Mama2c

Mama2c

czwartek, 31 grudnia 2015

Się wyrobiłam...

Między jedną imprezą a drugą ( w końcu przerzucanie kanałów w tv to nie takie hop siup) postanowiłam tu jednak jeszcze wpaść na chwilę. Stylizacji z sylwestrowej nocy Wam nie pokażę, więc nawet nie proście- no po co ma Was zazdrość zżerać od samego początku Nowego Roku :)

Dziewczyny! Ech, no dobra... Wy Panowie także...
W Nowym Roku życzę Wam przede wszystkim zdrowia. I bądźcie szczęśliwi. Tak po prostu. Bo, jak się okazuje, to jednak czasem cholernie trudne. Nie planujcie też za dużo- w końcu schudnąć, przytyć, rozwieźć się, zakochać,... możecie o każdej porze roku, niech Was ten 1stycznia za bardzo nie nakręca :)

Jeśli chodzi o mnie, wśród wszystkich niepewnych aspektów mojego życia, jedno przynajmniej jest pewne- nie będę się odchudzać od Nowego Roku. I dobrze mi z tym :) Właśnie wrąbałam wielki kawał szarlotki z żurawiną, a w lodówce chłodzi się sernik bananowy. Tak, może Nowego Roku nie przywitam hucznie, ale na pewno smacznie.
Co ja poradzę, że pieczenie mnie uspokaja...







Za chwilę północ... Wszyscy się pospali, także ja i Misiek życzymy Wam szczęśliwego Nowego Roku!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Święta, święta i... PONIEDZIAŁEK!

Kto się jeszcze cieszy, kto?! :)

Ech, no dobrze, przykre to jednak, bo pokazuje jak bardzo punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia... Pewnie w innych okolicznościach cieszyłabym się i dziękowała za te "przedłużone" święta, a tak? Wypatrywałam końca od samego ich początku w zasadzie.

Żeby jednak nie smucić od samego rana, tym bardziej, że dziś już odzyskałam i humor i wigor, dodam, że coś dobrego z tych minionych świąt wyłuskam :) Choćby to, że nie pamiętam w zasadzie od kiedy, ale przy Wigilii telewizor był wyłączony, a w tle słychać było kolędy (tak, wiem- mała rzecz, ale za to jak cieszy), spontaniczna wizyta u mojego brata w pierwszy dzień świąt- dużo śmiechu, trochę rozmów o górach i poważnych rozpraw o wychowaniu dzieci, które jak wszystkie wiemy, jest ciężką orką, wizyta na placu zabaw z moją chrześnicą Basią, Jej rodzicami i bratem, sporo "leśnych" spacerów z Miśkiem- stwierdzam, że radość psa, daje człowiekowi niemal tyle samo radości i satysfakcji, co radość dzieci...

Pewnie, że gdzieś tam między "Bóg się rodzi" a "Zrób miejsce na pierogi", czułam, że mnie coś uwiera, i nie były to spodnie w pasie (No jasne, że nie były, bo wystąpiłam w sukience, ktoś ciekawy stylizacji? :)), ale... Już zupełnie serio i całkowicie poważnie napiszę, że są gorsze tragedie niż czuć się samotnym w święta (i nie tylko). Spotkaliśmy się w tym samym gronie, wszyscy jesteśmy zdrowi (pomijając uszczerbki na zdrowiu psychicznym, ale jak wiemy- normalność to pojęcie bardzo względne i tego się trzymamy), każdy z nas ma bezpieczny, suchy, ciepły dach na głową, pełną lodówkę...
To bardzo dużo.

W pierwszy dzień świąt, zmarł dobry kolega mojego ojca i brata. Pracowali razem kupę lat. Wiadomość jak grom z jasnego nieba, bo facet na nic nie chorował. Miał tylko 50lat.
Jakoś tak smutno i dziwnie, bo niby człowiek to wie, że nikt nie zna dnia i godziny, że wszyscy kiedyś... ale kiedy to się dzieje już obok nas, w tak szczególnym czasie...









Wracając jednak do prozy dnia codziennego... Zaprawdę powiadam Wam... owsianka w ten poniedziałkowy poranek, smakowała wybornie :)W końcu coś lżejszego! A kulinarne wspomnienie świąt? Nie ma gotowania i pieczenie bez serca- upiekłam trzy ciasta, i... trzy razy klapa. Zjedli, oczywiście, ale z żadnego nie byłam dumna, ani żadnym zachwycona. Co więcej, jedno było taką porażką, że w pierwszy świąteczny poranek... piekłam szybko ciasto bananowe z przepisu Agatki :)

A jak Wasze świąteczne wspomnienia i refleksje?
Ja póki co... zmykam sprzątać. Ot, taki paradoks- mieszkanie wysprzątane przed świętami niemal na błysk, mało nas tu w te dni były, w zasadzie prawie wcale, a dziś rano? Dziś rano stwierdzam, że zdecydowanie będę miała co robić przez większą część dnia!

środa, 23 grudnia 2015

Co komu...

Pomijając wszystkie inne przeciwności losu, które spotkały mnie w tym roku w okresie przedświątecznym, najbardziej dotkliwa jest ta, że zrywa mi co chwilę połączenie z internetem. I teraz nie tylko nie wiem, czy uda mi się złożyć Wam życzenia, z dopiskiem paru słów co u nas, ale martwię się przeokropnie, że jako jedyna z prawie dwustu znajomych mi osób, nie zamieszczę zdjęcia swojej choinki na FB.
Psia mać!

