Mama2c

Mama2c

wtorek, 26 kwietnia 2016

Straty, czyli co po zimie słychać na działce...

... a dokładniej widać. A widać straty. Dużo strat. I te pieprzone dziury po nornicach!

Jako, że część z Was ma ten sam rodzaj obłędu roślinnego jak ja, czyli, że nie nudzą Was zdjęcia i doniesienia działkowe, a Ewa nawet się o nie upominała- oto i one :) Swoją drogą już dawno miałam ten post napisać, ale... Zawsze coś.

No to dziś będzie o dużych stratach, małych radościach i wielkich lękach.
Po kolei...

Straty.
Na jesieni żaliłam się na nornice. Obawiałam się, że szalejąc sobie w najlepsze, szczególnie w jednej części działki, mogą narobić strat... I cóż, nie wiem, czy to ich sprawka, ale straty dokładnie w tym miejscu są. Zresztą nie tylko w tym, jeśli mam być szczera. Przede wszystkim totalna porażka jeśli chodzi o rośliny cebulowe.

I tutaj mała dygresja- tak, większość cebul kupiłam w... Biedronce :) Tak, wiem, że to nie najlepsze miejsce. Zaryzykowałam. Wnioski? Żonkile... Och, jak ja się napaliłam na nie! Szczególnie na te białe, kremowe, pełne... Ileż to ja kupiłam tych, o wdzięcznej nazwie "sir winston churczill"... I z żonkilami klapa na całej linii. Kupiłam łącznie około 80-90sztuk. Wszystkie wyszły, a jakże. Tyle, że na wysokość 3-centymetrów i uschły. I tu właśnie mam wątpliwości- nornice, czy zima praktycznie bez śniegu, a co za tym idzie- mało wilgotna gleba? Krokusy- te akurat zakupione w sklepie ogrodniczym, w liczbie około 60sztuk. Wyszły wszystkie. Miały piękne, zdrowe, lśniące liście. Zakwitły... trzy. Brawo one ;) Tulipany- z Biedronki, czy nie, wkopywane na jesieni, czy te z poprzednich lat- wyszły wszystkie i każdy ma się świetnie. Cześć kwitnie (muszę zgrać zdjęcia z telefonu, bo tam mam głównie moją tulipanową kolekcję), część dopiero się do tego szykuje, ale tu jest ok. Także nie wiem- czy tulipany są bardziej odporne na susze i mniej nęcące dla nornic, w przeciwieństwie do żonkili i krokusów? Ktoś ma jakąś teorię na ten temat?

Pierwsze, tegoroczne zdjęcia z działki: 28marca 2016



To żonkile, które wkopałam w 2014







I kolejna aktualizacja 4-5kwietnia 2016








To był jeszcze czas, kiedy było u nas w miarę ciepło i słonecznie. Mogłam w końcu powiedzieć coś więcej o pozostałych roślinach. W pierwszej turze zdjęć, widziałyście małą zieloną żurawkę. No muszę przyznać, że w bylinach też straty. To mogę napisać już chyba z całkowitą pewnością, bo mamy przecież koniec kwietnia. Cześć żurawek, o dziwo tych starszych, nie "ruszyła" po zimie. Za to maluchy, które wsadziłam po rozsadzeniu (tu wielki ukłon w stronę Miśka, który szukając cienia trzy żurawki rozerwał niemal na strzępy- ratowałam, co było można i w ten sposób mam wyżej wspominane "maluchy") i ta, którą dostałam na jesieni- mają się dobrze. I tu moje zdziwienie, bo to przecież byliny, do tego nie żadne tam stare egzemplarze- co z ich wieloletnością??? Podobnie z hostami, tylko, że tu porażka całkowita. A miałam je naprawdę piękne, jak choćby ta, ze zdjęcia niżej:






Na chwilę obecną, wyszła mi tylko jedna, ta z zielonymi liśćmi- najbardziej popularna... Nie łudzę się już, że może jeszcze wyjdą- na balkonie mam je w donicy, i te balkonowe wyszły już dawno. Szkoda. Miałam w dwóch miejscach funkię białą. Jest śliczna. Co prawda biały kolor zachwyca krótko, później liście zielenieją, ale to na pewno godny uwagi egzemplarz... Serduszka, widoczna na zdjęciu z Miśkiem, w liczbie dwóch, po zimie też wyszła tylko jedna... Dobrze, że w ogóle, bo bardzo ją lubię.

