Mama2c

Mama2c

wtorek, 24 maja 2016

W ostatnich dniach...

...sporo się u nas wydarzyło. I choć czasu na pisanie mam niewiele (no dobrze, właściwie to nie powinno mnie być teraz w ogóle przy laptopie), to jednak szybki pościk sklecę, żeby nie robić sobie jeszcze większych zaległości. Chociaż- da się jeszcze większe?? Eliza za miesiąc wyjeżdża na kolejny obóz, a ja jeszcze nie zrelacjonowałam poprzedniego :D

Widzę, że ostatni raz odzywałam się w środę. A po niej był czwartek- dzień rodziny w przedszkolu Lilki, a po nim kontrola w przychodni. Na dzień rodziny wybraliśmy się wszyscy- a i owszem. Po pierwsze- u Lilki wg pani doktor było wszędzie czysto ( zawsze mnie w takich sytuacjach zastanawia skąd w takim razie bierze się ten paskudny kaszel na przykład...), a najgorsze ataki kaszlu miała zaraz po wstaniu. Po drugie- tak jak pisałam, byłam z dziećmi w poprzedni piątek na występach- Lila na pewno nie kaszlała bardziej, niż niektóre maluchy- także drodzy rodzice- uczycie i mnie, żeby się aż tak nie certolić. Jasne, że nadal będę kierować się przede wszystkim własnym przekonaniem, czy Lila powinna pójść do przedszkola, czy nie- ale właśnie w wyżej wspomnianej sytuacji- nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że zabieram Ją na ten dzień rodziny nadal kaszlącą. Eliza również poszła z nami- w środę (jak mi się wtedy zdawało, choć przekonana nie byłam, ale o tym za chwilę) wzięła ostatni antybiotyk.

Występy dzieci miały zacząć się od godziny 12.15, więc wysłałam Marcina (celowo Jego, ale to niewiele dało) z Lilą o 11, żeby zjadła jeszcze z dziećmi obiad i wzięła udział w próbie. Mała poszła chętnie... do momentu wejścia na salę. A potem dobrze znajoma scena... Nic się nie zmieniło.

Sama "impreza" bardzo udana, dzieci pięknie tańczyły i śpiewały. Obawiałam się, że Lila może odmówić współpracy, kiedy nas zobaczy, ale dała piękny występ. I super improwizowała, tam gdzie zapomniało Jej się słów piosenki :)

Marcin jako tata jest idealny na takie występy, bo wzrusza się tak samo jak ja, kiedy widzi te nasze dziewczynki w ważnych dla Nich (i dla nas) chwilach.






Wróciliśmy do domu, Marcin kończył z teściem kafelkować, a my poszłyśmy do przychodni. Trochę musiałyśmy poczekać. Nie muszę pisać, że dziewczynki zdążyły się znudzić, a tym samym rozbrykać? :) W gabinecie lepiej nie było. Lila dostała inhalacje z mucosolvanu i berodualu. I o ile te pierwsze ładnie ruszyły ten kaszel, tak berodual okazał się totalną pomyłką- nasilił u Lilki takie duszące epizody kaszlu.

Natomiast u Elizy, tak jak już mówiłam zaraz po wizycie na IP, antybiotyk był podawany za krótko. Po obejrzeniu migdałów, pani doktor już się ze mną nie spierała jak w poniedziałek, że nie wypisze antybiotyku na dłużej (uwielbiam to podejście- znam to dziecko od urodzenia i naprawdę wiem, jak u Niej przebiega angina) i przyznała mi rację, że jest absolutnie niezbędna kontynuacja- całe migdały w czopach ropnych. Nie, nie czuję satysfakcji, że miałam rację. Raczej złość, że lekarze nie chcą słuchać nas- rodziców. Tym bardziej w tej sytuacji, kiedy u naszej pani doktor jesteśmy ledwie od roku...

Biedna Eliza, nie była szczęśliwa, że czekają Ją kolejne dni w domu, tym bardziej, że jak na złość- pogoda u nas piękna. No ale... siła wyższa, na którą rady nie ma. Nie wspomnę o zaległościach w szkole i tym, że jest bardzo osłabiona. Ominęły Ją także cztery treningi karate, a w w drugiej połowie czerwca mają kolejny egzamin...

Nie pisałam chyba, ale w poprzedni wtorek byłam na zebraniu, gdzie odczytano wyniki testów sprawnościowych. Eliza, tak jak chciała, dostała się do klasy usportowionej. Bardzo się cieszę, bo wiem, jaka byłaby rozczarowana, jeśli by się nie dostała. Co prawda tego w-f dużo więcej mieć nie będą, ale zawsze trochę ruchu będzie.

