedy Eliza chodziła do przedszkola, to była taka nowa moda na to, że każdy kaszel i katar były alergiczne.
    Miniu- racja, za granicą, w wielu krajach zupełnie inaczej podchodzi się do takich infekcji. Też kiedyś o tym pisałam. Za czasów przedszkola, wychowawczyni Elizy opowiadała na zebraniu, że w Szwecji zielony katar do pasa traktuje się jako naturalną szczepionkę. Czy mi takie podejście by odpowiadało u nas? Przyznam, że 6lat temu usłyszałam te słowa, i nie wiem do dziś... Z jednej strony- wydaje się mieć to sens, ręce i nogi i tak dalej. Z drugiej... Ile takich zielonych katarów kończy się zapaleniem ucha, gardła i oskrzeli? Pewnie też sporo. Może my Polacy mentalnie nie jesteśmy jeszcze gotowi na takie rewolucje? :)

    Co mogę dodać jeszcze od siebie? Ano to, że co prawda tego nie napisałam, ale uściślę- nie zatrzymuję Lilki w domu z KAŻDYM KATAREM I KAŻDYM KASZLEM. Gdybym to robiła, musiałaby być w domu większość czasu. Jeśli w ciągu dnia zdarza Jej się sporadycznie kaszleć, to robimy inhalacje, daję Jej często pić i chodzi normalnie do przedszkola. Podobnie z katarem- jeśli jest przezroczysty, ewentualnie biały, to poza inhalacjami nie robię nic więcej i puszczam. Jeśli Lila zostaje w domu, to tylko wtedy, kiedy widzę, że to nie jest ZWYKŁY katar i kaszel. I wiecie co? Mam tu na uwadze głównie dobro swojego dziecka.

    Macie oczywiście rację, że my dorośli też chodzimy do pracy kaszląc, smarkając i prychając. Jasne. Tylko hmm, chciałybyście, żeby pielęgniarka, która wykonuje zabiegi przy Waszym wcześniaku miała wszystkie objawy świeżej, mocno zaawansowanej infekcji? Albo Wy pacjenci po przeszczepie/chemioterapii? Chcielibyście trafić na wizytę do takiego lekarza?
    Tu zdanie nie zmienię, ale padały też i z Waszej strony takie deklaracje- musimy obserwować przede wszystkim własne dzieci. I siebie, jeśli jesteśmy chorzy.

    Nie da się ukryć, i mam nadzieję, że w poście wyraźnie to zaznaczyłam, że sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy oboje rodziców pracuje. Nie muszę sama być pracownikiem, żeby wiedzieć, że bywają naprawdę "gardłowe" sytuacje, kiedy trzeba podejmować decyzję, których normalnie byśmy nie podjęli. Co mogę napisać więcej niż przyznać, że tak po prostu bywa? Nie każdy może liczyć na pomoc rodziny. Nie każdego, mimo, że pracuje, stać na nianię.

    U Elizy, bo to głównie na przykładzie Jej przedszkola piszę (wszak Lila za krótko chodzi, żebym mogła sobie wyrobić już zdanie o rodzicach, albo zauważyć, które notorycznie chodzą zasmarkane/kaszlące) była zupełnie inne sytuacja, bo przedszkole czynne było wtedy do godziny 13, praktycznie żadna mama nie pracowała, a wciąż te same dzieci przychodziły przeziębione. Tak, to już było irytujące.

    Cóż? Pozostaje nam mieć zaufanie do mądrości rodziców i bacznego oka Pań przedszkolanek. Od Nich też dużo zależy.

    Amen :)

    No i zdrówka- dla Dzieciaków i dla nas :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Oczywiście zgadzam się z tym co napisałaś, ale muszę dodać, że wiosną u mojej starszej córki wystąpiła dość mocna alergia, dlatego często osłuchuje ją przy nasileniach kataru i ostatnio będąc u alergologa dowiedziałam się, że i owszem zapalenie ucha miała od zielonego kataru, który nie był bakteryjny ale alergiczny! ale tak jak napisałam jeżeli tak jest biorę zaświadczenie do przedszkola.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że tak, jak i Ty, tak i ja i pewnie większość mam, mogłybyśmy podzielić się historiami chorób naszych dzieci, które nie są tak oczywiste, jak na pierwszy rzut maminego oka wyglądają.
      Przyznaję, że alergie to w ogóle nie moja działka i jestem niewymownie wdzięczna losowi, że nie musi się mierzyć ani z nimi, ani z różnymi konsekwencjami, powikłaniami, które za sobą niosą. Zawsze mam świadomość tego, jak wielkim utrapieniem jest alergia i dla dziecka i dla rodziców.
      Z tym zaświadczeniem to jak najbardziej słuszne posunięcie- Ty masz świadomość, że dziecko jest zdrowe, a Panie przedszkolanki i nikt inny, nie ma wątpliwości, bo wszystko jest czarno- na białym.
      Pozdrawiam

