Mama2c

Mama2c

niedziela, 21 lutego 2016

Gdyby nie weekendy...

Gdyby nie te cholerne weekendy, pewnie byłabym wciąż niezłą laską :) No dobrze- byłabym 35letnią kobietą w rozmiarze S, to bliższe prawdy :D

A tak, przychodzi taki weekend, i nie dość, że człowiek siada do tych wypasionych śniadanek, gdzie w tygodniu zadowala się jogurtem z musli i uważa, że te trzy suszone morele, to już rozpusta... To potem obiadek u mamusi, gdzie za każdym razem odkrywam na nowo, co dokładnie oznacza pojęcie "zawiesisty sos" :) No i to, do czego już wyłącznie sama, z pełną świadomością, przykładam rękę... a nawet dwie- słodkości... Jak już wpadnę w ten szał pieczenia, to czasem, gdyby nie Marcina: "Ile jeszcze tych ciast zrobisz?" albo "Choć w końcu do łóżka, musimy spalić kalorie na zapas", przerobiłabym nie jedną książkę z wypiekami... Gdyby autorki takich blogów jak "Moje Wypieki" czy choćby "Kwestia Smaku" i ostatnio "Kraina Sosny" (ale tu piecze pan!) zastanawiały się, skąd te nagłe skoki w liczniku odsłon przed weekendem- to ja... Po pierdyliard razy. A może jakiś sernik? I wertujemy. A może tym razem kruche? I dawaj, szukać czegoś pysznego... W poszukiwaniu przepisu, którym zadowolę moich bliskich, jesteś niezmordowana. Gdybym w innych kwestiach też miała takie podejście :p

A najgorsze jest to, że jakoś mi się tak dobrze, w te weekendy piecze...
Nieudolnie próbując bawić się w domorosłego psychologa, tłumaczę sobie, że satysfakcja, jaką czuję, kiedy ciasta znikają w tempie iście ekspresowym, to mój jedyny, ostatnimi czasy, sukces, a że każdy potrzebuje czasem odnosić sukcesy... No to siedzę co weekend w tej kuchni i... piekę.
A oto efekty:

OPONKI RED VELVET z TEGO przepisu.

I krótka opowieść o tym, jak powstaje oponka idealna :)

1)

 2)

 3)






SERNIK DLA MARCINA, czyli sernik ananasowy na biszkoptach, z TEGO, wielokrotnie sprawdzonego przeze mnie, przepisu. Tym razem, na wierzch wylałam galaretkę o smaku pina colady- i to było super posunięcie :)



I ostatni mój wypiek- sernik, do którego przymierzałam się od Świąt Bożego Narodzenia, a to za sprawą czekającej w czeluściach zamrażarki, żurawiny... Przepis z mojego ulubionego, słodkiego bloga, o TU. Jedyna moja zmiana to taka, że zrobiłam go na spodzie brownie, bo... jestem w nich zakochana :)





Jeśli komuś zrobiło się jednak za słodko, a już nie daj Boże, ma wyobrażenie, że taki słodki za nami weekend... to spieszę donieść, że nic bardziej mylnego :) To, co przeżyliśmy dzisiaj, to była taka emocjonalna masakra, że naprawdę dobrze, że to ciasto było... A jakby nam jeszcze było mało atrakcji, to kichająca wczoraj, mocno smarkająca dzisiaj Lila, wieczorem poległa i jutro zostaje w domu. I mam teraz do wyboru- wściekać się, że tylko tydzień chodziła i ZNOWU, czy cieszyć się, że jednak AŻ tydzień przechodziła... I tak z tą szklanką do połowy pustą/pełną jest- nigdy nie wiadomo, jak na nią spojrzeć :)

A, i jeszcze specjalnie dla Gosi, zapowiedź tego, co miałam na myśli w komentarzu u Ciebie, Kochana!

 Matka z głową w piekarniku i nosem w blogu, a dziecko musiało sobie zajęcie znaleźć...

Tak, to będzie krótka opowieść o tym, że Lila nie wyrosła ze swoich niepowtarzalnych stylizacji, a ja nadal muszę czekać, aż Jej gust ewaluuje na tyle, że spokojnie będę mogła zacząć prowadzić bloga modowego :)

piątek, 19 lutego 2016

Czego oczekuję od przedszkola...