W związku z dyskusją, jaka rozwinęła się w komentarzach na temat stylizacji, postanowiłam zabrać głos... Bo czuję się niejako winna. Rozumiecie- frustracja, rozżalenie, złość... I tak baba coś czasem chlapnie, a to potem idzie w świat, i teraz i ja się martwię, że stylizacja na Wigilię nie gotowa, i Wy się martwicie... Nie tak to przecież powinno wyglądać :)

W każdym razie...
Miałam dziś chwilę dla siebie, którą postanowiłam przeznaczyć na kupno prezentu dla Lilki. Ot, takie standardowe matczyne zachowanie, kiedy może czas poświęcić sobie- znamy to przecież wszystkie. Tak czy siak, była to jednak chwila dla mnie, ponieważ mogłam pomyśleć o czymś innym niż:
a) czy Ona przestanie się kiedyś drzeć (to o Lilce)
b) Jezu, czy One przestaną się kiedyś drzeć (to o Obu)
c) czy ja naprawdę muszę się cały czas drzeć (to o... mnie)

No.
Jak wiecie, Święta w tym roku, będą dla nas szczególne. Szczególnie kiepskie. To skłania oczywiście do wielu różnych refleksji, począwszy od tej: "Spoko, nic nie robię, w dupie to mam", po: "Co ze mnie za matka, dzieciom Święta zabieram". Cóż... Pogodziłam te dwa podejścia. Przecież z dwojga rodziców, któreś musi być mądrzejsze   się ogarnąć. Jako, że mąż chciał podobno iść do technikum gastronomicznego, tak lubił gotować, postanowiłam, że w tym roku nie zrobię cyrku, i tak jak mamy to z mamą ustalone od lat, upiekę ciasta, zrobię sałatki i śledzie. W międzyczasie umyję okna, podłogi i łazienkę. Bo przecież zawsze marzyłam, żeby być sprzątaczką :) Niestety, nie było u nas takiego technikum, więc realizuję swoją pasję w domu.

I tak, robię to wszystko. Serca nie ma w tym w ogóle. Zeszłam z ilości do minimum, co w ogólnym rozrachunku wyjdzie pewnie nam wszystkim na dobre. Tyle, że... ja to bardzo lubiłam. To pichcenie dla najbliższych lubiłam. To wyszukiwanie przepisów, żeby Im dogodzić, zachwycić... Te nogi wchodzące do tyłka, kiedy robiłam piątą masę do tortu, nawet mi nie straszne były... I mycie kuchni, kiedy te kremy rozpryskiwały się po okolicy...

I wiecie co? To mnie właśnie skłoniło do takiej refleksji... Bo przecież, ja wcale nie oceniłam Fashionelki! Boże broń. Ja tylko, na tamten moment, na chwileczkę jedną, chciałam mieć takie dylematy jak Ona... Dziś za to, wiem już na pewno, że to nie dla mnie. Maseczki i masaże również :)
Pewnie, że daleka jestem od tego, jak nasze mamy i babki "wypruwały sobie żyły" przed Świętami. Powiem Wam jednak, że kiedy wczoraj umyłam okna ( i chociaż przyznam, że efektu "wow" nie było- były myte przecież przed urodzinami Lilki, a dwa miesiące to za mało, żeby odkryć świat na nowo po ich myciu :)) i zrobiłam śledzie, to poczułam ten specyficzny rodzaj satysfakcji. Bo ja chyba zwyczajnie lubię być trochę przedświątecznie zmęczona. Lubię ten delikatny pośpiech i przekonanie, że nie! no w tym roku na pewno się nie wyrobię... A jednak zawsze zdążamy, prawda? Lubiłam nawet, tą trochę nerwową atmosferę, kiedy zwyczajnie sprzeczamy się o jakieś pierdoły, żeby za chwilę dać sobie buziaka i już się nie dąsać...

Nie wiem jakie będą moje Święta w tym roku. Zaklinam pogodę i zdrowie, a reszta... Się zobaczy. Cudów nie będzie, bo albo jestem sceptykiem, albo zbyt wielką realistką, żeby wierzyć w wigilijne pojednania... Poza tym, w moim domu, przez prawie 30lat taki cud się nie zdarzył :)

Podejrzewam, że wieczorami będę miała czas, żeby do Was zajrzeć, także- spodziewajcie się mnie :)
A dziś życzę Wam przede wszystkim rodzinnych i spokojnych Świąt. Niech to będzie dla Was dobry czas. Właściwie, to każdej z Was mogłabym życzyć czegoś innego, tak różne są nasze historie, na tak innych, czasem, etapach życia jesteśmy... Myślę o Was Dziewczyny! No, poprawiamy korony, pierś/implanty do przodu i dalej... do garów :) A jak któraś chce- to do kosmetyczki :)

Na Wasze komentarze odpiszę niebawem, bo przecież my nie dżentelmeni, i o kasie lubimy rozmawiać :) Zwłaszcza o tej, którą trwonimy! :P

A teraz chwila grozy- uda się opublikować, czy się nie uda... Zerwie ten cholerny internet, czy nie zerwie...

poniedziałek, 21 grudnia 2015

"...Pokój niesie ludziom wszem..."

Kiedy czytam Wasze posty i oglądam Wasze zdjęcia... naprawdę mocno waham się, czy wyskakiwać ze swoim, tak bardzo nieświątecznym, wpisem :)
A co mi tam... zaryzykuję. W końcu, kiedy miewam (prawie co rano) chwile próżności i zerkam na statystyki bloga, okazuje się, że ludzie... kochają dramaty.
No serio.
Nigdy nie ma tylu wejść na bloga, jak właśnie wtedy, kiedy mamy z mężem ciche dni...
Ja tam tego w ogóle nie rozumiem- że też małżeńska gorsza passa, bije na łeb posty o dyni...
Świat zwariował.

