Mama2c

Mama2c

wtorek, 1 marca 2016

O chorobowym pod znakiem psa i powrocie do przedszkola

W miniony piątek Lila wróciła do przedszkola, po którejś tam z kolei infekcji "katarowo-kaszlowej". Wróciła z przytupem, bo kiedy przyszłam po Nią o 15 (czyli i tak pół godziny później, niż zazwyczaj) oznajmiła mi, że Ona chce jeszcze zostać i do domu się nie wybiera. A powiedziała to w taki sposób i takim tonem, że chcąc uniknąć kompromitacji przed Paniami, próbując zachować resztki złudzeń, że to jeszcze ja tu decyduję, powiedziałam, że ok- zgadzam się, żebyś jeszcze została i telefonicznie poinformowałam tatę, żeby wracając z pracy, zajechał po księżniczkę. Cóż, może i przeszłam się na darmo, ale komu jak komu- mnie akurat ruch nie zaszkodzi, to to, co najważniejsze- dla mnie taka reakcja Lilki, jest najlepsza rekomendacja naszego przedszkola, jako miejsca, w którym dzieci dobrze się czują :)

Lilka wiedziała, kiedy przestać smarkać, ponieważ w poniedziałek dzieciaki miały zaplanowany wyjazd na przedstawienie do innego przedszkola- jednego z wielu, w które wchodzą w skład naszego towarzystwa. Oczywiście, w ramach nadopiekuńczości, zaoferowałam swoją pomoc podczas wyjazdu. Fajnie było, te dzieciaki są boskie. Lubię Je wszystkie. Lila miała nawrót histerii pt. "To jest moja mama", a jak na złość, do trzymania za rękę mamę Lili, było więcej chętnych, no ale... przeżyliśmy wszyscy :)




Wracając do pauzy w domu, to chorobowe najbardziej dłużyło się Miśkowi, co najlepiej widać, na załączonych niżej zdjęciach:






Czy Misiek był z tego powodu szczęśliwy, że ma "kompankę" i jak bardzo nie, też najlepiej widać na zdjęciu :)

Widzicie to błagalne spojrzenie???


Pamiętacie jak stosunkowo niedawno rozklejałam się nad tym, jaki to mądry piesek, jak pilnuje tego najmłodszego w stadzie... Nie, nie- nic się w tej materii nie zmieniło (nawet po tym chorobowym :)), jednakże jest ogromna różnica między instynktem, który nakazuje psu czynić swoją powinność, a tym, co on naprawdę lubi w życiu robić :) Już wyjaśniam- no zdecydowanie nie jest Miśka ulubionym zajęciem, bycie maskotką i powiernikiem Lilki. Mnie co prawda rozczuliło, z pewną dozą rozbawienia wręcz, kiedy po którejś tam z kolei akcji w ciągu dnia, Lilka rzuciła się na łóżko, gdzie leżał Misiek, teatralnie ukrywając twarz w swoich małych dłoniach i jak na zawołaniu chlipiąc: "Misiek! Mama powiedziała, że mam karę. Niedobra ta mama, prawda Misiu?"
No. Natomiast Misiek był co najmniej zdegustowany. Zeskoczył z łóżka jak oparzony, dając tym samym wyraz temu, że głupot na temat jego pańci, słuchać nie zamierza :)

Żeby trochę futrzaka odciążyć, dałam sobie pierdyliard razy zrobić fryzurę- z zastrzeżeniem, że: "Mamo pamiętaj, ja jestem Lilka, nie pani fryzjerka"... Tak, szarpnięcia, komentarze: "To nic mamusiu, miałaś kołtun na tej sierści", przypominały mi, że nawet jeśli to najsłodsze łapki pod słońcem, daleko im do profesjonalizmu, którego oczekuję w salonie fryzjerskim :D
Bawiłyśmy się też w szpital... Coś z pogranicza pediatrii i interny. I gdybym pewności nie miała, że to po prostu niemożliwe, przysięgłabym, że Lila ogląda każdy odcinek "No dobre i na złe". Terminy jakimi operuje, diagnozy jakie stawia... Widzę potencjał :) Może w końcu będzie lekarz w tej rodzinie. W każdym razie- zabawa generalnie fajna, ale zamiłowanie do powtórzeń, tak charakterystyczne dla moich dzieci w tym wieku, sprawiały, że pod koniec dnia, widziałam już tylko świecący na niebiesko napis: ODDZIAŁ PSYCHIATRYCZNY.

