Mama2c

Mama2c

środa, 31 sierpnia 2016

Nie wierzę...

Nie wierzę...
PISowi nie wierzę, chociażby...
Nie wierzę prognozie pogody, lustrom w przymierzalniach...
Nie wierzę napisowi "light" na moim ulubionym jogurcie Jogobelli...
Ale przede wszystkim nie wierzę, że zamiast leżeć już w łóżku (jutro pobudka o 5), siedzę przed laptopem i piszę ten post.
A piszę go, bo nie wierzę, że jutro 1września. Nie wierzę, że wakacje się kończą. Nadal uparcie twierdzę, że tu, w Szczecinie, lato w tym roku się nie zaczęło, także jak przyjdzie czas, nie będzie miało co się kończyć...

Będąc mamą "domową" dziś pewnie podzieliłabym się z Wami jakimś mega zabawnym memem na temat powrotu dzieciaków do szkoły. Ale... nie jestem już mamą domową i jedyne co czuję, myśląc o 1wrzesnia, to strach... Strach, jak wszyscy odnajdziemy się w tej nowej rzeczywistości...

Kiedy zaczynałam pracę, rok szkolny dobiegał końca i, nie ukrywajmy, panowało już pewnego rodzaju rozluźnienie tak w domu, jak i w szkole... Teraz Eliza idzie do 4klasy... To już nie przelewki. Całe wakacje mniej lub bardziej nachalnie, dosłownie i między wierszami, próbowałam uświadomić Jej, jak wiele teraz zależy od Niej... Jak bardzo musi nam pomóc. Ile z tego dotarło? Wyjdzie w praniu, ale nie ukrywam, że odczuwam w tej kwestii lekki niepokój. No zobaczymy...


Nie mam zbyt wiele czasu (ta 5 rano wciąż gdzieś z tyłu głowy siedzi), także ten post będzie jedynie szybkim raportem i pomachaniem rączką, że jestem, żyję...

Chociaż chciałoby się napisać "...ale co to za życie".
Nie no, trochę udramatyzowałam, wiadomo :) Nie mniej jednak specyficzny czas za mną i nie taki lekki, mimo wszystko.

Po powrocie z urlopu w pracy naprawdę był luz. W sensie, że nie było już kompletu dzieci. Jednak końcówka wakacji, to szczególny okres w placówkach takich jak nasza. Dzieci odchodzą, przychodzą nowe, zaczynają się adaptacje, co chwilę przychodzą rodzice obejrzeć przedszkole/żłobek, zapytać o to wszystko, co napisane jest na stronie placówki :) i tak każdego dnia.

W zeszły piątek miałyśmy w przedszkolu piknik integracyjny. Sama impreza naprawdę fajna. Tyle, że... byłyśmy po całym dniu pracy, zrobiło się bardzo ciepło... Zmęczenie dało o sobie znać.

W weekend nie miałam najmniejszych szans, żeby się zregenerować. Marcin wyjechał jak co roku na szkolenie. I nie ukrywam, że tym razem wyjątkowo bardzo szlag mnie z tego tytułu trafiał, o czym dwie z Was miały się okazje przekonać w moich pełnych wkurwienia smsach.

I oczywiście... Niby wiem, że On musi. Wiem i rozumiem. Tyle, że... Od zawsze właśnie tak spędzamy ostatni weekend sierpnia. Weekend, który jest zwieńczeniem wakacji. Dla wielu ostatnią szansą, żeby gdzieś wyskoczyć, spotkać się... Ale nie dla nas. My pod dyktando sędziowań tatusia, psia mać.

Nie wiem, czy jedno z drugim ma coś wspólnego, ale w tym tygodniu czuję się po prostu fatalnie. Miewam zawroty głowy, wstając czuję jak robi mi się czarno przed oczami... W poniedziałek natomiast miałam jakieś dziwne uderzenia gorąca. Kiedy opisałam je Mamie, porównała je do tego, co przechodziła podczas menopauzy, także ten...

W ten weekend również nie odpocznę, ponieważ... małżonek jedzie na kolejne szkolenie. Tak, tak.
Tak się szkoli.

Mam Wam jeszcze tyle do napisania... ale nie wiem, kiedy dam radę tu wrócić na dobre. Oby szybko.
A najważniejsza kwestia to taka, że moja mała córeczka kończy 7września...10lat. Już. Takie mam stare dziecko :)

Natomiast jeśli chodzi o Lilę, to wrócił mój wzorowy przedszkolak :) Nie ma scen rozpaczy ani w domu, ani w przedszkolu. Dobrze się tam bawi, dużo opowiada... Jest tak, jak było przed kryzysem. Ufff. Oby tak już zostało. Oby!