Relacjonujecie wieści z frontu kulinarno-prezentowego, wprawiając mnie w osłupienie. To znaczy, wróć! ja siebie wprawiam w osłupienie. Nigdy bym nie uwierzyła, że można być tak bardzo POZA. To chyba pierwsze takie moje święta, kiedy nie czuję nic. Nie sprzątam (nie, żebym kiedykolwiek wcześniej szalała ze ścierą z okazji świąt, no ale... sprzątało się- jakby nie było), nie gotuję, nie mamy żadnych świątecznych ozdób, poza gałązką (cholera wie czego) przyniesioną przez moją mamę, o prezentach nie wspomnę (albo wspomnę kiedyś), pomijając zupełnie to, co powinno być najważniejsze, ale akurat tytułem myślę, że dobrze nawiązuję do tego, co mi chodzi po głowie...

Atmosfera w naszym rodzinnym, katolickim domu, na kilka dni przed świętami, wygląda tak: Eliza z nudów bawi się w Masterchef Junior i właśnie jest na etapie robienia domowych burgerów. Brakowało Jej do tych wieczornych warzyw, z naciskiem na sałatę lodową, także tata zgodził się "skoczyć" do Biedry. Sięga tam, gdzie trzymamy nasz majątek. I przemawia do mnie (prawie) ludzkim głosem: "No chyba nie chcesz mi powiedzieć, że już dwie stówy poszły?!?!"
Nie.
Wcale nie chciałam Mu tego powiedzieć.

Próbując oddechami wyrównać ciśnienie, oraz przy okazji nie dostać wylewu z okazji mentalnego policzka, którego doświadczyłam, jako ta niezarabiająca, zastanawiając się jednocześnie, czy zgodnie z tym, co ostatnio radził tata Elizie- nadstawić drugi policzek, w końcu odpowiedziałam: "Nie. Nie poszły. Są w torebce."
I w kieszeni płaszcza, bo tam wrzuciłam resztę z chusteczek higienicznych, kiedy Lila zasmarkała mi się na spacerze.
Oraz w lewej kieszeni kurtki, kiedy upychałam resztę z natki pietruszki, bo świnki cały czas tą marchewkę biedne żrą.
Tak, zaszalałam w ten weekend. Jak to kiedyś nasza Mała Czarna napisała: "A gdzie ja mogę zaszaleć? Na dziale mrożonek w Biedronce?" No właśnie.
I wszystko na ten temat.

Nastrój świąteczny, którego nie miałam wcale a wcale, osiągnął wartości ujemne... Brawo my.

W temacie kasy, dodam tylko od siebie taką wzniosłą myśl, że nie ma takiej sumy, od której człowiek czułby się mniej samotny. No może jest tylko ta drobna różnica, czy w tej samotności pije się prawdziwego szampana pod wieżą Eifla, czy wyciera dziecku nos chusteczkami za całe 50groszy, krocząc z Nią dziarsko dalej, bo kolejny weekend, kiedy tata ku chwale wszystkich zarabia pieniądze, nie zwalnia mamy z 300% normy.
W końcu każdy swoją pracę ma...
Tylko niektórzy nie dostają za swoją wynagrodzenia.
I tu mógłby powstać kolejny wpis traktujący o ponoszeniu konsekwencji swoich decyzji, ale że... idą święta, trudne tematy zostawimy sobie na kiedy indziej.

Nie muszę Wam pisać, że kiedy weszłam na fejsa i mignęła mi u Fashionelki zapowiedź wpisu, którego głównym temat przewodnim były dwie stylizacje na Wigilię, czy ogólnie- Boże Narodzenie (nie pamiętam), to ja potrzebowałam chusteczek, a jedyną myślą, którą uraczyła mnie moja głowa była niewypowiedziana prośna, żeby mnie ktoś dobił. Po prostu.

czwartek, 17 grudnia 2015

Jak nie urok to sraczka, albo jeszcze inne g...

Tak, wiem- "wiszę" Wam kolejny post. Naprawdę miałam ochotę go napisać- taki w moim dawnym stylu- lekki, przyjemny, z dużą dozą dystansu do samej siebie, bo nawet dla uwiarygodnienia wydarzeń, które miałam zamiar opisać- gotowa byłam wrzucić swoje zdjęcia bez makijażu ale... z wałkiem na czole. Plany planami, zamiary zamiarami, a życie życiem. Wiem, że znacie to i Wy.

Dobra, najpierw o Lilce.
Drugi tydzień w domu.
DRUGI TYDZIEŃ w domu.
Czujecie to? Zdrowa, bo tylko z katarem, trzylatka prawie dwa tygodnie w domu...
Tak, z katarem, ale za to jakim.

