Mama2c

Mama2c

środa, 14 września 2016

Plany planami, dzieci dziećmi, a życie życiem...

Myślę, że sam tytuł już Wam wiele mówi :)

Do Szczecina zawitało lato- prawdziwe, upalne, czasem doskwierające, ale po stokroć lepsze niż deszcz i szaruga. Niewiele dni mu pozostało do nastania kalendarzowej jesieni i pewnie dlatego postanowiło się zrehabilitować ;)

Na weekend prognoza pogoda była równie obiecująca. Nic dziwnego, że po dwóch weekendach pod rząd spędzonych na osiedlu, bez wyściubiania z niego nosa (ost. weekend wakacji i pierwszy weekend września-bolało tym bardziej) miałam bardzo, bardzo ambitne plany wobec kolejnych wolnych dni. Miałyśmy w końcu tatę dla siebie, a to niemal święto...
Wiedziałam, że bardzo chcę gdzieś wyjechać za miasto. Najlepiej nad morze. Tak, też nie wierzę, że to piszę, ale marzył mi się szum morza, wrześniowe słońce i totalny reset podczas gapienia się na wodę. 

A kiedy przyszło co do czego...

W sobotę rano, bardzo rano, bo Lila zrobiła pobudkę (o zgrozo!) przed 7, poczułam się tak zmęczona, że jedyne o czym marzyłam to dzień, kiedy nic nie muszę. Wiem, wiem- jak to śmiesznie brzmi, bo jedyne co teoretycznie tego dnia bym musiała, to przygotować dla nas prowiant, trochę ubrań i posadzić szanowne cztery litery w aucie, ale... Nawet na to nie miałam siły :p
Poczułam totalny brak sił, tak duży, że chyba wcześniej mi się to nie zdarzyło.

Postanowiłam posłuchać w końcu, co ma mi do przekazania mój organizm, zwłaszcza po ostatnich akcjach ze złym samopoczuciem- w końcu jutro też ma być pięknie, pomyślałam. Eliza trochę pokasływała, także nie ma tego złego- zamiast inhalować się naturalnie jodem, poinhalowaliśmy Ją solą fizjologiczną i poczęstowaliśmy "wyśmienitym" syropem z cebuli. A poza tym? Nie robiliśmy NIC. Totalny luz. Zwolniliśmy, jak to się teraz ładnie mówi. Upiekłam jedynie ciasto, żeby się jeszcze bardziej odprężyć :) i poszliśmy na działkę:












Po obiedzie, postanowiliśmy sprawić przyjemność sierściuchowi i wybrać się na rodzinny spacer do lasu... Póki ten jest jeszcze lasem- wyrasta nam osiedle domków jednorodzinnych i chyba niedługo spacer w tamtych okolicach nie będzie miał już najmniejszego sensu... Niestety.



Czy spacer był rodzinny, to także osobna kwestia- jakoś tematów do rozmów nam zabrakło, ale szczególnie mnie to nie dziwi. Po powrocie do domu Lilce zaczęło lecieć z nosa, a do wieczora miała już normalny, zaawansowany katar...W nocy spała bardzo niespokojnie, wydzielina z nosa spływała, spływała, spływała...

Na niedziele przewidziane upały, nad morze ponad godzina w aucie- klima przy takim katarze? Słaby pomysł. Równie kiepskim byłoby spędzenie dnia na plaży w pełnym słońcu i przy takiej pokusie, jak choćby zamoczenie nóg w morzu...

O rany, ale ja byłam wściekła, kiedy rano wstaliśmy. Po ludzku wkurwiona. Nie, nie na Lilkę. Głównie na Marcina, że kiedy mogliśmy jechać, to Jego oczywiście nie było. Ech, nie chce mi się nawet do tego wracać...

W każdym razie, Lilka poza katarem miała się świetnie, chyba nawet najlepiej z nas wszystkich, a że Eliza dopytywała cały czas czy gdzieś pojedziemy, to pojechaliśmy. Kierunek- Jezioro Szmaragdowe. Średnio mi się chciało, mimo, że lubię to miejsce, ale to zdecydowanie nie było to, czego tego dnia potrzebowałam. Bardzo słaby zamiennik, jednym słowem. Za to dzieci szczęśliwe...