      Usuń
  25. eehhh my w zeszłym roku z 10 mcy bylismy w przedszkolu łącznie 6 tygodni. SZESC TYGODNI. Ja pierdzielę, myślałam, że mnie coś trafi no. Młody wiecznie wracał z infekcją. Dwa dni mu wystarczyły
    Trafiliśmy później na dobrego lekarza, który uznał,ze Miko ma astmę i jest alergikiem. dopasował leczenie i w tym roku od poczatki opuścil 5 dni - cuda się zdarzają ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurczę, masakra! Współczuję. No tak to z tymi alergiami jest, jak już są prawidłowe zdiagnozowane, to potem jest już o niebo lepiej ze wszystkim.
      Zdrówka!

      Usuń
  26. Jeszcze raz gratulacje dla małego przedszkolaczka ;)))

    Widzę, że co tak kolki i ząbkowanie... prawdziwe atrakcje dopiero przed nami 8|

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, Kasia... No chyba właśnie tak :)

      Usuń
  27. Drobiem domowym :D jesteś perfekcyjna w swoich okresleniach :)
    A wniosek nasuwajacy się po przeczytaniu postu: jak dzieci SA chore to muszą chodzić do przedszkola bo dla Pani Wioli chore dziecko to takie które siedzi w domu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wniosek jak najbardziej słuszny :)
      A drób domowy to nie moje określenie, też je gdzieś przeczytałam :)
      Ale trafne, co?
      Buziaki!

      Usuń
  28. Myślę, że masz rację z tym wszystkim. Niestety nie każdy ma właśnie możliwość zostawania z dzieckiem w domu, kiedy tylko zachoruje, chociaż sama nie wyobrażam sobie tego tak u nas. Fakt faktem, że dzieci często przez takie przyprowadzanie chorują :|
    U nas niestety dwa razy zapalenie gardła i dwa razy antybiotyk :/ też mi się to nie podoba, ale jest to najbardziej dostępny pediatra w naszym małym miasteczku. Pasowanie to bardzo ważny dzień w życiu Lilusi :) pięknie wyglądałyście! Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, dobrym rozwiązaniem jest lekarz na wizyty domowe. To oczywiście kosztuje, ale czasem warto. Wiesz, na zapalenie gardła czasem antybiotyk jest niezbędny, jeśli już mocno zajęte. U nas udawało się bez, bo jakoś szybko wychwytywaliśmy, że coś jest nie tak. Tyle, że u Maluszka to nie jest proste tak szybko wykryć, że coś mu tam dolega.
      Dziękujemy za komplementy.
      Pozdrawiamy!

      Usuń
  29. trzymam kciuki! będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  30. Trochę boję się przedszkola i chorób z tym zwiazanych, ale startujemy za rok. Ideałem było by flora bakteryjną domowa, ilość wirusów domowy, ale kontakt z ludźmi przedszkolny. Stet/niestety ja pracować muszę, ale nawet jak dwoje przedszkolaków będę miała to i tak niania z nami będzie, żeby na spokojnie przechorować co trzeba.
    Mam nadzieję, że u Was choroby dobiegną szczęśliwie końca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, fajnie to podsumowałaś. Oj tak- wtedy byłoby idealnie. Z drugiej strony, rzadko które dziecko ma możliwość zmierzyć się z tą nową ilością wirusów/bakterii w szkole, kiedy ta odporność jest już inna. Z drugiej strony- czy to właśnie nie jest tak, że szkolniaki mniej chorują, bo ten trening odporności mają już częściowo za sobą? Przed większością mam stoją takie wybory związane z pracą. Ja dziś, po moich takich a nie innych wyborach wiem, że mama powinna pracować. Pewnie, że nie jestem zwolenniczką powrotu do pracy zaraz po połogu (ale jak ktoś chce- nic mi do tego) ale jednak stawiam na rozsądne myślenie. Moje na pewno takie nie było, i teraz jestem w takiej, a nie innej sytuacji. Niekoniecznie dobrej i napawającej mnie optymizmem.
      Niania to dobre rozwiązanie, zapewni Wam poczucie spokoju, kiedy trzeba będzie dziecko zostawić w domu.
      Pozdrawiam

      Usuń
  31. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  32. Przedewszystkim gratuluję już prawdziwego zaprzesiężonego Przedszkolaka :) Widac radość na buźce Lilci, jest tam gdzie być powinna i odnajduje się świetnie :) Tola pewnie tez taka będzie, Tymuś nam płakał na pasowaniu, bał się jeszcze wtedy przedszkola, występów... serce i pękało.

