Mama2c

Mama2c

czwartek, 30 czerwca 2016

Odwagi, Marta... Odwagi!

Dokładnie, nie inaczej...



źródło 


W związku z tym, że w Waszych komentarzach pod poprzednim postem, wypłynął podobny problem, co u nas, postanowiłam się dziś do niego odnieść, opowiadając Wam krótką historię z (naszego) życia wziętą. Pokuszę się nawet o nadanie jej tytułu, a brzmi niech on tak:

Do czego kobiecie telefon/laptop...

Czwartek po 20. Za chwilę mecz. TEN mecz. TEN! Idę usypiać Małą. Kiedy wracam, Marcina już nie ma. Oczywiście, domyślam się, że jest u kolegi z bloku obok. Nie, nic nie powiedział, bo od jakiegoś czasu znowu mamy ciche dni. Dlaczego? Ano po raz kolejny mieliśmy małą wymianę zdań, na temat pewnej dolegliwości, na którą cierpię od dawna. To się nawet jakoś nazywa... Generalnie chodzi o to, że (ponoć) mam mega zajebistych teściów, którzy są równie mega oddanymi, zakochanymi w swoich wnuczkach dziadkach, a ja tego w ogóle nie widzę i (!!!) nie doceniam. O, już sobie przypomniałam, jak się to nazywa- synową jestem, znaczy się.

Nie, nie- niech Wam nie będzie mnie żal. Zrobiłam sobie kolację, włączyłam tv w jadalni... i laptopa na stole i... I właśnie zaczęła się druga połowa, a ja czuję się tak, jakbym oglądała ten mecz w naprawdę doborowym towarzystwie. Śmiejemy się, komentujemy, wymieniamy uwagami- i dementuję- nie, nie sikam na widok Lewego :) Za to Fabiański jest spoko :)

Cóż mogę napisać więcej? Puenta chyba jest oczywista, co Panowie?

sobota, 25 czerwca 2016

BOHATER(ka) domu

Czasami dzieje się tak, że mimo piętrzących się zaległości, trzeba omówić też sprawy bieżące. I o dziwo nie będzie to temat Brexitu. Tak, też jestem zdumiona.

Otóż...

Jak część z Was się domyślała, część wiedziała to na pewno, moje wymijające wypowiedzi dotyczyły pracy. Ten temat zostawimy akurat na "kiedy indziej". Może nawet na cały cykl tematyczny, bo już samo poszukiwanie pracy, to w moim przypadku była czarna komedia i jak już złapię rzeczywiście dystans, to Wam to wszystko jak na spowiedzi wyznam i zrelacjonuję.

W każdym razie...

Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że czasu mam dużo mniej. Pomijając, że na to, co kocham najbardziej, czyli siedzenie przy laptopie (tak, to ironia), to na inne, bardziej przyziemne rzeczy, także.
Weźmy na przykład takie sprzątanie... W tygodniu? Tyle o ile. W zasadzie tylko podstawy, tak, żeby człowiek się w drodze do kuchni nie zabił i złapał coś czystego do ubrania.

Pech chciał, że pani, która przychodzi do nas uczyć Elizę angielskiego, uparła się jeszcze na ostatnią, podsumowującą, lekcję. Jakoś nie specjalnie byłam do tego przekonana, bo choć lata już nie te, doskonale pamiętam, co dzieje się w głowie ucznia na dzień przed zakończeniem roku szkolnego... No ale niech Jej będzie, pomyślałam sobie, i w środę wieczorem, ogarnęłam z grubsza duży pokój. Zostały tylko kurze i jakaś kosmetyka. Co też zleciałam szanownemu małżonkowi. Wywiązał się, a jakże, bo przecież polegać na nim można, niemal jak na Zawiszy. A to "niemal", tak jak kiedyś "prawie", robi ogromną różnicę, ale o tym też kiedy indziej.

I gdybym ja, Kochane, wiedziała, że o te kurze i coś tam jeszcze taaaaaaaakie halo będzie, to sama bym się za nie wzięła. Chociaż z drugiej strony, pamiętam doskonale, jak kiedyś u którejś z Was (chyba u Ciebie, Ewa) wymieniałyśmy się poglądami, że jest takie bardzo ciekawe zjawisko, że kiedy kobieta wraca do pracy, jakoś domowych obowiązków Jej nie ubywa. Dobre, nie?