Piwonie od Ani... szaleją :) Wyszły wszystkie, mają się świetnie. U niektórych, po dokładnym obejrzeniu ich w weekend, dojrzałam już malutkie pąki.

Hortensje... Dwie ogrodowe szlag trafił. Jedna wkopana była zeszłej wiosny, druga- jeszcze rok wcześniej. Nie wiem, co się stało. Za sucho? Bo przecież nie za zimno! To była naprawdę łagodna zima... Na jesieni wkopaliśmy trzy bukietowe- pinky winky, little lime i polar bear- z nimi wiążę duże nadzieje. Po zimie... żyją :) Nieśmiało na razie ale jednak wypuszczają listki. Tyle, że... dwie z nich rosną w miejscu "skażonym" przez nornice... :)

Przed działką mamy dwa piękne berberysy. Niestety, to już stare egzemplarze, choć w zeszłym roku na wiosnę prezentowały się pięknie. O tak:


W tym roku zdecydowałam się więc na dość mocne cięcie. Efekty chyba dobre, bo już jeden puścił nowy pęd od ziemi.


Kalina (zdjęć póki co brak) ma się po zimie bardzo dobrze, niedługo zakwitnie. Ostatnio wyczytałam, że lubi nawet okresowe zalewania (chroni ją to przed atakiem mszycy) więc obficie ją podlewam :) W tamtym roku- faktycznie, walczyliśmy z mszycą.

Z nowości to posadziliśmy dwa białe bzy. Maluszki, więc śmiejemy się, że może na komunię Lilki zakwitną, ale... Już rosną :)

I ostatnia aktualizacja- zdjęcia robione po 20kwietnia:











I oto jeden z dwóch żonkili, wkopywanych na jesieni, który raczył zakwitnąć :) 
Reszta, która kwitła, to cebulki z jeszcze wcześniejszych lat.
 

Reasumując- małe radości to każda roślinka, która po zimie wyjdzie, zakwitnie... Natomiast wielkie obawy, to te związane z pogodą. A ta- szaleje. I niby nie od dziś wiadomo, że "kwiecień plecień...", ale... Były już przymrozki w tym tygodniu, cały czas jest zimno, słońca też jak na lekarstwo... Trochę mnie to martwi, żeby w związku z tym, straty nie były  jeszcze większe.

Tak jak widziałyście- jabłonka i śliwka mają już kwiaty... Teraz tylko czekać na pracowite pszczółki. Porzeczka czerwona (starowinka, po poprzedniej właścicielce) rokuje bardzo dobrze, ku uciesze Lilki, bo Ona uwielbia. Maleństwo z Biedronki, kupione 3lata temu, też będzie w tym roku owocowało :) Nie pamiętam co prawda na jaki kolor się wtedy zdecydowaliśmy, wydaje mi się, że też na czerwoną, ale... czas pokaże.

Co tam jeszcze... A, lubczyk i mięta- niedługo będzie można korzystać :)

Plany na najbliższy czas... Jestem na etapie wkopywania lilii- część zeszłorocznych już wschodzi. Teraz uzupełniam rabaty o nowe cebule. Bardzo lubię lilie w ogródkach, na działkach. W tym roku testuję niskie odmiany, które posadziłam w donicach- zobaczymy, co z tego wyjdzie :) Część dalii też już wkopałam, ale mam jeszcze zamiar dokupić parę sztuk. Powoli zastanawiam się, co chciałabym dokupić z bylin. Zapomniałam wspomnieć, że z dwóch ostróżek, też wyszła tylko jedna. Ciekawe która, bo miałam fioletową i niebieską... Nie wiem, czy zdecydować się na odnowienie mojej kolekcji host... Pewnie coś tam kupię. Na razie cieszę się jak dziecko na moje urodziny, bo już zamówiłam sobie u moich bliskich hortensje w prezencie :) Póki co, postawię na kolejne bukietowe i drzewiastą anabelkę. Ogrodowe są piękne, ale chyba kupię tylko na balkon- mam wrażenie, że one są tak delikatne, że prędzej przeżyją zimę na balkonie, niż w gruncie. Już gdzieś zresztą czytałam o okrywaniu donic na zimę...