Miastowe dzieci i pies podziwiają... krowy :)





niedziela, 21 sierpnia 2016

Pora wracać...

...Tak, to był bardzo krótki urlop- dwie noce, dwa niecałe dni plus ten, przeznaczony na powrót.
I właśnie drogę powrotną zaplanowaliśmy tak, żeby wniosła coś jeszcze do naszego urlopu, poza smutnym przeświadczeniem, że oto kończy się nasz wyjazd...

Rano szybko ogarnęliśmy torby, zeszliśmy na śniadanie, po którym Eliza poganiała jeszcze z zapoznanymi dzieciakami i... I pora na nas :)

Z Karpacza pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby, zobaczyć drugi z tamtejszych wodospadów- Wodospad Szklarki:





Wizyta była wyjątkowo krótka i bynajmniej nie dlatego, że nam się spieszyło. Lila zakochała się w... spódniczce, która wisiała na jednym ze straganów (nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że miała taaaaaaaaaki cudowny różowy kolor...), a której kategorycznie odmówiliśmy zakupu. Niestety, Mała tak się nakręciła (chyba po raz pierwszy tak bardzo upierała się przy zakupie ubrania, bo jazdę o zabawkę to i owszem, już nam zrobiła nie raz...), że już nic nie było Jej wstanie zainteresować... Eliza też chętnie wydałaby parę groszy, których już nie miała i tak oto, tylko staruszkowie cieszyli się, że zaliczyli kolejny punkt programu.

Ze Szklarskiej Poręby przemieściliśmy się do Kowar, gdzie byliśmy już z Elizą nie raz. Co takiego ciekawego jest w Kowarach? Spójrzcie same:




























Fantastyczny, fenomenalny, zachwycający Park Miniatur w Kowarach. Mnóstwo małych dzieł sztuki. Efekty pracy wielu wspaniałych architektów. Precyzja nie do opisania. Bardzo, bardzo lubię tam wracać. Mam nadzieję, że zdjęcia oddały klimat tego miejsca. Nie tylko te małe, zachwycające zamki, kościoły, ratusze, rynki itp. ale mnóstwo zieleni, kwiatów- wszystko bardzo zadbane... Na miejscu  również kawiarnia serwująca nie tylko pyszną kawę, sklep z pamiątkami... 

I wszystko byłoby super, gdyby nie... poziom zainteresowania naszych dzieci. Myślę, że chyba nie ma skali, żeby go opisać. Nie wiem właściwie, co się stało Lilce na tym wyjeździe, ale cholera jasna, była momentami niemożliwa. Widziałyście to zdjęcie, na którym Marcin niesie Ją na barana? Nie, nie- to nie przez bolące nóżki. To, Moje Drogie, była jedyna metoda, żeby poskromić małego potworka. Serio, dostała takiej palmy, że to było jedyne wyjście, aby nikt nas stamtąd nie wyprosił... 

Jak bardzo było źle, niech świadczą słowa mojego męża, zaraz po tym, jak wyszliśmy: "Całe szczęście, że za Nią nie zapłaciliśmy, bo to byłaby kasa wyrzucona w błoto". No, to tyle w temacie :) 

I jak na odpowiedzialnych rodziców przystało, po urlopie, mieliśmy dwuosobową naradę, której tematem przewodnim było: "Co poszło nie tak"... Lila ewidentnie na tym urlopie odstawała od grupy. Rozważaliśmy zmęczenie, jako przyczynę, ale serio? To dziecko regeneruje się błyskawicznie... Mało interesujące (dla Niej) atrakcje? Być może... Generalnie, to ja myślę, że chodziło o "morza szum, ptaków śpiew", ale dziecko- w tym roku łatwiej było chyba trafić szóstkę w totka, niż pogodę nad Bałtykiem. Pomijając fakt, że wtedy rodzice byliby nieznośni :)

Wam jednak Karpacz, jak i Kowary gorąco polecam, bo naprawdę warto. Kupując bilety, miły pan, poinformował nas, że w okresie wakacyjnym, w cenie biletu jest zwiedzanie z przewodnikiem. I do tego właśnie Was zachęcam. Wiedza, jaką posiadają ci ludzie, jest naprawdę niesamowita. Nie, żebyśmy faktycznie zwiedzali z przewodnikiem. Dwie pierwsze minuty wystarczyły nam, żeby zorientować się, w jakim nastroju jest Lila, i że musimy trzymać się z dala i od przewodników i od innych, zatrudnionych tam osób... Coś tam jednak usłyszałam, kiedy pod pretekstem zrobienia lepszych zdjęć, odłączałam się od naszej czteroosobowej grupy...  