Tak, wiem-  na wysyp "przedszkolnych" postów najlepszymi miesiącami są sierpień i wrzesień- wtedy jest na nie największe zapotrzebowanie. Trudno, przeżyję te milion wejść mniej na bloga. Jako że przy Lilce nie debiutowałam jako mama przedszkolaka, także nie miałam aż takiej potrzeby rozwodzenia się nad wyprawką i w czym mojej córce będzie najwygodniej szorować kolanami po dywaniku w auta :D

I pewnie ten post by nie powstał, bo jestem naprawdę zadowolona z naszego przedszkola- takie mocne 4+, bez dwóch zdań, gdyby się dzisiaj matce ciśnienie nie podniosło. Były jednak dwie sytuacje, kiedy moje matczyne, mocno wyidealizowane wyobrażenie o tym, jak mogłyby funkcjonować przedszkola, trochę rozminęło się z brutalną, polską rzeczywistością.

Tytułem wstępu, do wyłuszczenia o co mi chodzi, niech będzie "wyjawienie" tego, na co zawsze zwracałam uwagę. Wymienię tylko dwie rzeczy, które będą miały znaczenie, dla tego, co napiszę później, a mianowicie: odpowiednia temperatura i spacery, dużo spacerów... 

Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, dlaczego nie powinniśmy przegrzewać dzieci. Wiemy jednak wszystkie, że nie jest to dla nich ani zdrowe, ani nie pomaga też budować odporności. Nasze dziewczyny od noworodka "chowane" były w chłodzie. Kiedyś spotkałam się z takim zabawnym określeniem zimnego pomieszczenia- ktoś powiedział wtedy: "Zimno tu jak w psiarni". No- to u nas tak właśnie było. Mimo, że psa nie mieliśmy :) Utrzymanie optymalnej temperatury ułatwia fakt, że mieszkamy na parterze- od piwnicy zawsze chłodniej. Wszyscy się do tego przyzwyczailiśmy i jeśli mam być szczera- źle reagujemy na pomieszczenia, gdzie jest ciepło, że nie wspomnę o tych, w których jest gorąco/duszno. Jestem realistką- nie spodziewałam się, że w przedszkolu Lilki, Panie zadbają o te wymarzone dla mnie 18stopni :) No dobra- niech będzie 21. Nie spodziewałam się jednak też takiej sytuacji...

Grudzień. Podobno zima... Podobno, bo te 10stopni na plusie, może zmylić. Odprowadzam Lilę do przedszkola. Nie ma jeszcze 9 a na sali... sauna. Spoglądam na kaloryfer, który szczęśliwie jest przy drzwiach. Odkręcony na maksa, jakże by inaczej. *&*^%^%&%&$ niech mnie ktoś trzyma!!! Tyle się o tym trąbi. Ale nie! Zima przecież jest.
Fajne mamy te panie, bardzo Je lubię, także policzyłam do dziesięciu i już w miarę, no w miarę spokojnie zwróciłam uwagę, że baaaardzo tu gorąco. Po tym co zrobiła pani przedszkolanka, powinnam poczuć się usatysfakcjonowana, bo owszem, skręciła kaloryfer. Na bezpieczną "dwójkę"... Jakby naprawdę, przy tych plus dziesięciu, musiał być jednak "na chodzie"...

Kwestię tego, że w sali jest non stop duszno, zamierzam poruszyć przy najbliższej okazji, bo tu moja cierpliwość już się wyczerpała. Kurczę, są tam ze dwa pomieszczenia, do których można by zrobić spęd dzieciaków- nawet niech się te 5minut ścisną jedno przy drugim, ale już by było czym w tej sali oddychać.

Kiedy dziś odbierałam Lilę, na sali była niewyróbka. No tak potwornie duszno tam jeszcze nie było. I ja rozumiem, że kiedy dzieci są spocone (dlaczego są spocone, to już osobna kwestia), panie nie chcą otwierać okien. Tylko, że... Czy same nie czują, że tam nie ma czym oddychać? Naprawdę nie mam zamiaru wdawać się w medyczne wywody na temat rozwoju zarazków w cieple, bo wystarczy napomknąć o samym, jakże wydawałoby się podstawowym komforcie oddychania świeżym, rześkim powietrzem. Lila dała mi w szatni rączkę i wiecie co? Ta ręka była gorąca. Nie od temperatury, ona była tak nagrzana... Masakra, po prostu.