I to by było na tyle :)
Jak tylko pogoda pozwala idziemy choć na chwilę na działkę. Lila spotyka się ze swoimi kolegami- bliźniakami. Ostatnio też się razem bawili, a kiedy wracałyśmy do domu, Lila mówi: "Jestem smutna". Zapytałam więc co Ją tak zasmuciło. Odpowiedziała: "Bo się nie przytuliłam". No to mama w te pędy bierze Lilę w uścisk niedźwiedzi, z którego Lila po chwili się oswobadza i prostuje: "Ja jestem smutna, bo się nie przytuliłam z Dorianem".
No. I wszystko jasne ;)

piątek, 22 kwietnia 2016

Bogini blogosfery!

...i tylko dziwi mnie fakt, że to nie Ją zapraszają do telewizji śniadaniowych, żeby usmażyła omleta, albo zdradziła swój patent na prasowanie, że to nie Jej wysyłają do przetestowania najnowszą wyciskarkę (w końcu miałaby na kim- trzech synów zobowiązuje) i wreszcie- że nie Ją zapraszają do luksusowych nadmorskich hoteli, celem zrobienia reklamy. Chyba, że... Jest inaczej, a Ty się nie chwalisz? :)

Gdyby jednak było, jak zakładam- wielka szkoda, ale ich strata. Dostaliby przynajmniej wiarygodny i najbardziej obiektywny opis swojego produktu, czy usługi. Bo Ona już taka jest, po prostu.

Nie, nie- nie musicie się tak niecierpliwić- zaraz Wam Ją przedstawię, chociaż wiem, że niektóre z Was mają już tą przyjemność.

Odważyła się PUBLICZNIE podważyć autorytet niepodważalny. Bo przecież większość blogów opiniotwórczych, za którymi stoi sztab ekspertów, to dla wielu autorytety. Dzięki nim wiedzą na przykład, które klocki są hot, tfu, to znaczy bezpieczne i z certyfikatami, albo co aktualnie jest na szczycie listy dziesięciu wymarzonych prezentów dla dwulatka, albo jak rozmawiać z nastolatkiem... Przyznacie, że to cenna wiedza, której nie da nam ani wizyta w sklepie, ani obserwacja swojego własnego dwulatka, a już tym bardziej nie posiadanie własnych wspomnień, kiedy sami byliśmy wszystko wiedzącymi nastolatkami.

Nie wiem tylko, czy do końca zdawała sobie sprawę z tego, co czyni... Naprawdę mocno obawiam się, że ucichną spory o nowelizację ustawy antyaborcyjnej (byłabym niepocieszona, bo przez tą jelitówkę nie zdążyłam na własnym blogu się wypowiedzieć...) a matki z obozu Nishki rzucą się do gardeł matkom, które myślą inaczej. W sumie? Zadyma będzie trwać nadal, zmieni się jedynie temat sporu.

No dobrze, jeśli właśnie zaczynacie zastanawiać się, co to za bełkot do cholery, to wrzucam dwa linki:

do konta na facebooku

i do bloga

...żebyście i Wy były w temacie.

Nie wiem tylko co Ona chce od tego Kominka... To znaczy, przepraszam, Od Jasona Hunta. I wiecie co? Kiedy męczona, a momentami nawet dręczona wszelkimi objawami jelitówki, oddawałam się wertowaniu facebooka (To jedna z tych czynności, przy której czasami nie trzeba specjalnie myśleć. Moi znajomi i tak codziennie robią kupę, piją kawę w..., jadą do..., wyznają sobie miłość, rozwodzą się, rozmnażają* i robią zakupy w Ikei, najwyżej by mi umknęło którzy i gdzie dokładnie) dostrzegłam, że Kominek i Jason Hunt to ta sama osoba, byłam przekonana, że oto jelitówka mnie pokonała- toksyny doszły do mózgu. Ale nie. Następnego dnia dojrzałam, że faktycznie, nic mi się nie wydawało. Byłam jednak za słaba, aby z niezdrową ciekawością babrać się w Jego postach, tym bardziej, iż podejrzewałam, że wyjaśnienie zagadki co, jak i dlaczego znajduje się jakieś 400wpisów i 2książki wcześniej...