W sobotę pojechaliśmy po kolejne kwiaty na balkon i działkę. Pozwolicie jednak, że tym się będę ekscytować w osobnym poście? :)

W niedzielę natomiast mieliśmy komunię Marcina chrześniaka- Alana. Piękny to był dzień, zarówno jeśli chodzi o pogodę (jak porównam z temperaturą i deszczem u Elizy, to... no cóż :)) jak i o samo przeżycie. Było naprawdę fajnie, rodzinnie... Mimo, że z mamą Alana jesteśmy tylko znajomymi.










Jej synowie, choć totalnie różni, obaj fajni. I takie słodkie blondaski. Z racji tego, że ostatnio marzę o takim małym chłopczyku, musieli znosić ciotki głaskania po głowach :)

Wszystko co dobre, szybko się kończy i nastał poniedziałek. A wraz z nim rozstanie z mamą po tygodniu pauzowania w domu. Domyślałam się, że będzie ciężko, ale nawet nie spodziewałam się, że aż tak... W domu ok, pięć minut drogi do przedszkola też w porządku... A potem?

Pragnę z tego miejsca serdecznie pozdrowić wszystkich psychologów dziecięcych. Kochani! Ja się nawet z Wami zgadzam, że w takich sytuacjach, jak nasza, rozstania powinny być krótkie. To logiczne- im dłużej to trwa, tym u dziecka większe przekonanie, że jeśli będzie (jeszcze) BARDZIEJ płakać, krzyczeć, prosić (czujecie już te emocje? dramat, normalnie) to rodzić ulegnie. Nie należy dawać dziecku tej nadziei, więc buziak, komunikat kiedy po Nie przyjdziemy i już za drzwi. Proste? No pewnie, że proste. Jeśli Twoje dziecko nie jest kurczowo uczepione Twojej nogi. Nie powiem Wam ile wczoraj to trwało, kiedy razem z Panią próbowałyśmy Lilę ode mnie "odczepić", ale niedługo- dwie, może trzy minuty. Tak krótko, a byłam mokra. Cała. Ból nogi poczułam dopiero jak wyszłam za drzwi i oddaliłam się na tyle, że nie słyszałam już Lilki płaczu. Ten ból to oczywiście nic, w porównaniu do tego, co czuje się w takiej sytuacji. I to, że zadzwoniłam za 15minut do Pani Stasi, zapytałam jak Lila, a Ona powiedziała mi, że już się bawi i że jest w porządku, nic a nic nie zmieniło.

Dziś było bardzo podobnie, z tym, że płacz zaczął się już w domu (o 6, bo tata nas niechcący obudził), a potem od razu w szatni...

Pisałyście, że może nasza rozmowa z rodzicami Igora, coś by dała. Moim zdaniem jeszcze na to za wcześnie. Panie nie bagatelizują problemu, Lila musi mieć czas, żeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa, a w Igorze dobra zmiana (haha) też potrzebuje czasu, żeby mogła się dokonać. Bez względu na to, jak bardzo chciałabym odzyskać moje ufne, radosne i beztroskie dziecko, czasu nie przyspieszę. Mogę jedynie postarać się nie zwariować i nie przytyć kolejnych 5kilo. Bo jedną piątkę na bank mam już na plusie przez to wszystko...

Wczoraj, 23maja, minął dokładnie rok, odkąd nasz psi chłopczyk jest z nami. Tak, tak- to kolejny zaległy post... Nie było specjalnego świętowania- najważniejsze, że wszyscy mamy świadomość, że nie wyobrażamy sobie już, żeby go z nami nie było.

jest różnica?



widzicie to mordercze spojrzenie?





tak, tak- pięć porcji warzyw i owoców dziennie :) 


Dziś o północy przyjeżdża na dwa dni moja kuzynka. 
Planujemy wybrać się gdzieś nad wodę, ale zobaczymy co nam z tego wyjdzie. Bezpieczniej nie planować, zwłaszcza przy dzieciach. 

Przed nami również dzień mamy, o którym przypomniało mi moje starsze dziecko... To chyba najlepiej świadczy o tym, jak zajętą mam ostatnio głowę :) 

Trzymajcie się Dziewczyny. Powoli zaczynam Was odwiedzać, mam nadzieję, że nadrobię wszystkie zaległości...

środa, 18 maja 2016

Nawet nie pytajcie...

...co u nas.

Weekend minął nam pod znakiem urodzin- kuzyna dziewczynek, ich koleżanki, no i... moich. Tak, tak- dokonało się- na liczniku 35. Refleksje na temat starzenia się urodzin, zostawię sobie na czas, kiedy głowa nie będzie tak totalnie pochłonięta czym innym (hmm, czyli istnieje duże prawdopodobieństwo, że ja go w ogóle nie napiszę :D), dziś na szybko, bo ledwo żyję. Dosłownie. I chyba wiek wyjątkowo nie miał tu zbyt dużego wpływu.