Uspokoję Was jednak, bo wyczuwam już ten szczególny rodzaj niepokoju, nie- pan mąż nie zrobił mi awantury o te kurze. Kurze "wypłynęły" w trakcie, nazwijmy to- krótkiego, acz bardzo treściwego podsumowania naszego małżeństwa. Tak się chłopak zmęczył, albo co gorsza- doświadczył uwłaczenia godności głowy domu, że coś tam krzyczał o rękach przyrośniętych do kręgosłupa. Że niby u mnie, rozumiecie :) Podejrzewam jednak, że przez to wzburzenie, pomylił biedak kręgosłup z laptopem, ale mniejsza z tym.

Tak czy siak, przez krótką chwilę zastanawiałam się, jak ja po takich słowach będę dalej żyć, żeby po chwili dotarło do mnie, że w sumie "srał to pies" i o wiele ciekawsze są te treści, kiedy padały słowa "...a twoja matka" (ale to już ja) i tym podobne.

Jako, że w sporadycznych sytuacjach, łatwo wpłynąć mi na ambicję, doczekałam soboty i... się zaczęło. Umyłam podłogi. Dwa razy, żeby była jasność. Myjąc na przedpokoju, niestety zerknęłam w lustro, które mamy od podłogi do sufitu... Całe upier... Umyłam. No cóż- cena za próżność- trzeba było nie patrzeć, jak wyglądam z tym mopem i czy aby na pewno pasuje mi bardziej, niż mężowi ściera do kurzu. Myjąc lustro, przypomniałam sobie o szybie balkonowej w dużym pokoju- pies plus dziecko 3+, to kijowe połączenie. Wróciłam więc, i również umyłam. A co. Jak szaleć, to szaleć. Co nam tam jeszcze zostało? Kibel. No tak. Umyłam podłogę, wlałam domestos. Wyrzuciłam zużyty plastik, po kostce toaletowej...

Wchodząc do kuchni, odkryłam, że samo mycie naczyń, które często (oddajmy mu to) uskutecznia mój mąż, to nie wszystko. Blaty, kuchenka, opróżnianie komory z czystymi naczyniami, ymycie pojemnika na owoce i warzywa, w którym pan pomidor postanowił się zepsuć na ten przykład... No to się jakoś samo nie robi.

W międzyczasie zrobiłam jedno pranie i naszykowałam dwa kolejne. Nie, nie- mój mąż umie obsługiwać pralkę. Te wszystkie guziczki, programy ma w małym palcu. Cóż z tego, jeśli nie potrafi przebrnąć przez segregację brudnych ubrań. W sumie rozumiem- też mam na przykład problem gdzie zakwalifikować bluzki Elizy w kolorze jasnej szarości. Ni to jasne, ni to ciemne... Pogubić się można, jak nic.

Nadszedł moment, kiedy stwierdziłam, że na dziś koniec.
Usiadłam więc...
Nadstawiałam uszu...
Cisza.

Żadnych braw, owacji, famfar.
Cisza.
Rozejrzałam się wokół.
Korony też nie widać, psia mać!

Co więcej, ja sama nie miałam poczucia, że właśnie zrobiłam coś wielkiego, znaczącego. Ot, posprzątałam. Jak wiele z Was dzisiaj, prawda?

I wtem mnie olśniło. To przecież problem jest we mnie. To akurat nie nowość, bo słucham tego już 11lat, ale tym razem sama się przyznaję i kajam. No przecież trzeba było po każdy myciu podłóg chodzić po domu i wszystkim trąbić, czego właśnie dokonałam! Mycie kibla? Nie no, bądźmy szczere- tu już tydzień obwieszczania światu tej radosnej nowiny się należy. A mycie okien? Czy tego Jacek Kurski nie powinien nadawać w Wiadomościach? Sprzątanie przed Świętami, naprzemiennie z gotowaniem i pieczeniem? Zlecam tefałenowskiej "Uwadze"...

Także Drogie Mamy, Panie domu- doceniajcie i szanujcie swoją PRACĘ same. A potem oczekujcie tego od innych. Uczcie się na moich błędach :)


wtorek, 21 czerwca 2016

A na działce? Takie kwiatki! (I nie tylko o kwiatkach...)


Straciłam już nadzieję, że w najbliższym czasie wyprostuję blogowe zaległości, ale może uda mi się nie zakopać jeszcze bardziej :) Działka, działka... Tu też aktualizacji daaaaaawno nie było, a dzieje, się oj dzieje. Chwasty rosną na potęgę, chociażby...