W poniedziałek, 7grudnia obudziła się z lekkim stanem podgorączkowym, kichając co chwilę. Leciało coś tam z noska- taka "woda", przezroczysta, łatwo wypływająca :) Stan podgorączkowy był jednorazowym epizodem. Ruszyłyśmy z inhalacjami, uderzeniową dawką witaminy C, piciem domowego soku z malin, wody z miodem i tak dalej. Standard. Nie ma się czym podniecać, jednym słowem. W środę katar zrobił się żółto-zielony. Nie czekałam więc na pogorszenie rewelacyjnej kondycji Lilki (o moją nawet nie pytajcie!) i zaczęłam zakrapiać nos surfarinolem, przekonana, że oto przechytrzę tą całą infekcję i od poniedziałku, jak na skrzydłach, pobiegnę z Małą do przedszkola. Niedziela wieczór- pięć pełnych dni kuracji surfarinolem i co? I g... Nie będziemy tu znowu roztrząsać, czy katar to powód do zostania w domu, czy nie, ale napiszę tak- po tygodniu trzymania dziecka w domu, będąc w mojej obecnej sytuacji (czyt. będąc kurą domową) nie mogłabym Jej takiej "zaglutanej" przyprowadzić. No nie i już. Tym bardziej, że... Kurna, Dziewczyny. Co to był za katar- no masakra jakaś. Co chwilę zastanawiałam się, jak to możliwe, że taka mała dziewczynka może tyle go produkować. We wtorek miarka się przebrała, umówiłam nas do przychodni. Sama wizyta w przychodni- osobny post mogłabym napisać, przeżycie z tych ekstremalnych. Dostałyśmy krople do zrobienia z dwoma antybiotykami. Podaję je dopiero jeden dzień i już jest ogromna poprawa. Zła jestem, że tak długo czekałam.
Nie wspomniałam o tym, że na samym początku swojego smarkania, Mała oczywiście podzieliła się  "gilami" z mamą.

I trzeba to napisać po raz kolejny- no dzieci chorują inaczej! Miałyśmy dokładnie to samo, i powiem Wam- ledwo żyłam. Bardzo mnie ten katar przeczołgał. Co ciekawe- próbowałam leczyć się wszystkim, co miało w nazwie "zatoki" i bez efektu. Dodając do tego fakt, że byłam praktycznie cały czas sama, z dwójką dzieci i psem, którego musiałam wyprowadzać... Jestem zmęczona, padnięta po prostu. Choć na pewno nie tak, jak mój mąż, bo dla Niego miarą zmęczenia, jest godzina, o której chodzi się spać. Czyli, że... wypoczęta zdaje się jestem, no!
A ja tylko, po całym dniu, lubię posłuchać ciszy. I porobić coś bez dzieci. Bez "mamooooo". Podelektować się czasem, kiedy nie muszę być niańką, kucharką, sędzią, lekarzem, służącą i... wpiszcie co tam Wam się jeszcze przypomni. I tak- kocham być mamą, nie przeszkadza mi bycie lekarzem i kucharką, no dobrze- sędzią być nie lubię i unikam, a służącą- wiadomo. Te 2-3godziny wieczorem, ten reset, kiedy mogę robić to, co ja chcę, to jest coś, co mnie ratuje przed autodestrukcją. No ale... ciężko widać wytłumaczyć to komuś, kto cały dzień spędza poza domem. Bo można rozumieć i rozumieć. E, długo by pisać, a późno już :)

Tak, u Lilki kończymy chorowanie. I wszystko byłoby super, prawda?
Tak, byłoby.
Mogłabym na przykład w poniedziałek umyć okna. Bo dziś, będąc z psem, miałam okazję podziwiać sąsiada z drugiego piętra, facet trochę młodszy od mojego męża, myjącego okna... Powiem Wam- widok boski.

Dziś rano Eliza oświadczyła mi, że trochę piecze Ją gardło. Popsikałyśmy tantum verde i poszła do szkoły z zaleceniem, że gdyby źle się czuła- ma pójść do pani i zwolnić się do domu. A jak to wyglądało w praktyce? Eliza była dwa razy u wychowawczyni, ta dwa razy wysyłała Ją do pielęgniarki, która dawała Jej apap i odsyłała na lekcje... Ale to nie koniec. Ostatni mieli w-f, na którym wychowawczyni... kazała Elizie ćwiczyć. I mając w odwłoku dobre wychowanie i maniery- no chuj mnie strzelił, jak mi to Eliza opowiedziała. Nie wspomnę o tym, że jak tylko Ją zobaczyłam w drzwiach, to wiedziałam, że dobrze nie jest, bo naprawdę źle wyglądała. I ja się k... mać pytam, czy nie można było tego dziecka puścić do domu? A jeśli nie można, bo jest jakiś przepis, paragraf na to, to wiedząc, że ja jestem w domu, nie pracuję (tak, nadal!), nie można było zadzwonić, żebym po Nią przyszła? A ten w-f??? Bez komentarza po prostu. Mamy wieczór, Eliza od 1,5godziny ma 38,6. Wiecie co czuję? Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać.

Od prawie dwóch tygodni jestem uziemiona w domu. Z niewyleczonym swoim katarem, z jednym dzieckiem, które dopiero co skończyło infekcję i z drugim, które właśnie zaczyna. Z mężem, który działa na mnie jak płachta na byka, z wizją świąt z tyłu głowy, do których jestem zupełnie nieprzygotowana, z myślą o końcu roku i ogromną nadzieją, że ten 2016 będzie rokiem, kiedy w końcu zmądrzeję i zrobię to, co każda kura domowa w końcu powinna zrobić- pójść do pracy i sama zarobić na waciki i podpaski :)

Dlatego może od razu sprostuję, że poprzedni post, to nie jest nasze domowe, świąteczne menu :) To propozycje dla Was. Ja w tym roku mam wszystko w tyle i albo coś zrobię, jak mi się będzie chciało, albo nic nie zrobię- analogicznie- jak mi się nie będzie chciało.