    Po drugie, rozumiem Cię w pełni, ja jestem typem domatora i dla mnie największa w życiu karierą jest prowadzenie domu i wychowywanie dzieci, z innej na rzecz tego zrezygnowałam świadomie kiedyś.

    i po trzecie ;) Katarki, kaszelki, przedszkolne chorowanie. Wiesz, ja tez wyluzowałam, po tym jak słysząłam różne kaszle u dzieci w przedszkolu i to niekoniecznie alergiczne czy po infekcyjne, tez zaczełam puszczac Tymka z lekkim katarem czy kaszlem i o dziwo, nigdy nie rozchorował się bardziej, a frekfencja w naszym przedszkolu jest zawsze i tak prawie 100%, nie widze nigdy nikogo słaniającego się, z gorączką, czy wysypkami i myślę, że to też ogromna zasługa przedszkola, że bardzo dużo wietrzą przedszkole i wychodzą codziennie i w każdą pogode na dwór. Faktycznie, takie angielskie podejście ma swoje plusy :) I tez zawsze katarki, kaszelki bez gorączki leczyłam wychodzeniem na dwór, aby wentylowac nosek i płucka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak dobrze, że się odezwałaś- martwiłam się!
      A powiem Ci, że jak Lila nas zobaczyła, to też miała chwilę zwątpienia i chciała zostać z nami na widowni- że tak nazwę krzesełka ustawione dla rodziców :) Dla dzieci to ogromne przeżycie, u Lilci w grupie też chłopczyk rozpłakał się w trakcie, mimo, że szło mu wszystko super. Także zobacz, jak dzieci to mocno przeżywają. Lila mówiła później, że bała się innych rodziców.

      Kariera już pewnie nie jest mi pisana :) ale dobrze byłoby mieć pracę. Ech...

      Podpisuję się pod tym co napisałaś- no nie da się trzymać każdego z dziecka z każdym katarem czy kaszlem w domu. I podejrzewam, że z punktu widzenia lekarzy i medycyny- nie ma to też większego sensu. Organizm musi nauczyć się walczyć z wirusami.
      U nas Panie chodzą z dziećmi codziennie, ale to co mi się nie podoba- teraz, przy 10-12stopniach kaloryfer jest już odkręcony! Wspomniałam Pani, że bardzo tu gorąco, Lilce założyłam krótki rękaw, ale włos mi się jeży na takie praktyki. My w domu bardzo pilnujemy tego nie przegrzewania. U nas wręcz jest chłodno i dziewczyny w takiej temperaturze czują się najlepiej.

      Usuń
  33. Musze bo sie uduszę. Wybacz Martuś ze nie z profilu ale nie chce mi się logować.
    Katar ok bywa sama jestem alergikiem(roztocza, pyłki) ale ludzie sobie z tym radza odczulanie jest. Czy nie tak?
    Właśnie synek idzie w czwartek do przedszkole i co? W statusie placówki jest napisane gruba czcionka dziecko chore ma być w domu.
    Czy mamy biegac jak kabel do dyrekcji ze to dziecko ma katar?
    A i dziewczyny rada co do katarkow(laryngolog mnie poinformował) nosek dmuchamy najpierw jedna dziurkę potem druga i ta nie dmuchana zatykamy. Podczas dmuchania wytwarza sie ciśnienie i moze dojść do uszkodzenia bembenka jesli obie dziurki będziemy na raz dmuchać.
    Mam 30lat i sluch 50paro latki przez bledne wypróżnianie nosa.
    No a Lila slodziak jak zawsze.
    Buziaki
    Ewa Denys

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewa, pisałam to już gdzieś wyżej- alergie to nie moja działka. Nie mam pojęcia jak to jest z tym odczulaniem. Czy to skuteczne, czy u maluchów się praktykuje...
      Co do statusu- to przypuszczam, że każde jedno przedszkole ma w swoim taki wymóg. Tyle, że... No właśnie- chore dziecko znaczy jakie? Takie, które było z mamą u lekarza i ten dał szlaban na przedszkole? Ciężko to wszystko zdefiniować, choć i w poście i w komentarzach doszłyśmy do wspólnego wniosku, że bez dyskusji nie puszcza się dziecka z gorączką, wymiotami czy biegunką.