W czasie tej infekcji, okazało się także, że trochę nie doceniam własnego dziecka. Albo inaczej- nie znam Jej tak dobrze, jak mi się wydaje. Któregoś dnia, przez przypadek, zrobiłam Lilce takie oto zdjęcie:


Byłam pewna, że nie tylko Jej się nie spodoba, ale że się go po prostu przestraszy, dlatego na Jej prośbę, że mam jej je pokazać, zareagowałam dość niechętnie. No ale- Lilce się nie odmawia :) Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazała się być zachwycona tego typu zdjęciami i... zażądała całej sesji z Miśkiem- a jakże :)


Niedzielę mieliśmy spędzić u Mamy, w związku z czym, miałam zamiar upiec coś dobrego. Wymyśliłam sobie, że tym razem dogodzę wszystkim ekstremalnie kokosowym sernikiem. Ta kokosowa ekstremalność miała przejawiać się w tym, że poza likierem kokosowym w masie, zaplanowałam sobie dodać mleko kokosowe do spodu i powtórzyć likier w polewie. Ależ byłam dumna ze swojego pomysłu, hohoho! Uwielbiam serniki na spodzie brownie. A cały sekret tego czekoladowego cudu tkwi w tym, żeby go nie przepiec, bo wyjdzie suche. Przy pieczeniu sernika na takim spodzie, to ryzyko wzrasta, bo oprócz samego brownie, musimy potem upiec jeszcze masę serową. Dlatego, trochę się wycwaniłam i zawsze skracam czas pieczenia spodu. Do tej pory się udawało i osiągałam zamierzony efekt- upieczona masa serowa, a brownie wciąż wilgotne. Do soboty, kiedy... masa serowa, po wylaniu na brownie... zniknęła. Nie wyciekła, bo to przecież bym zobaczyła. Ona wpłynęła pod spód. Także w efekcie końcowym- spód stał się górą, a masa serowa spodem.

Ania często wspomina fejsie, że kulturę języka, można poznać wcześnie rano, kiedy napotka się na swej drodze domowego kiciusia... Nie mam kota, także w takich okolicznościach sprawdzić się jeszcze nie mogłam, jednak- zaprawdę powiadam Wam, kulturę osobistą kury domowej, poznacie wtedy, kiedy jej ciasto nie wyjdzie.

Jak to mówią- niektórzy mają więcej szczęścia jak rozumu i zdecydowanie w tym przypadku, tak było :) Po pierwsze- kiedy piekłam spód, odlałam trochę ciasta do mojej miniaturowej keksówki. Podobnie z masą serową, i w ten sposób otrzymałam miniaturową, idealną wersję sernika*, który sobie wymarzyłam. Po drugie- kiedy wyjęłam sernik, z zamiarem wyrzucenia go do śmieci, okazało się, że... smakuje naprawdę dobrze. Co więcej- brownie jeszcze nigdy nie wyszło mi tak pyszne. W związku z czym, mimo, że sama przed sobą zrehabilitowałam się sernikiem na zimno, sernik kokosowy też pojechał do dziadków. A prezentowały się moje wypieki tak:


Tu najlepiej widać masę serową na dole i brownie u góry :) Plus polewa z białej czekolady, likieru kokosowego, kremowego serka i wiórków kokosowych. Kokosowe niebo w gębie :)



Miśka jednak bardziej zainteresował sernik w takiej wersji, w jakiej go zaplanowałam i towarzyszył mu przez całą sesję, patrząc tęsknym wzrokiem na tacę... Niestety, nic z tego- stawów Miśka nie wolno obciążać, także kolega ma szlaban na podjadanie.


A tu, sernik, który zawsze się udaje :) Na podstawie przepisu, który podlinkowałam Wam w zeszłym tygodniu. Zamieniłam tylko smak galaretki i owoce w puszce, a efekt- WOW :) Wykorzystałam także zalegającą w szafce papaję w syropie, i to była dobra decyzja. Ja co prawda nie przepadam za sernikami na zimno, ale uwierzcie mi na słowo- reszcie ewidentnie smakują one najbardziej.




Zdjęcia kiepskie, bo z telefonu, ale wciąż mam opory, żeby latać z całym sprzętem nad głowami moich rodziców :) Niech sobie spokojnie już jedzą to ciasto...
Skoro jesteśmy już przy ciastach, zważywszy jednocześnie na fakt, że oto mamy i marzec (w końcu!), myślę, że niedługo podsunę Wam garść inspiracji na świąteczne słodkości :)

No to co? Na dziś koniec :) 

*Sernik krok po kroku, czyli od linku, do linku :)

Masa serowa TU.
Spód brownie TU.
Polewa TU.

18 komentarzy:

  1. Miałam coś napisać o Lilce , przedszkolu i Misku ale juz nie pamietam co ! Bo mam w głowie tylko sernik , brownie , sernik i jeszcze ...sernik ! Twoje ciasta są obłędne !
    I tak - koniecznie podrzuć przepisy świąteczne . W grudniu bardzo się przydały :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejciu, koniecznie aplikuj do Masterchefa (nie wiem czy jest polska wersja). No ten kokos zawrocil mi w glowie, a sernika na zimno nie jadlam X lat.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciasta rewelacja.. uwielbiam osoby umiejące pięć! Mi w tym kierunku daleko.. jakieś podstawy - murzynek, babeczki, babka i tiramisu bez pieczenia.. zazdroszczę talentu!
    Co do Lili to jest bardzo pomysłowa i żywa.. biedny psiak! U nas to się normie między kociakiem a psem.. nie zmienia to faktu, że czasami mają K. Dość.
    Pozdrawiam