I tyle na dziś :)
A jutro od rana będę łączyć się z przychodnią.
Tak, nie mogę się już doczekać...
W środę, przez 15minut w poczekalni, słuchałam o tym, gdzie można kupić NAPRAWDĘ smaczne ziemniaki. I nie- bynajmniej nie była to rozmowa między pacjentami... Ciekawe, czego dowiem się jutro? Może gdzie kupić NAPRAWDĘ jadącego mułem, ale świeżego karpia?
Osobiście do karpia nic nie mam, i jeśli moja mama nie wykaże do świąt identycznego stosunku jak ja, to może nawet będzie mi dane go zjeść w te święta :)

Pod koniec listopada byliśmy z dziewczynami na mini sesji świątecznej. Parę ujęć dosłownie. Pokazać? :)

Dziewczyny były początkowo trochę stremowane, więc Pani fotograf spytała Je, czy lubią się przytulać. Odpowiedziały natychmiast, że tak, a ja zaczęłam się zastanawiać kiedy nauczyły się tak przekonująco kłamać... W każdym razie... efekt całkiem, całkiem.






Co ciekawe- obie ubolewały, że nie mogliśmy zabrać ze sobą... Miśka. Za jakiś czas, zrobiłyśmy więc sobie domową mini-sesję. I nawet Lilki spływające krople udało się uchwycić :)





No dobrze, może i nie błysnęłam humorem jak dawniej (właśnie chciałam napisać humor przez "ch"... zgroza), za to ponarzekałam jak za starych, dobrych czasów. I dobrze mi z tym:p
Mój ten kawałek podłogi! :)

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Pomysły na świąteczne ciasta i... śledzie




Ech, obiecałam, obiecałam, ale... Z własnej woli tak się katować? Tymi wszystkim zdjęciami, opisami... Boszzzzz!  Coś tam dla Was, mimo wszystko, wypatrzyłam. Gotowe? Brzuchy pełne? Ostrzegam lojalnie- każdy z tych linków zawiera zdjęcia tak apetyczne, że język wybiera się na wycieczkę do... no same wiecie gdzie :)

Co musi mieć w sobie ciasto, żeby mogło szczycić się mianem świątecznego? Mak, orzechy, pomarańcze, żurawina, przyprawa korzenna... Takie kryteria przyjęłam, a Wy? Dodałybyście coś od siebie? Wahałam się w związku z wciągnięciem na listę czekolady, ale... Ostatecznie zdecydowałam, że to produkt codziennego użytku :)

TU znalazłam przepis na fajny tort makowy. Bo coś, co przełożone jest kremem kawowym, nie może być niefajne :P

Ktoś mnie w komentarzach podejrzewał o pieczenie makowców. Przyznać się, która wpadła na taki pomysł? :) Nie, nie- dementuję te plotki. Za typowego makowca się nie zabieram. Nie ma mowy. Jeśli jesteście tak samo ochoczo nastawione do zawijania jak ja, to mam dla Was przepis idealny- makowiec last minute- jedyne co musicie, to zrobić odpowiednie zakupy, zmiksować składniki i sru do piekarnika. Spójrzcie na zdjęcia i same powiedzcie- czy ten makowiec nie wygląda apetycznie?? Jadłabym nawet teraz :)

I ostatni pomysł z makiem, może nie w roli głównej- mak pełni w tym serniku raczej rolę dekoracyjną, ale... fajnie wpisuje się tym samym na listę świątecznych wypieków :)

Hmm, z ciastami orzechowymi będzie już trochę trudniej- sama za nimi nie przepadam, także nie mam tu zupełnie intuicji, jak przy np. tortach, kiedy wystarczy mi zobaczyć zdjęcie, składniki i wiedzieć, że oto jest TEN przepis, który będzie hitem świąt/urodzin.

Jest jednak takie ciasto, właściwie klasyka, jeśli mówimy o orzechach... Z orzechowcem mam nawet takie bardzo sympatyczne wspomnienie. W czasach kiedy byłam jeszcze wolna jak ptak (ekhm, ciężko uwierzyć, że takie w ogóle były :)) i od myśli, że kiedyś będę (być może) żoną, mamą i... gospodynią domową, byłam oddalona o lata świetlne, miałam już bardzo ustatkowaną przyjaciółkę. Ania, poza rolą mamy, spełniała się już wtedy idealnie w roli żony i piastunki domowego ogniska. A to ognisko często wypełniało się aromatem karmelizowanych na wielkiej patelni orzechów. Ania piekła go chyba raz w tygodniu, bo ile razy bym u Nich nie była, Ona zawsze była w trakcie jego przygotowywania :) I kiedy dziś, ujrzałam to ciasto, tego orzechowca, od razu pomyślałam o Niej. Może nie tylko o orzechowcu, którego mogłyśmy jeść bezkarnie w ilościach hurtowych (Komu przyszłoby do głowy w wieku 20lat, że orzechy to bomba kaloryczna! A dwa- kto, w wieku 20lat, musiał się tym przejmować :)), ale głównie o imprezach u Państwo Sz. Ech, to były czasy... Wspaniałe!

Nie powiem więc Wam, czy te ciasteczka będą dobre, ale przyznajcie- wyglądają uroczo :)

Jakiś czas temu, całkiem niedawno właściwie, moja mama miała urlop, który niemal w całości spędziła u nas. Te kilka dobrych dni zaowocowało wieloma rozmowami, część z nich na pewno będzie inspiracją do wpisów, tu- na blogu. Tematy krążyły również wokół Świąt, różnic jak przeżywamy te Święta jako dzieci, a jak, jako dorośli. Moja mama na fali wspomnień popłynęła tak bardzo, że jeszcze chwila, a nie nadążyłabym z podmienianiem Jej chusteczek. I co Ją tak wzruszyło? Kolejki za pomarańczami :)

Czyli co? Podsunąć pomysł na jakieś fajne ciasto z pomarańczami? Choć moja osobista lista potraw i wypieków jeszcze nie powstała, to niewykluczone, że będzie na niej coś pomarańczowego. I oby nie była to rewolucja. I nie- to nie jest czarny humor...