A co do posta Ani. Otóż przyznaję publicznie, teraz, z tego właśnie miejsca (okropnie niewygodne krzesło i laptop, bez nadgryzionego jabłka, za to z ufajdanym ekranem <mamo! o ten odcinek peppy mi teraz włącz>), że tak- byliśmy takimi rodzicami. Rodzicami, którzy kiedy ich starsza córka szła do zerówki, obiecali sobie, że "żadnych rozmów o nauczycielach przy E."

Tak, tak- tak było. Było. Co się od tamtej pory zmieniło? Dziecko nam urosło. Ot, tyle. I nie, nie dostaliśmy objawienia, że wraz z faktem osiągnięcia przez Nią ponad 130cm wzrostu i posiadania wszystkich zębów stałych, możemy przy Niej otwarcie rozmawiać o wszystkim. Nasze dziecko stało się naszym nauczycielem. I tu mała dygresja- nauczycielu! zdziwiłbyś się, jak świetnymi obserwatorami są dzieci. Dostrzegą absolutnie WSZYSTKO. Zarówno to, kiedy jesteś konsekwentny (choćby w karaniu), jak i fakt, że masz swoich ulubieńców**, a za mało profesjonalizmu, żeby to dobrze ukryć...

Od samego początku szkolnej drogi Elizy byliśmy zaskoczeni tym, ile Ona widzi, jak świetnie potrafi interpretować różne sytuacje, zachowania... I właśnie wtedy nie dała nam wyjścia. Mieliśmy milczeć, kiedy pytała, czy pani zrobiła dobrze? Jeśli (bez żadnych uprzedzeń personalnych) oboje wiedzieliśmy, że dała ciała po całości, kolokwialnie rzecz ujmując?

Dłużej mądrzyć się nie będę, Ania zrobiła całą, dobrą robotę :*
Bierzcie i czytajcie :)
A potem piszcie i dzielcie się refleksjami.

* Nie wiem czy rozmnażają się w Ikei, w końcu dyskrecja, to ich drugie imię ;)
** Pupilek nauczyciela. Od zawsze był, jest i będzie. Czy mnie ro mierzi? Nie. Ja też nie wszystkich lubię tak samo. To tylko ludzie. Tylko ten profesjonalizm...



środa, 20 kwietnia 2016

Czarna, kwietniowa seria...

Poniedziałkowy wieczór, tydzień temu... Lila zasypia zdrowa i spokojna. Po Jej zaśnięciu wraca ze Skierniewic Eliza. Trochę narzeka na ból brzucha, ale zwalam to na emocje, może brudne ręce plus pociąg... Daje probiotyk i idziemy spać.

Wtorek... Lila wymiotuje, dostaje biegunki. Eliza czuje się lepiej i idzie do szkoły, mają wyjazd do teatru lalek. Po powrocie jest gorzej- boli Ją brzuch, ma nudności. Chwilę później również biegunkę.

Środa, czwartek... Lila przesypia niemal dwa dni. Budzi się tylko 4razy (oczywiście na wizytę w toalecie), bierze łyka wody (czasami muszę Ją błagać, żeby to zrobiła) i z powrotem zapada w sen. Niedługo będę miała okazję przekonać się, jak mądry był organizm dziecka. Eliza zostaje w domu. Już nie wymiotuje, za to biegunka dalej Jej dokucza.
W czwartek po południu mąż zabiera Miśka na umówione strzyżenie. Dobrze, że chociaż On jest na chodzie, bo przepadłby nam termin, a podczas cieplejszych dni Misiek ewidentnie się już męczył.