Skoro jesteśmy już przy dzisiaj i przy odbieraniu z przedszkola... Pewnie też tak macie, że po ułożeniu ubrań, ustawieniu butów, jesteście w stanie ocenić, czy Wasze dzieci były na dworze, czy nie... Ja tak właśnie mam. I drugi dzień z rzędu, z bólem serca stwierdziłam w szatni: "Chuj, nie byli". Wczoraj, jak podejrzewam, powodem był topniejący śnieg... Ekhm, no dobrze- bez komentarza. Ale dzisiaj? Dzisiaj pogoda była idealna! Sucho, z przejaśnieniami, parę stopni na plusie... I szczerze mówiąc, zagotowałam się okropnie. Właściwie pierwszy raz tak bardzo, od kiedy Lila poszła do przedszkola. Co może być ważniejszego, niż pójście na spacer z grupą 3-4latków? Nie omieszkałam zapytać... Odpowiedź trochę mnie zdruzgotała, bo wychodzi na to, że jednak zła matka ze mnie. Dzieci podobno miały tyle zajęć, że się nie wyrobili. I jasne, że mogę się zżymać- tu na blogu, a w jakimś sensie, muszę się dostosować, ale kurczę! Ciężko mi to przełknąć, bo sama o tej porze roku, zawsze wykorzystywałam każdą nadarzającą się okazję, żeby wyjść z dziewczynami na dwór. Czasami, kiedy przestawało lać, potrafiłyśmy rzucić wszystko, żeby wyjść się przewietrzyć... Jestem realistką- wiem, że panie nie rzucą wszystkiego, przy grupie dwudziestu dzieciaków. Tyle, że... w moim idealnym świecie, przy korzystnych warunkach, spacer powinien być w przedszkolnym harmonogramie dnia, obowiązkiem- jak śniadanie o 9, obiad o 12 i rytmik raz w tygodniu...

Daleko, oj jakże czasami daleko mi do idealnej mamy. Jednak czego, jak czego- ale braku spacerów i spędzania czasu na świeżym powietrzu, moje dziewczyny nie będą mogły mi zarzucić. Dobre i to :) Tu przypomina mi się roczek Elizy. Goście zaproszeni, praca w kuchni wre, całe mieszkanie w balonach, a Jubilatka postanowiła zrobić nam psikusa ze spaniem... Co robić? Jak to co- na spacer Ją! Tylko, że... podłogi miałam umyć. A ch... z podłogami. I tak oto, na "chwilę" przed wielką imprezą (naprawdę była wielka), przy stanie podłóg takim, że kiedy zobaczyła je moja teściowa, musiała wziąć w łazience relanium, moja córcia spędziła urocze dwie godziny w lesie. A roczek? I tak był super. Bez lśniących podłóg. 













Także, Drogie Panie Przedszkolanki!
Wietrzcie, rozbierajcie, te cieplej ubrane dzieci, nie sugerujcie się porą roku, a tym, jaka jest faktycznie temperatura, zastanówcie się, czy naprawdę ten kaloryfer trzeba odkręcić (dzieci lepiej śpią w chłodnym pomieszczeniu) i najważniejsze- wychodźcie na spacery!!! Być może moje dziecko, dzięki tej pomalowanej dzisiaj rakiecie, jest o krok bliżej tytułu inżyniera, być może Mensa się o nie upomni, być może wspomnę ten post, kiedy zaprosi mnie na wernisaż swoich prac w jakiejś mega ekskluzywnej galerii, być może... Jednak dziś, jestem mamą trzylatki. I żądam spacerów :) Do bólu. Żądam czerwonych polików od biegania po placu zabaw i brudnych, co popołudnie, spodni do prania, które będą dowodem na Jej aktywność. Żądam wilczego apetytu po zabawie na dworze, a nie jak dziś- apatycznego dziecka, które na moją propozycję pójścia na plac zabaw, odpowiedziało znużonym: "Nie chce mi się"... Moja Lila! Ten wulkan energii...

Na szczęście udało mi się Ją przekonać i poszłyśmy. I wiecie co? Życie w moim dziecku wróciło. Po pół godziny, musiałam Ją niemal siłą zaciągać do domu, gdzie zaraz miała przyjść Eliza po szkole.