Czyli urodzinowo. No niby fajnie, bo lubimy przecież takie wyjścia do ludzi, tym bardziej, kiedy spotkania odbywają się w plenerze, nakarmią nas, zabawią rozmową, ale... Ale od piątku, jak już pisałam, Eliza narzekała na gardło, temperatura oscylowała w okolicach 38,5... Zdecydowaliśmy, że pojedziemy na krótko, tylko z Lilą, a do Elizy dojedzie babcia. Eliza wyjątkowo nawet nie ubolewała, że tyle Ją ominie- czyli naprawdę kiepsko się czuła.

Lila na imprezkach bawiła się świetnie. Dużo fajniej na pewno na urodzinach Wojtka, brata Basi- mojej chrześnicy. Oni w trójkę mają już swój świat i przyjemnością jest obserwować, jak zmienia się ich relacja. Jeszcze nie tak dawno Lila asystowała mojej kuzynce w opiece nad maleńką Basią... A teraz? Teraz Basia mimo, że jeszcze nie mówi, w mig chwyta o co chodzi starszej dwójce i bawi się z nimi, jakby tej różnicy wieku nie było. Ona się i tak pewnie niedługo zatrze. Daję dzieciakom jeszcze rok, i na kolejne urodziny Wojtka, to dopiero będzie wesoło :)
Wszystko było super poza pogodą. Matko, jak nas tam przewiało...

Przed urodzinami Wojtka zajechaliśmy na Wały Chrobrego, na kiermasz ogrodniczy. Cóż, rozumiecie, że nie mogłam przegapić takiej okazji? :) Za bardzo się nie obkupiłam, ale to, na czym mi zależało- nabyłam :) Mam więc nową kalinę (Asia, uśmiecham się do Ciebie :)), to już mój drugi egzemplarz, dwie nowe żurawki (niedługo je Wam pokażę), 20cebulek lilii, i kilka kłączy dali. Wiem, że wiele z Was tego nie zrozumie, ale dla mnie taki kiermasz, to jak dla niektórych z Was wizyta w sklepie obuwniczym :)












Wiedząc, że w domu czeka chora Eliza, nie rozsiadaliśmy się za bardzo i Lila na wieść, że musimy już opuścić Wojtka i Basię była mega niepocieszona. Wcale Jej się nie dziwię- bawili się super.

Następnie pojechaliśmy do Mai- córki znajomych. Tam niestety zabrakło dzieci, z którymi Lila mogłaby się pobawić. Maja- jubilatka, w ogóle miała swój świat i swoje towarzystwo, a reszta dzieci, z którymi Lila próbowała nawet nawiązać znajomość, chyba jednak miało Ją za smarkulę. Na szczęści podekscytowanie wynikające z przejażdżki bryczką było tak duże, że Lila nawet nie narzekała na brak towarzystwa. Tam zresztą byliśmy naprawdę krótko.








To ta sama stadnina, w której robiliśmy 8 urodziny Elizy. Lila miała wtedy niecałe 2lata i nic nie pamięta. Podczas dwukrotnej przejażdżki opiekowała się Nią mama Mai, i opowiadała, że Lila była tak przejęta, że dopiero za drugim razem przemówiła :) I ja w to wierzę, bo to samo było, kiedy zabraliśmy Ją na przejażdżkę pociągiem :D

Po urodzinach Majki, podjęliśmy decyzję, że niestety- chciał nie chciał, ale trzeba jechać z Elizą na IP, bo do poniedziałku, to jednak za długo, żeby czekać z wizytą lekarską. No i całe szczęście, że pojechaliśmy- angina. Kolejna :( Pani doktor stwierdziła, że to "anginowe" gardło, także ma dziewczyna tendencje. Lekarka zasugerowała, żeby dziewczynki trzymały się od siebie z daleka... Jasne, "lubię" takie zalecenia. Wspólna łazienka, wspólna toaleta... Ale zachowajmy choć pozory.

No i niedziela- moje święto. Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję Wam za życzenia. Niektóre były bardzo osobiste (szczególnie te o ufo) ale tak naprawdę wszystkie sprawiły mi dużo radości. Dziś do szczęścia, tak jak wielu z Was napisałam, potrzeba mi jedynie pracy i zdrowia, bo wszystko inne mam. I w sumie na tym poprzestanę, bo jednak chciałabym w niedługim czasie, popełnić ten urodzinowy wpis.