Piątek... Lila w ciągu dnia śpi już tylko 3godziny. Wciąż męczy Ją biegunka. Eliza powoli wraca do żywych, jedzie z tatą do ortodonty. Misiek zaczyna drapać się po uszach, częściej niż zwykle.

Sobota nad ranem... Budzą mnie mdłości. Okropnie silne. Udaje mi się jeszcze przysnąć, ale po przebudzeniu- fatalnie: non stop mdłości i biegunka. U Lilki bez zmian- biegunka plus osłabienie. Narzeka jeszcze mocniej na ból nóżek (przebąkiwała o tym od świąt), w związku z czym piszę do naszego pediatry. Musimy zrobić badanie krwi. Najwcześniej możemy dopiero po weekendzie, pada na wtorek. Eliza lepiej. Wychodzi na dwór. Koło 11 zbieram się w sobie i udaje mi się pójść z Marcinem na działkę. Trzeba było przesadzić drzewko a drugie zasadzić. Wiem, że albo teraz, albo... będę musiała znowu poczekać na wolny termin mojego męża. Więc teraz, nawet jeśli miałabym tam zwymiotować...
Nie zwymiotowałam. No zuch po prostu.
Wracamy i jest coraz gorzej. Przeleżę kolejne dwa dni. Plackiem. Nie mogąc zasnąć. Zazdroszczę Lilci, o ile to by było prostsze- przespać ten okropny czas.

Niedziela... Apogeum. Mdłości, biegunka, ból kości, głowy, jadłowstręt (to akurat nie dziwi), ciężko wchodzi mi też picie. Droga do toalety w naszym małym mieszkaniu, niczym wspinaczka na Mount Everest, a trzeba ją czasem pokonywać bardzo szybko...
Pies nadal się drapie.
Eliza korzysta z dworu.
Po południu nie dość, że zaczyna smarkać i kaszleć (dość mocno), to jeszcze przychodzi ze stłuczoną kością ogonową- upadła na rolkach.
Oprócz probiotyków zaczyna się podawanie witaminy C i robienie inhalacji.

Poniedziałek rano... Dzwonię do przedszkola, że przykro mi, ale nie dam rady przyprowadzić Lilki. "Ojej jaka szkoda, dziś mamy zdjęcia. Ojej, super, gdyby jednak Lilcia przyszła, bo..."... dalej nie słucham- próbuję realnie ocenić, czy dam radę dojść i wrócić. Lila na wieść o zdjęciach chce iść. Ok, spróbujemy. W tym czasie Eliza mówi, że... znowu ma biegunkę! Wychodzi z psem, po czym stwierdza, że Ją mdli... Do tego kasze i katar. Nie ma szans, kolejny dzień zostawiam Ją w domu. Trudno. Czasami nie ma wyjścia, nawet mając świadomość, że zaczyna nieobecnością kolejny tydzień.
Leżę, dużo leżę. Wciąż te mdłości i biegunka. Czy to się kiedyś skończy??
Z drugiej strony, szybka myśl- naprawdę jestem w stanie żyć bez kawy. Aż niewiarygodne. Mogę nie jeść słodyczy i w ogóle mnie do nich nie ciągnie. Są też plus tej całej, zasranej (dosłownie) sytuacji...

Wtorek... Zaprowadzam Lilę. Mdłości dużo, dużo mniejsze. Tylko ta biegunka... Elizę też męczy. Kaszel powoli słabnie. Katar też. Może wreszcie odsapniemy od tych chorobowych klimatów? Po 11 zerkam na telefon. Zawsze mam wyciszony... Trzy nieodebrane połączenia z przedszkola, plus jeden z prywatnego telefonu pani... Naiwnie myślę, że to "tylko" jelitówka wróciła do Lilci. "Wie pani co, Lila upadła na spacerze, zdarła kolano i brodę, ale niestety jeszcze..." tu zamieram, bo co jeszcze???
"...ułamała kawałek ząbka".
Dzwonię tylko do Marcina, żeby zadzwonił do naszej dentystki (potem okazuje się, że ma tak zawalony kalendarz, że nie będzie mogła nas przyjąć) i biegnę do przedszkola.
O wizycie u dentysty napiszę osobno...
Na szczęście poza ogólnym rozżaleniem, Lila ma się dobrze. Świnka peppa i wtulenie w mamę (przy czym jest kupa śmiechu, bo Lila czuje jak mi jeździ w brzuchu :)) zawsze pomaga.
Pies cały czas drapie uszy. W czwartek wizyta u weterynarza...