Na początek może sernik? Taki podwójnie świąteczny, bo tu pomarańcze, tam nutka cynamonu, spód brownie... Hoho, to może być dobre.

A tu, również sernik, ale w nieco innej odsłonie. Dobrze rokuje w każdym razie :) Szczególnie ten likier w masie...

Teraz coś dla ludzi o mocnych nerwach. Dziewczyny! Ten tort wygląda tak, że klękajcie narody. Już widzę, jak Wasze teściowe zbierają szczęki z podłogi. Rzuciłam okiem, i trochę z nim roboty jest, ale... Co to dla Was, prawda? :)
Nie, ja się nie porwę... Gdyby jednak, ktoś miałby ochotę coś dla mnie upiec- to tak, mógłby to być właśnie ten tort.

Co my tam jeszcze mamy? Aaaa, żurawina. Sama zamroziłam dwa pudełeczka z myślą o Świętach. To było dawno temu... jak jeszcze o nich myślałam.
Ok, i tu pragnę Wam kogoś przedstawić- faceta, który do kuchni nie wchodzi tylko po to, aby włożyć talerz do zlewu :) Kraina Sosny- to blog, gdzie warto zaglądać, choćby dla zdjęć. Torcik lodowy po świątecznym obiedzie? Ja bym nie protestowała :) Połączenie wanilii i cierpkiej żurawiny... Kupuję to.

Jeśli jednak zimno Wam na samą myśl o czymś, co nie ma temperatury pokojowej, to może... kolejny sernik? Jak widzę ten mus żurawinowy, niczym leciutka pianka, to tak sobie myślę, że dzieci, mężowie, bliższa i dalsza rodzina blogerów kulinarnych, to mają klawe życie :)  A przynajmniej słodkie.

A może ktoś szuka przepisu na proste, ucierane ciasto? Mam TU coś dla Was :) Może być całkiem niezłe.

No dobrze, ja czuję się zasłodzona od samego patrzenia :) Tak, zdecydowanie pora na śledzika :)

O, i tu się Wam do czegoś przyznam- w ramach wyjawiania sekretów rodzinnych ;) Tak, jak zawsze, ale to zawsze, szukam jakiś nowości, bo to taka swego rodzaju mobilizacja i zielone światło w jednym, żeby nie pojechać starymi, dobrze wszystkim znanymi przepisami, tak jeśli chodzi o śledzie- będzie powtórka z zeszłego roku.


To moi zeszłoroczni faworyci- po lewej z TEGO przepisu. Może nawet lepsze na Sylwestra, do wódeczki, niż na Święta. Naprawdę fajne, ostrrrre śledziki. Polecam. Po prawej, w trochę innym tonie- z cynamonem, imbirem, goździkami- ach, tyle dobrego! Przepis TU.

Kuszą mnie jednak jeszcze... te musztardowe, własnej roboty. Robiłam takie, chyba dwa lata temu. Ze szczyptą suszonego tymianku... O rany, jak one smakowały! Korzystałam z TEGO przepisu. Natomiast TEN, mimo, że bez tego pazura w postaci tymianku, też wydaje się godny uwagi.

A dla wszystkich, którzy wytrwali do końca, prezent :) Znaczy się- pomysł na prezent. Święta to czas, kiedy lubimy się odwiedzać, gościć... To czas małych upominków i wielkich podarków. No chyba, że byłyście równie niegrzeczne jak ja- wtedy na nic nie liczcie :) Tak czy siak- zajrzyjcie koniecznie TU. Domowy syrop piernikowy- prezent idealny. A kawa z takim syropem, z osobą którą obdarujemy... Spokojnie można by z tego nakręcić ckliwą reklamę :) Jak tylko skończy się mój korzenny syrop dyniowy- przystępuję do produkcji.

Ufff, dałam radę.
Skoro jesteśmy już przy Świętach, to wypatrujcie kolejnego wpisu. Będzie o... (NIE)trafionych prezentach. Spokojnie! Nie zmieniłam koncepcji bloga, i żadnych porad u mnie nie znajdziecie- ja jestem z tych, które same ryją internety w szukaniu ratunku :)
DO NASTĘPNEGO :*


sobota, 12 grudnia 2015

Przecież Was tu tak nie zostawię!

Emocje opadły, blog powoli pokrywa się kurzem, a ja- między zupą, wyciskaniem soku z pomarańczy, odpowiadaniem na trudne pytania ("Mamooooo! A jak pies merda ogonem*?") i wycieraniem gili, zastanawiam się... co dalej.

Pewnie, że w pierwszym odruchu miałam ochotę zamknąć się na cztery spusty. Nadal trochę mam, ale wychodzi na to, że jestem zbyt leniwa, żeby zrobić to pod wpływem impulsu. Poza tym- właśnie- nie mogę napędzać tych głupich stereotypów, że niby my kobiety działamy impulsywnie. Impulsywny to bywał mój ojciec, ja jestem co najwyżej... spontaniczna. W mowie i w piśmie. Bo podobno z czynami już trochę gorzej. Tak przynajmniej mawia Marcin, najczęściej wieczorami...

Kiedy okazało się, że na nasze życie zerka tu oko wielkiego brata, a nawet braci, poczułam się... dziwnie. Nawet trudno napisać jak konkretnie. Blog był otwarty przez ponad dwa lata- w tym czasie, mniej lub bardziej przypadkiem (chociażby szukając informacji o górach...) mógł tu trafić każdy.