      Usuń
    2. Ps. Powodzenia w przedszkolu! Mam nadzieję, że będzie ok.
      Pozdrawiamy.

      Usuń
  34. Ech u nas też pasowanie wzruszające było :))
    Co do katarów i kaszlów to jednak bym rozróżniła... Są dzieci, co będą smarkać i kaszleć do czerwca, bo tak mają i nie ma się co tym przejmować. Moje też kaszlą ale w czwartek już do przedszkola idą, bo... chcę wreszcie wypić kawę/herbatę bez "mamoooo" :D A oni też już świrują w domu.
    Oczywiście co innego puszczanie dziecka z gorączką czy ewidentnie osłabionego... ale u nas w przedszkolu na szczęście się to nie zdarza.

    OdpowiedzUsuń
  35. Co do prowadzenia dzieci, z infekcjami to myślę dokładnie tak jak ty u mnie byłby mega problem... bo ja wolnego na zawołanie nie dostanę i tyle w tym temacie... Czyli albo niania albo babcia albo przedszkole... szczerze boje się jak nam się to wszystko ułoży z tą RZ :) mam nadzieję że poukładamy wszystko :)
    Pasowanie jak widać udane wszystkie buzie uśmiechnięte :)

    OdpowiedzUsuń
  36. No już już jako matka prawie ciągle pracująca, zaczęłam się bulwersować, czytając o Twoim wkurwieniu. No ale za moment zaglądnęłaś na drugą stronę medalu, więc już nie będę się bronić. Bo właśnie ja jestem tą matką, która posyła osmarkane dziecko do przedszkola. Od zawsze. I niestety od zawsze zmagamy się ze smarami mniej więcej od listopada do maja. Teraz też.
    Dzisiaj to luz - ZUS mi płaci, ale jeszcze rok temu sytuację zawodową miałam tak napiętą, że poroniłam w nocy, a rano poszłam do pracy.... Więc tym bardziej dziecięcy katar i kaszel nie były w stanie zatrzymać mnie w domu.
    I myślę, że dużo jest takich jak ja.. I, że każda ma trochę wyrzuty sumienia z tego powodu.
    Tak naprawdę trzeba by obwiniać ustrój, polityków i kapitalizm. Takie mamy warunki zatrudnienia, że stajemy przed głupimi wyborami. I podejmujemy nieoczywiste decyzje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś- jeśli kiedyś trzeba będzie mną potrząsnąć, sprowadzić na ziemię- śmiało. Na zdanie osób, które chcą pokazać mi drugą stronę medalu, otworzyć mi oczy w dobrej wierze- jestem jak najbardziej otwarta.
      Tamta ja- wkurwiająca się głównie kiedy E. była przedszkolakiem, to zupełnie inny przypadek. Po pierwsze- miałam zdecydowanie "zrytą" głowę przez to, co z E. przeszliśmy, po drugie- chyba to gdzieś pisałam w komentarzach wcześniejszych- wtedy chyba tylko jednak mama pracowała (mieszkali z babcią, więc Ona opiekowała się tamtą dziewczynką) a reszta była jak ja, w domu. Przyznasz, że to już zupełnie inna sytuacja, od tej, kiedy nie ma kto Ci pomóc, a Ty MUSISZ być w pracy? Bo ja te MUSISZ naprawdę rozumiem. Rozumiem choćby dlatego, że moja mama pracuje z kierowniczką (tak, o zgrozo to kobieta), która nie uznaje żadnych zwolnień na dziecko. Jak ma uznawać te na dziecko, skoro pracownik musi umierać (dosłownie), żeby mógł pójść na zwolnienie. Chociaż nie, czekaj- może, może. Po powrocie zazwyczaj odsyłany był do dyspozycji kadr. Oczywiście pod innym, niż zwolnienie, pretekstem. Niedopuszczalne? No raczej, ale kogo to obchodzi? Taki mam klimat. Niestety.
      Wszystko wygląda fajnie w teorii, założeniach... W praktyce wychodzi jak wychodzi i takie jest życie. Wiem, że mnie to też czeka. Czy mi z tym dobrze? Wyjątkowo chujowo, ale samym złym samopoczucie nie utrzymam dzieci, nie popłacę rachunków...

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!