Nie pytam co jeszcze, bo wiem, że przy dwójce dzieci, psie i w sumie naszej dwójce- zawsze może coś wyskoczyć. I tak, żeby nie być posądzoną o marudzenie (Bo coraz rzadziej człowiek może być tu swobodnie sobą- inaczej inni szybko przypinają ci łatkę, zadowoleni z siebie, że oto cię rozszyfrowali... Tia, jasne.)- mam absolutną świadomość, że to tylko jelitówka, przeziębienie, stłuczona kość, ułamany ząb i psie dolegliwości z uszami (Misiek boleśnie przekonał się, że piękno ma swoją cenę...). Mam też całkowitą świadomość tego, że wiele osób, od ręki chciałoby się z nami zamienić. Wiem to. Ale odrobinę ponarzekać, że coś tego sporo w tak krótkim czasie, chyba jeszcze mogę? :)

Za to teraz, jest środa. Lila w przedszkolu, Eliza w szkole... Misiek chwilowo się nie drapie. W toalecie byłam dziś tylko raz (sukces w porównaniu do minionych dni)... czyli chyba wychodzimy na prostą :)

A poniżej- parę zdjęć z weekendu, zanim polegliśmy... Lila z Wojtkiem i Basią szaleli w Smętowicach- gospodarstwie agroturystyczny, następnego dnia pierwszy raz przejechaliśmy się z Małą pociągiem (miałam tu zrobić dłuższą relację, bo śmiesznie to wszystko wyszło, ale... jelitówka wygrała), a w tym samym czasie Babcia z Elizą "zwiedzały" Warszawę...

"Zwiedzały" ponieważ jadąc tam z moją ciocią, a mamy kuzynką i Jej wnuczką, nastawione były na zwiedzanie. Natomiast ciocia i kuzynka Elizy przyjechały do Warszawy... pochodzić po galeriach. I dumna jestem z Elizy, bo choć jest typową dziewczyną i bardzo lubi wypady na zakupy, to była mocno zawiedziona, że tak mało udało Im się zobaczyć. I nawet Złote Tarasy Jej nie oczarowały... Moja krew :)

No dobrze, siły powoli wracają, pora trochę posprzątać...
Nie muszę pisać, jak wyglądało mieszkanie po moim wylądowaniu w łóżku? :)
A, w sumie błąd- ono nie wyglądało!












No i niech mi ktoś zarzuci, że nie mam fantazji :p



Czekamy na pociąg :)






wtorek, 12 kwietnia 2016

Nasz drugi raz...

Wykorzystując fakt, że na urlop wybraliśmy Zakopane, we wrześniu 2015 odwiedziliśmy Anię i Jej rodzinkę. To był nasz debiut, jeśli chodzi o przenoszenie znajomości z blogosfery do życia w realu. Debiut jak najbardziej udany, bo wszyscy migiem złapaliśmy nić porozumienia, a Lila poczuła się tak dobrze u cioci i wujka (to pewnie ta wycieczka po okolicznych placach zabaw i pomidory na... drzewkach :)), że istniało ryzyko, że będzie chciała zostać na dłużej :) Ja wiem, Ania, że nie mielibyście nic przeciwko, ale Przemo chyba nie był jeszcze wtedy na to gotowy :D