Dziś tematem przewodnim niech będą rośliny cebulowe :p A poniższe zdjęcia, dowodem, że jak ma coś wyrosnąć, to i zakupione w Biedronce wyrośnie :) Wszystkie tulipany, które widzicie, nabyłam w postaci cebulek, właśnie tam. Podejrzewam, że zwyczajnie, w przeciwieństwie do lilii, nie są przysmakiem nornic. Niestety, zdjęcia w ogóle nie oddają ich piękna. Tym bardziej, że wszystkie zostały zrobione komórką. Stwierdzam, że moi sąsiedzi zdecydowanie za często bywają na działce, w tych samych godzinach co ja... Człowiek nawet zdjęć na spokojnie zrobić nie może! :)












Pamiętacie, jak przeżywałam, że funkie i żurawki nie wychodzą? Wyszły niemal wszystkie, tak jak zapewniałyście, ale spójrzcie na zdjęcie niżej- na jesieni, te żurawki były tej samej wielkości... Widać, że jednej z nich sucha zima zdecydowanie nie oszczędziła...



Jaki nadać tytuł tym dwóm zdjęciom? Z jakimi roślinami kojarzy Ci się maj, byłby dobry? Konwalie- z naszego lasu. Mamy na działce, ale zakwitła... jedna :) Natomiast bez... Cóż. Bez jest sąsiada, ale część gałęzi przechodzi na naszą działkę. Ania (kobieta na szpilkach) skwitowała to słowami, że to właściwie jakby był nasz, i tak właśnie go potraktowałam :) Pachniał w domu obłędnie.



Wracając do cebulowych...

Tulipany cieszyły me oczy całkiem długo, ale i na nie w końcu przyszedł czas. I cóż, wtedy nastaje taka martwa dziura w temacie cebulowych. Jeśli w przeciwieństwie do mnie, nie macie na działce nornic, to ten czas, kiedy nie kwitnie nic cebulowego, nie trwa długo. Niestety, większość moich lilii została bezczelnie wpierdzielonych przez te małe paskudy. Szybko to odkryłam, także i tak dosadziłam sporo cebul, ale cóż z tego- macie pojęcie, że te łajzy potrafiły zjeść czubek (czyli tę część rośliny, z której później miał być kwiat) ledwo wystający nad ziemię??? Nie będę bawić się w ładne słowa, metafory i kurtuazję- wielokrotnie stojąc nad tymi objedzonymi liliami, padały z moich ust takie słowa, że Pasikowski z tymi swoimi dialogami z Psów, mógłby się ode mnie uczyć. Profesor Miodek także- łaciny :)

Pamiętacie, jak pisałam, że w tym roku testuję pomysł posadzenia lilii w doniczkach? Wychodzi na to, że się udało. Spójrzcie same:












To tylko mały wycinek i zapowiedź tego, co mnie ze strony pięknych "lilijek" jeszcze czeka :) 

Mamy wtorek... Wierzyć się nie chce, ale zakończenia roku Dziewczynek i wyjazd Elizy na obóz, zbliżają się wielkimi krokami, niebezpiecznie szybko, w dodatku... Nie muszę dodawać, że zupełnie jestem na to wszystko nieprzygotowana. W tym roku stawiam na spontan :) Niech się dzieje, co chce... Staram się oczywiście mieć nad tym wszystkim jako taką kontrolę, ale zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce. Póki co, czuję się "miszczem" organizacji, bo poprosiłam mamę, żeby zakupiła w pepco rajstopy na zakończenie roku dla wnuczek :) 

Udało nam się także zaszczepić Lilę drugą dawką szczepionki na ospę- w zeszły czwartek. Powinno to się odbyć jakieś trzy tygodnie temu, o ile nie jeszcze wcześniej, ale cóż- ponoć nigdzie szczepionki nie było. Och, nerwów też było sporo, ale w końcu mogę odetchnąć.  

A teraz hit- nie uwierzycie, ale po poprzedniej akcji z kleszczem, następnego dnia, znalazłam u siebie kolejnego. Czyżbym w temacie kleszczy musiała nadrobić te 35lat bez żadnego??? No żarty chyba :)

Póki co, u Was znowu mnie mniej, ale i to postaram się nadrobić. 

Do kolejnego, już niebawem :*

sobota, 18 czerwca 2016

Drugi raz o pierwszych razach (i nie tylko)

Drugi, bo już kiedyś taki tytuł chyba był, ale coraz częściej brakuje mi pomysłu, jak zacząć. O wiele łatwiej mi się teraz kończy :)

No to tak- w piątek, po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna Lila w końcu nie płakała przy pożegnaniu w przedszkolu. Owszem, Pani Stasia musiała Ją wziąć na ręce, musiałam wrócić na całusa, ale przeraźliwego ryku już nie było. Boże, w końcu! I niech już tak zostanie, plizzzz.