Tylko, że ja miałam szansę to zrobić. Miałam szansę dać Jej dzisiaj te pół godziny zabawy na świeżym powietrzu. A co będzie wtedy, kiedy będę już tą mamą pracującą? Jak większość mam z naszego przedszkola... Co, jeśli będę odbierała Ją dobrze po 16? Albo bliżej 17? Mam kupić latarki, i chodzić wokół bloku?

Ps. Ja już po dentyście. Takie wydarzenie, zasługuje jednak na osobny wpis, prawda?

wtorek, 16 lutego 2016

Na szybko...

Ech... Tempo, tempo... No zdecydowanie nie lubię.
Wiem, że martwicie się o Miśka (pal licho przecież mój ząb :p), także już donoszę, co u niego :)

Za nami tydzień leczenia stanu zapalnego stawów. Poprawa na pewno jest- nie tylko za sprawą zastrzyków i tabletek, ale i oszczędnego trybu życia Miśka. Spacery? Tylko jak psi emeryt- na smyczy, króciutkie, zero jakiejkolwiek aktywności. No i dziś, kiedy minął tydzień po pierwszej wizycie, a jutro czeka nas spotkanie z panią weterynarzy, zaryzykowałam- spuściłam go ze smyczy w lesie. Nie muszę pisać, że po tygodniu "uwięzi" nastąpił dziki szał? Niestety, tak samo szybko jak się zaczął, tak i szybko się skończył- zauważyłam, że Misiek biega w nienaturalny sposób, a mając, już wiedzę, co mu jest, wiem, że w ten sposób minimalizował ból... Nie wiem natomiast, czy dostaniemy jutro zielone światło na dłuższe spacery, a tak na nie liczyłam. Misiek pewnie też...

Diagnoza? Tego pewnie jesteście ciekawe. Cóż, najpierw wypadałoby napisać o samym badaniu rtg-  poza tym, że przez chwilę było zabawnie (to wtedy, kiedy ja i Marcin musieliśmy ubrać ochronne wdzianka i po chwili wyglądaliśmy niczym Leslie Nielsen, a ja czułam, że to jest najbardziej aseksualny moment w naszym wspólnym pożyciu...), to było tylko i wyłącznie strasznie. Podnieść, a potem układać w różnych (głównie nienaturalnych) pozach psa, który nie jest już, dzięki zastrzykom, kwintesencją bólu i cierpienia- wyższa szkoła jazdy. Nie wiem, kto był bardziej zestresowany- sądząc po czynach chyba Misiek (biedak zsikał się na stół), ale uwierzcie- gdyby wypadało, to sama miałabym ochotę zrobić to samo. Oboje byliśmy mokrzy. Nie mniej jednak- przerażenie psa podczas badanie rtg rozrywało mi serce. Pani weterynarz mówiła, że i tak był dzielny i spokojny, w związku z tym, nie chciałabym zobaczyć psa, który nie jest dzielny i jest niespokojny. Wyobraźnię mam jednak bogatą i podobno najbardziej zestresowanym i opornym, trzeba podać głupiego Jasia...

Wynik mieliśmy po chwili i na pewno nie brzmiał on tak, jakbyśmy chcieli, żeby brzmiał. Wiecie doskonale, że daleko mi do optymistki, pozytywne myślenie też nie jest moją mocną stroną, ale... Tu miałam jednak nadzieję, że badanie nic nie wykaże i ot, co- przeleczymy ten stan zapalny, a Misiek będzie cieszył się długim zdrowiem i dobrą aktywnością- bo energii ma jeszcze chłopak w sobie trochę. Okazało się, że dyski nie są już w takim stanie, w jakim u sześcioletniego psa, powinny jeszcze być- podobnie przestrzenie między nimi- jest już sporo zwapnień, które to mogą przysporzyć Miśkowi najwięcej cierpienia- uciskając na nerwy. Na chwilę obecną nic jednak nie wiadomo- poza tym, że dobrze nie jest. Choroba może postępować bardzo szybko, a równie dobrze, może zatrzymać się na tym etapie, na jakim została wykryta. Jedyne co możemy, to suplementować pod kątem stawów, co oczywiście zaczęliśmy od razu robić. Staram się być dobrej myśli, ale... to tylko staram się, bo wychodzi różnie.