    P.S wyślesz kawałek sternika 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooo to tak jak Ja. plus ciasto marchewkowe. bedac beztalenciem w kwestii pieczenia chetnie dalabym ci sie Marta ...adoptowac :P.
      unas zabawa w szpital bardzo na topie, a to z racji kolejnych infekcji kazdego z nas. na koncu polegl syn z zapaleniem oskrzeli i probujaca go leczyc mlodsza siostra, ktora nie mogla odzalowac ze nie widziala jak brat wymiotuje..no smuteczek po prostu. za lalki i misie non stop " kaszla i samrkaja"...

      Usuń
  4. O matko takie pysznosci z samego rana!! Marta dlaczego mi to robisz? ;) A ja na "diecie" jestem i staram się nie jeść słodyczy.

    Fajnie, że Lilka tak lubi swoje przedszkole i dobrze się tam czuje. U nas jest podobnie i bardzo mnie to cieszy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejuuu, ale dobry ten sernik z galaretka...
    Oddalabym wszystko za kawaleczek!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty i te Twoje pyszności!!! Martuś, co jak co, ale ruch to chyba tylko zdrowotnie Ci potrzebny?!!! :) Fajnie, że Lilka chciala zostać dłużej, bo czasem dzieci po dłuższej przerwie wrecz nie chcą isć wcale do przedszkola :(
    PS dopiero co rano o Tobie pomyślałam, że dawno nic nie czytał nowego, a tu taka niespodzianka!

    OdpowiedzUsuń
  7. Błagam....miałam ograniczyć pieczenie ciast....

    OdpowiedzUsuń
  8. Boże,jak u Ciebie smacznie i miło! Serdeczności posyłam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Heheheeh psia mina mnie rozwaliła po całości :D Ale młoda za to szczęśliwa ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. A tu na blogu znowu kuszą pysznościami ;) Szkoda, że nie da się zrobić degustacji przez internet :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak dobrze że przyszła pani lekarz nie zechciała zastrzyków dawać.Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeśli chodzi o zwierzaki jesteśmy na etapie boję się, ale chcę bliżej. Choć podejrzewam, że to kwestia czasu, jak psiak Chrzestnej Tygrysa będzie ulubioną maskotką Młodego, jak Misiek Lilci. Ostatnio, jak nasze dwie 3-letnie kuzynki zabrały się za niego, chował się po kątach.
    Sernika na zimno nie lubię (na szczęśćie :), ale ten kokosowy... Mniam.

    OdpowiedzUsuń
  13. O rany, ale kusisz tymi sernikami... Hehhe, taka już dola psiaków, że swoje przeżyją przy dzieciach w rodzinie, ale nie martw się. I tak Misiek będzie Lile uwielbiał i to po kres jego dni :) Pamietam, gdy moja siostra była w wieku męczenia psiaków, mieliśmy w domu dobermana. Dla nas do rany przyłóż, dla obcych morderca. Ulubioną zabawą siostry było organizowanie łóżeczka i układanie w nim psa. Tyle, że ten gdy tylko usłyszał jakiś hałas za oknem natychmiast się zrywal demolujac tym caly lozeczkowy porządek. Jezzzu, co za tantrum odchodzily... Siostra waliła w psią czaszkę drewnianą zabawką, rozciągała naprzemiennie uszy aż miło. . A ten i tak ją kochał :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Hehe Misiek rządzi :))
    A ten sernik MUSZĘ zrobić!!! Może wyjdzie... Wygląda super... :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Przede wszystkim to wcale się nie dziwię, ze jesteś rozchwytywana przez przedszkolaki, że każdy chce Cię za rękę trzymać i że Lilka zazdrosna - jakbym miała taką fajną mamę, która w dodatku takie ciasta piecze, to też bym się nią z nikim dzielić nie chciała ;)

    Mina Miśka faktycznie mówi sama za siebie hehe ;) Ale Lilka za to przy nim taka rozpromieniona, że pewnie psina zaciskała zęby i trwała dzielnie na swoim posterunku, nie mając sumienia go opuścić ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Uch, mam trzy posty do nadrobienia :) Zaraz zasiadam, kawa czeka, już widzę, że będzie jak zawsze pysznie kalorycznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. jak widzisz, nadrobiłam... niezłe tempo co :)

    Gdybyś nic nie napisała o tej zamianie warstw, w zyciu bym nie pomyślała, że coś jest nie tak. Wygląda obłędnie i pewnie tez tak smakuje. Wspaniała Kura domowa z Ciebie, godna podziwu wręcz uwazam :)

    wiesz że też kiedyś tak zostawiliśmy tymka dłużej na jego prośbę :)

    no a kołtuny na sierści - hhhaaahahaha, padłam :) Kochana Lilcia!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!