Mama2c

Mama2c

środa, 30 marca 2016

Oksymoron...

Lubię fejsbuczka. Lubię go bardzo, bez względu na to, jak bardzo jest krytykowany przez jego zagorzałych przeciwników. Nie raz, nie dwa poprawiał mi humor. Tak, jak w te Święta. Wchodzę, a tam to:



Jako źródło tego memu, wskazany był ten adres.

Cóż... No to temat Świąt właściwie już sobie omówiliśmy, możemy przejść do zdjęć :)










 rok temu



 rok temu



















Bez względu na to jakie by nie były, albo... na jakie wyglądają, że były... najważniejsze, że wszyscy byliśmy zdrowi, razem (chociaż ciałem) i że pogoda była piękna.

piątek, 25 marca 2016

To ostatni dzwonek...

...aby Wam coś tu przed Świętami napisać, tylko co...?
Ciasta, sztuk dwa, upieczone. Jedno chyba nie wyszło. Nie jestem zaskoczona.
To nie był mój dzień.
Prawdopodobnie, kolejne też nie będą "moje".
Właściwie to... nie miałabym nic przeciwko temu, żeby był już wtorek.
I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończę, życząc Wam (o ironio!) radosnych, rodzinnych, spokojnych i takich, jakie Was uszczęśliwią, Świąt.

 Zupka chrzanowa... Idealna. 




Nie dajcie sobie wmówić, że tylko to, jak wysmażą Wam stek, ma znaczenie :) 
 

Wiem, wiem... Wiem, jak to piękne, miętowe wiaderko komponuje się z tą różową ścianą. Mąż obiecał przemalować (ścianę, nie wiaderko!)... kiedyś. No to czekam, a wiaderko już mam :)
 

Kto poznaje swoje kartki? Dziewczyny, dziękuję Wam :*
 

Sernik, który mógłby się nazywać: "O jakże pozory mogą mylić" :) Wygląda ładnie? Kto chciałby teraz kawałek? Ostudzę Wasze chęci... W smaku porażka. 




A tu, znalezione przypadkiem... Pysiol mój najsłodszy- styczeń 2015


poniedziałek, 21 marca 2016

O tym co i jak świętowaliśmy...

Za nami pełne emocji dni... Nie zawsze tych dobrych... ale po kolei.

W czwartek, 17marca, odbyła się uroczystość wręczenia nagród w VI edycji konkursu "Ogrody pływające- czyli Szczecin 2050". Eliza, miała to szczęście, być po raz kolejny- trzeci już z rzędu, jego laureatką. Tym razem, podobnie jak rok temu, zajęła miejsce trzecie. Radość była wielka, tym bardziej, że dopiero w dniu rozdania nagród, miałyśmy okazję przekonać się, jak wielka była konkurencja. Prace dzieciaków co roku wprawiają mnie w totalna osłupienie- stąd tyle zdjęć, bo chciałabym, żebyście Wy też mogły się nimi pozachwycać. Pomysły, wykonanie...



















W tym roku bardzo podobała się nam też część artystyczna, poprzedzająca wręczenie nagród laureatom. Co roku występy są fajne, ale tym razem, jakoś bardziej nas zachwyciły.
Dla odmiany, zabrałyśmy ze sobą Babcię, bo do tej pory, zawsze prosiliśmy Ją o pomoc w przypilnowaniu Lilki. Tak, to zdecydowanie nie jest impreza dla maluchów...

Właśnie, co do Lilki... W czwartek rano zaczęła trochę kaszleć. Kiedy teraz słyszę z pokoju obok Jej kaszel, uśmiecham się smutno, pisząc "trochę"...

Na czym to ja skończyłam? A tak... Dla Babci było to oczywiście wielkie przeżycie. Dla mnie rzecz jasna też, ale trochę jednak czar prysł, bo najpierw córcia podniosła mi ciśnienie w domu- poprosiłam Ją, żeby ubranie na uroczystość naszykowała sobie dzień wcześniej i dostałam zapewnienie, że to zrobiła... Po czym na dziesięć minut przed wyjściem okazuje się, że... Ona nie może znaleźć ani bolerka, ani rozpinanego swetra, ani tym bardziej marynarki. Potem, już przed samą szkołą, zaczęła gwiazdorzyć, podnosząc mi po raz kolejny ciśnienie (a było tego dnia wyjątkowo niskie...), bo to takie zachowanie, którego wyjątkowo u Niej nie trawię, no ale... Było, minęło... Wszyscy przeżyli :)

Po zakończeniu, podjechaliśmy już z tatą po Lilę do przedszkola, a tam... Lila od piętnastu minut ma stan podgorączkowy. Z dwojga złego, dobrze, że po południu, a nie rano- miałabym poważny problem co z Nią wtedy zrobić. Eliza do miasta sama przecież jeszcze nie dojedzie.