Za to dziś, po raz pierwszy w moim 35letnim (chlip, chlip) życiu... złapałam kleszcza. I to gdzie? W mieście! Mieszkając 11lat pod lasem... Miasto to zło, lepiej i bezpieczniej być ze wsi :) Kleszcz wybrał moją stopę, jako miejsce żywienia i w sumie dobrze, bo bez problemu go wyjęłam. Co prawda, nie ma to jak idealna pamięć- zaraz przeleciały mi przez głowę wszystkie zasłyszane opowieści rodziny i znajomych z jakimi skutkami albo objawami boleriozy się spotkali, także ten... Tak dumam, co tu zrobić. Chyba pogrzebię w necie, kiedy ewentualnie jakieś badania wykazałyby już coś konkretnego...

Co poza tym?
Bardzo szara proza życia. Mimo zbliżających się wakacji. A ja mam tu w domu dwie osóbki, które bardzo, bardzo na te wakacje czekają. I to Ich czekanie, Ich przygotowania do swoich zakończeń roku, trochę mi się udzieliło. Nie, żebym czekała na wakacje. Jako mama podchodzę do nich trochę bardziej sceptycznie... Hihi. Pewnie wiecie, co mam teraz na myśli :) Nie mniej jednak, trochę dupkę mi z żalu ścisnęło, że takie prawdziwe wakacje, które niedługo staną się udziałem Elizy (pewnie nie w tym roku, ale za 3-4lata...), mnie już nigdy nie będą dotyczyły. Owszem, każdy się jara dwutygodniowym urlopem... Nikt nas do domu o 21 wołać nie będzie (sami będziemy kładli się wcześniej, bo przecież dzieci wstają skoro świt), jeść możemy kiedy i co chcemy (no powiedzmy- dzieciom trzeba dawać dobry przykład...), meldować o określonej porze nikomu się nie musimy (no chyba, że wychodzimy w góry w niepewną pogodę, ale z dziećmi, to wiadomo...) ale... Ale ile dałabym za to, żeby mieć podczas wakacji tylko takie problemy. I żeby poczuć tą wakacyjną ekscytację :) 

Za nami rocznica Komunii Elizy. Przemilczmy. Córeczka dała taki popis, że ma szczęście, że przy naszym kościele nie ma okna życia...

Dziś odbył się egzamin z karate. Zdała. Choć rano oczywiście już trzeba Ją było trochę do porządku przywołać. Nie mam czasem nerwów do tego dziecka. Serio. Za tydzień wyjazd na obóz. Rany, jak mi te ostatnie tygodnie szybko lecą. Za szybko, naprawdę.

Lila? Lila lepiej niż Jej starsza siostrzyczka. Albo różki jeszcze nie wyrosły, albo to (oby) jednak inny charakter. Ma oczywiście swoje odchyły, oczywiście wtedy, kiedy coś jest nie po Jej myśli, ale na razie pacyfikujemy Ją bez użycia paralizatora. Bo dla Elizy chyba sobie kupię niedługo taki sprzęt...

Z małżonkiem za to uczymy się języka polskiego- deklinujemy słowo "kasa" codziennie. Nie ma, jest, będzie, nie będzie, za dużo, za mało... No, i to w sumie wszystko.

Działka, działeczka, działunia... Rzadziej tam teraz bywam, ale nadal to miejsce mnie wycisza. Szczególnie, kiedy kurwując w myślach, latam z konewką od rabatki do rabatki... Nie wspomnę o 150doniczkach, ale to wszystko tworzy spójną całość, którą śmiało mogę nazwać swoim miejscem na ziemi... Okazuje się, że nie tylko mi tam tak dobrze, bo w szopie na narzędzia mamy taki kokon (cholera wie, jak to nazwać) zrobiony przez osy. Trzeba to jakoś usunąć, już kiedyś był podobny na drzewie, załatwiliśmy sprawę jakąś gaśnicą z ogrodniczego...

A teraz zdjęcia:


I mniej oficjalne stroje :)  Lody po obiadku...




Słodkości- małe i duże :)



Działka, oh yeah :)
















Zdecydowanie trzeba poczynić jakąś działkową aktualizację, bo to zdjęcia z końca kwietnia, maja i początku czerwca. Zaczęły kwitnąć lilie (póki co czerwona i żółta), żurawki, pojawiły się u mnie brunnery i kilka nowych hortensji...

Zwierzyniec :)



Zdjęcie pt. "Nasze prawdziwe życie", czyli: balkon w trakcie remontu (trwał prawie 2miesiące... no przecież gołym okiem widać, że to poooooowierzchnia, że hoho), klapki rzucone, gdzie akurat było miejsce, a w tym wszystkim Misiek- z miną, jakby właśnie mu kto odebrał odznakę wzorowego psa. I tak właśnie było, bo łajza miała zakaz wychodzenia na balkon, a udało mu się przemknąć...