W każdym razie... Jako, że lubimy łączyć przyjemne z... przyjemnym, to tym razem- wykorzystując fakt, że jedziemy na chrzciny do Skierniewic i będziemy w okolicach naszej blogowej Iwosi- nie mogliśmy nie skorzystać i z tej okazji. Iwosia zareagowała równie entuzjastycznie jak kiedyś Ania, co cieszy niezmiernie. Wahaliśmy się, czy brać ze sobą dziewczynki (Marcin nie mógł wziąć wolnego poniedziałku), ostatecznie stanęło na tym, że jedziemy sami i dobrze, bo przynajmniej jest pretekst, żeby niedługo zawitać w okolice Iwonki i Tomka z naszym przychówkiem :) W zasadzie to myślę, że pretekstów już nie potrzebujemy :)

Czy się stresowałam? Hmm, minimalnie pewnie tak :) o czym świadczył późniejszy ból głowy. Tak silny, że przez chwilę zastanawiałam się (no dobrze- ja byłam tym faktem autentycznie przerażona!) czy dam radę zjeść deser. Ale deser zasługuje na osobny akapit, więc do niego wrócę później.

Z Iwonką byłam w kontakcie smsowym podczas naszej drogi do Warszawy. Dostaliśmy przykaz, żebyśmy zawitali w Jej progi głodni, a że podejrzewałam, że czekają na nas same pyszności, to bez słowa sprzeciwu oboje dostosowaliśmy się do wytycznych :) Nawet w Jankach, gdzie zatrzymaliśmy się w jednej z kawiarni w tamtejszym centrum (Boże, co to była za katorga być tam w weekend...) na spotkanie z moją kuzynką, nie połaszczyłam się na nic słodkiego... Sama w to nie wierzę, że dałam radę, ale... było warto.

I nie, nie- nie pomyślcie, że jedzenie było podczas tego spotkania najważniejsze. Chodzi bardziej o to, że ktoś na Ciebie czeka, chce Cię jak najlepiej ugościć (i ta moja Iwonka się jeszcze biedna stresowała tym!), wkłada w to całe serce... to jest to naprawdę przemiłe uczucie. I bardzo, bardzo to doceniamy. Podobnie było w przypadku Ani :*

A teraz krótka anegdota o mężczyznach-kierowcach. Iwonka, znając swoją okolicę jak własną kieszeń, udzieliła mi mailowo wielu wskazówek, jak dotrzeć do Nich bez błądzenia. Narysowała nawet mapkę. Oczywiście wszystko to przekazałam, a raczej chciałam przekazać Marcinowi... Niby spojrzał. Niby posłuchał, co czytam. A potem oczywiście skwitował, że przecież dojedziemy :) No jasne, że dojedziemy, ale po co błądzić pół godziny, jak można już pić razem kawę :) Ale nie- mój wieloletni kierowca, mój mistrz kierownicy... No On przecież wie lepiej :) Nie muszę Wam pisać, na czym się skończyło? I, że wyciągałam zdjęcie mapki, które zrobiłam telefonem? Może pół godziny nie zajęło nam odnalezienie domu Iwonki, ale chwilę to trwało.

I właśnie wtedy, jak tak krążyliśmy, a Marcin na głos rozkładał okolicę na ulice, uliczki i jak to będzie, żeby było dobrze... pomyślałam sobie: "O rany, już za chwilę to się stanie faktem, zaraz się zobaczymy!" I wtedy była to kulminacja ekscytacji z lekkim stresikiem. Nie wiedzieć czemu, ale bardzo byłam ciekawa głosu Iwony :) Z Anią rozmawiałyśmy wcześniej przez telefon, także jakieś wyobrażenie miałam :)

Zanim Pani Domu wyszła nam na spotkanie, mignął mi w oknie Tymon ( to utwierdziło mnie w przekonaniu, że pod wieloma względami wszystkie dzieci są takie same- nasze dziewczyny też zawsze wypatrują gości :p), a pies obszczekał nas na całą okolicę. I szczerze mówiąc- to jak uwielbiam psy, tak Fuks szczekał tak złowrogo, że w życiu bym nie pomyślała, że niecałą godzinę później będzie nas molestował o głaskanie. Także dobrze sprawdza się w roli psa stróżującego, bo robi wrażenie groźnego :)