Z Kowar natomiast udaliśmy się do pewnego miasta, którego kawałek mieliśmy okazję zobaczyć w miniaturze. Kto się domyśla, gdzie pojechaliśmy? :) 

Cdn :)

środa, 17 sierpnia 2016

Urlop, dzień drugi...

...czyli nic lepiej, a nawet gorze- totalnie wbrew temu, co zakładaliśmy.

No bo jakże nie mieć dużych oczekiwań, co do tego, co też możemy osiągnąć dnia drugiego, kiedy dnia poprzedniego padliśmy przed 21... Jeśli chodzi o mnie, przy usypianiu Lilki zaraz po 19, walczyłam, żeby z Nią nie zasnąć. I nie, żeby wstyd było pójść spać o tak młodej godzinie na urlopie- po prostu w moim wieku cera nie wybacza takich błędów, jak zasypianie w makijażu :)

Eliza też nam "wycięła" numer, bo tak pewnie spalibyśmy już o 20...
Kiedy Marcin poszedł z Nią na recepcję o coś zapytać, przemiła Pani zagadnęła do Elizy, że na ośrodku są dzieci w Jej wieku i żeby poszła ich poszukać. Byliśmy pewni, że Eliza w żadnym razie nie skorzysta z tak kuszącej propozycji- też w końcu była zmęczona, a dwa- może i jest Ona towarzyska, ale nie sądziliśmy, że na tyle, żeby pójść sama do- jakby nie było- obcych dzieci.
A jednak...
I co najśmieszniejsze- dzieciaki okazały się tak fajne, że Eliza ubolewała, że musimy tak szybko wyjeżdżać...


Rano natomiast zaskoczyła nas Lila, bo wstała, owszem- radosna jak skowronek. Tyle, że my już tej radości nie mogliśmy z Nią podzielić. Nie o 6rano, psia mać! Bo powiedzmy sobie jasno- iść spać o 21 to ja mogę, ale wstawać o 6 na urlopie? To jest barbarzyństwo.

Zrobiłam więc to, czego naprawdę często nie robię- poinformowałam ojca dziecka, że to małe wstało i... zasnęłam na kolejną godzinę. Po jej upływie wcale nie byłam bardziej wyspana, ale jakoś mniej bolało, że to 7...

Ogarnęliśmy się i zeszliśmy na śniadanie. I to jest bardzo podchwytliwy punkt dnia. Za dobrze tam karmili, oj za dobrze. Kiedy spróbowałam już niemal wszystkiego, jakoś zapał do wymarszu w góry mi opadł... W zasadzie to naszła mnie nawet taka myśl, że mogłabym zostać na tej stołówce do obiadu... Ach tak- ups, nie mamy tu wykupionych obiadów, bo w porze obiadowej przewidywaliśmy być w górach...
No to idziemy.

Lila szybko zorientowała się, że szykujemy Jej powtórkę z rozrywki i marudziła w zasadzie od samego wejścia na szlak... Potem przestała się nas zupełnie słuchać i szybko skończyło się dostaniem kary... Tak, tak wiem, że dzieci należy nagradzać itd...

Do Kamieńczyka i tak nie było jeszcze tak źle... Dopiero, kiedy zaczęliśmy iść stronę Szrenicy, jękom i utyskiwaniom na swój los nie było końca. I tu się poddaliśmy- nasza wycieczka skończyła się na Hali Szrenickiej, czyli jakieś 20-30 minut przed Szrenicą. Niby niewiele. Tak niewiele... Ale nie z taką marudą :)

A teraz foto- relacja:














Znajdź kota...





Żeby nie zniechęcać dzieci do gór, postanowiliśmy zapewnić Im atrakcje tylko dla Nich. Kiedy zeszliśmy do Szklarskiej, pojechaliśmy prosto do Western City k.Karpacza...

Byliśmy tam już wiele razy z Elizą, ale dopiero tym razem jakoś tak... totalnie się wynudziliśmy.
Chyba się starzejemy. Lila też nie do końca była zachwycona, a to za sprawą rozgrywanej tam scenki rodzajowej z napadu na bank :)










Wróciliśmy do domu i po raz kolejny w łóżku byliśmy przed 21, wiedząc, że następnego dnia czeka nas powrót do Szczecina... Eliza biegała ze swoimi nowymi kolegami i koleżankami, a my odpoczywaliśmy i słuchaliśmy ciszy, bo po całym dniu na nic innego nie mieliśmy już siły :)

W powrót do domu wkomponowaliśmy również trochę atrakcji, także o tym, już w kolejnym poście.

A tymczasem muszę szybko sklecić jakiś post na temat ostatnich dni, bo znowu pewnie umknie mi to i owo...