Jedyne czego jestem pewna, to to, że zrobimy wszystko, żeby ten czas, który mu pozostał, bez względu na to, ile to będzie lat, był najlepszym czasem w jego życiu. I to, że tak- jeszcze bardziej cieszę się, że to właśnie on jest dzisiaj z nami. Nie wymarzony, rodowody pies (które nadal mi się podobają, żeby nie było!), ale psiak, któremu nie tylko daliśmy dom, poczucie bezpieczeństwa, ale teraz- po jego trudnej przeszłości, możemy dać mu wymierną pomoc, której jeszcze rok temu by nie dostał. Leżąc skulony pod naszym, czy innym blokiem, mógłby jedynie liczyć na to, że ktoś, nieobojętny na los zwierząt, dostrzeże jego cierpienie i zadzwoni do schroniska, czy na straż miejską... Że wijąc się i piszcząc z bólu, nie stałby się łatwym obiektem "zabaw" zwyrodniałych podrostków, że dzieci, w których jeszcze najwięcej szczerych chęci i zapału, chcąc pomóc, nie zrobiłyby mu większej krzywdy...
No dobrze, kończę o Miśku, zanim totalnie się rozkleję...

Ząb... Czyli: wiem, że nic nie wiem.
Za mną już jedna wizyta, co prawda na pogotowiu stomatologicznym, ale tak to u mnie jest z tym optymistycznym myśleniem- chujowo na nim wychodzę :) Bo jeszcze w piątek wieczorem miałam wrażenie, że coś jednak chyba jest lepiej i przechodzi... No na pewno- przechodzi, jak nic. W sobotę jednak płukałam nadal denstoseptem, a w niedzielę... W niedzielę, jadąc na walentynkowy obiad, skapitulowałam. Dokładnie wtedy, kiedy Marcin rzucił: "I co zamówisz?", a ja odkryłam, że... niemożliwe, ale... nie myślę o jedzeniu, a tylko o tym, kiedy będę mogła znów wypłukać buzię- to ewidentnie przynosiło mu ulgę. Zjechaliśmy na stację i zanim zdążyliśmy dojechać do zajazdu, tabletki zaczęły działać i prawie odczuwałam radość z tytułu, że nie musiałam w ten dzień stać przy garach. Jednak oboje wiedzieliśmy, że z zębem/dziąsłem lepiej już nie będzie, zapadła więc decyzja, że przejedziemy się na dyżur, skoro i tak jesteśmy "wyjechani". Jak to na mnie przystało, okazało się, że nie mam przy sobie dowodu, więc jednak trzeba było jeszcze przejechać przez dom...
Dziewczyny były wyraźnie podekscytowane, bo przecież: "...wow, mama, jedziesz do dentysty? O rany, ale fajnie!"

Fajnie, fajnie- zależy dla kogo, prawda? No umówmy się- za duża już jestem, żeby uciekać spod gabinetu, ale... Stomatolog, ginekolog- czy któraś z nas LUBI te wizyty? I tak, pamiętam Wasze komentarze u Agatki, ale sorry- ja najwyraźniej na trafiłam jeszcze na tak przystojnego lekarza jednej i drugiej specjalizacji, żeby te wizyty POLUBIĆ ;)

Pominę fakt, że dyżurujący pan doktor był wyraźnie przeziębiony i w pewnym momencie to Mu nawet współczułam, że zamiast siedzieć i kurować się w domu, musi pracować, ale to pewnie dlatego, że kaszlał i prychał w maskę, a nie na mnie... Natomiast, kiedy stwierdził, że On tu nic, ale to naprawdę nic nie widzi i żebym powiedziała raz jeszcze co czuję, to już się lekko jednak poirytowałam, doszłam jednak do wniosku, że zważywszy na to, że naprawdę wygląda na mocno przeziębionego, oszczędzę Mu wywodu, co wolałabym teraz robić, zamiast leżeć, tu gdzie leżę- tak, bo to ten ząb, że pozycja siedząca wykluczała wnikliwe podglądanie... Cierpliwie, raz jeszcze opowiedziałam, o złej sile, która chce wypchnąć mój ząb z szeregu i tym samym odseparować go od reszty towarzyszy. "W porządku, ściągamy więc plombę, bo pewnie pod nią jest ropa"- zapadła decyzja. Nie byłam jej co prawda taka pewna, ale... O ile w temacie pediatrii czuję się niemal tak mocna, jak po pierwszym roku studiów (a przy niektórych lekarzach jak po sześciu i praktyce w najlepszym szpitalu w kraju), tak ze stomatologiem nie mam najmniejszych szans. No to ściągnęliśmy plombę. W sumie nie wiem, po co ta odpowiedzialność zbiorowa zastosowana przez pana doktora, bo ja z wacikami w buzi, z ssakiem po jednej i po drugiej stronie, na Jego propozycję o ściągnięciu plomby, wydałam z siebie odgłos, który równie dobrze mógłby rozbrzmieć w toalecie (i to przy różnych czynnościach fizjologicznych), jak i wtedy, gdyby ktoś chciał mnie na przykład udusić. Właściwie to tak- jedną nogą czułam się już na tym fotelu jak w grobie...