Pytanie, co robić teraz, kiedy stało się to faktem? Zamknąć bloga i zaprosić tylko wybranych Czytelników. Jasne. Banał. Tyle, że... Sama czytam kilka blogów od baaaaardzo dawna, na których nigdy się nie ujawniłam. Poza tym, od kiedy w luźnej rozmowie, Ania uświadomiła mi, że sympatyczna mama czwóreczki, może być w rzeczywistości podstarzałym oblechem (podkopując tym samym moją wiarę w to, że wszyscy ludzie są dobrzy, a świat piękny), zwątpiłam. Jak oddzielić ziarno od plew?? Jak teraz sprawdzić, czy Krystyna z Pcimia Dolnego, to na pewno Krystyna? Popisałam się jak zwykle geniuszem, bo mimo, że ostatnio oblałam u męża egzamin ze spuszczania prądu z kondensatorów (nie napiszę Wam, że powiedział "Siadaj, pała!", bo to mogłoby już trącić prywatą z alkowy Państwa K.), to jednak te dziesięć lat dzielenia łóżka z informatykiem na coś się zdało. Adres IP! Eureka. Wezmę adresy szanownych kolegów i jedziem z koksem... Tak, pomysł genialny w swej prostocie. Na chwilę. Bo moment później, z zaawansowanymi objawami manii prześladowczej, wyobraziłam sobie takiego kolegę z Piły na przykład, który jedzie do najbliższej wioski posiadającej kafejkę internetową i stamtąd prosi o zaproszenie, jako... mama szósteczki, właścicielka kameleona i tchórzofretki (dobór zwierząt nieprzypadkowy).

A potem zaczęłam słyszeć głosy... Brzmiały mniej więcej tak: "Zjedz snickersa i przestań gwiazdorzyć".
Posłuchałam.
Przy tej ilości jedzenia, które ostatnio pochłaniam, jeden snickers w tą, czy w tamtą...

Ech, no i właśnie... Wraz z radosnym przepływem glukozy przez mój organizm, przyszły bardziej rozsądne spostrzeżenia typu: No błagam, a co ja chcę tu niby ukrywać??? I czy naprawdę muszę to robić? Jednak, jako że zawsze miałam się za osobę otwartą na Wasze sugestie, postanowiłam sprawdzić jak się ma ta moja prywata w szeroko pojętych internetach... No i powiem Wam, że trochę się uspokoiłam :) Wychodzi na to, że... jestem typowym średniakiem. I pierwszy raz nie strzeliłam fochem za taką opinię :) Żebyście Wy Dziewczyny widziały, co takie Kardishiany na przykład pokazują... Matko i córko! Toć to ja wzorem dyskrecji przy Nich jestem!

Co dalej? Tego do końca nie wiem. Może się zamknę, może nie. Na razie na takie "przedsięwzięcie" nie mam czasu :)

Ach! A tytuł to wcale nie w nawiązaniu do tego, co napisałam powyżej.
Otóż... Pytacie w prywatnych wiadomościach, jak tam kulinarne plany na Święta.
Jezu, Dziewczyny... Ale, że tylko z jedzeniem Wam się kojarzę? To już chyba wolałabym chociaż z "aferą rajtuzkową"...
W każdym razie- nie, nie zostawię Was bez świątecznych inspiracji :) Sama już tam coś tam przeglądałam pod kątem świątecznych wypieków i nie tylko, i na dniach podzielę się z Wami dobrymi adresami :)

Ps. Stęskniłam się trochę :) 
Chociaż...
Dnia piątego mojej blogowej absencji, doszłam do wniosku, że... uwaga, uwaga- można wrócić do życia sprzed bloga, bez uszczerbku na zdrowiu ;) Wystarczy dużo wina w barku. To zawsze jakaś alternatywa na wieczór.

A do wyluzowania, skłonił mnie również TEN, kapitalny tekst, z jakże wymownym tytułem: "Kilka utrapień blogera". Znacie blog: "Krystyno, nie denerwuj matki"? Jeśli nie, to koniecznie to naprawcie :) Dystans i jeszcze więcej matczynego poczucia humoru. Uwielbiam!

* Jak pies merda ogonem? Hmm... Po wyczerpaniu wszystkich możliwych odpowiedzi (radośnie, wesoło, szybko, energicznie, z zapałem itp) okazało się, że moja trzyletnia córka, oczekuje odpowiedzi czysto technicznej. JAK pies merda ogonem? I już, już miałam pisać maila do Głównego Inspektoratu Weterynarii, ale pomyślałam, że może Wy? Może Wy wiecie jak to się dzieje, że pies merda ogonem? Co wprawia ten ogon w ruch? Ewentualne odpowiedzi proszę napisać językiem przystępnym dla trzylatki. I Jej mamy :) Bo ja to potem będę musiała opowiadać. Z jakieś sto razy :)




czwartek, 3 grudnia 2015

Wolność słowa

I stało się- sława w końcu przyszła... Trochę wbrew mojej woli, trochę nie w tych środowiskach, w których bym chciała, no ale- jak to mówią- darowanemu koniowi...

No bo powiedzcie Dziewczyny, czy to nie jest już sława, kiedy okazuje się, że mam grono stałych czytelników płci męskiej???

Faceci na blogu kury domowej. Aaaaaaaaa! Co oni tu robią?!?!

To proste...
To koledzy z pracy mojego męża.

Cześć chłopacy :) Piąteczka.

Aj, nieładnie, nieładnie. Mama Wam nie mówiła, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? Cholera jasna, sami ateiści mi się trafili? No bo przecież właśnie dlatego tu jesteście- z ciekawości, co? Przecież nie czekacie z wypiekami na twarzy na kolejny przepis na ciasto dyniowe, nie łączyliście się też ze mną w mentalnym bólu, kiedy Lilce wychodziły kolejne zęby, i nie wylewaliście łez wzruszenia, kiedy pisałam o adopcji Miśka.