Marcin stanął na wysokości zadania, bo dzięki Niemu nie musiałam piec ciasta (nadal mam do tego awersję), a napis na torcie zwalił mnie z nóg- no mama to jeszcze rozumiem, ale żona też? Serio? :) A potem zaskoczył mnie tym oto bukietem. Nie lubię się chwalić, jak wiecie, ale... zważywszy na fakt, że nie pamiętam, kiedy dostałam od Niego kwiaty, no to pozwolę sobie pochwalić się i pochwalić Jego :)

No a teraz o tym, że nie jest tak kolorowo wcale, bo... Już w niedzielę Lila zaczęła pokasływać. Inhalacje i tak już robiłyśmy (katar prawie cały tydzień), więc przygotowałam Jej jeszcze syrop z cebuli. Na piątkowych występach miałam okazję posłuchać jak kaszlą niemal wszystkie maluchy, łącznie z małym I.. który kaszlał mi prosto w twarz, kiedy sobie rozmawialiśmy... Nie zdziwił mnie więc ten kaszel. Pomyślałam tylko, żeby na kaszlu się skończyło, bo z kolei duży I. miał... zapalenie spojówek.

Pytałyście o kondycję psychiczną Lilki. Do niedzieli, do godziny 18.50, czyli naprawdę bardzo długo, słowem nie wspomniała ani o I. ani o przedszkolu. A potem wszystko wróciło. I płacz i odgrażanie się, że Ona już nie pójdzie do przedszkola (tu Ją spokojnie, ale stanowczo prostuję i mówię, że będzie chodziła dalej do przedszkola) i prośby, że mam być w szatni...

A rano... Rano kaszlała już non stop i... I oczywiście miała zaropiałe oczy. Jakimś cudem, dwie godziny później, miałyśmy już wizytę w przychodni. Na jej temat mogłabym też w sumie dużo napisać, ale szkoda mi czasu. Efekt jest taki, że od poniedziałku mam dwoje dzieci w domu, z dwoma różnymi infekcjami. Teoretycznie powinny być oddzielnie, w praktyce- kompletnie bym już zwariowała. Starczył mi jeden dzień, kiedy każda w innym pokoju i każda chciała mnie dla siebie już, teraz, w tej chwili. W dokładnie tej samej, co Jej siostra. Nie na moje nerwy takie akcje :) Tym bardziej, że... Już wcześniej mój mąż umówił się ze swoim ojcem, na położenie w toalecie kafelek...

I tym oto sposobem, mam w domu dwoje chorych (ale jednocześnie bardzo zdrowych) dzieci, teścia, którego ostatni raz widziałam jakieś 5lat temu (tak, tak- mieszka w Szczecinie) i psa z zaawansowaną nerwicą i stanem przedzawałowym, bo- w domu obcy, w dodatku zagaduje JEGO dzieci i co chwilę powoduje jakiś hałas. A Misiek hałasu nie cierpi, bo się go panicznie boi. Nie wiem, które z nas bardziej cierpi- ja, czy pies. W każdym razie, kiedy biorę go na dwór, widzę w jego oczach wdzięczność, w machnięciach ogonem czuję radość, a w kroczeniu noga w łapę odnajduję wielką nić porozumienia... Oto nasza chwila spokoju :) I tylko my decydujemy, ile ona będzie trwała, więc Misiek dawno już nie miał tak długich spacerów, jak w ostatnich dniach.

Niestety, u Lilki nie ma żadnej poprawy, powiedziałabym, że nawet jest gorzej (o zakrapianiu oczu, to chyba osobny wpis zrobię), także jutro na 14.30 mamy kolejną wizytę w przychodni. Zważywszy na fakt, że w niedzielę idziemy na komunię Marcina chrześniaka, to emocje sięgają zenitu.

Do tego, czułam, że tak będzie, ale ten przestój w domu zupełnie Lilce nie pomoże w zapanowaniu nad strachem przed małym I. Codziennie wraca do Niego w rozmowach, a raczej mniejszych lub większych histeriach. Zachowanie spokoju i opanowania przychodzi mi coraz ciężej, ale wciąż stanowczo a jednocześnie łagodnie, zapewniam Ją, że jak wyzdrowieje, to wróci do przedszkola. Na co wczoraj, moja panna, odpowiedziała mi: "To ja zrobię tak". Zapytałam więc: "Jak"- bo nie sprecyzowała, co ma na myśli. I wiecie co zrobiła? Nie uwierzycie! Ta cwaniara zaczęła udawać, że kaszle. Czujecie to, Dziewczyny??? Nie, nie- tej infekcji nie symuluje, o czym wiem doskonale choćby między 2 a 3 w nocy, kiedy przez godzinę dusi Ją kaszel, albo kiedy kopie mnie, kiedy chcę Jej zakropić oczy, ale kurczę- zobaczcie, jak sobie wykombinowała...

Także wybaczcie, że do Was nie zaglądam i pomyślcie o nas ciepło w najbliższym czasie, bo dziś już z zapaleniem spojówek walczyłam też i u Elizy. Nie chcę nawet myśleć, kiedy przyjdzie nasza kolej... Mam nadzieję, że do niedzieli wszyscy będą zdrowi. Amen.

I jeszcze zdjęcia z piątkowego występu naszych przedszkolaków :)