No w każdym razie- plomba ściągnięta i duuuuupa. "O, no proszę- czyściutko pani Marto"- powiedział lekarz. Jedną nogą w grobie, ale na tyle przytomna, żeby wiedzieć, że cieszyć to się nie ma z czego, ale- nie zapominajmy- lekarz był przeziębiony, być może majaczył. Po pierwsze- no coś mnie jednak od tygodnia, do cholery, boli! Po drugie... "A co z tą ściągniętą plombą, panie doktorze?"

Jak to co? Pani Marta sobie pojedzie do swojego stomatologa i sobie założy nową. Oczywiste, prawda? I tak, pani Marta, zamiast randki z mężem, dzięki babci zwerbowanej pod pretekstem zaległych Walentynek, nie obejrzy dziś w kinie "Pitbulla", nie wypije kawy na mieście i nie zamówi, wykorzystując nieobecność dzieci, bo przy nich to tylko chipsy z jarmuży i deser z nasionami chia, jakiegoś wypasionego lodowego deseru, który sam jeden pokryłby zapotrzebowanie kaloryczne na najbliższe 3dni... Mało tego, pani Marta nawet nie spędzi czasu z mężem sam na sam, bo ten, w związku z tym, że odpowiedzialnym tatą jest, rzucił przy okazji: "To umów od razu Elizę na to lakowanie"...

Także, trzymajcie kciuki...


Co poza tym? Ferie, ferie!!!! Ferie się skończyły :)))) Jutro idziemy z Lilą na szczepienie przeciwko ospie. O tym, jak się próbowałam umówić na to szczepienie i w jaki sposób sobie przypomniałam, dlaczego nigdy nie lubiłam chodzić z dziećmi do przychodni, już w którymś z kolejnych postów.
Pogoda u nas nadal zupełnie niezimowa. I tak sobie myślę... A może by tak okna umyć? :)






  




Pamiętacie konkurs, w którym Eliza od kilku lat bierze udział? Jego temat to: "Ogrody pływające- czyli Szczecin 2050". W tym roku Elizy praca wygląda tak:






Zawieźliśmy ją w ferie i jak co roku- z niecierpliwością czekamy na wyniki :)

W związku z tym, że nie wiem, jak szybko znowu uda mi się odezwać, chciałam serdecznie pozdrowić osoby, które weszły na mojego bloga po haśle:

* zapchany kibel/kostka- Kochani, łączę się z Wami w bólu, jak pewnie już przeczytaliście- trzeba zakasać rękawy i do (brudnej) roboty...

*zazdrość o rodzeństwo- No tu nie mam dobrych wieści- niestety nie mija, przybiera za to nowe formy, ale da się z tym żyć. Pięć razy dziennie pluję sobie w twarz, dziesięć razy dziennie stawiam samą siebie do pionu i pocieszam, że u innych jednak podobnie.

*lilka fajna dupa ze Szczecina- Nie, to zdecydowanie nie ten adres, także- nie zapraszam ponownie. Lila na pewno będzie w przyszłości "fajną dupą", aczkolwiek... Wolałabym, żeby w stosunku do mojej córki, używane były inny określenia. Zrozumiano? :)

środa, 10 lutego 2016

P jak...

...ponad połowa ferii za nami.
...problemy z psem.
...poznajemy Polskę.
...pomór na całego.

Tak, trochę się tego nazbierało od poprzedniego razu :)

Ferie powoli mają się ku końcowi. Nie będę płakać z tego powodu... Dyplomatycznie napiszę tylko, że w przyszłym roku mam nadzieję na spędzenie tego czasu poza domem, w doskonałym zdrowiu wszystkich członków naszej rodziny, łącznie z psem!