Z pozytywów? Pierwszy raz obeszliśmy jezioro dookoła. Fajna trasa, spacer w lesie... Koniecznie do powtórzenia z Miśkiem. 

A co po weekendzie? Tata na zwolnieniu z Lilą, ponieważ w nocy z niedzieli na poniedziałek miała gorączkę- jednorazowy epizod, ale jednak. Lekarka z przychodni stwierdziła infekcję wirusową i zaleciła Lilce pobyt w domu do końca tygodnia- no to leniuchują, kiedy mama... 

Mama pracuje. I bywa ciężko. Dziewczyny ostrzegały, że cały wrzesień może być trudny i... I taki jest :) Poprzedni tydzień to była laba. Teraz mamy dwóch chłopców, którzy adaptują się dużo gorzej niż pozostałe maluszki, które czują się już u nas jak u siebie :) Jest naprawdę bardzo dużo płaczu. Popołudniami nie mam siły na nic. Mam nadzieję, że wkrótce będzie lepiej. Bo oprócz tego, że po iluś tam godzinach płaczu, zwyczajnie pękają nam głowy (no tak jest, po prostu) to zwyczajnie żal maluszków. Ten płacz to Ich jedyna forma protestu, buntu, prośby o pomoc... No nic, trzeba nam czasu i tyle.

Powoli rozkręcam się z dynią :) Na razie nie przetestowałam żadnych nowości, ale to tylko kwestia czasu. W końcu muszę sobie znaleźć jakiś sposób na relaks po ciężkim dniu :)

A jeśli jesteśmy w temacie jesiennych infekcji, to zapraszam Was do Gosi na proste sposoby jak wzmocnić odporność Waszą i dzieci. Ja już wprowadziłam część kroków w życie.

Post TUTAJ.

16 komentarzy:

  1. Jaki wspaniały widok nad tym jeziorem 8-)
    Oj ja bym nie zniosła płaczu dzieci, nie ze względu braku cierpliwości tylko zwyczajnie z żalu że w jakiś sposób cierpią:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Plany swoje, zycie swoje- znam to... Jezioro macie piekne! A dyni bardzo zazdroszcze¬u nas pojawi sie dopiero na Halloween, wczesniej moge sobie ja poogladac na zdjeciach ;) Do wrzesniowych placzow pewnie wkrotce przywykniesz. mam przyjaciolke z wieloletnim stazem przedszkolnym, ona juz lepiej to znosi ;) Sciskam!

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas też chorobowo. Zaczęła Zuzka, przyniosła ze szkoły jakiego wirusa. I poszło lawinowo. Po Zuzce zachorowała Mi, a chwilę po niej- ja. Także u nas szpital...

    OdpowiedzUsuń
  4. U mnie (odpukac) spokoj. Chlopcy ostatni raz byli chorzy kilka miesiecy temu. Jedyne jelitowka zlapala nas w sierpniu I puscila dzien pozniej.
    Duzo zdrowka dla Lilki , a dla Ciebie wiekszego spokoju I wiecej czasu na relaks.

    OdpowiedzUsuń
  5. Plany i dzieci zazwyczaj nie są kompatybilne. Pamiętasz mój wpis z końca czerwca😉
    Dobrze, że to tylko wirus.
    A adaptacja, oj w przedszkolu Młodszego jest jeden trzylatek, który baaardzo głośno przechodzi początek przedszkola. Współczuję

    OdpowiedzUsuń
  6. My już zaczęliśmy dbać o odporność i podawać Kubie tran - odkryłam pyszny bez rybiego posmaku wiec nie na problemu z zażywaniem. a ponieważ dzidziuś za chwilę się pojawi na świecie, a Kuba chodzi do przedszkola, to szczególnie nam zależy, żeby chorób było jak najmniej.
    no ale jesień rządzi się swoimi prawami, to na pewno kolorowo nie będzie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anetkoooo, jak miło Cię tu znowu widzieć. Gdzie się podziewałaś? Piszesz jeszcze? Podaj mi raz jeszcze nazwę swojego bloga, proszę.
      Spodziewacie się maleństwa? Wspaniale, gratuluję :*