Dobra Panowie, ktoś Wam w końcu musi to powiedzieć- jesteście w takim wieku, że z wypiekami na twarzy to możecie śledzić blogi erotyczne (podlinkować kilka?) albo te o finansach, ale tu już Wam nie pomogę- zawsze byłam kiepska w cyferkach. A jeśli wciąż chcecie zaglądać na "blogi dzieciate" to odsyłam do Anny Muchy- tam popatrzycie chociaż na ładne nogi. I jędrne piersi. W gratisie.

W związku z tym, że Wasz kolega nigdy nie miał parcia na sławę, poprosił mnie dziś ładnie (zamknij w pizdu tego bloga- jakoś tak to szło...), żebym jednak nie dostarczała Wam taniej rozrywki i zamknęła bloga tylko dla zaproszonych czytelników. No i sami widzicie- no co ja mogę, co mogę? Posłuchać się męża mogę :) Chociaż raz. Jak tak już ładnie prosi.

Także... Poczytajcie jeszcze chwilkę, poróbcie screeny, czy co tam chcecie- w końcu informatycy z Was, poradzicie sobie, nie? :) A do Was Dziewczyny wkrótce się odezwę. Zamykamy ten majdan, przedstawienie skończone.


wtorek, 1 grudnia 2015

Płynne przejście...

No i witamy się w grudniu- jednym z przyjemniejszych miesięcy w roku :*
Kto już słyszał "Last Christmas"? :) 

Jesień, jesień... Bywało pięknie :)







Co prawda u nas dziś już bez śniegu, o ile to, co spadło w niedzielę, można nazwać śniegiem, ale i tak czujemy grudniowy klimat :)
A co do śniegu... Kurczę, posypało takim byle czym, co przykryło trawę i weź teraz matko wytłumacz dziecku, że nie- nie pójdziemy na sanki... Ech! Może zabrakło mi dziecięcej fantazji, może trzeba było spróbować czy nasze sanki pomkną po trawie?
Póki co, odliczamy z Lilą do piątkowej wizyty Mikołaja w przedszkolu. Dzieci uczą się piosenek, a Mała co rano demonstruje mi, jak przywita Świętego. Mam nadzieję, że ktoś mu szepnie na ucho, żeby zabrał ze sobą zatyczki do uszu :p
Z tej okazji przypomniały mi się pierwsze przedszkolne Mikołajki Elizy... Zapytana przez Mikołaja, czy powie Mu jakiś wierszyk, po chwili namysłu zaczęła mówić: "Ślimak, ślimak wystaw rogi..." :) Rany, a u mnie od razu klucha w gardle. Za "mientka" jestem na takie imprezy z udziałem moich dzieci. Wzrusza mnie wszystko co robią/mówią...

O, a co się jeszcze tyczy Elizy i Mikołaja... Chyba trochę Jej żal, że już w Niego nie wierzy.
Sytuacja sprzed paru dni:

Nasza starsza córcia minęła się "odrobinę" z prawdą, mąż robi Jej wykład, a ja celem wzmocnienia, pokrzykuję z łazienki: "Eliza! W tym domu się nie kłamie! Czy my kiedykolwiek okłamaliśmy Ciebie albo Lilkę?!" Na co dziecko nasze odpowiada: "No Lilę to okłamujecie!" Jezus Maria, Dziewczyno! Czy ty nie rozumiesz, że Mała nie musi wiedzieć, że w domu jest czekolada, i kiedy pyta o coś słodkiego, to tekst, że nic takiego w domu nie ma, jest dla jej dobra??? "My? Kiedy my okłamaliśmy Lilkę?"- pytam już bez tej pewności w głosie, bom zatrwożona, co też mogę ciekawego usłyszeć... Na co Eliza odpowiada oburzona, ale gdzieś, gdzieś tam w środku, kropelka żalu się chyba toczy: "No z Mikołajem ją okłamujecie!"
O. I takie kwiatki. No to jak Drogie Mamy- kto jeszcze okłamuje swoje dziecko/dzieci? Kto ma zamiar okłamywać Je w przyszłości?
Napisałam już kiedyś o tym post, i póki co, zdania nie zmieniłam- na to jedno kłamstwo daję sobie całkowite przyzwolenie. Nie mam żalu do moich rodziców, że też mnie tak okłamywali. Co więcej- ja jestem Im za to wdzięczna :)

Choinka autorstwa mojej mamy... Jak dobrze, że Ona lubi robić takie rzeczy!


Sobotni "śnieg"...



Nasz tegoroczny kalendarz adwentowy, również autorstwa babci. Jestem nim absolutnie zachwycona. 



Czy grudzień przyniósł mi poprawę nastroju? Tego jeszcze nie wiem, problemy co prawda nie zniknęły, ale... na pewno spojrzę na nie inaczej. Przed nami cudowny czas oczekiwania, i mam nadzieję tego nie zepsuć.

Mamy już nawet za sobą przymiarkę do pierniczków... Lilę udało się trochę wyciszyć, parę razy nakryć na pakowaniu do buzi jak największej ilości surowego ciasta na pierniczki (moja krew, nie zabraniam, ale babcia dostawała co chwilę zawału :)) i trochę się pośmiać, bo tak jak w tamtym roku, Małą fascynowało samo robienie pierniczków- kształty, wzory, tak w tym, szalenie spodobało Jej się robienie dziurek... Tym sposobem przemyciła kilka całkiem podziurkowanych pierniczków. Agentka :)