I tu płynnie przechodzimy do drugiego "P jak...". Misiu nam się pochorował. Nie do końca jeszcze wiemy co mu jest, wyjaśni to dzisiejsze rtg, także... w stresie czekamy na jego wynik. I na samo badanie, bo wczoraj ze względu na silne bóle, nie było jak go wykonać. Psina nasza kochana z dnia na dzień przestała chodzić :( To znaczy nie do końca, bo kiedy już się zdołał podnieść i rozchodził, to było, powiedzmy, jako tako- chodził, ale bardzo sztywno. Widać było, że sprawia mu to ból. Dlatego- unikał tej czynności i tym sposobem przeleżał cały dzień. Po powrocie Marcina z pracy zawieźliśmy go do weterynarza, tam dostał dwa zastrzyki, ale dopiero o 23 poszedł zjeść i napić się wody... W związku z tym, że nic, co mogłoby spowodować takie dolegliwości, nie stało się w ostatnim czasie, weterynarz podejrzewa jakiś stary uraz, który teraz się uaktywnił. Nie ma w tym nic nieprawdopodobnego- nie wiemy, co działo się z nim przez pierwsze 5lat. Podejrzewaliśmy (jesteśmy niemal pewni), że był bity (może kopany), nie wiemy, czy nie potrącił go samochód... Jednym słowem- no wszystko mogło się przez te 5lat zdarzyć. Oczywiście, ta świadomość nie pomaga mi zachować spokoju. Wczoraj, kiedy przy każdym ruchu wył z bólu, a ja nie mogłam mu do tej 16 w żaden sposób pomóc, czułam się tak, jakby cierpiało moje dziecko. U weterynarza, widząc jego przerażenie, prawie się rozkleiłam. Ten pies wykończy mnie głównie od strony emocjonalnej, bo zdecydowanie za dużo przez niego płaczę :)

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do Zielonej Góry. Byliśmy tam prawie dwa lata temu w maju, także nie był to nasz pierwszy raz w Zielonej, ale pochodzić tam w lutym- też fajne doznanie. Są miasta do których człowiek ma jakąś taką słabość, sentyment i dla mnie właśnie Zielona jest jednym z nich. Dlaczego? Sama nie wiem :)

A gdzie skierowaliśmy swoje pierwsze kroki po zaparkowaniu auta?! Tak, "Twoja czekoladka" ukoi nerwy po ponad dwugodzinnej podróży ze znudzoną i oburzoną na słońce Lilką...
A poniżej Lila ze swoim zakupem- czekoladowy lizaczek to najlepsza pamiątka :) Jak się później okazało- znacznie bardziej interesowały i korciły Małą czekolady kupione dla babci i dziadka... I to rozbrajające pytanie przy wręczaniu: "Ale poczęstujesz mnie, prawda babciu?" :D
Kocham!









Jeśli zaś chodzi o pomór... Stare powiedzenie mówi, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Nie, żebym kiedykolwiek wątpiła w prawdziwość tych słów... I jeśli w zeszłym tygodniu problemem był dla mnie fakt, że Eliza ma ferie, a ja mam w pakiecie chorą Lilkę, to... Teraz co prawda Lilę mam w przedszkolu (od dzisiaj dokładnie) ale doszła choroba psa i... moje własne dolegliwości. Nie dość, że mam zapalenie spojówek (nawet łagodnie przebiega, ale upierdliwe jest to mimo wszystko), to boli mnie ząb/dziąsło i to tak, że wróżę sobie szybką wizytę u dentysty. Nie, żebym miała z tym jakiś problem. Dentysta na szczęście mi nie straszny... Problem w tym, że nie miałam czasu i za bardzo możliwości wybrać się na wizytę. Kolejny problem to taki, że mimo płukania dentoseptem i miejscowym psikaniem tantum verde, nic nie przechodzi. Właściwie nawet nie wiem co mnie boli. Ząb to chyba nie jest, dziąsło? Ani nie jest spuchnięta, ani nie zbiera mi się ropa... Coś jednak boli i nie daje mi spokoju.

Poza tym? Poza tym mieliśmy dużo towarzyskich planów, ale część musimy przełożyć już na po feriach. Wszyscy znajomi mają dzieci, a postanowiliśmy, że dodatkowe maluchy przy cierpiącym Miśku, to nie jest dobry pomysł. Udało nam się w poniedziałek, dzień wcześniej, zrobić mini- śledzika. Co prawda w wąskim gronie i bardzo spokojnie- ale też było miło :)