W każdym razie, 37 z groszem, zupełnie Lilce nie przeszkadzało, i świętowała sukces siostry na całego. O tak, jak widać na zdjęciach:









Za to w piątek, w dniu urodzin Marcina, miała nad ranem już prawie 39stopni i brzydki kaszel. Na szczęście, kilka godzin później, po wizycie pana doktora, okazało się, że to tylko wirus, choć drzewo oskrzelowe, mocno zawalone. Co zresztą było słychać...  

Sen plus nurofen forte pozwoliły jednak Lilce być główną gwiazdą na "imprezie" (była tylko nasza czwórka plus Misiek- pierwszy do zjedzenia tortu) urodzinowej taty. Zarządziła, że mamy się ubrać w sukienki, a tata w koszule. Tak się też oczywiście stało... Jakaś tam zarwana nocka i infekcja wirusowa, nie zwalniają nas z tego, aby prezentować się jak należy...











Także tak Kochane- małżonek mój zbliża się powoli do czterdziestki. Na szczęście, póki co, facet lata swoje przyjmuje dzielnie na klatę. Pewnie już zaciera ręce na czekający Go kryzys wieku średniego, że niby wtedy wszystkie wybryki będą usprawiedliwione... No nie wiem, ja tam doświadczenie w rzucaniu garami mam... 

Właśnie!
Dziś za nami taki dzień, że gdyby Lila nie usnęła na krześle (nieoczekiwanie, bo wcale nie deklarowała, że jest śpiąca i chce się położyć), to w końcu jakieś gary by poleciały. Przypuszczam, że dziś był ten kryzysowy moment podczas choroby i do pewnego momentu nawet mając to na uwadze, byłam wyrozumiała, ale po kolejnej histerii (średnio co pół godziny wybuchała kolejna), stwierdziłam, że jeszcze raz i po prostu nie wytrzymam. "Hitem" niedzieli było poranne skaleczenie o puszkę z orzeszkami. Nie, nie- nic poważnego. Długość "rany"- jakieś dwa, no góra trzy milimetry... Najpierw był płacz (no zrozumiały- w porządku), bo krew się polała. Całe morze krwi dla trzylatki, czyli jakieś dwie krople. A potem, regularnie właśnie, co jakieś pół godziny, kiedy Lila przypominała sobie, że ma "ranę" wybuchała płaczem na nowo. Wyobraźcie sobie kąpiel w takiej sytuacji. Lila trzymała rękę z "raną" wysoko, jak przy zgłaszaniu się do odpowiedzi i łkała, że już nigdy jej nie umyje... Dziwnym trafem, skaleczenie nie przeszkadzało Jej w dokuczaniu siostrze, co było kolejnym powodem do płaczu, histerii i krzyków, bo... gdziekolwiek Eliza by nie uderzyła Lilki w odwecie, był ten sam tekst, wygłaszany w morzu łez: "Ona chciała mnie uderzyć w moją ranę"... 
Ludzie! To było śmieszne przez pierwsze trzy razy.  
No to może jako wisienkę na torcie, dodam, że pan doktor stwierdził, że dobrze by było gdyby Lila do świąt już nie wróciła do przedszkola... No i nie wróci. A ja, po dzisiejszym dniu, mam nadzieję, że szybko wrócę do siebie po tym przedświątecznym tygodniu z młodszą córcią... 

A takie miałam ambitne plany posprzątać przed świętami porządnie... Miałam :) Dzięki, córcia! 

Ps. No cóż, jak ta niedziela naprawdę mnie przeczołgała, niech świadczy fakt, że byłam przekonana, że dodałam ten post wczoraj :) 
W sumie, nie ma tego złego- witamy się z Wami pierwszego dnia kalendarzowej wiosny!