A samo spotkanie? Pisałam to już w komentarzu u Iwosi, najlepszym opisem wrażeń po naszym spotkaniu, niech będzie fakt, że kiedy odjeżdżaliśmy poczułam dotkliwie każdy jeden kilometr, który nas dzieli. I żal, że wszystkie fajne Dziewczyny są tak daleko ode mnie! Złość, że nie możemy ot tak, zdzwonić się i umówić następnego dnia na kawę albo na sobotniego grilla... Szkoda, wielka szkoda, bo Iwona to zdecydowanie taki typ "do tańca i do różańca". Będzie się z Tobą zaśmiewać do łez i płakać, kiedy trzeba będzie...
Nie muszę pisać, że nie mogłyśmy się nagadać. Skakałyśmy łapczywie z tematu na temat, świadome, jak niewiele mamy czasu. I właśnie ten niedosyt pozostał...

Tak, jak o nastawienie Fuksa do nas się obawiałam, tak Maluchy Iwony i Tomka- przyjęły nas równie ciepło jak Ich Mama. Od razu byliśmy "wujkiem" i "ciocią", a Marcin musiał nawet przyznać się publicznie ile ma lat :) Dobrze, że cioci o takie rzeczy nie pytali :)
Tola- prawdziwa GWIAZDA! Gaduła, odważna i przebojowa. Tymonek, przy Toli, znacznie bardziej hmm, spokojny? Nie wiem, czy to dobre określenie, ale Tola zdecydowanie błyszczy. I dobrze, bo takie dziewczynki powinny błyszczeć :)

A co u Iwonki robiliśmy poza rozmową? No jedliśmy, a jakże :) I to dobrze jedliśmy :) Tomek podobno śmiał się do Iwony, że chyba za dużo warzyw jak na jeden obiad, ale cóż- dopiero się poznajemy i Tomek nie mógł wiedzieć, że my warzywa kochamy na równi z mięsem. Ja chyba nawet bardziej warzywa. Także zupa krem z brokuła i lasagne z cukinii- to był strzał w dziesiątkę. Błędem natomiast było pokazać mi pavlovą przed obiadem, bo już o niczym innym nie myślałam :D
I za tą pavlovą, to Iwonka ma u mnie medal, serio. Dobrze, że zrobiłam zdjęcia- wiem, do czego dążyć.

Powiem Wam, że czuliśmy się tam tak dobrze, tak błogo... że żal było odjeżdżać. I żal, że tak mało zdjęć zrobiliśmy. Kto by tam jednak myślał i pamiętał o zdjęciach.

Zastanawiacie się może, co myśli taki mąż, któremu żona zapowiada spotkanie z ludźmi których nie zna? Po pierwsze- ufa mi i wie, że mam szczęście do ludzi, po drugie... Jedziemy w weekend gdzieś tam, a Marcin w pewnej chwili mówi: "Fajnie byłoby skrzyknąć taką większą grupę ludzi (chodziło mu o blogową brać) i pojechać na wspólny urlop"... Dalej mówił coś o górach, ale tak mi się spodobał Jego pomysł, że nie miałam serca mówić Mu, że nie wszyscy kochają góry tak, jak my :)

Majowe ladies in red :)



Maluchy :)

I oto ona- podziwiajcie- kształt, kolor... A smak... O mamo, rewelacja. I to z myślą o mnie! 



Wujek Marcin... Ciekawe, czy też wyjadał granata :)





No to co? Kto chętny na wspólne wakacje? W tym roku raczej nierealne, ale kto wie- może w przyszłym? Jakiś dłuższy, niekoniecznie wakacyjny, weekend?

A dla równowagi, po jakże miłych wspomnieniach, właśnie przerabiamy jakiegoś paskudnego wirusa. Lila od rana wymiotowała, potem dołączyła się biegunka. Późnym popołudniem, solidarnie, dołączyła do siostry Eliza... Żal mi Ich obu strasznie, bo każda przechodzi inaczej (z Lilki jakby uszło życie, była potwornie słaba, natomiast Elizę potwornie brzuch boli) ale Obie są wykończone. A to "tylko" wirus jakiś. Powiedziałabym mu najchętniej, tak jak Lila w weekend tacie: SIO!