      Możesz podać mi nazwę tego tranu?
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Dasz radę! Wrzesień za chwilę się skończy :)
    Jezioro piękne, a te cuda na dzialce, we wrześniu? WOW!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ piękne miejsce, no poza ślimakiem :P
    U nas też katarzysko a ja się pytam, czemu w tym roku tak wcześnie :/

    OdpowiedzUsuń
  9. Musi być bardzo ładne miejsce to Jezioro Szmaragdowe, jak sama nazwa :-)ale wam fajnie ze macie tylko godzinke do morza :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak mnie M pyta wieczorem, jakie mamy plany na jutro - odpowiadam, że ja nic nie planuję. Wystarczy, że Młody zmieni godziny drzemki i wszystkie plany idą się bujać. Choć czasem nam to pasuje. Tydzień temu mieliśmy imprezkę rodzinną, na którą niekoniecznie mieliśmy ochotę. Dzięki Tygrysowi skróciła się o 2 godziny :)
    Mam nadzieję, że choróbska nieco odpuściły i korzystacie z tego weekendu. Jezioro macie piękne, a i na działce można się zrelaksować.

    OdpowiedzUsuń
  11. Moi podopieczni też "się załatwili", cała trójka od końca :-) Ze mną chyba na czele ;-/ Nic fajnego jak sama wiesz, ale co było robić, jak nie syrop z cebuli? Do tego włączyłam lek na kaszel i inhalowanie..marnie to widzę:(((

    Wspaniałe to jezioro jest zapewne, a jego nazwa cudna! Sam widok oszałamia!
    Zdrówka Wam życzę.
    A płaczące dzieciaczki w przedszkolu na pewno przyprawiają o popołudniowy ból głowy, ale i o chęć pęknięcia serducha, co? No minie im, minie.. Jednym prędzej, drugim później. Moim Gzubom mijało.. do zerówki :-P Wiem - zołza jestem - żeby tak Cię "pocieszać" ;-)

    (Marto, proszę o Twego mejla, ażebym mogła wysłać Tobie ponowne zaproszenie do siebie.. - dzeena@interia.pl - jeśli chcesz na priv. Miałam ogrom zawirowań.. ale ogarnęłam się, raczej ogarniam)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też zawsze syrop z cebuli i inhalacje- od tego zaczynamy, a potem to już różnie się kończy, zazwyczaj dobrze, ale czasem niestety trzeba wspomóc się czymś z apteki.

      Maluszków oczywiście żal, ale nawet nie potrafię dokładnie wytłumaczyć w jakim sensie. Może inaczej na to patrzę, bo jestem mamą? Sama nie wiem. Jestem tam z nimi, wiem, że krzywda im się tam nie dzieje, ale ta ich pierwsza rozpacz robi wrażenie, pewnie też dlatego, że ja dopiero zaczynam pracę w tym zawodzie.
      Nasze maluchy, odpukać, całkiem szybko się aklimatyzują. Najgorsze są chyba pierwsze trzy dni, potem się powoli przekonują.

      Kochana, oto mail: mwk815@gmail.com
      Czekam z niecierpliwością na zaproszenie :*
      Zdrówka dla Was!

      Usuń
  12. My dziś mamy taki nicnierobowy dzień, a tak rzadko nam się to zdarza. Te Twoje ciasta mnie doprowadzają do ślinotoku, takie właśnie lubię. Jeziorko też ładne. Przyznam że zazdroszczę mieszkania blisko morza, ale nie oddałabym z kolei tego, co tu mamy. Bydgoszcz jest piękna.

    OdpowiedzUsuń
  13. Sama życiowa proza w pigułce. Nasze plany to jedno, a realia to drugie... u nas katar rozwija się dokładnie tak samo - budzimy się ze zdrowym dzieckiem, by późnym popołudniem nagle zacząć wycierać mu nos, a wieczorem aplikować serię lekarstw :-(

    OdpowiedzUsuń
  14. Straszne te wirusy, atakują znienacka i nie chcą odpuścić- przynajmniej taki jakiś dziwny panuje w mojej okolicy. Dynia powiadasz? Ja już od tygodnia planuje pierwszą w tym roku zupę krem z dyni z mlekiem kokosowym ale jakoś tak się schodzi, że ciągle odkładam robienie jej na "jutro" :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!